Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:60971.37 km (w terenie 3370.14 km; 5.53%)
Czas w ruchu:3580:12
Średnia prędkość:16.84 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:460934 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:704
Średnio na aktywność:86.61 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Tatry podwójnie

  132.30  07:43
Była duża mgła, gdy obudziłem się. Zjadłem owsiankę z Polski, spakowałem się i mogłem ruszać. Namiot niestety musiałem złożyć mokry przez brak słońca. Dopiero kilka kilometrów dalej mgła się przerzedziła i temperatura podskoczyła. Było nawet 30 °C, choć w cieniu nie więcej niż 20 °.
Szukając dróg lokalnych, zostałem pokierowany przez aplikację Maps.me objazdami. Zacząłem też sam kombinować, co mi nie wyszło najlepiej. Wylądowałem przed znakiem z napisem súkromná cesta. Tłumacz w telefonie zasugerował mi, abym poszukał objazdu. Wróciłem do planu zaproponowanego przez aplikację.
Dojechałem do Kvačianskiej doliny. Tam trafiłem na teren. Szlak pieszy i rowerowy, więc nie byłem sam. Niektórzy rowerzyści prowadzili rowery. Mnie udawało się jechać, ale czasem luźne kamienie zrzucały z siodła. Po drugiej stronie podjazdu było niczym w Dolinie Prądnika. Wapienne skały prześwitywały między drzewami. Znalazłem nawet punkt widokowy, ale był strasznie oblegany przez turystów, którzy przybyli od drugiej strony szlaku. Drogę w dół miałem nadzianą grubszymi kamieniami, dlatego wolałem w kilku miejscach sprowadzić rower.
Dojechałem nad jezioro Liptovská Mara. Dojrzałem tam góry i wtedy mnie olśniło. To były Tatry. Jakoś tak raźniej się zrobiło po wczorajszym niepowodzeniu. Do tego część pokonanej drogi przebyłem kilka lat temu podczas wyprawy wokół Tatr.
Z Ružomberoka nie miałem wyboru, jak jechać na południe drogą krajową. Robiło się późno i miałem dość podjazdów. Trafiłem na drogę dla rowerów wybudowaną na miejscu dawnej kolei. Jakość nawierzchni niczym w Puszczykowie (a są tam jedne z najgorszych dróg dla kaskaderów, po jakich jeździłem). Nie było to przyjemne doświadczenie, ale przeżyłem chyba bez poważnego uszczerbku.
Droga dla rowerów skończyła się, więc musiałem włączyć się do ruchu. Myślałem jeszcze o wjeździe na drogę terenową, ale robiło się tak późno, że chciałem jak najbardziej uprościć resztę trasy. Dojechałem na szczyt góry, skąd leciał bardzo długi zjazd do Bańskiej Bystrzycy. Wyciągałem nawet 60 km/h, co nie było zbyt mądre. Zwłaszcza, gdy kilka razy zachwiałem się przy takiej prędkości.
Kemping okazał się być miejscem piknikowym. Kilkadziesiąt metrów obok biegła linia kolejowa, ale nie przeszkadzało mi to jakoś mocno. Czułem się jak podczas podróży powrotnej z Wiednia, gdzie też zatrzymałem się na miejscu piknikowym. Z tą różnicą, że wtedy wiedziałem, że zmierzam do miejsca piknikowego. Musiałem się dzisiaj obejść bez bieżącej wody.
Zorientowałem się, że przekroczyłem Niżne Tatry. Aż przypomniała mi się inna wyprawa w te góry, gdy zatrzymałem się w Popradzie i zwiedzałem okolice. Słowacja jest taka piękna. Chyba mi jej brakowało w zeszłym roku.
Kategoria kraje / Słowacja, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Chciałem zobaczyć Tatry

  124.09  07:06
Wczoraj popędziłem z biura prosto na dworzec kolejowy, skąd dostałem się do Krakowa. Dzisiaj z rana odszukałem kantor, bo jechałem za granicę, pokręciłem się po moim ulubionym mieście, objeżdżając Rynek Główny i Wawel, i ruszyłem w długą drogę na południe.
Tak mnie dawno w Krakowie nie było, że skuszony ładnie wyglądającą drogą dla rowerów, wjechałem na zakopiankę, co szybko się na mnie zemściło (mogłem standardowo pojechać ul. Turowicza). Droga dla rowerów urwała się bez sensu, więc mając duży ruch na karku, jechałem zbyt blisko prawej krawędzi i wpadłem na nierówności, przez co jedna z sakw spadła z haków, a potem wyślizgnęła się spod gumy, która miała dodatkowo trzymać bagaż. Całe szczęście szlag jej nie trafił. Szybko ściągnąłem z jezdni swoje klamoty. Zabezpieczyłem porządniej sakwy i znalazłem sposób, aby dostać się na właściwą, bezpieczniejszą trasę.
Wjechałem do Swoszowic, południowej dzielnicy Krakowa. Od razu zrobiło się jaśniej, gdy rozpoznałem drogę, którą tyle razy jechałem w kierunku gór ( Rabka-Zdrój, wokół Tatr, Turbacz). Wpadłem tam na kilka remontów, ale boczkiem i chodnikami dało radę się przedostać. Zatrzymałem się jeszcze na drobne zakupy, żeby mieć kilka polskich produktów na prezenty oraz trochę owsianki na śniadanie na kilka najbliższych dni. Parę wsi dalej, gdy robiłem w głowie spis rzeczy w bagażu, zorientowałem się, że nie wziąłem ze sobą garnka (miałem ze sobą kuchenkę turystyczną). Całe szczęście trafiłem na sklep z AGD i kupiłem najtańszy, chociaż do lekkich nie należał. Nauczka, aby robić spis przed wyprawą.
Za Myślenicami pojawił się mokry asfalt, a kilka kilometrów dalej zaczęło padać. Krótko, więc nie robiłem sobie kłopotu z szukaniem schronienia. Potem jednak przyszedł kolejny opad, który już nie chciał przestać. Padało czasem słabiej, czasem mocniej. Kilka razy zatrzymałem się pod wiatami przystanków, ale to był rzadko spotykany luksus. Trochę szkoda mi było widoków, bo deszcz nie pozwalał na wyciągnięcie aparatu, a zamglone krajobrazy były momentami cudowne. Może po prostu brakowało mi polskich gór.
Dojechałem do Lubienia. Wymyśliłem sobie, że pojadę objazdem, aby ominąć główną drogę. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo podjazdy zabrały mi dużo czasu. Nawet wydawało mi się, że jechałem drogami z pierwszej wizyty w Zakopanem, ale nie było to możliwe w połowie drogi między Krakowem i Tatrami. Z kolei zjazdy przypominały mi o wiosennym zjeździe w Japonii. Jakoś mnie naszło na sentymenty.
Budowa drogi ekspresowej zmusiła mnie do wybrania objazdu. Całe szczęście krótkiego. Deszcz ustał przed Jordanowem, ale pojawiły się ostre podjazdy. Tym razem niesprawny napęd dał się we znaki (przednia przerzutka unieruchomiona na średniej tarczy po półtorarocznym pobycie w piwnicy). Na kilku stromych drogach musiałem pchać cały mój majdan, przez co paliły mnie łydki. Jako nagrodę pocieszenia zobaczyłem złote góry skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Może nie Tatry, ale dobre i to.
Ostatni większy podjazd i dostałem się do Jabłonki. Tam zmieniłem plany i zamiast jechać krajówką przez Chyżne, wybrałem spokojniejszą wojewódzką 962, chociaż co jakiś czas i tak mijały mnie kolumny aut.
Planowałem dotrzeć do celu przed zmrokiem, a dostałem się 3 godziny później. Jazda nocą po Słowacji napawała mnie niepewnością. Może to przez szok kulturowy. Na kempingu było kilku turystów, w tym hałaśliwe polaczki. Wyobraźcie sobie, że przytargali wielki telewizor na maleńkie pole kempingowe. Czyżby kompleksy?
Kategoria kraje / Słowacja, kraje / Polska, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Polska / małopolskie, wyprawy / Węgry 2018, rowery / Trek

Nowa gmina

  74.20  04:22
Po wczorajszym dystansie nie miałem sił na wiele. Nie mogłem jednak odpuścić odwiedzenia nowych miejsc oraz zaliczenia kilku gmin. Nie robiłem tego od prawie dwóch lat. Okolice Poznania już mi się znudziły, więc może powinienem się przenieść gdzieś obok? Taki Toruń nie wygląda źle.
Trafiła mi się droga dla rowerów z Torunia do Unisława. Nie planowałem jechać tam od razu, bo było kilka gmin w okolicy, a nie miałem pod ręką dokładnych map, żeby przeplanować podróż. Nie było najgorzej. Droga biegła po starym nasypie kolejowym, więc było w miarę płasko. Spotkałem trochę niewidomych, ale dzwonek na nich wystarczał. Gdy już miałem skręcić w swoją stronę, okazała się ona zamknięta przez remont. Znalazłem polną drogę, dzięki której dostałem się do Złejwsi Wielkiej, aby zaraz potem dojechać do Unisława. Nie wjeżdżałem na końcówkę drogi dla rowerów z początku dnia, bo już nie była mi po drodze.
Ruszyłem do Bydgoszczy. Dużo dróg dla rowerów, choć nie zawsze dobrej jakości, zwłaszcza te o nawierzchni nieutwardzonej. Na krótkim odcinku, tuż przed Bydgoszczą, pojawił się problem – koniec drogi dla rowerów i zakaz wjazdu rowerem. Wyglądało to jak kiepski żart, bo nikt nie pomyślał nawet o najmniejszym znaku kierujących objazdem. Przedostałem się, jadąc przez osiedle.
Bydgoszcz wprawiła mnie w złość i poirytowanie. Najgorsza sieć dróg, na jaką kiedykolwiek trafiłem. Ile się napociłem, ile nastałem w osłupieniu, szukając dalszej drogi czy przejazdu. A jeszcze te przejścia i przejazdy rowerowe, na których trzeba było czekać kilka faz. Absurd. Jak ja się ucieszyłem, gdy trafiłem na drogę, przy której nie biegła żadna droga dla kaskaderów. Dostałem się do centrum, gdzie tempem spacerowym odświeżyłem sobie pamięć z poprzedniej wizyty. A potem pojechałem na dworzec, bo już nie miałem sił ani ochoty próbować wydostać się z tego podłego miasta.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, pod namiotem, terenowe, z sakwami, po dawnej linii kolejowej, mikrowyprawa, rowery / Trek

Pierwszy namiot

  170.21  08:43
Wróciłem do Poznania. Niestety bez kolarzówki. Po znalezieniu nowego mieszkania i sprowadzeniu rzeczy przyszedł czas na odebranie mojego Treka, który przeleżał półtora roku w piwnicy u koleżanki. Stan ogólny: dobry. Jedynymi problemami były zaśniedziałe i zardzewiałe śrubki oraz unieruchomione przednia przerzutka i amortyzator w widelcu. Do tego stukanie, z którym próbuję uporać się od momentu kupna. Odczucia po zmianie roweru? Bardzo szeroka kierownica i ciężka, toporna jazda. Nie miałem za dużo czasu na rower, ale Aki, której do tej pory pokazywałem Polskę, wróciła do Japonii i mogłem w końcu wyruszyć w długą wyprawę.
Do końca nie wiedziałem, w którym kierunku pojechać. Myślałem o północy, ale ostatecznie zdecydowałem, że Toruń będzie wygodniejszy. Skolekcjonowanie całego ekwipunku na wyprawę zajęło mi trochę czasu, bo jeszcze nie zdążyłem się rozpakować od czasu wprowadzenia się.
Ruszyłem późno przed południem. Pomyślałem, że szlak przy jeziorze Malta byłby dobrą opcją, aby przypomnieć sobie miasto. Odświeżyłem sobie przy okazji pamięć na kilku drogach dla rowerów. Nic się nie zmieniły. Może jedynie pogorszyła się ich jakość.
Za miastem poleciałem trochę po starych wertepach, a potem dawną krajówką do Gniezna. Dalej, ładniejszymi i brzydszymi drogami, ominąłem Inowrocław.
Złapał mnie zmrok, bo rano za dużo czasu zajęło mi pakowanie. Mimo to wszystko szło zgodnie z planem, aż dojechałem do Puszczy Bydgoskiej. Zabrałem się do tego od złej strony, przez co trafiłem na nieutwardzone drogi leśne. Raptem kilka kilometrów, ale wspólnie ze zmrokiem mocno wykończyły mnie. Do tego temperatura spadła do 18 °C.
Dojechałem do Torunia. Dość późno, bo na kempingu zastałem tylko stróża. Całe szczęście dopiero szedł zamknąć bramę. Zameldowałem się, rozłożyłem namiot (pierwszy raz od ponad dwóch lat) i poszedłem do miasta coś zjeść, bo z tego pośpiechu nie zrobiłem żadnej przerwy.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, mikrowyprawa, rowery / Trek

Ostatni dzień na Hokkaidō

  60.82  03:50
Już jak co roku, postanowiłem spędzić urodziny na rowerze. Po raz drugi w Japonii, choć tym razem plan był jednym z najmniej ciekawych do tej pory. Musiałem wrócić się do Tomakomai po śladzie z wczoraj.
Miał być deszczowy dzień, więc nie spodziewałem się niczego ciekawego. Tylko kropiło, gdy ruszałem. Była też gęsta mgła. Rzuciłem jeszcze okiem na zamek, który był częścią parku rozrywki – jak się domyślam – w stylu europejskim. Przez kilkanaście kilometrów jechało się nie najgorzej. Dopiero później się rozpadało. Ślamazarnie dotarłem do Tomakomai. Dojechałem do portu, aby rzucić okiem na godzinę otwarcia kas.
Gdy spróbowałem zrobić zdjęcie telefonem, okazało się, że wyświetlacz przestał działać. Byłem przekonany, że telefon był wodoodporny (mimo braku takiego zapisu w specyfikacji). Niestety pomyliłem się i do końca dnia nie udało mi się odzyskać ekranu. Nie sądzę, żeby udało mi się znaleźć serwis LG w Japonii. Będą problemy.
Miałem sporo czasu przed rejsem, więc pokręciłem się po mieście. Zjadłem ostatni posiłek w SeicoMart, czyli lokalnej sieci konbini i zatrzymałem się w galerii handlowej. Pokręciłem się, kupiłem jeszcze trochę pamiątek na drogę (w tym melona, który jest popularny na wyspie). W końcu ruszyłem z powrotem do portu i sprawnie dostałem się na prom. Wracam do Sendai.
Przez 3 tygodnie mojego pobytu na Hokkaidō pokonałem niemal 2 tys. km. Mógłbym tutaj spędzić jeszcze kilka razy tyle, bo odkryłem kilka pięknych miejsc, a nie miałem możliwości zmiany planów, aby je lepiej zwiedzić. Do tego wschód i zachód wyspy pozostają mi nieznane.
Mimo tak krótkiego czasu zdołałem zobaczyć kilka przepięknych miejsc. Ośnieżony łańcuch wulkaniczny Daisetsuzan (nawet dwukrotnie), jezioro wulkaniczne Kussharo-ko w olbrzymiej kalderze, miasteczko zdrojowe z gorącymi źródłami Sōunkyō otoczone 100-metrowym wąwozem czy miasteczko Otaru z europejską architekturą. Zdobyłem cel, czyli najdalej na północ wysunięty punkt Japonii – przylądek Sōya. Niewykluczone, że wrócę na Hokkaidō i wtedy zabiorę ze sobą więcej czasu, aby lepiej odkryć tę wyspę.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Uciekam z Sapporo

  112.56  06:14
Bynajmniej nie z piwem. (Nie każdy jest zaznajomiony z japońskimi markami, więc wyjaśnię, że Sapporo jest również marką piwa). Przez brak miejsc noclegowych w mieście, musiałem wybrać hostel daleko poza nim. Wczoraj zrobiłem sobie trochę wolnego od roweru. Częściowo, bo rano zmieniłem hostel, pedałując kilka kilometrów w deszczu. Zostawiłem rzeczy i wybrałem się z aparatem i parasolką na zwiedzanie miasta, choć deszczu prawie nie było, więc w sumie mogłem zabrać rower. Dorzucam kilka zdjęć z Sapporo do tej wycieczki.
Dzisiaj za to pogoda mnie bardzo zaskoczyła, bo temperatura od rana przekraczała 30 °C. Z kilku dróg do wyboru, wybrałem tę trudniejszą – przez góry. Już od początku zacząłem spotykać rowerzystów w przeróżnych kamizelkach odblaskowych, jak jeden mąż na kolarzówkach. I wszyscy mnie wyprzedzali, bo nie mieli trzeciego koła z sakwami. Najwyżej jakaś większa sakwa spod siodła wystawała ze śpiworem albo kurtką. Zaledwie kilku jechało w przeciwną stronę, więc nie znałem celu tamtego maratonu i nie spotkałem ich przez resztę dnia.
Niekończący się podjazd znalazł swój kres. Miałem plan, aby pojechać wzdłuż jeziora Shikotsu-ko od północnej strony, ale ze znaków drogowych zrozumiałem, że coś się zawaliło albo osunęło i można było się dostać najwyżej do punktu obserwacyjnego, z którego było widoczne jezioro. Zrezygnowałem z tej propozycji i pocisnąłem w dół. Tam czekała mnie spokojna droga wzdłuż brzegu jeziora, na końcu której stał ośrodek z gorącymi źródłami. Jakaś grubsza atrakcja turystyczna, bo było mnóstwo ludzi. Porozmawiałem też z kilkoma rowerzystami, którzy się tam kręcili, a byli z miasteczka obok, przez które planowałem przejechać.
Wahałem się jeszcze, czy nie pojechać wzdłuż jeziora na zachód, ale ostatecznie uznałem, że miałem dość podjazdów. Znalazło się ich jeszcze kilka, ale to już były ostatki. Na zjeździe tych ostatków trafiłem na jakiś kamień, który przebił dętkę (klasyczny snake). Zakleiłem dziurę, potem jeszcze się zatrzymałem, aby poprawić łatkę, bo się odkleiła i wreszcie mogłem kontynuować podróż.
Zjechałem do miasta Tomakomai. Chmury na niebie były coraz ciemniejsze, a dojeżdżając do wybrzeża, trafiłem na mgłę. Przepadła za miastem, więc nawet zobaczyłem ładny zachód słońca. Do hostelu dotarłem przed zmrokiem, zauważając w miasteczku zamek niczym ze średniowiecznej Europy. Zaciekawił mnie, ale jeśli jutro będzie padać, to za dużo nie zobaczę.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Japonia, na trzech kółkach, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Wodny świat zwany Hokkaidō

  89.46  05:07
Takiej ulewy to nie pamiętam od czasu jesiennej pory deszczowej. Lało od samego rana. Nieustannie, choć momentami się nasilało. Całe szczęście tym razem temperatura była znośna. Przemokłem, mimo że miałem na sobie odzież przeciwdeszczową. Nic przyjemnego.
Ruszyłem rano. Na drogach nie było jakiegoś wielkiego ruchu, ale porównywalnie kałuże na chodnikach były mniejsze, więc telepałem się po nich. No, najwygodniejsze to one nie były. Kilka razy wyciągnąłem telefon, żeby zrobić zdjęcia. Było nawet ładnie, gdyby tylko nie ten deszcz. Nie chciałem się zatrzymywać, bo wiedziałem, że ciężko byłoby mi kontynuować jazdę, ale nie było tak źle. Zatrzymałem się raz na zupę, drugi raz tak dla chwili wytchnienia i na godzinę przed celem deszcz ustał. Nie miałem siły na złość, bo przecież mogło się wypadać wieczorem czy coś. Przynajmniej trochę przeschłem, bo zaczęło wiać. Miałem ochotę na coś pysznego do jedzenia, więc odwiedziłem SeicoMart, sieć konbini dostępną tylko na Hokkaidō. Potem jeszcze jeden, i jeszcze ze dwa. Nie znalazłem tego, czego szukałem, czym miał być złocisty katsudon (pyszny kotlet z jajkiem na gorącym ryżu). Wszystkie wyprzedały się w porze lunchowej. Musiałem zadowolić się zapiekanką makaronową. Dotarłem do hostelu i okazało się, że do sakwy dostała się woda. Chyba pora rozejrzeć się za klejem.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Takikawa-shi

  117.12  05:51
Dzień zaczął się pochmurnie i leniwie, mimo że miałem przed sobą większy dystans. Było zdecydowanie cieplej niż wczoraj. Pewnie przez brak wiatru, choć opory powietrza i tak mnie spowalniały.
Droga wzdłuż wybrzeża nie różniła się niczym od tego, co było przez ostatnie 2 dni. No, może na horyzoncie pojawiła się ośnieżona góra, którą tak próbowałem sfotografować, że tylko straciłem cenny czas na ślepych uliczkach. Ale widok był niczego sobie. Niczym ten z zeszłego tygodnia.
Trafiłem na kilka stacji drogowych Michi-no-Eki. Na jednej z nich znalazłem kaszę gryczaną. Pierwszy raz w Japonii. To jak ze śmietaną czy z białym serem, których po dziś dzień nie znalazłem. Co prawda makaron soba jest wytwarzany właśnie z mąki gryczanej, ale dostać całe ziarna to cud. Co więcej, była to kasza niepalona, czyli moja ulubiona. Nie mogłem się doczekać, aby ją spróbować.
Za miastem Rumoi czekał mnie lekki podjazd. Byłem przygotowany na wielką górę, a okazało się, że to zaledwie 100 m n.p.m. Potem tylko jazda na południe. Od czasu do czasu kropiło, ale nic strasznego. Wiatr tylko się zruszył i było ciężko, bo wiało z południa. Mimo to dojechałem do domu gościnnego zgodnie z planem.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, setki i więcej, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Haboro-chō

  66.28  03:29
Uff, nie padało. Wczoraj było chłodno przez deszcz, ale dzisiaj temperatura niby nie była taka niska, jednak tak jakoś odczuwalnie było chłodniej. Może to przez wiatr, choć niespecjalnie on przeszkadzał. Powiedziałbym, że wiało w plecy, ale tak coś słabo. Bliżej nieokreślony był jego kierunek. Może to zmęczenie. W ogóle dopadła mnie na dłoniach pokrzywka z zimna. Nie miałem jej chyba od czasu podróży po Islandii. Strasznie swędzi.
Dzisiaj droga była jeszcze bardziej rekreacyjna niż wczoraj. Widoki były podobne. Atrakcją na dzisiaj stała się stara linia kolejowa. Niestety tory zostały rozebrane, ale zostało kilka mostów i tuneli. Tylko nie udało mi się znaleźć żadnych informacji o historii tejże linii. Pozostał więc niedosyt wiedzy.
Trafiłem na kilka stacji drogowych Michi-no-Eki. Zorientowałem się, że nie mam zbyt wielu pamiątek z Hokkaidō, więc zacząłem się rozglądać za czymś ciekawym. Niestety w tym rejonie sklepy z pamiątkami są słabo wyposażone, więc wziąłem tylko pocztówki.
Tymczasem, dojechałem do miasteczka Harobo. W tym rejonie nie było miejsc noclegowych z rezerwacją przez internet, więc musiałem poprosić japońskiego znajomego o telefon do kilku hoteli. Udało się znaleźć wolne miejsce w schronisku młodzieżowym i tam też się zatrzymałem. Inaczej mogłem skończyć na wysepce na zachód od miasteczka, ale tam statki pływają tylko 2 razy dziennie. Byłaby to ciekawa przygoda, ale mało efektywna.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Rekreacyjnie po Hokkaidō

  71.27  03:43
Padało od rana. Taka mżawka zmieszana z deszczem o zmiennej intensywności. Do tego spadła temperatura. Przynajmniej wiatru nie było czuć. Ruszyłem mozolnie, bo czułem zmęczenie po wczoraj i w ogóle po ostatnich dwóch tygodniach codziennej jazdy. Miałem do przejechania niewiele, ale i tak wiele.
Zaraz za zabudową miejską trafiłem na znak prowadzący rowerzystów na nieco boczną drogę. W sumie była to droga dla pojazdów rolniczych, ale przez kilkanaście kilometrów jechałem nią sam. Potem już nie miałem takich udogodnień. No, może poza tym, że ruch nie był duży, jak na Japonię. Nie działo się też za dużo. Spokojnie dotarłem do miasteczka Teshio. Deszcz zdążył ustać gdzieś w połowie drogi, choć mokra nawierzchnia była widoczna jeszcze daleko. Pojawił się za to wiatr, ale byłem na finiszu. Dojechałem do hotelu z gorącymi źródłami (onsen). Najdroższy nocleg podczas mojej podróży po Hokkaidō. Do tego miasteczko bardzo wymarłe, bo wszystko albo zlikwidowane, albo nieczynne w niedzielę, więc popołudnie spędziłem na odpoczynku.
Kategoria kraje / Japonia, na trzech kółkach, z sakwami, za granicą, Japonia / Hokkaidō, wyprawy / Japonia II 2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery