Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / wielkopolskie

Dystans całkowity:54375.26 km (w terenie 4722.49 km; 8.68%)
Czas w ruchu:2575:00
Średnia prędkość:21.06 km/h
Maksymalna prędkość:56.53 km/h
Suma podjazdów:228849 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:160092 kcal
Liczba aktywności:989
Średnio na aktywność:54.98 km i 2h 36m
Więcej statystyk

Nocą po parkach poznańskich

  24.71  01:14
Kolejny upalny dzień. Było tak gorąco, że strasznie zwlekałem z wyjściem. Po południu poszedłem dokończyć wymianę linek i pancerzy, i tak mi to zeszło długo, że na rowerze znalazłem się tuż po godz. 21. Mogłem wyjść najwyżej na godzinę i pomyślałem, żeby pojechać do parku.
Pomysł był mało udany. Miałem nadzieję, że po zmroku nie spotkam tam żadnych wycieczkowiczów, a okazało się, że nie tylko tam byli, ale też nie mieli świateł. Dlaczego mnie to nie zdziwiło?
Do domu wróciłem podobną drogą. Nie wiem czemu wybrałem drogę dla pieszych i rowerów. Rozjazd po tak krótkim dystansie nie był chyba potrzebny. Mogłem się mniej denerwować, jadąc drogą, którą wracam z pracy. Mam dość tego miasta.
Kategoria po zmroku i nocne, terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Janowiec Wielkopolski

  134.36  05:50
Dzisiaj było tak upalnie, że na rower zdecydowałem się wyjść dopiero po godz. 15. I chociaż w planie miałem ponad 130 km jazdy, to nie zmieniłem zdania i wyruszyłem w kierunku Janowca Wielkopolskiego.
Na początku jechało się typowo, jak to po asfalcie. Kawałek za Poznaniem w końcu pojawiły się chmury, jednak chociaż słońce zniknęło, to temperatura nadal wynosiła ponad 30 °C. Dopiero gdy dojechałem do Mielna i wjechałem do lasu, temperatura zaczęła maleć. Pojawił się za to inny problem – jusznica deszczowa. Ten krwiożerczy owad tylko czyhał, abym wjechał w teren. Nie narzekałbym tak bardzo, gdyby droga była przejezdna i mógłbym rozpędzić się, uciekając. Tutaj tak się nie dało. Droga na całej szerokości była tak zniszczona, jakby przejechało po niej 50 czołgów. Wytelepało mną po wsze czasy. Dopiero za pierwszym zakrętem droga zaczęła nabierać kształtu. W końcu też mogłem zacząć uciekać przed tymi bestiami, a z chwili na chwilę goniło mnie coraz więcej tych małych, niegodziwych krwiopijców. To jakaś masakra. Nie odwiedzę więcej Zielonki, skoro są tam takie fatalne warunki do jazdy.
W Dąbrówce Kościelnej zaczął się asfalt i miałem spokój z owadami. W Kiszkowie zakręciłem się wokół Rynku, żeby znaleźć drewniany kościół, koło Kłecka przejechałem przez Wilkowyję (prawie jak WIlkowyje), a na wjeździe do Janowca Wielkopolskiego zauważyłem krótszą drogę do Rzymu. Może moja chęć odwiedzenia Rzymu sprzed trzech lat zrealizuje się w nie tak długim czasie?
Jedynie przejechałem przez Janowiec Wielkopolski i już byłem w drodze do Poznania. Musiałem się spieszyć, bo było późno, a przede mną jeszcze tyle kilometrów. Jak na złość te bąki znów się pojawiły, i to tak perfidnie, że na drodze asfaltowej. Już nie ma bezpiecznego miejsca, aby się przed nimi skryć. Najgorsze, że asfalt się szybko skończył, a powróciły piaszczyste, rozjechane przez 20 czołgów drogi terenowe.
Choć miałem dość terenu, to wjechałem w Popowie Kościelnym w jeszcze jedną drogę terenową. Tamtejszy piach był tak głęboki, a owady tak agresywne, że się zbuntowałem i więcej w żaden inny teren nie miałem zamiaru wjechać. Skręciłem na Skoki, a potem drogą wojewódzką przez Murowaną Goślinę (ta obchodziła dzisiaj swoje urodziny i przez centrum można było się przedostać tylko pieszo) dotarłem do Poznania. Po drodze przejechałem przez kilkanaście dróg dla rowerów, ale jechało się lepiej niż po piachu. Jak ja dawno jeździłem po zmroku...
Kategoria Polska / wielkopolskie, terenowe, setki i więcej, Puszcza Zielonka, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Zaniemyśl

  100.08  04:38
Za swój dzisiejszy cel obrałem Zaniemyśl, który był na mapie niezaliczonych gmin dogodną lokalizacją, ponieważ droga wiodła przez tereny leśne, co przy dzisiejszej temperaturze było wyjątkowo kluczową kwestią. Gdy wyruszałem, termometr wskazywał ponad 30 °C.
Najpierw standardowo w kierunku niebezpiecznego mostu św. Rocha, a potem na południe czerwonym szlakiem rowerowym Doliną Głuszynki do Kórnika. Szlak jest mieszanką asfaltu, błota, piachu i normalnego terenu.
Ponieważ byłem głodny i wypadała pora kolacji, to zatrzymałem się w pierwszym napotkanym lokalu z fast foodem. Nie przepadam za takim jedzeniem, ale na nic lepszego nie trafiłem. Musiałem nabrać sił na dojechanie do celu. Po drodze minąłem kilka kombajnów. Żniwa zaczęły się w pełni. Jak wczoraj widziałem tylko koszony rzepak, tak dzisiaj mijałem koszone zboża. Ten zapach jest zarazem piękny, bo przypomina mi moje dzieciństwo, a zarazem koszmarny, bo dostaję gęsiej skórki na samą myśl, że zaraz będzie mnie swędzieć skóra od tego kurzu, który jest tworzony przez kombajn.
Na Zaniemyśl jedynie rzuciłem okiem i zaraz wracałem w kierunku Kórnika. Miałem małą zagwozdkę z tym, którędy mogę wrócić do Poznania. Słońce zdążyło zajść zanim znalazłem się w Kórniku, więc drogi leśne omijałem z daleka. Wypadło na jakąś drogę przez podpoznańskie wsi, ale nie był to najlepszy wybór. Trwa tam wielka budowa lub przebudowa systemu kanalizacji, wodociągów czy czegoś innego ciągnącego się pod ulicami. Z tego powodu asfalt został w wielu miejscach zerwany i zamieniony na piach. Było też kilka miejsc o ruchu wahadłowym, ale ponieważ był zmrok, to mało kto zwracał uwagę na sygnalizację świetlną. Ta cała przebudowa ciągnęła się jeszcze przez kawał drogi w Poznaniu.
Do domu dojechałem bezpiecznie, choć miasta robią duży błąd, budując drogi dla rowerów. Mijani przeze mnie rowerzyści (albo raczej ja mijany przez nich) nie patrzą na światła i potem lament, że kierowcy aut są niekulturalni wobec tych wynaturzeńców. To miasto jest nieprzyjazne.
Jako że na liczniku miałem nieco ponad 98 km, to pojechałem jeszcze na Osiedle Sobieskiego, aby dokręcić do setki. Zabrakło mi 50 m, gdy dotarłem pod mój blok, ale to też się dało załatwić.
Kategoria po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Dwójką po Zielonce

  71.60  03:26
W końcu zaczynam się powoli wygrzebywać z obowiązków i może będę miał więcej czasu na jeżdżenie, bo ten lipiec będzie bardzo słaby w porównaniu do poprzednich. Ponieważ prognoza pogody nie przewidywała opadów, to wyszedłem na rower po pracy (z wizytą w domu) i zastanawiam się, czy nie zmienić tego na wychodzenie na przejażdżkę od razu z biura, tylko wtedy musiałbym zabierać ze sobą sakwę, bo nie lubię jeździć z plecakiem.
Wywaliłem w końcu tamten przeskakujący łańcuch, choć ten, który teraz założyłem także nie jest w najlepszym stanie. Zdarza mu się przeskoczyć, a na rzadziej używanych zębatkach strasznie hałasuje. Może powinienem rozejrzeć się za jakimś używanym łańcuchem? Kupiłem też nowe linki i pancerze. Na razie udało mi się zrobić przedni hamulec i przednią przerzutkę, która wymagała szybkiej naprawy. Tylko tyle, ponieważ wymiana zajęła mi dużo czasu – przecinanie pancerzy nie jest najłatwiejszym zadaniem, gdy się operuje marnej jakości ostrzem w kombinerkach.
Dzisiaj było nieciekawie przez wstrętne owady. Nie dawały mi spokoju w Zielonce, ale może po kolei. Wyruszyłem standardowo na północ Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Poza spotkaniem stada dzików nie było atrakcji. Nawet jednego rowerzysty na szlaku. Dopiero po wyjechaniu z terenu zaczęły się pielgrzymki rowerowe. Na szczęście na krótko.
W Trzaskowie wjechałem na Cysterski Szlak Rowerowy i w końcu w Kamińsku na szlak R-2, który biegnie z Murowanej Gośliny do Biskupic. Na chwilę po wjeździe do puszczy zaczął mnie denerwować pewien owad – jusznica deszczowa (Haematopota pluvialis), popularnie zwana końską muchą. Z początku była jedna, potem kilka. Im bardziej przyspieszałem, tym więcej się ich pojawiało. Najgorzej było na podjazdach i na piaszczystych odcinkach drogi. O zatrzymaniu się w ogólnie nie było mowy. W pewnym momencie, gdy spojrzałem za siebie, przeraziłem się. Leciało za mną 40–60 krwiożerczych bestii. Wtedy tak przyspieszyłem, że już nawet nie odwracałem głowy, tylko uciekałem, ile sił w nogach. Straszne to owady.
Nie zrobiłem ani jednego przystanku od Poznania. No, może stałem kilka razy na światłach, ale to się nie liczy. Dotarłem do Piastowskiego Traktu Rowerowego w Biskupicach, aby wrócić nim do Poznania. Bestie nie dawały za wygraną i wciąż nie pozwalały nawet na mały przystanek. Do domu wróciłem jeszcze przed zachodem słońca. Brak postojów miał na to spory wpływ.
Kategoria Puszcza Zielonka, terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Brodnica

  87.20  04:23
Nie miałem pomysłu na wycieczkę. Z początku chciałem kręcić się po przedmieściach Poznania, ale wiedziałem, że nie jest to najlepszy pomysł, dlatego rzuciłem okiem na mapę zaliczonych gmin i obrałem kurs na Brodnicę. Ruszyłem na południe szlakiem R9. Prowadzi on asfaltami i drogami dla rowerów. Te drugie niestety są najczęściej rozlatującymi się chodnikami, po których nie warto jeździć. Odradzam ten szlak.
Nie byłem w najlepszej formie. Już na początku jazdy prawie doszło do kolizji z biegnącym pieszym, który wyskoczył zza rogu budynku. Na szczęście zdążył wyhamować i nie wpadł na mnie. Kolejne zło pojawiło się w Puszczykowie, gdy kierowca tira zepchnął mnie z drogi. Chwilę potem inny kierowca małego dostawczaka prawie powtórzył wyczyn poprzednika, ale za późno zaczął skręcać w prawo i nie udało mu się to. Wiem, że zrobił to z premedytacją, bo po próbie zepchnięcia mnie zjechał na środek drogi. Powinienem zainwestować w jakąś kamerkę i zgłaszać na policję tych wszystkich potencjalnych morderców.
W Brodnicy zobaczyłem tylko kościół. Mają też jakiś pałac, ale dostępny tylko dla mieszkańców, więc nawet go nie oglądałem. Wbrew moim upodobaniom wróciłem do Poznania tą samą drogą. Nie lubię tego robić, ale jakoś nie czułem się na siłach, aby szukać innej drogi. Jak na złość powrót miałem pod wiatr.
Miałem ochotę na odrobinę terenu, dlatego wjechałem do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Moją uwagę przykuł znak zakazu wjazdu rowerem na jedną ze ścieżek. Dyrekcja parku widocznie się zdenerwowała na to, że rowerzyści nie patrzą na znaki na drzewach.
Jechałem strasznie wolnym tempem, bo wciąż mam ten felerny łańcuch. Nie mogłem znaleźć wolnej chwili, aby wyczyścić pozostałe dwa łańcuchy i to są skutki. Na szczęście nie minąłem zbyt wielu rowerzystów, żaden z nich także nie wystawił na próbę niczyich nerwów i nie pędził jak tępe ciele. Ostatnie opady deszczu chyba zniechęciły większość osób do wjazdu w teren.
Mieszkam w Poznaniu już kilka miesięcy i zauważyłem, że to miasto bardzo źle wpłynęło na moją cierpliwość i moją tolerancję. Podczas wizyty w Krakowie tydzień temu znacząco irytowali mnie piesi i rowerzyści. Nie odczuwałem tego tak silnie podczas mojego pobytu w Krakowie przez poprzednie 2 lata. Powoli zaczynam się obawiać tego, czy będę potrafił zamieszkać w jakimś normalnym mieście. W takim tempie zdarzeń, jakie przytrafiają mi się w Poznaniu, mogę całkiem zatracić nadzieje pokładane w ludziach. Muszę jak najszybciej wynieść się z tego miasta.

Kategoria Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, Wielkopolski Park Narodowy, terenowe, rowery / Trek

Twierdza Poznań, część 3 – Cytadela

  19.26  01:10
Miałem zostawić tę wycieczkę na sam koniec, ale nie miałem pomysłu na spędzenie dzisiejszego dnia. Po pracy pojechałem do Parku Cytadelowego, na miejscu którego mieścił się kiedyś fort Winiary, największy fort artyleryjski w Europie. Za czasów PRL-u na zrujnowanej budowli wybudowano park, rozbierając niemalże cały fort. Do dziś pozostało niewiele fragmentów tej fortyfikacji, część z nich jest mocno zniszczona. A sama nazwa fortu wzięła się od nazwy miejscowości, która znajdowała się w tamtym miejscu do czasu rozpoczęcia budowy fortu.
Zjeździłem raptem kilka alejek, więc pewnie nie zobaczyłem wszystkiego, co oferuje tenże park. Widziałem kilka bastionów i rawelinów, schron. Jest to ładne miejsce, jednak stan całego zabytku jest bardzo zły. Część obiektów została w jakiś sposób zabezpieczona, ale wandale są wszędzie. Widziałem także „szczury”, które wyszły z dziury pierwszego rawelinu. Wyglądały na totalnych amatorów. Jeszcze bardziej amatorsko niż Tube Raiders za czasów swojego początku. No, ja lubię eksplorację otwartych wnętrz, a inni – głębokich dziur.
Myślę, że ten park można odwiedzić jeszcze kilka razy. Może nie tylko dla fortu, ale dla samego klimatu. Jest tam coś takiego, co przyciąga zarówno rowerzystów, jak i wszystkich ludzi. Takie przyjemne miejsce do odpoczynku lub do treningu.
Kategoria Twierdza Poznań, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Twierdza Poznań, część 2

  40.96  02:06
Postanowiłem wciąż kierować się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, aby zobaczyć kolejną część fortów poznańskiej twierdzy. Zakończyłem ostatnio na forcie IIIa, ponieważ kolejny znajduje się na terenie ogrodu zoologicznego. Chciałem sprawdzić, czy da się tam dostać bez konieczności kupowania biletu.
Pojechałem na Maltę, dostałem się pod zoo i niestety nie wyczytałem żadnej informacji o twierdzy. Kasy były już zamknięte, więc nawet nie zobaczyłem fortu III. Pojechałem tylko rzucić okiem na pobliski schron piechoty, pobłądziłem chwilę po zaroślach w nadziei, że może jednak coś, ale nic.
Jechałem dalej. Fort IIa jest ogrodzony i zamknięty bramą. Dla chcącego to żadna przeszkoda, bo nie wiadomo do kogo ten obiekt należy, ale ja miałem rower, więc szkoda mi było go zostawić. W forcie II przywitał mnie owczarek niemiecki. Ujadał chwilę zza wielkiej bramy, ale potem pozwolił mi zrobić zdjęcie.
W końcu fort, który udało mi się zwiedzić – fort Ia. Jest niezagospodarowany, niewysadzony w powietrze (pomijając wynik działań wandali oraz złodziei) i otwarty. Po drodze spotkani mężczyźni doradzili mi, abym zaprowadził rower do wnętrza, bo ktoś mógłby go ukraść. Ostatnio stałem się zbyt ufny. W końcu kiedyś komuś ten rower się spodoba i będę tego żałował. W każdym razie, obszedłem chyba większość korytarzy tej fortyfikacji. Szkoda, że jest tam tak pusto. Miło byłoby zobaczyć na miejscu muzeum z ciekawymi eksponatami.
Dotarłem do parku, w którym znajduje się fort I, niestety ogrodzony, na terenie prywatnym, bez możliwości wstępu. Jedynie wdrapując się na drzewo lub mając wysięgnik do aparatu, można zrobić zdjęcie placu wraz z zabudową. Podobno fort można zwiedzać w wyjątkowych wydarzeniach, które jednak zdarzają się równie wyjątkowo.
Chciałem dostać się jeszcze na drugi brzeg Warty, aby kontynuować zwiedzanie od fortu IXa. Niestety kładka przy moście kolejowym została zamknięta. Podobno na czas remontu, jednak spawy, które mocują metalowe belki blokujące przejście, nie wyglądały na świeże, więc wygląda to bardziej jak permanentna blokada przejścia. Mam nadzieję, że się mylę.
Kategoria Twierdza Poznań, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Środa Wielkopolska

  103.15  05:00
Planowałem pojechać dzisiaj do Janowca Wielkopolskiego, jednak obawiałem się prognozy pogody, która przewidywała deszcz późnym popołudniem. Wybrałem coś krótszego, aby zdążyć z powrotem do domu. Nie było zbyt ciepło (18–22 °C), ale lekka bluza z windstopperem wystarczyła.
Ruszyłem do centrum, jak zwykle. Dziś trwa jakiś festyn czy coś, bo strasznie dużo ludzi się plątało. Zaryzykowałem i pojechałem jednokierunkową drogą dla rowerów pod Maltę, ale już nie wjeżdżałem do parku, bo za dużo czasu zajęłoby mi przedostanie się wśród ślepych pieszych (znak zakazu ruchu pieszych stoi jak wół i to po obu stronach drogi). Wybrałem drogę bardziej na południe, ale zapomniałem, że już raz nią jechałem i miałem więcej tego nie robić. Wzdłuż ulicy ciągnie się droga dla rowerów wymyślona przez barana, któremu bardzo się nudziło, więc wstawił kilka przejazdów dla rowerów z jednej strony ulicy na drugą. Od tak, żeby bardziej zirytować rowerzystów.
Jakoś udało mi się wydostać z tego miasta, ale chyba przybłąkał się do mnie pech. Miałem dotrzeć do Środy Śląskiej szlakiem Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej, jednak na dwóch skrzyżowaniach źle skręciłem. Koniec końców udało się dostać na właściwą drogę i nawet sprawnie dojechałem do mojego celu. Środa Wielkopolska nawet mi się podoba. Co prawda po wjechaniu do miasta trafiłem na jakąś paskudną drogę dla rowerów, ale potem już problemów nie było. Dojechałem do centrum, tam ruch rowerowy jest dozwolony, bo co chwila pod jakimś znakiem nakazu lub zakazu widoczna była tabliczka T-22. Obfotografowałem miasto, a potem szybko pojechałem do stacji kolei wąskotorowej, ponieważ byłem bardzo ciekaw, czy można przewieźć nią rower. Niestety informacje, które znalazłem są bardzo lakoniczne, a i żywej duszy nie spotkałem. Nie zaspokoiłem swojej ciekawości. Teraz zauważyłem, że Średzka Kolej Powiatowa ma w swoim taborze już tylko lokomotywy spalinowe (a dwa parowozy oczekują naprawy), więc to już nie ta kolej.
Musiałem wracać do domu, aby zdążyć przed deszczem. Czarne chmury ciągnęły się z południowego-zachodu od początku mojej podróży. Miałem nadzieję, że uda mi się szybko wrócić, jednak dopiero zmierzając na północ, poczułem, że nie będzie łatwo. Wiatr wiejący z północnego-zachodu bardzo przeszkadzał. Postanowiłem jechać tylko asfaltem i wybrałem drogę przez Dominowo, a potem wzdłuż autostrady. Nie podobało mi się to, że ponad 70% drogi, która miała być w całości asfaltowa, była drogą terenową. Trochę mnie to spowolniło.
W Swarzędzu z ciekawości pojechałem drogą dla pieszych i rowerów, aż dotarłem do beznadziejnego skrzyżowania, na którym ktoś wymyślił sobie, że rowerzysta skręcający w lewo będzie musiał pokonać światła na dwóch przejściach dla pieszych i jeszcze jedne światła, aby włączyć się do ruchu. Tylko dlatego, że ktoś postawił tam jednokierunkową drogę dla rowerów i odgrodził ją od ulicy barierkami. Skąd się biorą tacy bezmyślni projektanci dróg?
Z ciekawości przejechałem się na Maltę, żeby sprawdzić, czy piesi są rzeczywiście ślepi, czy to wina drogowców. Okazało się, że i piesi są ślepi, i drogowcy głupi. Na końcach pewnego odcinka drogi przy jeziorze stoją łącznie 4 znaki zakazu ruchu pieszych, ale tuż przy kładce prowadzącej do Galerii Malta nie ma żadnego. Poznań jest przykładem, jak miasto przyczynia się do zacofania ludzi (chyba tak to można określić).
Na koniec, tuż przed mostem Św. Rocha, na jednokierunkowej drodze dla rowerów, matka wypchnęła swoje dziecko wprost pod koła. Przeczuwałem, że coś się wydarzy i na szczęście udało mi się z piskiem wyhamować zanim stała się tragedia. Ja nie chcę mieszkać w tym mieście...
Kategoria setki i więcej, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Lwówek

  147.64  06:48
Zapowiadał się bardzo słoneczny dzień. Trzeba korzystać z dobrej pogody, bo nazajutrz miał spaść deszcz. Postanowiłem zaliczyć kilka gmin na mapie i zaplanowałem trasę do Lwówka.
Problemy z wydostaniem się z miasta miałem od samego początku. Pomyliłem się i wjechałem na drogę krajową, którą i tak źle pojechałem, przez co tylko zmarnowałem czas. Żeby wrócić na właściwy kurs, potrzebowałem ominąć lotnisko. Na szczęście trafiły się lasy komunalne, choć liczba bezmyślnych gnomów była dzisiaj jak zwykle zastraszająca. Gdy w końcu udało mi się wrócić do zaplanowanej drogi, zatrzymałem się pod sklepem na jakąś kanapkę i zapas wody. Jakie było moje zdziwienie po wyjściu, gdy na termometrze zobaczyłem temperaturę 51,9 °C (oczywiście w słońcu). Wiedziałem, że nie będzie lekko. Na szczęście powiewał lekki wiatr, który choć odrobinę łagodził wysoką temperaturę.
Droga była jak najbardziej nudna. Żadnych ładnych widoków. Do Buku dojechałem znaną mi trasą, a do Lwówka przez mniejsze wsi. Niestety po drodze cały czas brakowało lasów. Był jakiś 2-kilometrowy odcinek, ale to kropla w morzu potrzeb. Uważam, że w lecie powinienem wyjeżdżać w zalesione rejony. Nie wiem, Ustrzyki Dolne, Żywiec, Zielona Góra, Krzyż Wielkopolski, Lipusz, Augustów, a może Bańska Bystrzyca? Ale na pewno nie Poznań. Tutaj człowiek się zmorduje, a cienia i tak zobaczy tyle, co za własnym domem.
Dotarłem do Lwówka. Zwyczajne miasteczko, ale plac na Rynku bardzo mi przypomina ten w Myślenicach. Musiałem się zatrzymać i wyregulować siodło, bo zbyt nisko ułożony nos powodował cierpnięcie moich pośladków. Dodatkowo przysunąłem siedzenie bliżej kierownicy, bo jednak źle je wyregulowałem. Będę musiał to jeszcze poprawić, aby uzyskać jak najlepsze ustawienie.
Powrót był również mało ciekawy. Zdarzył się jeden jedyny las, że aż chciało się tam zostać. Szkoda, że był taki krótki, a ja miałem tak daleko do domu. Zostałbym tam na dużo dłużej i zbadał wszystkie niezarośnięte zieleniną drogi.
Wjechałem na drogę krajową. Ruch był spory, ale było też szerokie pobocze, więc dało się jechać. Dopiero za Tarnowem Podgórnym pozazdrościłem cienia na drodze serwisowej i wjechałem na nią. Niepotrzebnie. Cień się szybko skończył, a ja zacząłem się strasznie denerwować na beznadziejną infrastrukturę drogową i debili, którzy rysują mapy. Wjechałem na drogę serwisową, aby ominąć drogę ekspresową, ale tym razem od północnej strony drogi krajowej. Na mapie wyglądało wszystko w porządku, chociaż zauważyłem znak ślepej uliczki. Jeżeli nie mógłbym się przedostać tędy, to musiałbym cofać się ponad 3 km, aby przekroczyć ten węzeł drogowy. Niestety najpierw pierwsza blokada z ziemi i potem kolejna upewniły mnie, na jak wysokim poziomie partactwa stoi przyszłość dróg w Polsce. Zabrakło 150 metrów drogi, aby połączyć gotowy wiadukt nad drogą ekspresową z drogą po jej drugiej stronie. Niestety ziemia była zbyt sypka, abym mógł zjechać z wiaduktu po stromym zboczu, więc zawróciłem i skierowałem się bardziej na północ, gdzie droga ekspresowa jest wciąż w budowie. Miałem nadzieję, że tak samo, jak pod Gnieznem uda mi się znaleźć jakąś ścieżkę i przedostać na drugą stronę. Do drogi co prawda nie dojechałem, ale znalazłem otwartą bramę, przez którą przejechałem wszerz nieużywanego fragmentu drogi ekspresowej, przedostając się tym samym na dół z drugiej strony wiaduktu.
Potem miałem problem z kolejną drogą. Błądząc w stronę Poznania, znalazłem trzeci Decathlon (nie myślałem, że on jeszcze istnieje, bo na stronie internetowej go nie ma). Mało mi to pomogło, bo nadal nie wiedziałem jak się przedostać dalej. Jeździłem uliczkami pod prąd, chodnikami, jakimiś placami budowy, aż dojechałem do znanego mi skrzyżowania, na którym czeka się 5 minut. Trafiłem potem do lasu komunalnego z setką ludzi, a w końcu niespodziewanie wyjechałem nieopodal fortu Winiary. Stąd postanowiłem zrobić rozjazd do mojego osiedla. Spaliłem się na tym słońcu.

Kategoria Polska / wielkopolskie, setki i więcej, kraje / Polska, rowery / Trek

Meteoryt Morasko

  37.71  01:46
Spędziłem dzisiaj kilka godzin na poszukiwaniach sklepów rowerowych. Niestety w żadnym nie znalazłem śruby. Zostałem za to skierowany do Castoramy, która miała być gdzieś za galerią Pestka. Objechałem Pestkę, a także galerię Plaza i nic, nie znalazłem żadnej Castoramy. Zauważyłem jedynie Praktikera, a jako że nie oglądam telewizji, to pomyślałem, że Castorama tak się teraz nazywa i wszyscy używają starej nazwy. Pojechałem do tego sklepu i udało mi się odnaleźć zamiennik. Nawet mój rower bez siodełka został nietknięty – nie miałem ze sobą linki, więc go nie przypiąłem. Zastanawiam się, czy to jest jakiś sposób na złodziei.
Przykręciłem siodło z innymi ustawieniami. Trochę dalej i nosem bardziej do dołu. Będę jeszcze musiał nad tym popracować, aby dostosować siedzisko pod siebie. Zastanawia mnie, czy pochylone siodło zmniejszy nieprzyjemności związane z długodystansowymi wyprawami.
Dzisiejszą wycieczkę – już na siodełku – rozpocząłem od parku Wodziczki. Tak z ciekawości co tam jest. Po całym parku można poruszać się rowerem, ale zaraz dalej – w parku Sołackim – wszędzie zakazy i tylko jedna droga dla rowerów, po której tłoczą się piesi. Dopiero gdy droga zamieniła się w ścieżkę, przeszkody się skończyły. Dowiedziałem się, że w latach międzywojennych w Poznaniu stworzono założenie urbanistyczne, które polegało na połączeniu parków miejskich z lasami podmiejskimi. Zostało to nazwane klinami zieleni. Z założenia nie zostało zbyt dużo, bo kliny nie odznaczają się tak bardzo na mapach – dużo zieleni wykarczowano i zamieniono na osiedla. Ja jechałem Szlakiem Stu Jezior wzdłuż klina zachodniego, który jest obecnie najlepiej zachowanym obszarem zielonym w mieście. Dotarłem do Kiekrza, skąd chciałem dostać się do Suchego Lasu, ale przeoczyłem skrzyżowanie. Pomyślałem, że dostanę się jakąś polną drogą. Wjechałem na jedną taką, ale była ona strasznie zarośnięta. Dowiedziałem się czemu, gdy z niej wyjechałem. Za plecami miałem kilka tabliczek ostrzegających o terenie prywatnym. Dziwi mnie za to obecność znaku drogi dla rowerów na Google Street View, bo nie przypominam sobie, aby teraz taki znak tam stał.
Przez Suchy Las dotarłem pod rezerwat Meteoryt Morasko. Pomyślałem, że to jest szansa, aby zobaczyć, co ciekawego się tam znajduje. Wjechałem w jakąś drogę, doczytałem, że po rezerwacie jest zakaz jazdy rowerem i zacząłem spacer żółtym szlakiem pieszym. Komary strasznie dziabały na przystankach, ale dowiedziałem się, że w tamtym miejscu 5–6 tys. lat temu spadł meteoryt żelazny. Widziałem kilka kraterów, ale meteorytu nie znalazłem żadnego. Może gdybym zabrał ze sobą łopatę i to urządzenie do wykrywania metalu, to miałbym większe szanse.
Szedłem dalej szlakiem, aż dotarłem na Górę Moraską. Podobno można zobaczyć na niej obiekty oddalone o 30 km (jak to na równinie), ale nie wiem gdzie należy stanąć, aby cokolwiek zobaczyć. Lasy są tam wyjątkowo bujne. Zgubiłem mój szlak. Na szczyt góry prowadzi kilka dróg. Szukając właściwej, wsłuchiwałem się w las. On żyje! Mrówki, które licznie zamieszkują poszycie, pracują nieustannie, robiąc wyjątkowo dużo hałasu. Te potwory są ogromne. Zniknąłem stamtąd pierwszą szerszą drogą, bo szlaku nie odnalazłem.
Wracając do domu, pomyślałem, aby pojechać w stronę Kampusu Morasko (Uniwersytet im. A. Mickiewicza). Kompleks jest duży, a dodatkowo się rozbudowuje. Jest swoistym miastem w mieście. Pojechałem trochę w złym kierunku, ale trafiłem na znaną mi drogę i przez las komunalny wróciłem na moje osiedle.
Kategoria terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery