Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

rowery / Trek

Dystans całkowity:78925.64 km (w terenie 7627.36 km; 9.66%)
Czas w ruchu:3284:49
Średnia prędkość:18.82 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:458715 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:226193 kcal
Liczba aktywności:938
Średnio na aktywność:84.14 km i 4h 00m
Więcej statystyk

Z gór w pogórze

  65.56  03:31
Plan na dzisiaj był prosty. Zjechać z gór i dotrzeć na Pogórze Kaczawskie, aby wziąć udział w imprezie urodzinowej. Niby prosta rzecz, a jednak sprawiła mnie trudność.
Po chłodnej nocy nastał ciepły poranek. Od razu zastałem przepiękny widok na Góry Czarne. Najpierw musiałem zjechać do doliny Bystrzycy, która rozdziela Góry Wałbrzyskie i Góry Sowie. W dół miałem do Jedliny-Zdroju, a potem długi podjazd do Wałbrzycha, żeby potem już całą drogę mieć z górki. Przez Świebodzice i Dobromierz dojechałem do Wiadrowa.
Popełniłem wielki błąd, próbując uciec przed wiatrem bocznym. Wybrałem polne drogi, które po pewnym czasie stały się uciążliwe. Kilka razy zatrzymałem się, żeby wydłubać błoto, a zapychały się nie tylko błotniki, ale także klocki hamulcowe i nawet napęd. Błąd powtórzyłem w Paszowicach, bo miałem nadzieję, że jednak będzie lepiej. Nie było. Gdy dotarłem do Myśliborza, już nie myślałem o terenie. Pojechałem do Myślinowa, szukając po drodze czynnego sklepu, żeby zabrać ze sobą coś na imprezę. Ostatecznie przejechałem przez całą wieś i niczego nie znalazłem. Pozostała już tylko jedna opcja – Chełmiec. Szybko zjechałem z widokowego wzgórza i dotarłem do sklepu. Nie był dobrze wyposażony, ale zawsze coś. Pozostał ostatni podjazd do chaty „Pod lipą” i mogłem odpocząć po błotnej kąpieli. Nie wiem kiedy doczyszczę rower.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, Park Krajobrazowy Chełmy, z sakwami, góry i dużo podjazdów, rowery / Trek

Tajemnice projektu Riese

  79.77  04:46
Minęło kilka miesięcy od mojej wizyty w górach. Dostając zaproszenie na imprezę urodzinową Bożeny, pomyślałem o dobrej sposobności na górską wycieczkę. Wpadły mi w ręce informacje o Osówce – podziemnym mieście w Górach Sowich. Obmyśliłem plan i wziąłem się do jego realizacji.
Wczoraj, tuż po pracy, wyszedłem na pociąg do Wrocławia. Po noclegu w Hostelu Wratislavia (rower był przechowywany w pralni; ciekaw jestem, jak to wygląda w sezonie), ruszyłem do Kamieńca Ząbkowickiego pociągiem, ponieważ wiało z południa. Z początku planowałem to odrobinę inaczej – wyruszyć późniejszym pociągiem, dotrzeć do Osówki i potem dojechać do noclegu. Gdy jednak zacząłem się wczytywać w szczegóły hitlerowskiego projektu Riese, dowiedziałem się także o innych dostępnych do zwiedzania obiektach. Dlatego też do pociągu 2 godziny wcześniej.
Tuż przed godz. 8 znalazłem się w Kamieńcu Ząbkowickim. Żałowałem, że nie miałem więcej czasu, bo pałac na Zamkowej Górze wyglądał wspaniale w promieniach słońca na bezchmurnym niebie. Kolejnym punktem na trasie było Bardo, w którym również znajduje się kilka ciekawych miejsc, ale dojazd do nich znów zabrałby mi zbyt wiele czasu. Podjazdy i tak zaczęły robić się coraz bardziej strome.
W końcu dojechałem do drogi wojewódzkiej, co było wybawieniem, a miałem już dość wiatru bocznego. Do Nowej Rudy było łatwo, ale potem zaczął się długi podjazd, aż do Gór Sowich. Było mi tak gorąco, że przy niecałych 3 °C zacząłem się rozbierać. W Sokolcu przestałem się spieszyć. Wiedziałem, że nie uda mi się dotrzeć do Włodarza przed południem, a że zwiedzanie trwa tam półtorej godziny, to nie chciałem czekać na kolejną turę. Skierowałem się do Osówki.
Przed wyjazdem przeczytałem na stronie internetowej jednego z noclegów, że zimą nie ma możliwości dostania się do Rzeczki z Sierpnicy. Dzisiaj przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy wjeżdżając na jedną z takich dróg, na której była tabliczka informująca o nieutrzymywaniu drogi zimą, natrafiłem na grubą warstwę śniegu. Próbowałem jechać po wydeptanej ścieżce, potem znalazł się też ślad auta, które kilkadziesiąt godzin wcześniej próbowało tamtędy jechać. Niestety śnieg był tak duży, że pedały się zatapiały, skutecznie mnie hamując na podjeździe. Nawet pchanie roweru było wykańczające. Na moje szczęście, gdy dotarłem na szczyt, powróciła cywilizacja i odśnieżona droga. Na nieszczęście było z górki. Długi zjazd, a ja nie miałem w pełni sprawnych hamulców. Od tygodnia nie mogę znaleźć klocków w żadnym sklepie w Poznaniu. Czy zimą jeździ się wyłącznie z hamulcami tarczowymi?
Na zjeździe nie zabiłem się, nawet nie przegapiłem podjazdu do Osówki. Tam byłem na ponad pół godziny przed wejściem, zostawiłem w biurze kasowym bagaż, rower przypiąłem do ogrodzenia i poszedłem do podziemi. Przewodnik mówił dużo, nawet w trakcie spaceru między przystankami, ale wtedy nie wszyscy go słyszeli. Nie wiem jednak, czy przez lata wypracował sobie brak intonacji podczas mówienia, czy może recytował same wyuczone regułki. Dla samych podziemi warto jednak tam się wybrać. Należy pamiętać, że we wnętrzu jest duża wilgotność i temperatura ok. 7 °C. Wyższa niż na zewnątrz, ale w stroju kolarskim czasami się telepałem z zimna.
Po gorącej herbacie pojechałem w kierunku Włodarza. Najpierw leśną drogą, potem ulicą nieutrzymywaną zimą, wszystko oczywiście pokryte śniegiem zbitym w lód. Dopiero na zjeździe do Walimia mogłem cieszyć się asfaltem. Jadąc maksymalnie 40 km/h, udało mi się zjechać do samego dołu, choć na jednym zakręcie niegroźnie wypadłem z drogi. Dojazd do Włodarza był zdecydowanie prosty. Co kilkadziesiąt metrów wielkie tablice informowały o kilometrażu, który i tak został zaniżony. Dojechałem na 5 minut przed wejściem, ale zdążyłem. Rower pozostawiłem bez opieki, bagaż wniosłem do baru, choć i tak mogłem go zostawić wyłącznie na widoku przed ladą.
Bilet był drogi, a przewodnik podchmielony, bez kasku, ale nie był taki sztywny, jak tamten w Osówce. Dużą frajdą było przepłynięcie zalanego wodą tunelu łódką. Najbardziej mnie ciekawi, co znajduje się za zabetonowaną ścianą. W grudniu został wyemitowany w telewizji reportaż o tamtej blokadzie (trochę szkoda, że nie mam telewizora). Ponieważ sztolnie są własnością Skarbu Państwa (albo innego podmiotu państwowego) i dodatkowo znajdują się na terenie Parku Krajobrazowego Gór Sowich, to należy przejść szereg procedur biurokratycznych, aby przewiercić się przez tamtą ścianę, a następnie utorować przejście do prawdopodobnie ukrytych korytarzy. Będę z zaciekawieniem śledził postęp prac.
Pozostało mi dostać się do umówionego noclegu w Głuszycy. Nie chciałem oczywiście jechać drogami leśnymi, bo zaspy mogły nie być dla mnie zbyt łaskawe. Wybrałem drogę wokół Masywu Włodarza. Najpierw zjazd do Jugowic, a potem długi podjazd do Głuszycy i poszukiwanie pokoi gościnnych „Pod Soboniem”, w których miałem się zatrzymać. W pokoju nie było zbyt ciepło, więc mogłem zacząć się przyzwyczajać do warunków, które miały panować następnej nocy.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, z sakwami, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Koźmin Wlkp.

  105.42  05:15
Dzisiaj miała przyjść odwilż, a od jutra deszcze. Było szkoda tak pięknego dnia na lenistwo. Idealnie kilka gmin leżało tam, gdzie wiatr mógł mnie ponieść, a wiało z północnego-zachodu. Ubrałem się ciepło i ruszyłem.
Już od początku podróży czułem popełniony błąd. Było mi za ciepło, bo założyłem pod bluzę koszulkę z długim rękawem. Na niebie świeciło słońce, więc jedynym ratunkiem były lasy. Pomyślałem oczywiście o Nadwarciańskim Szlaku Rowerowym. W centrum miasta blachosmrody pozastawiały drogi dla rowerów, ale nie miałem czasu na zabawę ze Strażą Miejską, więc im odpuściłem. I tak byłem spóźniony, bowiem były to godziny przedpołudniowe, więc mój plan mógł spalić na panewce. Wiedziałem, że nie uda mi się dojechać do Ostrzeszowa. Głównym problemem był powrót, a ten możliwy był tylko pociągami, które z kolei nie jeżdżą. Wisiała zatem groźba, że coś może się nie udać i nie będę miał jak wrócić do domu. Pod wiatr nawet nie myślałbym próbować!
Jechałem głównie po śniegu, bo tego przybyło przez noc. Nie było specjalnie ślisko za sprawą odwilży, więc nie bałem się o swoją skórę tak bardzo, jak wczoraj. Po Wielkopolskim Parku Narodowym jechało się bardzo dobrze, bo temperatura spadła poniżej 0 °C. Porównując z drogą w słońcu, było ponad 6 °C. Rowerzystów zaledwie troje spotkałem, z czego tylko jednego mężczyznę, ale gdzie oni kaski podziali?
W Mosinie zrobiłem przerwę na odmrożenie paluchów i zjedzenie sałatki, i w końcu zacząłem jechać z wiatrem. Najpierw do Śremu przez Rogaliński Park Narodowy. O ile las był przepiękny, o tyle poślizg bardzo przykry. Wylądowałem chyba identycznie, jak tydzień temu, roztrzaskując sobie strup. Teraz nie wiem, jak szybko się zagoi, bo aż musiałem założyć opatrunek, taki był dokuczliwy ból. Później już uważałem, przez co i średnia znów osłabła.
Za Śremem wjechałem na terenowe drogi. Były tak ubłocone, że ledwo dało się pedałować. Jak już znalazł się lepszy odcinek, to wpadałem w koleinę i musiałem znów rozpędzać maszynę. Nieopodal Dolska zmieniłem kierunek jazdy, przez co poczułem siłę dzisiejszego wiatru. Stanowczo nie chciałem wracać do Poznania na rowerze. Dla rozrywki w tej niewygodzie widziałem stado jeleni liczące ponad 50 łań. Całkiem pokaźna chmara. Chwilę potem wpadłem do Błażejewa i wtedy zauważyłem, że niektórymi drogami jechałem w listopadzie. Myślę jednak, że wtedy były one stanowczo wygodniejsze. Za Błażejewem kolejny teren i znów lód na leśnych drogach. Na szczęście blachosmrody zostawiły środek drogi niewyślizgany, więc nie było tak źle.
Do Borka Wielkopolskiego dojechałem nawet szybko. Miałem jednak tylko półtorej godziny do pociągu w Koźminie i spoglądając na mapę, martwiłem się, że nie zdążę. Uspokoił mnie znak informujący o niespełna 20 kilometrach drogi do celu. Odetchnąłem z ulgą, ale jednocześnie przycisnąłem w pedały. Miałem wiatr tylko dla siebie, pod sobą równe drogi i siłę w nogach do rozdysponowania na najbliższą godzinę.
Zrobiłem zakupy w pierwszym sklepie w Koźminie Wielkopolskim i zacząłem szukać dworca kolejowego. Na jednej z dróg osiedlowych wpadłem w poślizg i wylądowałem na środku jezdni. Na szczęście kierowca w aucie za mną był na pewno na tyle rozważny, że nie zaplanował mnie wyprzedzać. Szybko się pozbierałem i jechałem dalej, bo czas mnie jednak gonił – musiałem kupić bilet.
Koźmin stracił budynek o funkcjonalności dworca kolejowego. Pozostała tam tylko poczekalnia, a kas próżno było szukać. Zorientowawszy się na 11 minut przed odjazdem pociągu, że nie mam gotówki, zapytałem jedynych podróżnych, którzy mogli być mieszkańcami tego miasteczka, o najbliższy bankomat. Chłopak wskazał Rynek, ale dziewczyna wspomniała o banku przy Biedronce. Ponieważ zwróciłem uwagę na ten sklep wcześniej, to popędziłem w jego kierunku. To był sukces, bo uwinąłem się na tyle szybko, że oczyściłem odrobinę rower ze śniegu i lodu. W pociągu bilet kupiłem dopiero tuż przed Poznaniem. A już myślałem, że powtórzy się sytuacja sprzed tygodnia.
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, terenowe, setki i więcej, dojazd pociągiem, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Po śniegu przez poligon

  34.17  01:57
Ta sobota była jakaś taka ospała. Wyszedłem się przejechać dopiero przed wieczorem i żałuję, że zrobiłem to tak późno. Rano była ujemna temperatura, padało trochę śniegu, ale lepsze to niż deszcz. Pojechałem na poligon, bo nie miałem innego pomysłu.
Do Biedruska dostałem się szlakiem rowerowym wzdłuż Warty. Drogi terenowe były wyślizgane przez blachosmrody, więc trzeba było uważać. Spotkałem po drodze rowerzystę, który mnie ostrzegł przed śliską drogą, ale musiał wyolbrzymić sprawę, bo nie spotkało mnie nic, czego nie widziałem wcześniej na szlaku. Minąłem też kilometraż maratonu Warta Challenge. Wychodzi na to, że trwał on tego samego dnia. Miałem szczęście, że nie pokrzyżowali mi planów. Później jeszcze zobaczyłem nowe słupki z innym kilometrażem, też dla biegaczy. Jeszcze trochę i biegających będzie więcej niż rowerzystów.
Popełniłem błąd, jadąc na poligon z Biedruska do Złotnik. Miałem całą drogę pod wiatr. W dodatku zaczął padać deszcz. To była strasznie męcząca wycieczka. Jedyne szczęście, że droga została odśnieżona. Ruch w tygodniu jest tam chyba większy niż na moim osiedlu. Powrót do Poznania też nie był łatwy. Przy ogródkach działkowych znów wpadłem w pułapkę blachosmrodziarzy. Było tak ślisko, że noga ślizgała się, gdy podpierałem się na rowerze. Jedynie dzięki powolnej jeździe udało mi się przeżyć, choć obróciło mną kilka razy. Potem jeszcze kilka razy źle skręciłem, zabłądziłem na jakimś osiedlu i, dzięki widokowi znanej mi reklamy, odnalazłem drogę do domu. Niech ta zima będzie zimą albo skończy z tym.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Stała się jasność – Convoy S2

  10.02  00:40
Od kilku miesięcy rozglądałem się za nowym oświetleniem na rower. Wpadła mi w oko latarka Convoy S2. Zamówiłem ją prosto z Chin. Przesyłka podzielona na 3 części dotarła w dwóch trzecich. W grudniu latarka, a na początku stycznia dostałem baterie. Paczka zawierająca ładowarkę oraz uchwyt na rower nie trafiły w moje ręce. W poniedziałek udało mi się dostać inny uchwyt. Za duży, ale stara dętka wpasowała się idealnie. Chciałem jazdy próbnej.
Jak jazda próbna, to oczywiście nocą. Niestety pogoda była na tyle okrutna, że spadł śnieg. Było bardzo jasno, ale mimo to pojechałem – do nieoświetlonego lasu na Morasku. Byłem tam sam, masa śniegu, nawet ciemno, a latarka spisała się idealnie. Nie ma porównania ze starą lampką. Tamta po prostu nie istnieje. Teraz tylko będę potrzebował ładowarki, bo chyba zamówione ogniwo jest na wyczerpaniu. Przydałaby się z pewnością instrukcja obsługi, bo od nadmiernego klikania poprzestawiałem sobie tryby i teraz tylko szczęśliwy traf pozwala mi na wybór pożądanego poziomu jasności czy trybu świecenia. Chciałbym się wybrać w suchą noc do lasu. Pewnie jeszcze trochę poczekam. Rower tymczasem płakał, gdy go czyściłem. Sól wysypali w mgnieniu oka, nawet na chodnikach. Potrzebuję mieszczucha do jazdy w niepogodę. Wtedy w ogóle mógłbym zapomnieć o tramwajach.
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, terenowe, po zmroku i nocne, rowery / Trek

Z wiatrem do Inowrocławia

  135.67  06:03
Mawia się, że rowerzyści są szaleni. Cóż, nie chodzi mi o wariatów chodnikowych, a o charaktery. Dopadł mnie katar, a może to przeziębienie? Mimo tego nie siedziałem w domu. Szkoda mi było. Tak rzadko jeżdżę. Rower cierpi na krótkich dojazdach do pracy.
Rano ledwo żyłem, ale po kilku godzinach czułem się relatywnie dobrze. Wsiadłem więc na rower i ruszyłem przy 2 °C w kierunku Inowrocławia. Wybrałem drogę krajową, aby dostać się najpierw do Kostrzyna. Ruch zwyczajny, jak zawsze, gdy jeżdżę tamtą drogą. Słońce na niebie podniosło odrobinę temperaturę, ale na krótko. Gdy wjechałem na leśne drogi lasów czerniejewskich, gdzie śnieg zalega cienką warstwą, temperatura spadła poniżej zera. Szkoda, że miałem plan, bo było tam tak ładnie, że zatrzymałbym się tam na dłużej.
Jechałem drogami z wiatrem, aż dotarłem do kolejnego lasu, mniej bezpiecznego. Na prostej drodze wpadłem w poślizg. Winą obarczyć można blachosmrody, które śnieg leżący na drodze zbiły w lód. Na szczęście nie było to nic poważnego, bo upadłem na biodro. Szybko przestało boleć. Później uważałem, choć dalej już leśnicy „zaorali” drogę, która po zamarznięciu bez wątpienia mogłaby stać się polem doświadczalnym dla walców. Ja mogłem przećwiczyć jazdę techniczną.
Za Trzemesznem wjechałem na drogę krajową. Za plecami słońce czerwonym okiem łypało groźnie zza wysokich drzew. Trzeba było się sprężać, żeby szybko dostać się do Inowrocławia. Zwłaszcza że nie sprawdziłem rozkładu pociągów i nie wiedziałem, o której mam powrotny.
Wjechałem do województwa kujawsko-pomorskiego. Przez Mogilno dotarłem po zmroku do Janikowa. Zatrzymałem się pod sklepem, zjadłem kawałek kiełbasy jałowcowej, podobno kujawskiego specjału. Słaby ze mnie smakosz, bo nie czułem w niej niczego szczególnego. Potem zabrałem się w dalszą drogę, trochę bardziej na około, żeby zaliczyć kilka gmin więcej. Moja łapczywość się zemściła, gdy na ostatniej polnej drodze wpadłem w poślizg, znów na wyślizganym śniegu. Tym razem moja akrobacja była mniej efektowna i obtarłem sobie skórę pod kolanem. Na szczęście spodniom nic nie jest. W rowerze za to wykrzywiło się przednie koło, bo klocek zaczął lekko ocierać o obręcz. Zacząłem jechać bardzo wolno do końca tamtego terenowego horroru.
Do Inowrocławia dojechałem od dupy strony. Zakazy wjazdu roweru, chodniki z rozlatującej się kostki brukowej. Absolutnie nie polecam drogi krajowej w tym mieście. W ogóle dróg dla rowerów nie polecam. Jedna była pokryta takim lodem, że nie wiem, jak ją przejechałem. Na stacji przeczekałem niecałą godzinę. Na tymczasowym dworcu było zbyt gorąco, więc stanąłem z dala od wiatru. W pociągu ponownie nie było kontrolera biletów.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Styczeń 2015

  241.83 
Dojazdy do pracy.
Kategoria kraje / Polska, rowery / Trek

Za śniegiem przez Przemęt

  121.51  05:46
To będzie słaby miesiąc. Najpierw przez kilka dni szalał cyklon, przez co nawet do pracy jeździłem cuchnącymi tramwajami. Tydzień temu już miałem zacząć tegoroczne zaliczanie gmin, ale tym razem przeszkodziła mi mgła, która ograniczała widoczność do zaledwie kilkudziesięciu metrów. Postawiłem na bezpieczeństwo i zostałem w domu. Może i dobrze, bo taka pogoda utrzymała się do wieczora. Dzisiaj za to nie zważałem na niską temperaturę ani na zaskoczenie kierowców śniegiem. Właściwie to nie wiem kogo ten śnieg zaskoczył, bo w Poznaniu jest szara jesień.
Wczoraj spędziłem kilka godzin przy rowerze. W końcu zamontowałem regulator linki, bo brak możliwości szybkiego wyregulowania jej strasznie dawał się we znaki. Zajęło mi to tak dużo czasu, ponieważ linka była uszkodzona w dwóch miejscach i musiałem ją odrobinę skrócić. Tym samym zabrakło kilku centymetrów do przerzutki i musiałem poskracać pancerze. Całe szczęście, że wyszło idealnie i niczego nie zepsułem. Linka i tak będzie do wymiany, bo w serwisie spaprali robotę podczas montażu nowego napędu. Mam wrażenie, że zrobili to specjalnie, aby zarobić. To nie pierwszy raz.
Ruszyłem na południe do Mosiny. Na początku zaryzykowałem bez mapy, więc wpakowałem się w złą drogę, ale ostatecznie przez Puszczykowo dojechałem do marketu w Mosinie. Musiałem zatrzymać się, żeby coś zjeść, no i ta temperatura. Był 1 °C w Poznaniu, ale zaraz za granicami miasta dochodziło do -1 °C. Rąk nie czułem, musiałem przystanąć na dłuższą chwilę. Po wizycie w sklepie było znacznie lepiej. Później jednak pojawiły się mgły. Nie jakieś duże, ale widoczność spadła do kilkuset metrów. Temperatura zaczęła znów spadać.
Po zmianie łańcucha odczułem jakąś ulgę. Jechało mi się dużo lżej i często wrzucałem blat, bo za mocno się męczyłem przy wysokiej kadencji. Najgorsze jest to, że korzystałem ostatnio tylko z dwóch–trzech biegów i odczułem zużycie pozostałych zębatek. Coraz gorszej jakości robią te komponenty.
Dojechałem do Czempinia, tam wydało mi się, że mijający mnie kierowca czymś mnie oblał, ale w rzeczywistości sypnęło rzęsiście śniegiem, tak przez kilkanaście sekund. Ach ta jesień. Do Kościana dojechałem ciut okrężną drogą, bo bałem się, że mogę przejechać mniej niż 100 km (w planie były 103 km). Było coraz później. W Śmiglu i tak nadrobiłem dystansem, błądząc po drogach jednokierunkowych, których za nic się nie da zrozumieć. Muszę kiedyś pojechać do Radomia, bo tam jesienią zeszłego roku jednocześnie na kilkudziesięciu ulicach dopuszczono ruch rowerem pod prąd bez wymogu malowania kontrapasów. Dlaczego inni nie uczą się od takich mistrzów?
Tuż przed Śmiglem zacząłem mijać ośnieżone drzewa, ale wraz z dalszą jazdą tego śniegu robiło się coraz więcej. Za Sokołowicami wjechałem na drogę leśną, a że było tam tak ładnie, to zapragnąłem zrobić zdjęcie. Niestety aparat nie udźwignął zmierzchu i dostałem samą czerń na ekranie. Nawet obróbka w programie graficznym niewiele pomogła. Szkoda, bo ładnie to wyglądało. Jakimś cudem przedostałem się przez tamtejszy las usiany ślepymi drogami, przez kilka kilometrów jechałem oświetlony z tyłu reflektorami auta, które jechało niewiele wolniej ode mnie, aż wyjechałem w Boszkowie. Tam przejechałem dwukrotnie skrzyżowania i zrobiłem dodatkowe kilometry.
Temperatura w międzyczasie spadła poniżej -3 °C, ale wypracowałem sobie technikę. Gdy było mi zimno w stopy, robiłem spacer. Na ręce pomagało trzymanie ich za sobą. Po zmroku niestety mogłem ogrzewać tylko jedną naraz. Dojechałem do drogi wojewódzkiej. Po drodze minąłem dziesiątki zakazów wjazdu rowerem oraz drogi dla pieszych i rowerów, nierzadko okropnej jakości. Do tego znaki postawione niechlujnie, bo nie były powtarzane za skrzyżowaniami z drogami podrzędnymi. Przyjmują nieuków do pracy w służbie drogowej i takie są tego skutki.
Kawałek przed Wolsztynem skończyło się zasilanie w telefonie do nagrywania trasy. Było to o tyle dziwne, że miałem całą drogę pełny pasek naładowania. Widocznie czujnik w baterii zamarzł. Niestety krzyżowało to moje plany, bo nie wiedziałem jak się dostać na dworzec, a nikt ani nic mi w tym nie pomagało. Wymieniłem baterię na zapasową i trafiłem, gdzie chciałem. Zostało mi pół godziny do odjazdu ostatniego pociągu do Poznania. Planowałem znaleźć się w Wolsztynie 2 godziny wcześniej, bo jest taka jedna droga dalej na zachód. Chciałem się po niej przejechać, aby nanieść poprawkę na mapę ścienną, po której źle pociągnąłem mazakiem po innej wycieczce. Na szczęście jest jeszcze kilka gmin pod Wolsztynem, dlatego będę miał powód, aby tam wrócić.
W pociągu zastałem radosną atmosferę pracowników Kolei Wielkopolskich. Kierownik pociągu okazał się być rowerzystą, ale chociaż miał niższej klasy rower, to jego wiedza o osprzęcie znacznie przewyższała moją. Ja to chyba tylko bezmyślnie pedałuję, robię zdjęcia kościołom i narzekam na brak gór. Słaby ze mnie rowerzysta po tylu przebytych kilometrach.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Próbując zdążyć na pociąg

  108.02  04:59
Pierwsza setka w tym roku wyszła szybciej niż zwykle, a ile przy tym miałem przygód. Nie było ciepło, bo temperatura nie przekraczała zera, ale słońce na bezchmurnym niebie grzało przyjemnie. Pojechałem z wiatrem do czarującej Puszczy Noteckiej.
Drogi dla pieszych i rowerów były oblegane przez lód i obsypane piachem, więc nie jechałem nimi. Na początek moim celem była Rokietnica. Poruszałem się jedynie z planem w głowie, więc w Poznaniu musiałem się pomylić. Przejechałem więc przez Suchy Las, potem znów przez Poznań i wjechałem w pierwszy w tym sezonie teren.
Od Rokietnicy chciałem przejechać przez Kaźmierz, ale skręciłem do bardzo wygodnej drogi wojewódzkiej. Aby na ściennej mapie narysować trochę nowych linii, po pewnym czasie zjechałem w nieznane i nie spodobało mi się. Droga była okrutna. Gdy dojeżdżałem do Lipnicy, przyszły pierwsze zmartwienia. Zaczynałem przemarzać w ręce, ponieważ znalazłem się w lesie. Martwiło mnie to, jak będzie w puszczy, skoro tak krótki odcinek w cieniu mnie już maltretował.
Dojeżdżając do Ostrorogu miałem kolejne zmartwienie, bo wiatr zmienił się w boczny, a czasem nawet twarzowy. Na szczęście Wronki szybko pojawiły się na horyzoncie. Zjadłem coś ciepłego i ruszyłem na zachód, aby wjechać do puszczy jakąś nową drogą. Dojechałem do Mokrza, a potem zacząłem szukać jakiejś dobrej drogi do Miałów. Trafiłem na taką, po której jeszcze nie jechałem. No, nie w całości, bo w pewnym momencie zorientowałem się, że znam tamte zakręty. Na najbliższym skrzyżowaniu skręciłem i całe szczęście, bo samo trafiłem do Miałów.
Jechało się idealnie. Ta puszcza jest nieopisywalna. Wcale nieporównywalna do żadnej innej. Będę ją jeszcze częściej odwiedzał. Jest tam jeszcze tyle dróg do przejechania, a teraz, gdy nawierzchnia była zamarznięta, a drogi pokryte zaledwie odrobiną śniegu, jazda stała się samą przyjemnością, lepszą od jazdy po najlepszym asfalcie.
Na stacji kolejowej w Miałach zobaczyłem, że mam ok. 40 minut do pociągu w Mokrzu, a ponieważ wydawało mi się, że dotarłem stamtąd w pół godziny, to mogłem zdążyć. Choć słońce już dawno zaszło, to ruszyłem w stronę Poznania. Temperatura zdążyła spaść poniżej -5 °C, ale teren mocno mnie rozgrzał i nie narzekałem tak, jak na asfalcie, gdy było o 4 stopnie cieplej.
Niestety nie zdążyłem. Dotarłem chyba 3 minuty po planowanym przyjeździe pociągu, odczekałem z 5 kolejnych i nic. Poza towarowym nic nie nadjechało. Do kolejnego osobowego miałem znowu mnóstwo czasu, więc postanowiłem dotrzeć do Wronek i... zdążyłbym, gdyby nie to, że dojście do pociągu było od północy, a nie od południa. Na darmo czekałem przed szlabanem, aby obejrzeć pociąg od strony zamkniętych drzwi. Jedynym plusem tego fiaska było więcej czasu na znalezienie czegoś do jedzenia. Gdy wróciłem na dworzec, szynobus już czekał.
Wysiadłem w Poznaniu Woli, aby nie jechać do centrum. Do domu wróciłem drogą krajową. Nie było dużego ruchu.
Nadal nie wmontowałem regulatora tylnej przerzutki, ale tym razem będę musiał to zrobić, bo linka się rozciągnęła w taki sposób, że na manetce mam bieg o 1 wyższy niż na kasecie. Nie jechało się przyjemnie, ale nie chciałem się zatrzymywać, żeby nie robić dodatkowej rozgrzewki. Trzeba było sprzedać ten rower i kupić nowy zamiast się męczyć z remontami.

Kategoria Polska / wielkopolskie, terenowe, setki i więcej, Puszcza Notecka, po zmroku i nocne, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Puszczykowo

  54.61  02:38
Zaplanowana przeze mnie na dzisiaj trasa będzie musiała jeszcze poczekać na odpowiedni moment. Wiatr północno-zachodni niestety długo wiał nie będzie i wykonanie tego planu jutro wygląda na niemożliwe. Tak chciałem zaliczyć kilka nowych gmin w „okolicy” świeżo w nowym roku. Przez moją nieudolną zmianę łańcucha plan zakończył się kompletnym fiaskiem.
Zniechęcony, wyszedłem z domu dopiero około południa, żeby poradzić się w serwisie. Cały ranek trwała burza śnieżna, więc ona też miała swój udział w późnym wyjściu. Niestety serwis, który znajduje się na moim osiedlu był zamknięty. Nie chciałem wracać do domu i przebierać się, więc w zwykłych ubraniach wsiadłem na rower i zacząłem powoli jechać w kierunku kolejnego serwisu. Musiałem uważać, bo spinka Sramu nie była do końca zapięta. Efektem tego było przeskakiwanie łańcucha. Gdy to ustało, zatrzymałem się, żeby sprawdzić co się stało. Okazało się, że spinka nie dość, że się zapięła w pełni, to dostała luzu, który umożliwiał normalną pracę łańcucha. Nie wiem, jak to możliwe, ale uradowany zawróciłem do domu, żeby się przebrać. Martwi mnie jedna rzecz – czy będę mógł normalnie rozpiąć tę spinkę. Już się tego boję.
Rzuciłem okiem na rozkład jazdy pociągów, żeby jakoś wrócić do domu. Najpierw chciałem pojechać do stacji kolejowej w Biniewie pod Ostrowem Wielkopolskim. Potem rzucił mi się w oczy bezpośredni pociąg z Koźmina Wielkopolskiego. Postanowiłem, że jeśli dotrę na czas do Koźmina, to stamtąd wrócę do domu. W przeciwnym wypadku miałem gonić dalej.
Mój zmysł orientacji się psuje. Niepotrzebnie przejechałem przez Wartę. Nie było to jednak problemem, bo na kolejnym moście wróciłem na właściwą. Problem pojawił się gdzieś pod Puszczykowem, gdy zaczynałem marznąć od wiatru. Miało wiać z północnego-zachodu, czyli w plecy. Gdy dojechałem do ślepej uliczki, zawróciłem. Zdecydowałem, że skoro wiatr tak mocno przeszkadza, to nie chciałem się z nim bawić. Nie byłem jednak świadom tego, że jechałem lekko na południowy-zachód. To wyjaśniało kierunek, skąd wiało, ale nie rozwiązało mojego problemu. Pojechałem do jakiejś głównej drogi przez Puszczykowo, ale nie był to dobry wybór. To był jeden wielki parking. Co chwila ktoś zajeżdżał mi drogę. Szczęście, że te podpoznańskie mieściny są takie malutkie i szybko stamtąd uciekłem. Do domu dojechałem sprawnie (wiatr nie przeszkadzał mocno), ale po zmroku. Na chodnikach i drogach leży mnóstwo rozbitych butelek i innych śmieci po sylwestrze. Strasznie mnie to denerwuje. Zresztą to całe miasto mnie denerwuje.
Kategoria Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery