Dzisiaj miałem mało czasu. Przejechałem się do centrum, skoczyłem pod Łazienki i popędziłem na spotkanie z kolegą. Ruch na drogach dla rowerów absurdalnie duży. Boję się tych ludzi. Byłem nawet świadkiem kolizji dwóch szybko jadących rowerzystów. Powrót po zmroku, zdążyłem przed deszczem.
Dzisiaj plan był taki, aby dostać się do żelaznej kładki na Żeraniu. Najpierw pojechałem do centrum, by przespacerowałem się po Starym Mieście i dalej już wzdłuż Wisły – to z jednej strony, to z drugiej. Drogi były różnej jakości i nawierzchni. Znów kilka dróg dla kaskaderów straszyło swoim istnieniem.
Kładka została zaadaptowana na drogę rowerową kilka lat temu. Stalowa konstrukcja świetnie się prezentuje. Nie planowałem jechać dalej na północ, więc zawróciłem wzdłuż Wisły, jeszcze zakręciłem się po centrum i wróciłem do hotelu.
Znalazłem się w Warszawie. Miałem kilka spraw do załatwienia, więc trochę się zabiegałem, że nawet jednego zdjęcia nie zrobiłem. Wpadłem nawet na odrobinę dzikiego terenu za miastem. Miałem za to jakiegoś pecha do dróg dla kaskaderów. Jakoś lepiej wspominam te drogi, gdy rok temu jeździłem po nich na kolarzówce.
Najbliższym wrzosowiskiem w tej części kraju, o którym wiem, jest to w Poleskim Parku Narodowym. Nie miałem ochoty na tak długą wycieczkę, więc ruszyłem na poszukiwania w okolicy. I tak chmury groziły deszczem, więc nie chciałem się zanadto oddalać. Tak szukałem, że wjechałem na szlak przez Torfowisko Sobowice. Tak jak zimą, również latem nikt tam nie zagląda. Ścieżka zarosła okropnie, że użyłem patyka w roli maczety, żeby zrobić sobie przejście. 95% roślin zagradzających drogę to były pokrzywy. Bagno wyschło, więc nawet nie było czego podziwiać. Tak się zmachałem, że nie odnalazłszy żadnych wrzosów, wróciłem do domu.
Planowałem wyskoczyć w tygodniu, ale nie wyszło. Wyskoczyłem w weekend. Droga z wiatrem, rower zostawiłem na parkingu i wszedłem na szlak. Letnie widoki nie porywały, słońce było zbyt ostre. Ludzi na szczęście niewiele, ale brak wody ułatwiał mijankę na kładce szerokości połowy człowieka.
Zjadłem lokalne pierogi i ruszyłem w pośpiechu. Na niebo wyszły granatowe chmury. Wiatr w twarz nie ułatwiał powrotu. Na szczęście uniknąłem opadu i dzisiaj nawet wróciłem przed zmierzchem.
Pojechałem zobaczyć Bagno Serebryskie. Pierwszy raz droga była sucha, żadnego brodu, nawet błota. Słyszałem jednak zwierzę uciekające w szuwarach, więc torfowisko było przesiąknięte wodą. Schody na platformę widokową naprawili, ale ktoś zniszczył barierki. Ręce opadają.
Nowy miesiąc, nowa temperatura, więc trzeba gdzieś wyskoczyć. Oczywiście najprostszą trasą był szlak przez Chełmski Park Krajobrazowy. Komary oszalały, więc rzadko stawałem. Powrót z wiatrem przez Chełm.
Rower towarzyszył mi od małego. Przez wiele lat jeździłem na Romecie. W 2012 kupiłem Treka, który na poważnie wciągnął mnie w turystykę rowerową. Przejechałem na nim Islandię i Koreę. Kolejnym połykaczem kilometrów stała się kolarzówka GT, która w duecie z trzecim kołem towarzyszyła mi podczas wyprawy wokół Japonii i Tajwanu. Szukając nowego partnera wyprawowego w trudnych czasach, trafiłem na gravel podrzędnej marki. Mimo to prowadził mnie ku przygodzie po Norwegii i Szkocji. Do tego lubię utrwalać na fotografii ładne rzeczy i widoki.