Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / wielkopolskie

Dystans całkowity:55314.14 km (w terenie 4777.34 km; 8.64%)
Czas w ruchu:2616:42
Średnia prędkość:21.09 km/h
Maksymalna prędkość:56.53 km/h
Suma podjazdów:232526 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:160092 kcal
Liczba aktywności:1013
Średnio na aktywność:54.60 km i 2h 35m
Więcej statystyk

Zatrzymała mnie policja

  52.54  02:38
Miała być przyjemna przejażdżka po pracy, ale została przerwana. Może jednak wszystko po kolei.
Postanowiłem skorzystać z pięknego dnia. Chyba jeszcze nie wspomniałem, że zmieniłem godziny pracy i dzięki temu mogę wyjść po 16, mając dłuższy wieczór na przejażdżkę. Dzisiaj wybrałem się na północny-zachód. W mieście korki ciągnęły się w nieskończoność. Wypróbowałem nową drogę dla rowerów, która pojawiła się na ul. 27 Grudnia. Właściwie to ulica została przekształcona w drogę dla rowerów. Nie poznaję tego miasta.
Przejechałem się nad Maltę. Wzdłuż ul. Jana Pawła II nadal trwa przebudowa. Jeśli i tam trzasną nową drogę dla rowerów, to chyba zaniemówię.
Spod Malty pojechałem Piastowskim Traktem Rowerowym, aby się trochę ochłodzić w cieniu drzew. Kawałek za Poznaniem pojawił się w moim lusterku rowerzysta. Jechał tak kilka kilometrów. Zatrzymałem się przed znakiem stop i okazało się, że to dziewczyna, ale ona akurat złamała przepis ruchu drogowego. Dopiero potem spojrzała na mapę, więc ją wyprzedziłem, potem ona mnie, ale żadnego powitania, uśmiechu czy nawet wpatrywania się jak ciele, co potrafi znakomita liczba rowerzystów. Potem skręciliśmy w swoje strony i tyle wspólnej jazdy.
Do Poznania pojechałem przez Koziegłowy, aby zobaczyć postęp prac na Gdyńskiej. Może za często tam bywam, bo wszystko stoi. Aby dokręcić do 50 km, pojechałem wzdłuż Warty. Zdziwiło mnie auto policyjne, które jechało przede mną. Zajmowało dokładnie całą szerokość nawierzchni. Po jakimś kilometrze zatrzymali się, a gdy już miałem ich ominąć, zatrzymali mnie. Rutynowa kontrola, czy rower nie jest kradziony. A na pytanie dlaczego zamiast rowerami jadą autem (i to Alfą Romeo za grube pieniądze) odpowiedzieli, że im nie dają. Policja w Polsce jest taka biedna? Po co ja płacę podatki? W ogóle mam czasem obawy, że oni zamiast wyszukiwać numeru seryjnego w bazie skradzionych rowerów, to mogą przypadkiem dodać mój. Ciekawe ile byłoby śmiechu przy kolejnej kontroli.
Z jakiegoś powodu mój Garmin się wyłączył kilka kilometrów przed domem. Niby baterie były naładowane. Kawałek śladu musiałem dorysować.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Po łowicku

  157.26  07:26
Obudził mnie siąpiący deszcz, więc poszedłem dalej spać. Po ruszeniu miałem drogę usłaną lustrami kałuż i mlaskanie spod kół. Ponieważ zdecydowałem się jechać na wschód, to prażące słońce świeciło z góry i z dołu, odbijając się od mokrego asfaltu.
Jechałem drogą krajową. Ruch był bardzo mały, a doliczając do tego szerokie pobocze, jechało się całkiem bezpiecznie. Szkoda tylko, że na drogach krajowych jest taka nuda. Tylko niebo organizowało mi pokaz białych i szarych chmur, które od czasu do czasu wyglądały groźnie.
Czas szybko zleciał i dojechałem do Łowicza. Pod katedrą obejrzałem procesję z udziałem ludzi ubranych w tradycyjne łowickie stroje. Potem jeszcze orkiestra chodziła po rynku, przygrywając piosenki kościelne.
Zatrzymałem się w trzeciej restauracji, bo w pierwszej nie było wolnych stolików, a druga była zagraniczna. W moim menu znalazłem tylko jedno danie regionalne – filet z piersi kurczaka po łowicku. Był słaby i smakował kebabem. W tym mieście nie serwują dań regionalnych czy to po prostu nie był mój dzień?
Zajrzałem jeszcze do sklepiku z pamiątkami, kupując kilka praktycznych gadżetów i pojechałem szukać dworca, bo nie czułem się na siłach, aby dotrzeć do Warszawy. Jeden pociąg dopiero co odjechał, w drugim nie było miejsca na rower, więc pozostał trzeci – jadący 4 godziny później. Co ja miałem tyle czasu robić w Łowiczu? Obmyśliłem plan zrobienia pętli. Najpierw kawałek na południe po innej, mniej przyjaznej drodze krajowej. Choć kusiła mnie bliskość Skierniewic, to nie brałem ich pod uwagę ani podczas planowania, ani gdy widziałem znaki drogowe z kilometrażem. Chciałem zrobić sobie zapas czasu, aby spróbować znaleźć inną restaurację z regionalnym jedzeniem.
Trafiłem przypadkiem do Nieborowa, gdzie znajduje się pałać Radziwiłłów. Zakaz jazdy rowerem zniechęcił mnie do odwiedzenia parku, a przecież mogłem się przespacerować. Mądry ja.
Dostałem się do Sochaczewa, ale niczym mnie nie zainteresował. Zwróciłem jednak uwagę na późną godzinę, więc musiałem się ewakuować. Miałem teraz pod wiatr, co dodatkowo spowalniało jazdę. Do tego zacząłem być głodny, a po żadnym sklepie ani śladu. Gdy w końcu znalazłem się w Łowiczu, to nie było już mowy o żadnej kolacji, bo dotarłszy na dworzec, byłem spóźniony 3 minuty. Ale pociąg aż 12, więc to mnie uratowało. W pociągu zabrakło przedziału rowerowego, ale wpakowałem rower do toalety w ostatnim wagonie. Nie mój pomysł, ale bardzo praktyczne podejście, bo w przejściu zmieściłyby się maksymalnie 2 rowery, a właśnie tylu rowerzystów poza mną już w pociągu było. Tak więc 3 rowery w sezonie rowerowym przeleżały całą drogę do Poznania w toalecie. Brawo, PKP Intercity.
Kategoria Polska / wielkopolskie, Polska / mazowieckie, Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, rowery / Trek

5 mm to za mało

  179.55  08:15
Plan na ten weekend był zupełnie inny, ale jak zwykle nie zdążyłem na pociąg. Szkoda mi było wracać do domu, bo pewnie połowę niedzieli spędziłbym na pracy, więc spod dworca wyruszyłem na wschód.
Zaplanowałem dojechać do samej Warszawy, ale to tylko wstępny plan. Dzisiaj zaś chciałem dostać się do Kłodawy. Podobno są tam podziemia, a ja lubię chodzić po tunelach.
Podjechałem kawałek krajówką do Kostrzyna, potem skręciłem na Pobiedziska. Miało wiać z zachodu, ale pogoda zmieniła zdanie i pomęczyłem się trochę z północnym wiatrem. Na stacji benzynowej dobudziłem się kawą, bo wstałem dzisiaj przed godz. 6, aby zdążyć ze wszystkim. Jak widać, było to wciąż za późno.
W centrum Pobiedzisk wjechałem na remontowaną drogę. Pewnie miałem ją ominąć, ale jakiś idiota ustawił nakaz skrętu w lewo za znakiem zamiast nakazu skrętu przed znakiem i przez to wjechałem na tę drogę (jak później zauważyłem, nie byłem jedynym oszukanym). Niby nic wielkiego, gdyby nie zabłąkany gwóźdź, który przebił na wylot oponę i dętkę. Wkładka „antyprzebiciowa” okazała się nieprzydatna. 5 mm to za mało. Zakleiłem dwie dziury i zauważyłem, że Islandia zostawiła ślady również na bieżniku tylnej opony, odsłaniając błękit wkładki (raptem 2 miesiące temu założyłem tę oponę). Ciekawe, co stałoby się, gdybym wyruszył na jeszcze dłuższą wyprawę.
Gdy wjechałem na starą krajówkę do Gniezna, okazało się, że ruch jest jeszcze większy niż do Wrześni. Sądziłem, że ze względu na dłuższy weekend wszyscy powyjeżdżali wczoraj i dzisiaj będzie luźno.
Było już lekko z wiatrem i do Gniezna dostałem się tuż przed południem. Zjadłem obiad i pełen sił mogłem pędzić. Witkowo, Powidz, Kleczew, Ślesin, Sompolno. Kolejne miasteczka przemijają. Nic ciekawego się nie dzieje. Jedynie chmury zapewniają rozrywkę. W Powidzu odwiedziłem plażę z mnóstwem ludzi, co przy pochmurnej aurze było zaskakujące. Z kolei w Ślesinie trafiłem na korek rodem z Warszawy. Gdzie ci wszyscy ludzie „pędzili”?
W drodze do Kłodawy wyczytałem w internecie, że kopalnia jest czynna wyłącznie w dniu roboczym. Czyli ani dzisiaj, ani jutro. Ja to mam farta. Jako że miasto nie ma nic więcej do zaoferowania, pojechałem do jedynego hotelu. A może by tak pojechać jutro do Łodzi?
Kategoria setki i więcej, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, mikrowyprawa, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 8

  57.42  03:16
Dzisiaj zapowiadał się upalny dzień, bez deszczu, choć z kilkoma chmurami. Wiał silny wiatr z zachodu, więc pojechałem na południe. Do parku, aby schować się od słońca i wiatru.
W parku Cytadela trafiłem na jakiś festyn, który został z niejasnego powodu nazwany targiem. Minąłem dużo straganów z ładnie wyglądającym jedzeniem, ale nie chciałem się objadać. Pojechałem Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Tak dawno nim nie jechałem (ostatnio to chyba wtedy, gdy wygiąłem widelec), że zapomniałem jak niektóre okolice wyglądają. Piasek był trochę bardziej piaszczysty, ścieżka trochę bardziej zarosła roślinnością, ludzi sporo mniej niż zwykle. Powoli szlak staje się zapomniany.
W Puszczykowie zawróciłem i pojechałem do Poznania przez Luboń. Zajechałem jeszcze na Rynek i wróciłem do domu. W międzyczasie wyczerpały się baterie w Garminie. Od kilku tygodni wskaźnik naładowania wciąż pokazuje brak energii, mimo że urządzenie działa prawidłowo jeszcze przez kilkanaście godzin od włożenia naładowanych ogniw. Nie wiem, o co mu chodzi. Muszę dorwać jakieś nowe akumulatory, żeby sprawdzić, czy to islandzki klimat źle wpłynął na baterie, które mam, czy może to Garmin jest uszkodzony.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 7

  54.23  02:48
Wybrałem się na krótką przejażdżkę pod Poznaniem, bo jak tak dalej pójdzie, to ten rok będzie najgorszym ze wszystkich. Za mało czasu poświęcam na rower.
Z ciekawości pojechałem w kierunku Koziegłów, aby zobaczyć, jak posuwają się prace na Gdyńskiej. Jest słabo. Skupili się na budowie wiaduktu zamiast dokończyć i oddać do użytku drogę dla rowerów na Bałtyckiej, która czeka od kilku miesięcy. Nie mam zbyt dużej wiedzy w zakresie budowy dróg, ale jak na moje oko brakuje tylko wylania asfaltu i postawienia kilku znaków. Tak niewiele potrzeba, a tak dużo czasu im to zajmuje. Coś tu po prostu nie gra.
Letnie deszcze zostawiają po sobie dużo kałuż, więc nie zaglądałem wgłąb Zielonki. Przejechałem się kawałek drogą obok, ale tak było niewygodnie przez tarkę (Islandzka tarka była dużo przyjemniejsza), że zrezygnowałem z terenu. Pojechałem do Swarzędza, potem jakoś trafiłem do Poznania i wjechałem do lasów miejskich. Znów teren, ale kałuże dało się omijać. Trafiłem w dzięki temu nad Maltę, gdzie ludzi co nie miara. Zajrzałem na Ostrów Tumski, gdzie złapałem jedyne dzisiaj zdjęcie. Gdy wyglądałem za okno przed wyjazdem, widziałem wiele pięknych chmur, ale później już nie było do czego ich dopasować. Chyba Polska mi zbrzydła. Zajrzałem jeszcze do Cytadeli, ostatni kilometr poświęciłem na ucieczkę przed deszczem i to by było na tyle.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 6

  91.33  04:22
Dawno jeździłem. Wciąż się chwieję na rowerze. Jeszcze w piątek ciężko się jechało na lemondce. Dzisiaj jest już lepiej.
Pojechałem do Szamotuł. Dużo aut na starej krajówce, ale prawie wszyscy jadą do Poznania. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że Polacy wyprzedzają na gazetę. Tęsknię za islandzkimi kierowcami. Tęsknię też za islandzkimi widokami. Tutaj po prostu nie ma nic do fotografowania. Chociaż było pochmurno, to strasznie upalnie. Lało się ze mnie, gdy się zatrzymywałem. Widziałem pole słoneczników, kilka lam i nic więcej ciekawego.
W Swarzędzu poszedłem do sklepu, aby kupić nowe okulary, bo poprzednie były zbyt porysowane. Po wyjściu padało. Temperatura niewiele zmalała, ale nie było co czekać. Pojechałem dalej. Padało bez przerwy, więc cały przemokłem.
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Po Poznaniu, część 26

  30.16  01:29
Przygotowania trwają. Dzisiaj w końcu wybrałem się po bilety, bo wyjeżdżam już w przyszłym tygodniu. Jeszcze nie na Islandię, bo kilka dni wcześniej odwiedzam rodzinę.
Z domu wyszedłem po południu. Ruch jak w środku tygodnia. Zapomniałem pójść dzisiaj do pracy? Na dworcu też ludzi co niemiara. Swoje odstałem, bilety kupiłem. Powrotnego tylko zapomniałem, ale to przecież za półtora miesiąca, więc chyba nie sprzedaliby. Pokręciłem się też po sklepach, żeby uzupełnić apteczkę czy kupić jakąś mapę wyspy. Przyznam się, że wciąż nie mam planu i trochę obawiam się, że wszystko wyjdzie bardzo spontanicznie. Może i lepiej.
Myślałem o zabraniu na wyprawę trzeciego koła, ale ostatecznie pozostałem przy – być może – wygodniejszej wersji w postaci sakw na przednim kole. Zamówiłem w sklepie rowerowym bagażnik, który po ponad tygodniu oczekiwania nie przyszedł. Wczoraj znalazłem taki sam w innym miejscu. Niestety sakwy Ortlieba, które kupiłem z powodu braku dostępności sakw Crosso (do pary z tylnymi), mają haki niekompatybilne z bagażnikiem Authora. System mocowania Ortlieba ma zatrzaski, które obejmują całą rurę bagażnika. Sprzedawca sugerował przypiłowanie płaskownika wzmacniającego konstrukcję, ale uznałem to za zły pomysł i po prostu zabezpieczę sakwy gumami, jak to zwykle robię z tyłu.
Niby to ostatnie przygotowania, ale tak sobie myślę, że jeszcze wielu rzeczy nie zaplanowałem. Chociażby nie wiem, jakie będzie moje zapotrzebowanie kaloryczne. Prawie skolekcjonowałem żywność liofilizowaną, aby wystarczyło po jednym posiłku na dzień. Reszta będzie niespodzianką podczas zakupów. Może trochę za późno się za to zabrałem, bo LyoFood, czyli marka produkująca całkowicie naturalną żywność bez konserwantów, wstrzymała niedawno produkcję i w odwiedzanych przeze mnie sklepach turystycznych półki świecą pustkami. Tak chyba było na większą skalę kilkadziesiąt lat temu. Ciekawe jak spędzę urodziny w tym roku. Czy będzie to kąpiel w gorących źródłach, próbowanie islandzkich specjałów i rozmowy z jednym z najprzyjaźniejszych narodów tego świata, czy może walka z wichrowym wiatrem i deszczem padającym poziomo?
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Wycieczka nr 500

  43.76  02:06
Ale ten czas leci. Minęło 4,5 roku odkąd kupiłem nowy rower i wyruszyłem na wyprawę. Co prawda nie pierwszą, bo jeszcze mając składanego Rometa wybierałem się na kilkunastokilometrowe wyprawy do miejsc, które odwiedziłem kiedyś podczas pieszych wycieczek. Nigdy jednak nie zapuściłem się w nieznane (przynajmniej na rowerze), aż do 4 stycznia 2012. Dzisiaj pojechałem i to zrelacjonowałem po raz pięćsetny.
W tydzień po powrocie z urlopu dopadło mnie przeziębienie. Podejrzanych mam dwóch – nadmiar pracy, który mógł osłabić moją odporność oraz klimatyzację, która została uruchomiona po moim powrocie. W klimatyzowanych pomieszczeniach pracowałem podczas moich wakacji w Krakowie, więc to chyba jednak praca mnie wykończyła. Dzisiaj jeszcze mam lekki katar i wciąż męczy mnie kaszel, ale jest zdecydowanie lepiej niż 2–3 tygodnie temu, bo zwykła jazda do pracy kończyła się bólem gardła, więc pracowałem głównie z domu. Tym samym nawet długi weekend majowy (ten drugi) spędziłem bez roweru.
Dzisiaj chciałem pojechać tylko do sklepu sportowego, ale skoro już uruchomiłem Garmina, to czemu miałem jeździć tak krótko? Wyjechałem w kierunku Szczepankowa i pomknąłem nieznanymi drogami. Przez Kobylepole dojechałem do lasów komunalnych i wyjechałem przy Jeziorze Maltańskim. Wydaje mi się, że po raz pierwszy jechałem tamtą drogą, ale zjeździłem Poznań tak bardzo, że już nie pamiętam, gdzie mnie nie było. Wydłużyłem sobie dystans, jadąc jeszcze na Morasko. Kolejne inwestycje. Poznań się mocno buduje. Ostatnio zauważyłem kilka nowych dróg dla rowerów. Coś niebywałego. W tym mieście inwestycje rowerowe?
Tuż po powrocie z majówki oddałem rower na przegląd i wymianę napędu. Pięknie chodzi, ale stukanie jak było, tak wciąż jest obecne. Może powinienem kupić sobie nowy rower, żeby zaoszczędzić na nerwach? Ale to chyba po powrocie z Islandii. Przygotowania pełną parą, bo zostały raptem 2 tygodnie. Mam już przednie sakwy, czekam jednak na bagażnik, żeby móc je zamocować. Wymieniłem gripy oraz rogi na Ergon GP4 i jeździ się bardzo wygodnie, choć ciężko się było przyzwyczaić do innego chwytu. Szukam też torby na kierownicę, ale takiej, abym nie musiał demontować lemondki. Do wymiany jest jeszcze tylna opona, bo nie chciałbym przykrych niespodzianek. Wciąż nie mam pomysłu na źródło energii, bo pewnie będę rzadko zatrzymywał się blisko cywilizacji. Na pewno jeszcze o czymś zapomniałem.
Kategoria kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Lasek Marceliński

  39.54  01:57
Dzisiejsza wycieczka jest tak właściwie zaległą z poniedziałku i wtorku, bo ilekroć nie próbowałbym, to i tak nie udaje mi się wyjść w porę z pracy. Dzisiaj też późno się wygramoliłem, przez co nie zdążyłem dostać się do sklepu po odbiór przesyłki, ale mimo wszystko wyszedł nie najgorszy dystans.
Pomyślałem, żeby pojechać gdzieś na zachód, bo wiało z północy. Po drodze wpadłem do sklepu rowerowego, żeby zapytać o uchwyt do mojej zabawki, bo wciąż wożę ją w kieszeni. Nie mieli i nie wiedzą gdzie takie cudo można dostać. Cóż, będę szukał dalej, aczkolwiek chciałbym przed majówką mieć skompletowane to, czego potrzebuję.
Zawiedziony chciałem pokręcić się po mieście, ale znalazłem drogę, po której jeszcze nie jechałem, jednak po znakach zobaczyłem, że jest ślepa. Ślady pokierowały mnie więc w inne miejsce – na leśne drogi. Przyszło mi do głowy, że może to być las Marceliński i to był strzał w dziesiątkę, bo tam też trafiłem. Jest on dużo większy od lasu obok mojego osiedla. Dodatkowo mnogość ścieżek i nawet szlak rowerowy sprawiły, że zadaję sobie pytanie: dlaczego dopiero teraz tam trafiłem?
Długo się nie nacieszyłem, bo z chmur, które sunęły się po niebie od dobrych kilkudziesięciu minut, zaczął siąpić deszcz. Ale co tam – pomyślałem sobie – nie przerwę frajdy, póki nie leje. Zjeździłem więc las w te i wewte, aż trzeba było wracać. Deszcz ustał, a ja zamiast wracać do domu, pojechałem dalej na zachód. Nie chciało mi się wracać po własnym śladzie, więc skierowałem się na Przeźmierowo. Potem z braku pojęcia gdzie się znajdowałem, pojechałem drogą krajową. Zaliczyłem jeszcze przejażdżkę po zachodnim klinie zieleni i wróciłem do domu. Mam nadzieję, że moja kondycja da radę w czasie majówki. Dzisiaj ledwo dawałem radę przy wyższym tempie. Gdyby tak to wszystko rzucić i wyjechać w nieznane.
Kategoria terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Po Poznaniu, część 25

  31.77  01:43
Miałem dzisiaj wyjść na rower z rana, ale wyszedłem po południu. Wyszedłem mimo wiszących chmur oraz tego, że przez kilka godzin widziałem deszcz za oknem. Ale już nie padało, więc pomyślałem, że może więcej nie będzie.
Za tydzień jest majówka i w końcu odpocznę. Mam już dość pracy dzień w dzień. 9 dni wolnego powinno wystarczyć. A jeśli nie, to za 2 miesiące bez dwóch dni będę miał cały miesiąc na mentalne oderwanie się od świata pracy. Liczę na szczerą przygodę, bo planu nadal nie mam. A skoro mowa o majówce, to pojechałem na dworzec, aby kupić bilet i nie czekać z tym do ostatniej chwili. Dokąd się wybiorę? Po części niespodzianka, a po części sam jeszcze nie wiem. Na pewno zabiorę namiot i kilka koron.
Potem pojechałem w miasto, przed siebie, aż znalazłem się na nieznanych drogach. Wpadłem na pomysł, aby dostać się nad Wartę – tak od strony, na której jeszcze nie byłem. Drogami osiedlowymi, kilkoma pustymi chodnikami i parą schodów udało mi się trafić na właściwe miejsce. Wpierw pomyślałem, że niegdyś wejście do parku było płatne, a to za sprawą zapuszczonych stróżówek, ale objazd terenu wyjaśnił sprawę i nakierował na inny trop – tereny rekreacyjne, na których znajduje się między innymi boisko do piłki plażowej. Wzdłuż tej części wału nadwarciańskiego ciągnie się droga dla pieszych i rowerów, aczkolwiek ząb czasu zdążył ją nadwyrężyć. Zbadałem jej oba końce i posunąłem dalej, odnajdując się tuż przy moście Królowej Jadwigi. Za kolejnym mostem skręciłem na tereny Politechniki Poznańskiej, po których studenci chyba poruszają się rowerami, bo takie to ogromne. Drogą dla rowerów donikąd dojechałem do ronda, potem zaryzykowałem wjazd na ścieżkę w kierunku buszu i znalazłem się na kolejnym fragmencie drogi dla rowerów. Dlaczego nie można zrobić normalnej drogi, tylko powstają takie odcineczki niczym linia przerywana?
Pojechałem nową drogą aż do Nadolnika, a że nie chciało mi się czekać na światłach, to zacząłem wracać do domu południową częścią mostu Lecha. Gdy ślamazarne pleciugi nie zważały na innych uczestników ruchu, ominąłem je, skręcając na drogę, którą nazywają Wartostradą, choć jest ona niedostępna dla ruchu innego niż pieszy lub rowerowy w porównaniu do popularnej warszawskiej Wisłostrady. Czarne chmury kłębiły się na niebie i uznałem, że pora wracać do domu. Tuż za Cytadelą zaczęło kropić, więc przyspieszyłem jazdę, aby szybko dojechać do sklepu i schronić się przed deszczem. Wyszedł z tego całkiem rześki prysznic. A jak pachniało po deszczu. Oby do majówki się wypadało.

Kategoria Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery