Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

kraje / Polska

Dystans całkowity:124413.40 km (w terenie 11709.30 km; 9.41%)
Czas w ruchu:5086:08
Średnia prędkość:19.81 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:590277 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:219415 kcal
Liczba aktywności:1824
Średnio na aktywność:68.21 km i 3h 08m
Więcej statystyk

Śnieżka, wersja prawdziwa

  55.76  02:57
Wstałem późno i nie miałem za dużo energii. Powoli zjadłem śniadanie, spakowałem się do plecaka zamiast do sakwy i ruszyłem do Karpacza. Było zimno, mimo że na niebie prażyło jesienne słońce.
Poza momentami na łapanie widoków w obiektywie zatrzymałem się raz na uzupełnienie prowiantu, i pod kościołem Wang zameldowałem się przed godz. 14. To dość późno, jak powiedział kasjer. Nie wiedział, gdzie mógłbym zostawić rower i nawet gotów byłem zacząć szukać miejsca na własną rękę. Proponował mi, żebym zabrał rower ze sobą na górę (bo można prowadzić), ale chciałem wskoczyć na szczyt na lekko, no i jak mocno nadbagaż opóźniłby moją wspinaczkę przy tak późnej porze? Powiedział, że to 3–4 godziny drogi. Stąd też nie mogłem zostawić roweru przy wejściu, jak pod Chojnikiem, bo skończyłby pracę zanim zszedłbym. Ostatecznie zaproponował, abym zostawił rower za budką. Zapiąłem go u-lockiem, a kasjer wytrzasnął jeszcze linkę z kłódką, martwiąc się o bezpieczeństwo roweru. Słyszałem, że górale są łasi na kasę, ale że też kradną?
Ruszyłem jako jedyny. Dziwnie się czułem, mijając schodzących ludzi. Mimo wszystko utrzymywałem intensywne tempo. Odbiłem od głównego szlaku, którym ostatnim razem zdobyłem szczyt na rowerze, aby dojść do schroniska Samotnia. Teraz w wielu miejscach pojawiły się znaki zakazu dla rowerów i dronów. Podczas ostatniej wyprawy nie byłem świadom ograniczeń.
Szlak niebieski, którym poszedłem, był przepiękny. To nim, zimą 2011, prawie zdobyłbym Śnieżkę, gdyby nie zamieć. Tym razem miałem okazję podziwiać piękno parku prawie na spokojnie z aparatem w dłoni. Mały Staw również wyglądał malowniczo. Pod schroniskiem Samotnia spotkałem mnóstwo turystów i na drodze do Strzechy Akademickiej mijałem już nie tylko schodzących. Droga do Domu Śląskiego była taka, jak ją zapamiętałem: stroma, a potem jak po talerzu.
Na Śnieżkę zdecydowałem się wejść czerwonym szlakiem. Dał mi duży wycisk. Kilka razy aż musiałem się zatrzymać, aby odetchnąć. Jeszcze jakbym miał się tam z rowerem pchać – to byłaby dopiero komedia.
2,5 godz. brutto później byłem na Śnieżce. Wiało, nad Karpaczem chmurzyło się, słońce świeciło jaskrawie. Zrobiłem kilka zdjęć, poszwendałem się i zapadła decyzja o „ewakuacji”. Już wcześniej kusił mnie szlak czarny, więc zacząłem nim schodzić. Po drodze wpadłem na pomysł zejścia truchtem. Było nawet nieźle, stawy dawały radę, ale zaczęło robić się ślisko. Wpadłem kilka razy w poślizg, ale bez utraty równowagi. Minąłem po drodze kobietę z dwójką dzieci, więc ewentualnie mogłem liczyć na ich pomoc. Do samego końca szlaku nie spotkałem żywej duszy. Za to było mokro. Albo wieczorna mgła, albo coś spadło z chmur, które widziałem ze Śnieżki.
Jako że wyszedłem z parku w innej części Karpacza, musiałem wspiąć się pod Wang. Zapadł zmrok. Ubrałem się ciepło i ruszyłem w dół inną drogą, którą powinienem pamiętać z majówki 2016. Prawie cały czas w dół do Podgórzyna, a potem pod górę do Szklarskiej Poręby. Ostatnie skrzyżowanie przed Szklarską zablokowali mundurowi przez wypadek i choć objazdem pojechałem źle, nie najeździłem się dużo. Trafiłem na mostek, który był wykorzystywany podczas jakiegoś rajdu rowerowego. Ostatkiem sił zrobiłem podjazd do hostelu. Kolację kupiłem po drodze, bo wiedziałem, że nie dam rady ruszyć się do żadnej restauracji.
Kategoria po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, rowery / GT

Smrek od polskiej strony

  50.28  02:57
Śniadanie zjadłem w hostelu, więc od razu ruszyłem do Zakrętu Śmierci. Miałem do niego bliżej niż sądziłem. Na Rozdrożu Izerskim też szybko się znalazłem. Tam skręciłem na... szutrówkę. Nie była straszna dla kolarzówki. Tylko te rynny w poprzek drogi irytowały co kilkadziesiąt metrów.
Po kilku skrzyżowaniach, zmianach nawierzchni (od grubego szutru przez wygodny grunt po błoto) i spotkaniu wielu rowerzystów znalazłem się na Nowej Drodze Izerskiej. Tak właściwie planowałem wjechać na Drogę Tartaczną, aby dostać się do mojego celu, ale znalazłem się w dużo lepszym położeniu. Z Polany Izerskiej ruszyłem Drogą Telefoniczną, która bez większych podjazdów doprowadziła mnie na rozdroże pod Smrekiem.
Niebo przesłoniły chmury. Prognoza dawała jeszcze kilka godzin przed deszczem, ale w górach nigdy nie wiadomo. Zacząłem się spieszyć. Ostatnia prosta to był tor przeszkód, więc porzuciłem rower na pastwę losu (bez zapięcia!) i ruszyłem za innymi turystami. Ostatnim razem wjechałem na Smrek od czeskiej strony.
Zrobiło się chłodno, a na wieży widokowej mocno dmuchało, więc długo tam nie zabawiłem. Rower zastałem tak, jak go opuściłem. Przygotowałem się do zjazdu – tym razem już do końca po asfalcie i ruszyłem, oszczędzając hamulce. Dziur nie było jakoś za dużo. Ludzi też, chociaż widząc dziecko, psa albo egoistyczną grupkę, wolałem zwolnić do prędkości piechura.
Z tego całego zjazdu zapomniałem o moim pierwotnym planie powrotu przez Jakuszyce. Na skrzyżowaniu, gdzie mogłem wspiąć się na szlak, skierowałem się na Drogę Tartaczną, którą to planowałem wjechać na Smrek. Po kilku zakrętach przypomniałem sobie poprzednią podróż tamtędy. Reszta wycieczki to jazda po własnym śladzie przez Zakręt Śmierci do hostelu (ale po drogach, chociaż pewnie nieoficjalna opcja downhillu istnieje).
Mając duży zapas dnia, wyszedłem poszukać obiadu. Jeszcze będąc w Świeradowie, wahałem się między odwiedzinami w smażalni ryb (widziałem ich kilka podczas wcześniejszych wizyt) oraz powrotem przed deszczem. Całe szczęście w losowej restauracji dostałem smaczną rybę. Sam deszcz przypominał bardziej kapuśniak.
Kategoria terenowe, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, Góry Izerskie, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, rowery / GT

Zamek Chojnik

  45.14  02:23
Wyjątkowo ruszyłem bez śniadania, aby znaleźć coś po drodze. Poranek był zdecydowanie chłodniejszy niż wczorajszy wyjazd koło południa (jakie to oczywiste). Szybko dostałem się do Sobieszowa. Próbowałem znaleźć miejsce do zaparkowania roweru, ale poza parkingami dla aut był tylko jeden wyjątkowy – dla motocykli.
Dojechałem do samego wejścia na szlak na Chojnik i zostałem zaskoczony, bo był to teren Karkonoskiego Parku Narodowego. Musiałem więc dwukrotnie zapłacić – najpierw za wejście na teren parku, a potem do zamku. Kasjer to miły facet. Pogadałem z nim i powiedział, żebym zostawił rower na przeciwko kasy. Od lat walczy z parkiem o postawienie stojaków, ale park twierdzi, że to nie ma sensu, bo złomiarze działający intensywnie w okolicy ukradną. W ten sposób nie ma parkingu dla rowerów.
Na Chojnik ruszyłem szlakiem czarnym. Było tam odrobinę schodów, ale to tylko uatrakcyjniło wędrówkę. Sam zamek okazał się mniejszy niż sobie wyobrażałem po obejrzeniu filmów pana Jędrka, kasztelana zamku. Nie miałem okazji go dzisiaj spotkać, co mnie dodatkowo zasmuciło. Wspiąłem się na wieżę, połaziłem chwilę po dziedzińcu i pod murami, i jakoś wyszło z tego południe. W zamkowej kawiarni zamówiłem kawę i domowe ciasto – szarlotkę. W magazynach turystycznych dużo czytam o smacznych szarlotkach w domkach górskich. W żadnym jeszcze nie byłem, ale szarlotkę zjadłem dzisiaj bardzo pyszną. Może to zachęta do częstszego podróżowania po górach?
Na dół zszedłem szlakiem czerwonym. Był na tyle prosty, że przemieszczały się po nim auta, ale stopy i tak mnie bolały od stromizny. Nie zabrałem odpowiednich skarpet do wspinaczki.
Porozmawiałem z gawędziarskim kasjerem i pojechałem dalej. Słońce dzisiaj zaszalało, bo temperatura mocno urosła. Skierowałem się do centrum Jeleniej Góry, aby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ten dzień. Trafiłem do Cieplic Śląskich-Zdroju. Przespacerowałem się chwilę po deptaku i po parku zdrojowym, aby później dojechać do rynku jeleniogórskiego. Trwał tam festiwal piosenki biesiadnej (przynajmniej takie występy zastałem). Pomyśleć, że za kilkadziesiąt lat ten typ festiwalu może przestać istnieć.
Zdałem sobie sprawę, że od dawna nie stałem na sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniach. Jak ci biedni ludzie żyją w tych górach bez takich udogodnień?
Ruszyłem w drogę powrotną. Słońce świeciło po oczach, ale tym razem nie oślepiało. Wróciłem podobną drogą przez Piechowice, a potem do Doliny Szczęścia, w której znajdował się mój hostel. Na koniec dnia – nie mając dość spacerów – wyszedłem zjeść coś na mieście.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, rowery / GT

Izery

  67.55  04:15
W końcu się wyspałem. Byłem wypoczęty, ale mięśnie bolały mnie jakbym wczoraj przejechał 800 km. Wyszedłem najpierw, żeby znaleźć śniadanie. (Brzydkie to miasto!). Wziąłem kanapki w supermarkecie, wróciłem do hostelu, aby się przebrać i ruszyłem.
Planem na dzisiaj było Orle. Powoli toczyłem się do Jakuszyc. Dzisiaj było nieco cieplej, więc założyłem cieńszą bluzę. Tylko na zjazdach musiałem się wspomagać dodatkową bluzą, bo bałem się, że opory powietrza mnie przewieją.
Asfalt z Jakuszyc do Orle starzeje się. Pod stacją turystyczną zdecydowałem się pojechać dalej w kierunku Chatki Górzystów. Minęły mnie dziesiątki rowerzystów. Kilku z nich na kolarzówkach, więc nie byłem osamotniony w mojej decyzji. Jechałem wolno, bo obawiałem, że przebiję oponę albo że pęknie zawias w bagażniku przymocowanym do sztycy. Od mostku wrócił asfalt, więc dalej było tak prosto, że pojechałem do Świeradowa. Długa droga w dół. Przyszło mi do głowy, aby skoczyć na Smrek, ale zrezygnowałem, gdy spojrzałem na profil wysokości. Pojechałem dalej w dół.
Byłem tyle razy w Świeradowie, a pierwszy raz trafiłem na rynek. Zauważalna była duża liczba osób mówiących po niemiecku. Ciekawe, czy to jakaś wycieczka.
Ruszyłem w dalszą drogę. Tym razem zaplanowałem dostać się do Szklarskiej od północnej strony Izerów. Miało być lekko, ale musiałem pokonać kilka górek. Gdy dojechałem do drogi krajowej, musiałem zmienić plany. Ostre słońce tuż nad drogą nie wyglądało bezpiecznie. Ktoś mógł mnie nie zauważyć. Pojechałem przez Piechowice. Gdy wróciłem do krajówki, słońce schowało się za górami. Ostatni podjazd i dojechałem do hostelu. Wyszedłem jeszcze na kolację i po drobne zakupy. Gwiazdy na niebie były tak dobrze widoczne. Nic dziwnego, że powstał tam Izerski Park Ciemnego Nieba.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, Góry Izerskie, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, rowery / GT

Tydzień w górach

  72.29  04:11
Pierwszy dzień mojego urlopu nie napawał optymizmem. Lało cały dzień, ale udało mi się przesunąć wyjazd. Szkoda tylko, że złapało mnie przeziębienie. Wypociłem to w nocy przed wyjazdem, i rankiem, jeszcze zanim wstało słońce, ruszyłem na dworzec. Kupiłem bilet i, mając 2 minuty do pociągu, pojechałem po peronie. Już widziałem kłopoty, gdy Straż Ochrony Kolei stanęła mi na drodze. Wytłumaczyłem się jakoś i puścili mnie z upomnieniem słownym.
Zabawne, że wsiadłem do pociągu jadącego do mojego dzisiejszego celu (Poznań – Szklarska Poręba), ale zaplanowałem nieco inną wycieczkę. Wysiadłem w Bolesławcu. Mimo obaw, było całkiem ciepło. Przeszedłem się po rynku i ruszyłem na południe. Stanowczo za dużo kostki brukowej tam leży.
Dojechałem do Gryfowa Śląskiego, skąd znaną mi drogą znalazłem się w Mirsku, a potem w Świeradowie-Zdroju. Cała droga szła mi koszmarnie. Osłabienie organizmu utrudniało jazdę do tego stopnia, że często się zatrzymywałem.
Pojechałem przez Świeradów, ponieważ droga miała mniej podjazdów niż przez Jelenią Górę. Największą trudnością był podjazd do Zakrętu Śmierci.
Temperatura spadła. Gdy jechałem w słońcu, pod górę do Świeradowa, spociłem się. Teraz, mając cień i chłód (!!!), zrobiło się jeszcze zimniej. Droga była wygodna, na zakręcie kilka widoków na Szklarską Porębę. Zjechałem do miasta i zatrzymałem się w OSiR-ze. Wyszedłem jeszcze do restauracji coś zjeść, ale nie mieli za dużo lokalnych specjałów. W Lewiatanie znalazłem naturalny izotonik – i to od trzech producentów. Pozmieniało się, gdy mnie nie było.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, wyprawy / Szklarska Poręba 2018, dojazd pociągiem, rowery / GT

Wrzesień 2018 (Trek)

  184.38 
Dojazdy do pracy.
Kategoria kraje / Polska, rowery / Trek

Wrzesień 2018 (GT)

  81.16 
Dojazdy do pracy.
Kategoria kraje / Polska, rowery / GT

Objazd do Kórnika

  101.06  04:30
W zeszły weekend pojechałem po moją kolarzówkę. W tygodniu katowałem ją podczas dojazdów do pracy, bo jeździ się na niej o niebo lepiej. Mój Trek jest chyba tylko na wyprawy z sakwami. Chociaż chodzą mi czasem myśli po głowie, coby nie sprzedać go i nie zostawić sobie tylko kolarzówki, ale kto mnie będzie w teren wyciągał? Koszt napraw osprzętu też wydaje się być wysoki, a do wymiany mam niemało. Same zmartwienia z tymi rowerami.
W końcu wymieniłem pedały w kolarzówce. Nowa opona na tył też już czeka na założenie. W tygodniu planuję wyskoczyć gdzieś poza Poznań, a dzisiaj tylko do Kórnika. Ruszyłem po południu, bo się przestraszyłem zimna, ale gdy tylko wyszedłem z domu, słońce wyskoczyło zza chmur. Całe szczęście był wiatr, więc jechało się komfortowo.
Po mieście zjechałem kawał dróg dla rowerów. Nic się nie zmieniły. Dopiero nad Wartą postanowiłem zbadać nowy odcinek, który jakiś czas temu mnie zainteresował, gdy jechałem mostem nad rzeką. Równy i niewiarygodnie szeroki. Z pewnością zechcę przejechać go w całości, a dzisiaj miałem inne plany.
Mój Garmin zaczął wariować. Niedawno zaktualizowałem w nim oprogramowanie i dzisiaj okazało się, że drastycznie zwolnił. To jednak nic, bo zaczął również wyłączać się. Przynajmniej raz na 20 km. Ciągłe z nim problemy, ale nie wyobrażam sobie zamienić go na cokolwiek innego. Zwłaszcza, że to ostatni model producenta, który można obsługiwać w rękawicach.
Wyjechałem z Poznania, trafiając na nieznane drogi. Kompletnie straciłem orientację po takim czasie nieobecności w mieście. Potem na przeszkodzie stanęło kilka remontów dróg i objazdy. Dojechałem do Borówca, a potem już prosto do Kórnika. Przy jeziorze kręciło się dużo ludzi i wszyscy ubrani jakby miało sypnąć śniegiem. Pod zamkiem masa samochodów i ludzi, a to tylko sobota. Było za późno, aby odwiedzić arboretum, na które mam chętkę już od kilku lat. Zjadłem obiad i ruszyłem z powrotem do Poznania.
W sumie planowałem pojechać aż do Środy Wielkopolskiej, ale miałem mały zapas czasu, więc wybrałem tylko nową drogę na mapie, aby nie wracać po własnym śladzie. Wiatr od Poznania trochę mi poprzeszkadzał, ale i tak jechałem dużo szybciej niż na Treku. Trafiłem na kolejne objazdy, a i kilka dróg szutrowych się pojawiło, więc musiałem zacisnąć zęby. Najbardziej obawiałem się, że coś wbije się w oponę albo że splot się rozerwie, bo w kilku miejscach przetarcia go odkryły. Całe szczęście obyło się bez tego. Dojechałem do domu po zmroku. Ktoś zapomniał przestawić lampy uliczne, bo było bardzo ciemno.
Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, rowery / GT

Widok na platformę widokową

  51.85  03:06
Ostatni dzień urlopu. O ile w piątek po pracy mogłem pojechać do Krakowa, o tyle we wtorek przed pracą nie było pociągów. Musiałem wracać dzisiaj.
W nocy było chłodno. Pewnie przyszła mgła, bo zatrzymałem się nad jeziorem. Duża rosa to potwierdzała. Spakowałem się i zjechałem do miasta poszukać śniadania i zrobić drobne zakupy przed powrotem do Polski.
Z nieco cięższymi sakwami pojechałem dalej jak najprostszą trasą. Do góry. Po serpentynach, przez kilka wiosek dojechałem na szczyt z widokiem. Potem zjazd i znowu w górę. Tym razem łagodnie wśród drzew. Zwróciłem uwagę na reklamę ogromnej wieży widokowej. Pomyślałem, że mogę skorzystać z atrakcji, bo była po drodze, a kilka razy informacje o niej obiły mi się o uszy.
W końcu ją dojrzałem. Wyglądała jak wielkie rusztowanie. Okazało się też, że nie była mi do końca po drodze, bo musiałbym odbić z trasy i dodatkowo wspiąć się pod dużą górę. Po długim namyśle i planowaniu dróg zrezygnowałem. Dojechałem do Polski i zatrzymałem się w Międzylesiu. Mając dostęp do internetu, sprawdziłem rozkład jazdy pociągów i zrezygnowałem z dalszego pedałowania w upale.
Kategoria kraje / Polska, kraje / Czechy, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, z sakwami, za granicą, wyprawy / Węgry 2018, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Chciałem zobaczyć Tatry

  124.09  07:06
Wczoraj popędziłem z biura prosto na dworzec kolejowy, skąd dostałem się do Krakowa. Dzisiaj z rana odszukałem kantor, bo jechałem za granicę, pokręciłem się po moim ulubionym mieście, objeżdżając Rynek Główny i Wawel, i ruszyłem w długą drogę na południe.
Tak mnie dawno w Krakowie nie było, że skuszony ładnie wyglądającą drogą dla rowerów, wjechałem na zakopiankę, co szybko się na mnie zemściło (mogłem standardowo pojechać ul. Turowicza). Droga dla rowerów urwała się bez sensu, więc mając duży ruch na karku, jechałem zbyt blisko prawej krawędzi i wpadłem na nierówności, przez co jedna z sakw spadła z haków, a potem wyślizgnęła się spod gumy, która miała dodatkowo trzymać bagaż. Całe szczęście szlag jej nie trafił. Szybko ściągnąłem z jezdni swoje klamoty. Zabezpieczyłem porządniej sakwy i znalazłem sposób, aby dostać się na właściwą, bezpieczniejszą trasę.
Wjechałem do Swoszowic, południowej dzielnicy Krakowa. Od razu zrobiło się jaśniej, gdy rozpoznałem drogę, którą tyle razy jechałem w kierunku gór ( Rabka-Zdrój, wokół Tatr, Turbacz). Wpadłem tam na kilka remontów, ale boczkiem i chodnikami dało radę się przedostać. Zatrzymałem się jeszcze na drobne zakupy, żeby mieć kilka polskich produktów na prezenty oraz trochę owsianki na śniadanie na kilka najbliższych dni. Parę wsi dalej, gdy robiłem w głowie spis rzeczy w bagażu, zorientowałem się, że nie wziąłem ze sobą garnka (miałem ze sobą kuchenkę turystyczną). Całe szczęście trafiłem na sklep z AGD i kupiłem najtańszy, chociaż do lekkich nie należał. Nauczka, aby robić spis przed wyprawą.
Za Myślenicami pojawił się mokry asfalt, a kilka kilometrów dalej zaczęło padać. Krótko, więc nie robiłem sobie kłopotu z szukaniem schronienia. Potem jednak przyszedł kolejny opad, który już nie chciał przestać. Padało czasem słabiej, czasem mocniej. Kilka razy zatrzymałem się pod wiatami przystanków, ale to był rzadko spotykany luksus. Trochę szkoda mi było widoków, bo deszcz nie pozwalał na wyciągnięcie aparatu, a zamglone krajobrazy były momentami cudowne. Może po prostu brakowało mi polskich gór.
Dojechałem do Lubienia. Wymyśliłem sobie, że pojadę objazdem, aby ominąć główną drogę. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo podjazdy zabrały mi dużo czasu. Nawet wydawało mi się, że jechałem drogami z pierwszej wizyty w Zakopanem, ale nie było to możliwe w połowie drogi między Krakowem i Tatrami. Z kolei zjazdy przypominały mi o wiosennym zjeździe w Japonii. Jakoś mnie naszło na sentymenty.
Budowa drogi ekspresowej zmusiła mnie do wybrania objazdu. Całe szczęście krótkiego. Deszcz ustał przed Jordanowem, ale pojawiły się ostre podjazdy. Tym razem niesprawny napęd dał się we znaki (przednia przerzutka unieruchomiona na średniej tarczy po półtorarocznym pobycie w piwnicy). Na kilku stromych drogach musiałem pchać cały mój majdan, przez co paliły mnie łydki. Jako nagrodę pocieszenia zobaczyłem złote góry skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Może nie Tatry, ale dobre i to.
Ostatni większy podjazd i dostałem się do Jabłonki. Tam zmieniłem plany i zamiast jechać krajówką przez Chyżne, wybrałem spokojniejszą wojewódzką 962, chociaż co jakiś czas i tak mijały mnie kolumny aut.
Planowałem dotrzeć do celu przed zmrokiem, a dostałem się 3 godziny później. Jazda nocą po Słowacji napawała mnie niepewnością. Może to przez szok kulturowy. Na kempingu było kilku turystów, w tym hałaśliwe polaczki. Wyobraźcie sobie, że przytargali wielki telewizor na maleńkie pole kempingowe. Czyżby kompleksy?
Kategoria kraje / Słowacja, kraje / Polska, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Polska / małopolskie, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery