Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

po zmroku i nocne

Dystans całkowity:44699.41 km (w terenie 3167.14 km; 7.09%)
Czas w ruchu:2317:05
Średnia prędkość:19.18 km/h
Maksymalna prędkość:70.40 km/h
Suma podjazdów:300449 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:108246 kcal
Liczba aktywności:587
Średnio na aktywność:76.15 km i 3h 58m
Więcej statystyk

Przez Przełęcz Karkonoską

  101.38  05:34
Zostało mi sporo koron czeskich z ostatniej wizyty w Czechach, więc zaplanowałem krótką wycieczkę do południowych sąsiadów. Nie miałem zbyt dużego wyboru, aby przekroczyć granicę, ale kusił jeden plan.
Na Przełęczy Karkonoskiej byłem ostatnio 6 lat temu. Wczoraj minąłem skrzyżowanie, od którego zaczyna się podjazd, więc dzisiaj ruszyłem do Przesieki. Poranek był ciepły. Orientowałem się już w okolicy, więc dojazd na miejsce poszedł mi sprawnie. Zatrzymałem się tylko na kawę i po kilka batonów energetycznych.
Początek szedł świetnie. Jechałem na wyższym biegu, zatrzymywałem się tylko na zdjęcia jesiennej scenerii. Wyprzedził mnie zaledwie jeden rowerzysta, którego później i tak dogoniłem, gdy skończyłem z aparatem.
Wjechałem na drogę leśną i już musiałem zredukować bieg. Najgorsze było jednak za skrzyżowaniem. Stromizna taka, że aż w krzyżu bolało od wciskania pedałów. Ale dzielnie walczyłem. Nie wiem, jak ja tego dokonałem 6 lat temu na cięższym rowerze. Chyba że to ja byłem wtedy lżejszy. (Ewentualnie to zasługa kasety MegaRange od Shimano).
Po kilkuset metrach albo kilometrach nachylenie znormalniało. Kręciłem powoli, mijając zamalowane napisy (kiedyś było ich dużo więcej), wycinkę drzew, zjeżdżającego rowerzystę i góry widoków na góry. Nie dało się nie zatrzymywać, ale w końcu nadszedł taki odcinek, że nie miałem sił i stawałem co kilkadziesiąt metrów. Mimo to wjechałem na samą górę, a właściwie na przełęcz. Skoczyłem jeszcze pod Odrodzenie i nie tracąc czasu, zacząłem zjazd.
Czeska strona okazała się być bajką. Równiutka droga, szeroka, o niewielkim nachyleniu. Widoki malownicze. Dużo zabudowań i aut na niemieckich rejestracjach. Gdy zrobiło się bardziej płasko, zaczęło wiać nudą. Rozważałem kilka wariantów powrotu do hostelu i wybrałem ostatni – jazdę asfaltami. Droga w dół nie miała jednak końca i zaczęło mnie to na tyle nużyć, że zacząłem myśleć o drogach alternatywnych. Mimo wszystko dotarłem do miasta Vrchlabí. Byłem głodny, ale zrobiło się późno i mogłem skorzystać tylko z supermarketu. Szybko zjadłem i, zaliczając kilka górek, znalazłem się na drodze krajowej wzdłuż rzeki Jizera. Słońce już nie docierało do doliny, więc zrobiło się chłodniej. Droga była jednak przyjemna. Do Polski dotarłem po zachodzie. Zjechałem do Szklarskiej i było za późno na zakupy, które chciałem zrobić przed powrotem do Poznania. Poszedłem więc na ostatnią kolację w górach.
Kategoria za granicą, setki i więcej, po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, kraje / Czechy, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, rowery / GT

Śnieżka, wersja prawdziwa

  55.76  02:57
Wstałem późno i nie miałem za dużo energii. Powoli zjadłem śniadanie, spakowałem się do plecaka zamiast do sakwy i ruszyłem do Karpacza. Było zimno, mimo że na niebie prażyło jesienne słońce.
Poza momentami na łapanie widoków w obiektywie zatrzymałem się raz na uzupełnienie prowiantu, i pod kościołem Wang zameldowałem się przed godz. 14. To dość późno, jak powiedział kasjer. Nie wiedział, gdzie mógłbym zostawić rower i nawet gotów byłem zacząć szukać miejsca na własną rękę. Proponował mi, żebym zabrał rower ze sobą na górę (bo można prowadzić), ale chciałem wskoczyć na szczyt na lekko, no i jak mocno nadbagaż opóźniłby moją wspinaczkę przy tak późnej porze? Powiedział, że to 3–4 godziny drogi. Stąd też nie mogłem zostawić roweru przy wejściu, jak pod Chojnikiem, bo skończyłby pracę zanim zszedłbym. Ostatecznie zaproponował, abym zostawił rower za budką. Zapiąłem go u-lockiem, a kasjer wytrzasnął jeszcze linkę z kłódką, martwiąc się o bezpieczeństwo roweru. Słyszałem, że górale są łasi na kasę, ale że też kradną?
Ruszyłem jako jedyny. Dziwnie się czułem, mijając schodzących ludzi. Mimo wszystko utrzymywałem intensywne tempo. Odbiłem od głównego szlaku, którym ostatnim razem zdobyłem szczyt na rowerze, aby dojść do schroniska Samotnia. Teraz w wielu miejscach pojawiły się znaki zakazu dla rowerów i dronów. Podczas ostatniej wyprawy nie byłem świadom ograniczeń.
Szlak niebieski, którym poszedłem, był przepiękny. To nim, zimą 2011, prawie zdobyłbym Śnieżkę, gdyby nie zamieć. Tym razem miałem okazję podziwiać piękno parku prawie na spokojnie z aparatem w dłoni. Mały Staw również wyglądał malowniczo. Pod schroniskiem Samotnia spotkałem mnóstwo turystów i na drodze do Strzechy Akademickiej mijałem już nie tylko schodzących. Droga do Domu Śląskiego była taka, jak ją zapamiętałem: stroma, a potem jak po talerzu.
Na Śnieżkę zdecydowałem się wejść czerwonym szlakiem. Dał mi duży wycisk. Kilka razy aż musiałem się zatrzymać, aby odetchnąć. Jeszcze jakbym miał się tam z rowerem pchać – to byłaby dopiero komedia.
2,5 godz. brutto później byłem na Śnieżce. Wiało, nad Karpaczem chmurzyło się, słońce świeciło jaskrawie. Zrobiłem kilka zdjęć, poszwendałem się i zapadła decyzja o „ewakuacji”. Już wcześniej kusił mnie szlak czarny, więc zacząłem nim schodzić. Po drodze wpadłem na pomysł zejścia truchtem. Było nawet nieźle, stawy dawały radę, ale zaczęło robić się ślisko. Wpadłem kilka razy w poślizg, ale bez utraty równowagi. Minąłem po drodze kobietę z dwójką dzieci, więc ewentualnie mogłem liczyć na ich pomoc. Do samego końca szlaku nie spotkałem żywej duszy. Za to było mokro. Albo wieczorna mgła, albo coś spadło z chmur, które widziałem ze Śnieżki.
Jako że wyszedłem z parku w innej części Karpacza, musiałem wspiąć się pod Wang. Zapadł zmrok. Ubrałem się ciepło i ruszyłem w dół inną drogą, którą powinienem pamiętać z majówki 2016. Prawie cały czas w dół do Podgórzyna, a potem pod górę do Szklarskiej Poręby. Ostatnie skrzyżowanie przed Szklarską zablokowali mundurowi przez wypadek i choć objazdem pojechałem źle, nie najeździłem się dużo. Trafiłem na mostek, który był wykorzystywany podczas jakiegoś rajdu rowerowego. Ostatkiem sił zrobiłem podjazd do hostelu. Kolację kupiłem po drodze, bo wiedziałem, że nie dam rady ruszyć się do żadnej restauracji.
Kategoria po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, rowery / GT

Zamknięty w nieświadomości

  121.34  07:38
W nocy padało. Obudziłem się pod mokrym namiotem. Na szczęście nie było kałuż, ale niebo mocno się chmurzyło. Zebrałem się i leniwie ruszyłem na północ.
W centrum miasteczka, w którym spędziłem noc, ulice były puste, a sklepy zamknięte. Jechałem szukać szczęścia dalej. Trafiłem na długą drogę dla rowerów biegnącą wzdłuż kanału. Wiatr wiał w twarz, więc jechało się bardzo wolno. Przynajmniej słońce wyszło i zrobiło się cieplej.
Nové Mesto nad Váhom było przepełnione turystami. Na centralnym placu odbywał się festyn. Być może z okazji święta Matki Boskiej Bolesnej, patronki Słowacji. Być może z tego też powodu wszystkie sklepy były nieczynne. Poratowała mnie stacja paliw.
Dalej czekała mnie mozolna jazda pod górę, aby przekroczyć granicę z Czechami. W ostatniej wiosce spotkałem mnóstwo turystów z wielkimi plecakami porozrzucanych po całej długości wsi. Ciekawe, co ich tam przyciągnęło.
Gdy jechałem pod górę do granicy, chmury rozciągnęły się po całym niebie, jakby miało lunąć. Ale już w Czechach słońce wyskoczyło na niebie zupełnie niespodziewanie i towarzyszyło mi przez resztę dnia, dając się czasem we znaki. Było trochę jak na Islandii.
Podoba mi się, że drogi dla rowerów w Czechach mają kierunkowskazy. Żaden inny kraj nie ma tak dobrej infrastruktury. W Polsce pewnie minie kilkadziesiąt lat zanim jakiekolwiek znaki pojawią się na drogach dla rowerów. Przeniósłbym się gdzieś na południe Polski, aby mieć blisko na piękną Słowację, a i do przyjaznych Czech byłoby niedaleko. Tylko smog jest podobno największy na południu kraju, a co zimę uciekać z domu to tak mało praktyczne.
Wygodne drogi dla rowerów zaprowadziły mnie mocno na zachód, ale w końcu nasze ścieżki musiały się rozejść, bo prawie zacząłem jechać na południe. Zawróciłem, aby dotrzeć do Starégo Města, gdzie znów trafiłem na drogi dla rowerów. Tym razem wzdłuż turystycznego kanału żeglugowego. To już drugi kanał dzisiaj.
Droga dla rowerów przeplatała się z drogami gruntowymi. W pewnym momencie gdzieś mi uciekła, gdy za mocno kombinowałem, aby znaleźć skróty bez podjazdów. Zostały mi wiejskie drogi, którymi – już po zmroku – dostałem się do Kroměříža. Dotarłem na miejsce oznaczone jako kemping przed godz. 20. Za bramą zastałem mrok i zamknięte budynki. Cóż, pewnie też byli po sezonie. Już miałem opuścić tamto miejsce w poszukiwaniu nowego, gdy okazało się, że wcześniej otwarta brama została zamknięta i zakluczona. Próbowałem różnymi sposobami ją otworzyć, ale bez odpowiednich umiejętności nic nie zdziałałem. Nie mając innego wyjścia, zostałem na noc, rozbijając się w przypadkowym miejscu. Niestety budynek sanitarny był zamknięty.
Kategoria kraje / Słowacja, kraje / Czechy, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Kawałek Węgier

  121.76  07:16
Zebrałem się wcześnie rano, zjadłem kolejną porcję polskiej owsianki i byłem gotów do kontynuacji podróży na południe. Wysoka temperatura szalała od rana.
Miałem kawałek drogi w dół rzeki, aż do Zwolenia. Minąłem kilka wiosek z paroma zabytkami, w tym kościół artykularny w Hronseku. Znalazłem też drogę dla rowerów na wale rzecznym. W Zwoleniu zupełnie przegapiłem zamek, chociaż przejechałem tuż obok niego. Dalej było dużo pagórków.
Musiałem wjechać na krajówkę z braku alternatyw. Ruch nie był jakiś mocno duży. Było mi żal gór, które zostawiłem za plecami wczoraj po zmroku. Musiały być piękne. Dzisiaj widoki zasłaniały mi wzgórza, więc niczego nie mogłem dojrzeć. Z nieba lał się skwar, więc w sumie nawet nie myślałem o podziwianiu widoków.
Powoli przyzwyczajam się do wysiłku, choć to dopiero trzeci dzień jazdy. A może po prostu miałem więcej drogi z górki i dlatego jazda była mi lekką.
Dzisiaj znowu jechałem trasą zaproponowaną przez aplikację Maps.me. Nie byłem zbyt zadowolony, bo wjechałem na drogę terenową. Ewidentnie o niej zapomniano, bo im dalej w las, tym trawa rosła bujniejsza. Na mapie po przeciwnej stronie rzeki widziałem drogę narysowaną grubszą linią, więc musiałem się do niej dostać. Kolejną przeszkodą stał się bród. Dno było zbyt głębokie i śliskie, aby przejechać, więc zdecydowałem się na przejście. Aby jednak nie utonąć, spędziłem trochę czasu na przerzucaniu kamieni, coby wybudować wysepki. Miałem tyle szczęścia, że konstrukcje przetrwały przeprawę i na drugim brzegu znalazłem się suchy. Tam droga była nieco lepsza, czasem nawet asfaltowa, ale wciąż tylko leśna.
W końcu wydostałem się do cywilizacji. Znaki przed miejscowościami zaczęły przemawiać w dwóch językach. Przed opuszczeniem Słowacji zrobiłem ostatnie zakupy. Chciałem przekroczyć granicę w ważniejszym punkcie i pojechałem trochę naokoło, ale nie zobaczyłem niczego ciekawego. Jedyny plus, że znalazłem punkt wymiany walut, to chociaż parę forintów kupiłem.
Przekroczyłem granicę z Węgrami, dopisując kolejny odwiedzony kraj na mojej liście (kolejno: Czechy, Słowacja, Niemcy, Japonia, Austria, Islandia, Tajwan i Węgry; była jeszcze Korea, ale tam wyjątkowo nie na rowerze). Przywitała mnie droga dla rowerów, która skończyła się kilkanaście metrów dalej. Najwidoczniej jechałem w złym kierunku, ale zmierzałem na pole namiotowe, więc nie mogłem inaczej.
Musiałem mieć pecha, bo nawierzchnia była słabej jakości. Byłem jednak zadowolony, że dojechałem do celu przed zmierzchem. Jakże mocno się rozczarowałem, gdy zastałem zamkniętą bramę. Cóż, rzut beretem był kolejny kemping. Tam niespodzianka – znów zamknięte. Jakby się zmówili, a wrzesień to jeszcze sezon. Wjechałem tyłem na teren kempingu i z tablicy informacyjnej (posługując się elektronicznym tłumaczem) wyczytałem, że w poniedziałki jest nieczynne. Jak kemping może być czynny 6 dni w tygodniu? Co robią turyści w poniedziałki?
Nie chciałem szukać problemów, więc wypatrzyłem na mapie kolejny kemping. Zaledwie 20 km dalej. Noc była młoda. Na miejscu okazało się, że ktoś kiedyś rozbił się na wydmie nad rzeką i tak powstał punkt na mapie. Trochę obawiałem się tam zatrzymać, więc pojechałem odrobinę dalej, aby trafić na skoszoną łąkę. Podłoże nie było najgorsze, więc rozbiłem się. Zrobiło się chłodno od mgły.
Gdy już miałem zasnąć, obudziło mnie drapanie w namiot. Oblany potem, trzepnąłem kilka razy materiał, ale skrobanie powracało. Zebrałem się na odwagę, złapałem latarkę i rozsunąłem zamek namiotu. Centralnie przed wejściem stanął sprawca z wielkimi, świecącymi się oczyma: lis. Tamtej nocy była to jego ostatnia zabawa pod moim namiotem (w tym sensie, że więcej nie przyszedł).
Kategoria kraje / Węgry, kraje / Słowacja, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Tatry podwójnie

  132.30  07:43
Była duża mgła, gdy obudziłem się. Zjadłem owsiankę z Polski, spakowałem się i mogłem ruszać. Namiot niestety musiałem złożyć mokry przez brak słońca. Dopiero kilka kilometrów dalej mgła się przerzedziła i temperatura podskoczyła. Było nawet 30 °C, choć w cieniu nie więcej niż 20 °.
Szukając dróg lokalnych, zostałem pokierowany przez aplikację Maps.me objazdami. Zacząłem też sam kombinować, co mi nie wyszło najlepiej. Wylądowałem przed znakiem z napisem súkromná cesta. Tłumacz w telefonie zasugerował mi, abym poszukał objazdu. Wróciłem do planu zaproponowanego przez aplikację.
Dojechałem do Kvačianskiej doliny. Tam trafiłem na teren. Szlak pieszy i rowerowy, więc nie byłem sam. Niektórzy rowerzyści prowadzili rowery. Mnie udawało się jechać, ale czasem luźne kamienie zrzucały z siodła. Po drugiej stronie podjazdu było niczym w Dolinie Prądnika. Wapienne skały prześwitywały między drzewami. Znalazłem nawet punkt widokowy, ale był strasznie oblegany przez turystów, którzy przybyli od drugiej strony szlaku. Drogę w dół miałem nadzianą grubszymi kamieniami, dlatego wolałem w kilku miejscach sprowadzić rower.
Dojechałem nad jezioro Liptovská Mara. Dojrzałem tam góry i wtedy mnie olśniło. To były Tatry. Jakoś tak raźniej się zrobiło po wczorajszym niepowodzeniu. Do tego część pokonanej drogi przebyłem kilka lat temu podczas wyprawy wokół Tatr.
Z Ružomberoka nie miałem wyboru, jak jechać na południe drogą krajową. Robiło się późno i miałem dość podjazdów. Trafiłem na drogę dla rowerów wybudowaną na miejscu dawnej kolei. Jakość nawierzchni niczym w Puszczykowie (a są tam jedne z najgorszych dróg dla kaskaderów, po jakich jeździłem). Nie było to przyjemne doświadczenie, ale przeżyłem chyba bez poważnego uszczerbku.
Droga dla rowerów skończyła się, więc musiałem włączyć się do ruchu. Myślałem jeszcze o wjeździe na drogę terenową, ale robiło się tak późno, że chciałem jak najbardziej uprościć resztę trasy. Dojechałem na szczyt góry, skąd leciał bardzo długi zjazd do Bańskiej Bystrzycy. Wyciągałem nawet 60 km/h, co nie było zbyt mądre. Zwłaszcza, gdy kilka razy zachwiałem się przy takiej prędkości.
Kemping okazał się być miejscem piknikowym. Kilkadziesiąt metrów obok biegła linia kolejowa, ale nie przeszkadzało mi to jakoś mocno. Czułem się jak podczas podróży powrotnej z Wiednia, gdzie też zatrzymałem się na miejscu piknikowym. Z tą różnicą, że wtedy wiedziałem, że zmierzam do miejsca piknikowego. Musiałem się dzisiaj obejść bez bieżącej wody.
Zorientowałem się, że przekroczyłem Niżne Tatry. Aż przypomniała mi się inna wyprawa w te góry, gdy zatrzymałem się w Popradzie i zwiedzałem okolice. Słowacja jest taka piękna. Chyba mi jej brakowało w zeszłym roku.
Kategoria kraje / Słowacja, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Chciałem zobaczyć Tatry

  124.09  07:06
Wczoraj popędziłem z biura prosto na dworzec kolejowy, skąd dostałem się do Krakowa. Dzisiaj z rana odszukałem kantor, bo jechałem za granicę, pokręciłem się po moim ulubionym mieście, objeżdżając Rynek Główny i Wawel, i ruszyłem w długą drogę na południe.
Tak mnie dawno w Krakowie nie było, że skuszony ładnie wyglądającą drogą dla rowerów, wjechałem na zakopiankę, co szybko się na mnie zemściło (mogłem standardowo pojechać ul. Turowicza). Droga dla rowerów urwała się bez sensu, więc mając duży ruch na karku, jechałem zbyt blisko prawej krawędzi i wpadłem na nierówności, przez co jedna z sakw spadła z haków, a potem wyślizgnęła się spod gumy, która miała dodatkowo trzymać bagaż. Całe szczęście szlag jej nie trafił. Szybko ściągnąłem z jezdni swoje klamoty. Zabezpieczyłem porządniej sakwy i znalazłem sposób, aby dostać się na właściwą, bezpieczniejszą trasę.
Wjechałem do Swoszowic, południowej dzielnicy Krakowa. Od razu zrobiło się jaśniej, gdy rozpoznałem drogę, którą tyle razy jechałem w kierunku gór ( Rabka-Zdrój, wokół Tatr, Turbacz). Wpadłem tam na kilka remontów, ale boczkiem i chodnikami dało radę się przedostać. Zatrzymałem się jeszcze na drobne zakupy, żeby mieć kilka polskich produktów na prezenty oraz trochę owsianki na śniadanie na kilka najbliższych dni. Parę wsi dalej, gdy robiłem w głowie spis rzeczy w bagażu, zorientowałem się, że nie wziąłem ze sobą garnka (miałem ze sobą kuchenkę turystyczną). Całe szczęście trafiłem na sklep z AGD i kupiłem najtańszy, chociaż do lekkich nie należał. Nauczka, aby robić spis przed wyprawą.
Za Myślenicami pojawił się mokry asfalt, a kilka kilometrów dalej zaczęło padać. Krótko, więc nie robiłem sobie kłopotu z szukaniem schronienia. Potem jednak przyszedł kolejny opad, który już nie chciał przestać. Padało czasem słabiej, czasem mocniej. Kilka razy zatrzymałem się pod wiatami przystanków, ale to był rzadko spotykany luksus. Trochę szkoda mi było widoków, bo deszcz nie pozwalał na wyciągnięcie aparatu, a zamglone krajobrazy były momentami cudowne. Może po prostu brakowało mi polskich gór.
Dojechałem do Lubienia. Wymyśliłem sobie, że pojadę objazdem, aby ominąć główną drogę. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo podjazdy zabrały mi dużo czasu. Nawet wydawało mi się, że jechałem drogami z pierwszej wizyty w Zakopanem, ale nie było to możliwe w połowie drogi między Krakowem i Tatrami. Z kolei zjazdy przypominały mi o wiosennym zjeździe w Japonii. Jakoś mnie naszło na sentymenty.
Budowa drogi ekspresowej zmusiła mnie do wybrania objazdu. Całe szczęście krótkiego. Deszcz ustał przed Jordanowem, ale pojawiły się ostre podjazdy. Tym razem niesprawny napęd dał się we znaki (przednia przerzutka unieruchomiona na średniej tarczy po półtorarocznym pobycie w piwnicy). Na kilku stromych drogach musiałem pchać cały mój majdan, przez co paliły mnie łydki. Jako nagrodę pocieszenia zobaczyłem złote góry skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Może nie Tatry, ale dobre i to.
Ostatni większy podjazd i dostałem się do Jabłonki. Tam zmieniłem plany i zamiast jechać krajówką przez Chyżne, wybrałem spokojniejszą wojewódzką 962, chociaż co jakiś czas i tak mijały mnie kolumny aut.
Planowałem dotrzeć do celu przed zmrokiem, a dostałem się 3 godziny później. Jazda nocą po Słowacji napawała mnie niepewnością. Może to przez szok kulturowy. Na kempingu było kilku turystów, w tym hałaśliwe polaczki. Wyobraźcie sobie, że przytargali wielki telewizor na maleńkie pole kempingowe. Czyżby kompleksy?
Kategoria kraje / Słowacja, kraje / Polska, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Polska / małopolskie, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Pierwszy namiot

  170.21  08:43
Wróciłem do Poznania. Niestety bez kolarzówki. Po znalezieniu nowego mieszkania i sprowadzeniu rzeczy przyszedł czas na odebranie mojego Treka, który przeleżał półtora roku w piwnicy u koleżanki. Stan ogólny: dobry. Jedynymi problemami były zaśniedziałe i zardzewiałe śrubki oraz unieruchomione przednia przerzutka i amortyzator w widelcu. Do tego stukanie, z którym próbuję uporać się od momentu kupna. Odczucia po zmianie roweru? Bardzo szeroka kierownica i ciężka, toporna jazda. Nie miałem za dużo czasu na rower, ale Aki, której do tej pory pokazywałem Polskę, wróciła do Japonii i mogłem w końcu wyruszyć w długą wyprawę.
Do końca nie wiedziałem, w którym kierunku pojechać. Myślałem o północy, ale ostatecznie zdecydowałem, że Toruń będzie wygodniejszy. Skolekcjonowanie całego ekwipunku na wyprawę zajęło mi trochę czasu, bo jeszcze nie zdążyłem się rozpakować od czasu wprowadzenia się.
Ruszyłem późno przed południem. Pomyślałem, że szlak przy jeziorze Malta byłby dobrą opcją, aby przypomnieć sobie miasto. Odświeżyłem sobie przy okazji pamięć na kilku drogach dla rowerów. Nic się nie zmieniły. Może jedynie pogorszyła się ich jakość.
Za miastem poleciałem trochę po starych wertepach, a potem dawną krajówką do Gniezna. Dalej, ładniejszymi i brzydszymi drogami, ominąłem Inowrocław.
Złapał mnie zmrok, bo rano za dużo czasu zajęło mi pakowanie. Mimo to wszystko szło zgodnie z planem, aż dojechałem do Puszczy Bydgoskiej. Zabrałem się do tego od złej strony, przez co trafiłem na nieutwardzone drogi leśne. Raptem kilka kilometrów, ale wspólnie ze zmrokiem mocno wykończyły mnie. Do tego temperatura spadła do 18 °C.
Dojechałem do Torunia. Dość późno, bo na kempingu zastałem tylko stróża. Całe szczęście dopiero szedł zamknąć bramę. Zameldowałem się, rozłożyłem namiot (pierwszy raz od ponad dwóch lat) i poszedłem do miasta coś zjeść, bo z tego pośpiechu nie zrobiłem żadnej przerwy.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, mikrowyprawa, rowery / Trek

W japońskiej niezgodzie z przyrodą

  127.58  06:19
Nastał piękny, choć upalny poranek. Zdecydowałem, że dokończę plan z poprzedniego dnia i objadę Półwysep Oshika. Wydawało mi się, że będzie to lekka i przyjemna wycieczka, ale okazało się coś zupełnie innego.
Podjazdy towarzyszyły mi od początku. Najpierw były lekkie górki z widoczkami na zatoki. Przejechałem przez wiele przysiółków, które zostały zmyte z powierzchni ziemi podczas tsunami przed siedmiu laty. Wały przeciwpowodziowe wciąż były w budowie, wiele ulic na mapie zdezaktualizowało się, po niejednym domie pozostały puste działki, które zdążyły pokryć się roślinnością. Mimo tej tragedii widziałem wiele nowych budynków. Brak lądu pod zabudowę mieszkalną jest w Japonii problemem, dlatego odważniejsi wracają na swoje.
Na południu półwyspu wjechałem na wysokość ponad 200 m n.p.m. Tym samym zacząłem mozolny powrót do domu. Centralna część półwyspu była górzysta, więc zmieniły się krajobrazy. Zabudowania zniknęły i natura zaczęła dominować w pełni. Gdyby tylko pozbyć się ludzi, byłoby idealnie. Niestety tamten odcinek drogi był wykorzystywany przez idiotów na motocyklach, którzy ze zmodyfikowanymi tłumikami jeździli jeden za drugim jak na jakiejś paradzie. Zamiast jechać spokojnie denerwowałem się. Irytowała mnie bezsilność.
Za ostatnią, najwyższą górą był bardzo długi i stromy zjazd, który sprowadził mnie prawie do centrum miasta Ishinomaki. Jako że spędziłem pół dnia na półwyspie, byłem bardzo głodny. Zatrzymałem się na szybki obiad w supermarkecie. Pozostała prosta droga do domu. Zmrok złapał mnie jeszcze przed Matsushimą. Potem już tylko jazda nocą. Temperatura spadła do przyjemnego poziomu, więc jechało się dobrze.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, po zmroku i nocne, setki i więcej, za granicą, Japonia / Miyagi, mikrowyprawa, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Niebieski Dzień Dziecka

  85.73  04:33
Będzie dzisiaj trochę nostalgicznie, bo wybrałem się w region zniszczony w 2011 roku przez tsunami. Ale też z dozą optymizmu.
W tym roku majówkę spędziłem trochę mniej rowerową. Wybraliśmy się z Aki do ogrodów w odległych prefekturach, aby obejrzeć kwiatki. Zdążyły lekko przekwitnąć, ale to szczegół. Po powrocie trochę padało, jednak ostatnie dni majówki miały być pogodne. Gdy się dzisiaj obudziłem, padało. Chciałem to przeczekać, bo deszcz był przelotny, ale prawie zastałem południe. Nie mogłem czekać. Padało, gdy ruszałem, ale to był ostatni prysznic z nieba. Wyszło słońce i nawet zrobiło się gorąco.
Pojechałem do Matsushimy. Droga standardowa, więc nic specjalnego. W Matsushimie już od granic miasta tragedia. Auto na aucie, że musiałem na chodnik uciec, a i tam człowiek na człowieku i skończyłem na spacerze przez miasto. Na szczęście nie przez całe.
Wjechałem do Higashi-Matsushimy, sąsiedniego miasteczka, w którym znalazłem kilka kwitnących wiśni (w Matsushimie nie było już ani jednej). Dostałem się nad wybrzeże, które po siedmiu latach od tragicznego tsunami nadal jest jednym wielkim placem budowy. To tam znajdowała się największa atrakcja w okolicy. Nastolatek zainicjował tradycję, która dziś przyciąga setki osób. Po tym, jak żywioł zabrał całą rodzinę nastolatka, zapragnął on spełnić marzenie swojego zmarłego brata i rozwiesił błękitne koinobori (zwykle różnokolorowe chorągwie w kształcie karpia wywieszane z okazji Dnia Dziecka). Wkrótce potem ludzie z całej Japonii zaczęli słać niebieskie ryby, dzięki czemu obecnie kolekcja liczy prawie tysiąc sztuk (jak nie więcej). A ponieważ dzisiaj wypadł Dzień Dziecka, to można było zobaczyć, a nawet wziąć udział w występach scenicznych. Ja trafiłem na zespół muzyczny zachęcający zebranych do machania, ale widziałem, że za sceną szykowała się kolejna grupa. Zostałem tylko na parę minut, bo gonił mnie czas.
Ishinomaki to jedno z najbardziej dotkniętych przez kataklizm z 2011 roku miast. Budynki na wybrzeżu zostały zmyte z powierzchni ziemi. Skalę zniszczeń można zobaczyć na niejednym zdjęciu dostępnym w sieci. Choć do dzisiaj prawie wszystkie uszkodzone domy zostały rozebrane, wiele działek stoi niezagospodarowanych. Prawdopodobnie właściciele zginęli lub nie chcą wracać z powodu traumy. Ponieważ żywioł towarzyszy Japończykom od zawsze, mieszkańcy pogodzili się ze stratą i wspólnymi siłami odbudowano miasto. Tylko drogowcy się ociągają, bo chodniki – jeśli są – straszą wybojami.
Nad wybrzeżem, na górze stał chram, z którego można zobaczyć okolice. Zdjęcia na barierkach ukazywały miasto sprzed tragedii, więc można porównać, jak bardzo skurczyła się liczba zabudowań.
Zatrzymałem się na obiedzie. Ishinomaki to również miasto rybackie, więc gdzie indziej, jak nie tam można spróbować owoców morza. Wśród wielu restauracji, znalezienie tej właściwej nie jest proste, zwłaszcza gdy wszystko jest zapisane japońskim pismem. Moją uwagę przyciągnął sklep z lokalnymi produktami, nad którym była restauracja. Zamówiłem kaisen-don, czyli kawałki surowych ryb i innych owoców morza na ryżu. Zdrowo i smacznie.
Planowałem pojechać wokół półwyspu, ale zabrakło mi dnia. Pomyślałem, że pojadę w zamian wokół morza Mangokūra. Ehe! Droga zamknięta, bo budowali nową. Zawróciłem, a po drodze tunel przykuł moją uwagę. Szukając widoku zachodzącego słońca, pojechałem tamtędy. Przed tunelem stał znak zakazu wjazdu rowerem, ale nie widziałem alternatywy, więc chyba po raz pierwszy złamałem prawo. I tak droga była pusta. Po drugiej stronie znalazłem okręt Sain Juan Bautista, atrakcję turystyczną. Wyglądało jednak na to, że była nieczynna. Pokręciłem się jeszcze chwilę i wróciłem do miasta, trafiając na drogę omijającą tunel. Chciałem okrążyć tę część miasta przed końcem wycieczki, ale trafiłem na drogę do innej dzielnicy. Szybko dałem się namówić na zwiedzenie jej. Trafiłem na tymczasowe domy, w których osiedlono mieszkańców, którzy stracili swój dobytek przez tsunami. Niektóre wyglądały na wciąż zamieszkane. Dokończyłem pętlę i po zmroku dojechałem do hostelu. Oszczędności w tym mieście spowodowały, że latarnie uliczne są tu rzadkością.

Kategoria kraje / Japonia, po zmroku i nocne, za granicą, Japonia / Miyagi, mikrowyprawa, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Aizu-Wakamatsu

  124.14  06:09
Słońce przesłaniała warstwa chmur, ale temperatura nie była niska. Do południa zdążyła wyrównać się z wczorajszą.
Na początek musiałem zjechać w dół, co nie było cieszące, bo zaraz rozpoczynał się podjazd. Pierwszą atrakcją okazały się bramki przed płatną drogą. Nie widziałem znaku drogi ekspresowej ani zakazu wjazdu rowerem, ale nie ciekawiła mnie wysokość opłaty, toteż zjechałem na chodnik, który mnie poprowadził w różne miejsca. Najpierw do niewielkiej kaskady. Potem minąłem kładkę dla pieszych, ciasny tunel (pomyśleć, że kiedyś przejeżdżały przez niego auta) i znalazłem koniec drogi. To sobie pojechałem. Wspiąłem się do punktu widokowego, aby spojrzeć na przyczynę blokady, bo na mapie biegła dalej. Okazało się, że skarpa, po której prowadziła droga, osunęła się. Nie było więc mowy nawet o próbie kontynuowania. Zawróciłem do kładki i tutaj, po raz kolejny, był plus dla zestawu rower plus przyczepka. Do kładki prowadziły schody, więc najpierw zniosłem przyczepkę, a potem rower, i od razu mogłem jechać.
Znalazłem się w dzielnicy Nikkō, która bardziej przypominała wymarłe miasteczko. Wzdłuż rzeki stały kilkunastopiętrowe hotele. W kilku widziałem światła, więc może nawet były czynne. Gorące źródła, które się tam znajdowały musiały w dawnych czasach przyciągać tysiące ludzi. Na postojach widziałem na starych zdjęciach dziesiątki uśmiechniętych twarzy. Może po prostu przyjechałem nie w porę?
Przejechałem obok tamy tworzącej jezioro Ikari-ko. Trwały prace nad budową elektrowni wodnej. Prawdopodobnie z tego powodu spuszczono całą wodę z jeziora. Wyglądało to dziwnie, niczym po katastrofie ekologicznej. Przez środek jeziora płynęła rzeka, która wydrążyła w mule głębokie koryto. Ciekawe jak taka ilość materiału ma wpływ na stan rzeki poniżej tamy.
W końcu wjechałem na szczyt góry stojącej na mojej drodze i został długi zjazd. Próbowałem znaleźć drogę, którą jechałem rok wcześniej (jak ten czas leci), ale wtedy trochę kombinowałem, aby uciec od aut. Dzisiaj miałem mniej szczęścia, bo ruch był dużo większy. Może to dzięki porze dnia, bo o zmierzchu zaczęło być luźniej. Dotarłem do miasta Aizu-Wakamatsu, rzuciłem okiem na słabo oświetlony zamek, który chodził po mojej głowie podczas poprzedniej wizyty w mieście, i zatrzymałem się w hotelu.
Kategoria za granicą, z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, na trzech kółkach, kraje / Japonia, góry i dużo podjazdów, Japonia / Fukushima, Japonia / Tochigi, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery