Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

pod namiotem

Dystans całkowity:21802.73 km (w terenie 2242.51 km; 10.29%)
Czas w ruchu:1324:32
Średnia prędkość:15.99 km/h
Maksymalna prędkość:70.30 km/h
Suma podjazdów:186422 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:16784 kcal
Liczba aktywności:227
Średnio na aktywność:96.05 km i 5h 57m
Więcej statystyk

Jesienią pod namiotem

  161.16  07:57
A gdyby tak zabrać ze sobą namiot? Weekend zapowiadał się ciepły, dlatego uznałem, że jeszcze nie skończył się sezon, spakowałem się, zabrałem najcieplejszy śpiwór, trochę ubrań na wszelki wypadek i ruszyłem ponad godzinę po wschodzie słońca, żeby nie czuć zimna. Miałem kilka gmin na oku, więc skierowałem się do województwa zachodniopomorskiego. Co z tego wyszło? Przeczytajcie.
Wybrałem trasę na Wronki. Słońce świeciło bardzo mocno. Na tyle mocno, że w Rokietnicy kobieta ruszająca autem z drogi podporządkowanej nie zauważyła mnie. Z ciężkimi sakwami moja droga hamowania wydłużyła się tak bardzo, że rower zatrzymał się na tyle samochodu. Z początku wydawało mi się, że nic się nie stało, więc nawet nie chciałem brać numeru telefonu od przestraszonej kierowcy. Dopiero później okazało się, że mam scentrowane koło. Na szczęście tylko lekko, więc nie przeszkodziło mi to w realizacji planu.
Wybrałem dosyć niefortunną trasę. Sam nie wiem dlaczego. Przecież wiedziałem, co mnie czeka w Puszczy Noteckiej. Piachy, piachy i jeszcze raz piachy. Próbowałem uciekać z rozjeżdżonych dróg, ale wszędzie było to samo. Trochę wygodnej nawierzchni i dalej piasek wrzynający się w łańcuch, pochłaniający koła niczym bagno, zatrzymujący rower po kilku machnięciach korbą. Wygodniej zrobiło się dopiero za Krzyżem. Wjechałem na drogę wojewódzką nr 161, która od Przeborowa do Podleśca jest drogą gruntową (podobnie jest z drogą nr 164, jednak według OSM.org jest ona wygodniejsza od mojej). Całe szczęście piach dużo mniej uprzykrzał mi jazdę. Brakuje tam znaków drogowych, bo trzeba mieć szczęście lub pojęcie, aby wiedzieć, na którym skrzyżowaniu gdzie skręcić. Mnie trafiło się szczęście.
Miałem nadzieję dotrzeć dzisiaj przynajmniej do Chociwla, ale jak to mawiają – nadzieja matką głupich. Zmierzch się zbliżał wielkimi krokami. W sumie jesienią to nic zwykłego – coraz mniej jest czasu na jazdę za dnia. Temperatura zaczęła spadać, więc musiałem rozejrzeć się za noclegiem. Bardzo słabe połączenie z internetem nie pozwoliło mi przejrzeć ofert kempingów w okolicy. Przyszedł mi na ratunek Maps.me. Pokazał najbliższe pola namiotowe w Drawnie, więc skierowałem się w jego kierunku po drogach asfaltowych.
Słońce było daleko za horyzontem, gdy dojechałem do pierwszego miejsca, gdzie winno być pole namiotowe. Powinno, ale ani śladu po nim. Sąsiedzi o niczym nie wiedzieli, więc najwidoczniej ktoś pomylił się z umiejscowieniem punktu na mapie. Przypomnieli mi jednak o kempingu w zarządzie PTTK, który jest kilkaset metrów dalej. Kompletnie o nim zapomniałem, choć kilka miesięcy temu przejeżdżałem obok. Byłem chyba jedynym gościem, a już na pewno jedynym z namiotem. O ciepłej wodzie mogłem pomarzyć. W ogóle temperatura wody w kranach zraziła mnie do korzystania z niej. Mogłem przystać na propozycję ludzi, z którymi rozmawiałem wcześniej. Warunki byłyby te same, a nie wydałbym ani grosza.
Kategoria Polska / zachodniopomorskie, Polska / lubuskie, kraje / Polska, pod namiotem, Puszcza Notecka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, mikrowyprawa, rowery / Trek

Dzień 4. Snina, Słowacja

  87.63  04:47
Niespełna 9 °C w nocy nie pozwoliło mi się wyspać (komfort śpiwora wynosił 15 °C). Dopiero poranek dał odrobinę ciepła, dzięki czemu miałem chwilę na sen. Obudziło mnie 35 °C wewnątrz namiotu. Przynajmniej mogłem wszystko wysuszyć, bo w nocy była taka rosa, że niebywałe. To pewnie obecność rzeki Wołosaty, nad którą na skarpie znajdowało się pole namiotowe.
W barze zjadłem ubogą jajecznicę, wypiłem kawę i mogłem ruszać, ale nie z kapciem w przednim kole. Całe szczęście, że po dopompowaniu powietrza wszystko trzymało. Miałem nadzieję, że tak będzie do końca tej podróży.
Po pokonaniu dwóch długich podjazdów z serpentynami miałem dłuższą drogę w dół. Jak zawsze mnie to martwiło, bo zaraz trzeba odrobić różnicę wysokości na podjeździe. Zatrzymałem się w barze, aby coś zjeść, bo wiedziałem, że do granicy ze Słowacją będę się wspinał. Zamówiłem specjalność kuchni – pierochy. Były to przerośnięte pierogi: smażone z farszem grzybowym i surówkami. Cóż, będę miał odrobinę trudniej.
Po drodze zauważyłem bacówkę. Wydawało mi się, że to o niej opowiadali Krzysztof Gonciarz i Łukasz Konatowicz, ale się pomyliłem. Szkoda, bo miałem nadzieję, że mam przyjemność z jedyną w Polsce kobietą-bacą. Wybrałem więc 2 sery do kolekcji i miałem nadzieję, że dowiozę wszystko w całości do domu. Jeszcze trzeba znaleźć prawdziwy dżem z żurawin i będzie smaczny prezent z gór.
Wymieniłem w banku trochę pieniędzy na euro po nie najkorzystniejszym kursie, chociaż wydawało mi się, że wczoraj w radiu słyszałem o spadku wartości euro. Zajechałem potem do ostatniego po polskiej stronie sklepu i zostawiłem wodę podczas pakowania. Dopompowałem jeszcze koło i zaczęły się problemy. Najpierw co kilka kilometrów, potem co kilkaset metrów musiałem się zatrzymać na uzupełnienie powietrza. Gdy dotarłem do granicy ze Słowacją, wkroczyłem na teren Parku Narodowego Połoniny. Skończył się asfalt i zaczęła droga szutrowa. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie powietrze uciekające coraz częściej z przedniego koła. Po kilkunastu postojach miałem dość. Rozebrałem koło i wyciągnąłem kolec. Wydawałoby się, że to pamiątka z Bieszczad, ale powietrze powoli uciekało od kilku tygodni. Założyłem zapasową dętkę i pojechałem dalej. Cały ten zjazd jest idealny dla MTB, a ja musiałem zaciskać klamki hamulców, żeby podskakujący tył z sakwami nie rozwalił koła.
Gdy wjechałem do Sniny, postanowiłem zatrzymać się. Akurat zauważyłem znak namiotu. Pojechałem najpierw do centrum z nadzieją na ładny widok, potem zrobiłem zakupy w samoobsługowym i wróciłem, aby znaleźć miejsce na nocleg. Na Słowacji symbol namiotu ma chyba szersze znaczenie. Dotarłem do ośrodka dla dzieci z Ukrainy i spróbowałem dogadać się z kimś w recepcji – po polsku i po słowacku. Nie mieli pola namiotowego, więc dostałem domek za 10 euro. Saunę gratis – tak można określić temperaturę panującą wewnątrz. Cyrylica wydrapana i wymazana na wszystkim świadczy o intensywnym użytkowaniu obiektu przez wschodnich sąsiadów zza granicy.
Podjąłem decyzję dotyczącą mojej dalszej podróży. Nie przejechałem dzisiaj nawet połowy planu dnia trzeciego. Miał on prowadzić pięknymi szlakami górskimi, a potem przez Michalovce do Humennégo. Ten plan byłby dobry, gdyby nie sakwy. W takim razie dojadę do ostatniego ze wspomnianych miast i planem czwartego dnia spróbuję dostać się jak najdalej w kierunku rodzinnego domu. Chociaż pogoda ma być słoneczna, to wiatr z północy może uniemożliwić mi realizację szalonego pomysłu przejazdu do Chełma z Ustrzyk Dolnych, na co przewidziałem prawie 300 km. Jest to nierealne, dlatego pewnie wsiądę w pociąg. Jak mi się nie chce. Mogłem wziąć dłuższy urlop i na spokojnie dojechać na rowerze.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, kraje / Słowacja, z sakwami, terenowe, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, za granicą, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 3. Do źródła Sanu

  71.23  04:29
Wczorajszy deszcz trwał tylko chwilę, ale nie ma w pobliżu pola namiotowego, więc tak czy inaczej hotelik był najlepszym wyjściem. Było tak cicho i spokojnie, że przespałem całą noc i połowę poranka. Na śniadanie zjadłem najzwyklejszą jajecznicę w barze przyhotelowym i mogłem ruszać.
Poza mną na szlak dostały się dwa auta i grupka pieszych. Nie było zatem tłoczno. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że mogłem zostawić sakwy w hotelu. Gdzie ja miałem głowę? Kupiłem w Bukowcu bilet wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i kontynuowałem podróż szlakiem rowerowym do Beniowej. Tam obleciałem zauważone pozostałości po dawnych mieszkańcach, poczytałem trochę informacji z tablic i pojechałem dalej. Niestety źle. Właściciel hoteliku wskazał mi, jak mogę się przemieścić rowerem i widocznie wskazał złą drogę. Ta, którą ja pojechałem była przepełniona kładkami i stopniami. Szlak rowerowy odbił przy cmentarzu. Niestety chyba dawno ktokolwiek się nim przemieszczał, bo nie pozostał żaden ślad na łące, którą przecinał i przez to przegapiłem go.
Dojechałem do ostatniej wiaty, zostawiłem rower i wyruszyłem pieszo na szlak. Było ciężko (moja druga piesza wędrówka po górach, a że dawno to robiłem, to i mięśnie musiały ciężej popracować), ale w 2 godziny doszedłem do miejscowości oddalonej najbardziej na południe w granicach Polski, a potem aż do źródła Sanu i wróciłem do mojego roweru. Po śladach było widać, że jacyś rowerzyści próbowali przedostać się tamtym szlakiem, ale to byli słabeusze, bo ślady szybko się urwały. Był też pewnie motocross, którego ślad pojawił się, gdy byłem na szlaku. Nie zmącił jednak ciszy, którą mogłem się delektować podczas spaceru.
Wróciłem do Bukowca, omijając Beniową. Na parkingu pojawiło się kilka nowych aut, kilka innych ciut dalej; tak jakby bali się dojechać do końca. Na drogę powrotną wybrałem drogę leśną. Nawierzchnia nie pozwalała na rozpędzanie się na prostych, a na zjazdach szczęki hamulców były zaciśnięte non-stop. W dodatku ta wycinka drzew. Znów zakaz na środku szlaku. Leśnicy są tacy samolubni. Dbają tylko o własny interes.
Wróciłem do Tarnawy Niżnej. Nie musiałem, bo nie była mi po drodze i nie zostawiłem tam bagażu, ale po śniadaniu nieroztropnie poinformowałem kucharkę, że wrócę na pierogi łemkowskie. Nie chciałem mieć goprowców na głowie, więc znów pojawiłem się w barze przy hoteliku i zjadłem z apetytem cały talerz.
Gdy tak siedziałem, najpierw jedząc, a potem robiąc te zapiski, za oknem zaczął padać deszcz. Wyruszyłem wraz z jego końcem. Miałem długą drogę w dół i byłem pod wrażeniem tego, że wczoraj pokonałem taki podjazd. Cóż, wieczór zbliżał się szybko, więc daleko zajechać nie mogłem. Na szczęście dalsza droga do Ustrzyk Górnych była tylko lekko pod górę i zaraz tam dojechałem. Potem zachciało mi się jeszcze zobaczyć Wołosate, bo wyszło słońce i miałem wciąż sporo czasu przed jego zachodem, i powróciłem do Ustrzyk, aby odwiedzić sklep i kemping. Sklep był już zamknięty, ale na szczęście na kempingu znalazł się czynny bar. Pole namiotowe było straszne – śledzie wchodziły tylko do połowy (głębiej była lita skała), ale przynajmniej było równo. Mogli jednak zebrać siano po skoszeniu trawy.
Było jeszcze trochę czasu do zmierzchu, a już robiło się chłodno. W barze zamówiłem placek po bieszczadzku. Po pół godzinie czekania w tym zimnie zobaczyłem panią z pustymi rękoma. Poinformowała mnie, że wynikły komplikacje i zaproponowała pierogi z jagodami. Co tu robić? Zmierzch za pasem, a ja głodny. W dodatku to same węglowodany. Trudno, przydadzą się nazajutrz.
Jestem cały jeden dzień do tyłu z planami. Powoli zaczynam obliczać sobie, jak okroić moją podróż po Słowacji. Chciałbym spędzić ze 2 dni z rodziną, ale żeby to zrobić, musiałbym albo skrócić wizytę na Słowacji do jednego dnia, albo wsiąść do pociągu, który będzie jechał nie wiadomo ile godzin. Nie lubię takich dylematów.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, z sakwami, terenowe, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 2. Czy to już Ukraina?

  109.79  06:45
Chmury spowijały całe niebo. Nie zdążyłem się spakować, a już zaczynało dżdżyć. Najpierw myślałem, że to opadająca mgła, ale opad się nasilał. Trzeba było niezwłocznie ruszać. Przede mną dystans do odrobienia z wczorajszego planu, a schować się mogłem chyba wszędzie.
Na początek musiałem zjeść śniadanie. Niełatwo było znaleźć sklep, bo zachciało mi się jechać z drugiej strony Sanu. Po kilku kilometrach wypatrzyłem budynek, który okazał się być sklepem. Przydałby się szyld albo chociaż znak przy drodze. Przemiła sklepowa zasugerowała zrobienie kanapek, które wsunąłem z apetytem.
Mżawka, która raz po raz zamieniała się miejscem z drobnym deszczem, hulała na całego, aż dotarłem do stacji benzynowej w Lesku. Wypiłem kawę i gdy wyszedłem, już nie padało. Niebo jednak nadal było bez słońca. Mogłem odtąd zdejmować i zakładać bluzę odpowiednio na podjazdach i zjazdach, a tych było mnóstwo.
Zatrzymałem się w Solinie na obiedzie. Pstrąg i regionalny napój o smaku jabłkowym. Zastanawiam się, czy uda mi się zjeść jakieś regionalne danie.
Zjechałem do zapory w Solinie. Ludzi tam strasznie dużo, a zaraz na końcu tamy – bazar rupieci – od kapci po plastikowe pierścionki. Ja się skusiłem na ser owczy. Zapomniałem tylko zapytać, czy to aby na pewno mleko od owcy (niecertyfikowane oscypki mogą być robione z mleka krowiego).
Bateria w mojej ładowarce solarnej to jakaś podróbka, bo nie sądzę, żeby 5 godzin słońca wczoraj nie mogło jej naładować do pełna. Nie udało mi się uzyskać nawet połowy naładowanej baterii w telefonie. Na szczęście rano znalazłem kontakt elektryczny i podczas pakowania się podniosłem trochę procent naładowania w urządzeniu. Przy dzisiejszej pogodzie nie udało mi się nawet na chwilę wyciągnąć panelu, aby dać mu jeszcze jedną szansę.
Żeby drogę sprawić jak najkrótszą, plan pokierował mnie na szlak rowerowy wzdłuż rezerwatu Krywe. Dużo pagórków i kamienno-szutrowa nawierzchnia drogi spowalniały mnie na tyle, by stwierdzić, że mogłem jechać na około. W dodatku te bezmyślne wycinki drzew. Czemu leśnicy nie mogą informować o nich przed wjazdem na szlak?
Dalej było już tylko nabijanie kilometrów na liczniku, bo wiedziałem, że dzisiejszy plan nie wypali. Chciałem po prostu dostać się jak najdalej na południe. W sklepiku w Mucznem dowiedziałem się, że w następnej miejscowości znajdę nocleg, więc tam też pojechałem. Zaczęło padać, gdy dotarłem do Tarnawy Niżnej, a tym samym do Bieszczadzkiego Parku Narodowego (przynajmniej tak mnie poinformowały znaki). Zatrzymałem się w hoteliku rodem z PRL-u, a moja sieć komórkowa powitała mnie na Ukrainie.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, setki i więcej, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, z sakwami, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 1. W Bieszczady ruszyć czas

  93.17  05:03
Przygody nigdy się nie kończą. Urlop, ja z rowerem i pociągi to nie najlepsze połączenie. Kłopoty zresztą zaczęły się dużo wcześniej, ale może po kolei.
Bieszczady chodziły za mną już od kilku lat. Tradycyjnie chciałem spędzić urodziny na rowerze. Co roku wjeżdżałem na coraz to wyższe szczyty, ale dwutysięcznika próżno tutaj szukać, więc moją jedyną uciechą pozostawały góry. Za to jakie góry! Oglądałem je na dziesiątkach filmów i zdjęć, a teraz zmierzałem w ich kierunku. Na pewno nikogo nie zaskoczy to, że mam w planach także wizytę na Słowacji. To już czwarta podróż przez ten kraj, jednak będzie zdecydowanie krócej niż rok temu.
W czasie ostatniej wycieczki zacząłem czuć bicie na tylnej obręczy, a właściwie sądziłem, że hamulec się rozregulował. Okazało się potem, że winna była pęknięta szprycha. Wymiana wydawała się prosta. Odpowiedni serwis znalazłem za drugim razem (w pierwszym kazaliby mi czekać tydzień). Następnego dnia odebrałem jednak telefon ze złymi wieściami. Obręcz nie była w najlepszym stanie – serwisant znalazł kilka pęknięć wynikających z intensywnego użytkowania. Kapslowane otwory nie dały rady. A chciałem wymienić obręcz dopiero po zniknięciu rowków na powierzchni bocznej. W dodatku dwie zębatki kasety są bardzo zużyte. Przecież dopiero 7 tys. km przejechałem, więc jak to? Wypatrzyłem oznaczenia: na zębatce HG41, a na łańcuchu HG71 – czy to jest twardość stopu? Co dalej robić? Przecież w tym tempie zużywania się napędu nie dojadę do końca roku. Wybrałem obręcz Swift Arriv, którą mi polecili w serwisie, do tego mocne szprychy – krótsze niż zwykłe z racji stożkowej obręczy, pozostawiłem piastę i kasetę, i to musiało wystarczyć. Aha, jeszcze potrzebna była nowa dętka z dłuższym wentylem. Czy taki zestaw nie będzie problematyczny na kilkudniowej trasie?
Nie byłem pewien wyjazdu do ostatniej chwili. Wahałem się każdego dnia, obserwując nerwowo prognozy pogody. Ostatecznie zaryzykowałem. Co więcej, nie porzuciłem pomysłu zabrania namiotu. Bilety na pociągi kupiłem po promocji przez internet. Oczywiście nie udało się kupić biletu na rower, ale to nic. Pan w informacji kolejowej zapewnił mnie, że będę mógł dokupić bilet w kasie. Jaka szkoda, że InterCity jest zacofanym przewoźnikiem i ograniczył liczbę miejsc na rowery do zaledwie kilku sztuk. Gdy w końcu udało mi się dojść do porozumienia z panią w okienku kasowym, która nie potrafiła zrozumieć, jak mogłem kupić bilet przez internet, kupiłem bilet na duży bagaż, co wyszło taniej niż przewóz roweru.
Kolejny problem to znalezienie kartonu. Po wizycie w kilku sklepach rowerowych udało się – miałem szansę na przetransportowanie roweru. Najpierw do Warszawy. Chciałem zobaczyć wystawę pt. „Arcydzieła sztuki japońskiej w kolekcjach polskich” w Muzeum Narodowym. Pobudka o 3 rano, aby zdążyć ze wszystkim. Rower rozłożyłem na peronie prawie bez problemów. Pedały zajęły mi najwięcej czasu. Pudło okleiłem taśmą i w samą porę skończyłem, bo nadjechał pociąg. Wewnątrz wagonu nawet znalazła się wnęka idealna dla mojego pakunku.
Z Warszawy do Krakowa pojechałem tym nowym Pendolino. Bez rewelacji, choć miałem objawy choroby lokomocyjnej – po raz pierwszy w pociągu. Niestety zabrakło miejsca na duży bagaż i musiałem się nagłowić, aby bezpiecznie ustawić mój ładunek, bo obsługa pociągu marudziła. Obwiązałem go linkami i jakoś wytrzymał.
Złożenie roweru w Krakowie, choć pracochłonne, to bezproblemowe. Nie dostrzegłem uszkodzeń. Dopiero pozbycie się kartonu zabrało mi niepotrzebnie czas, a nie chciałem go bezczelnie porzucać na peronie. Pomogli mi pracownicy Służby Ochrony Kolei. Ponieważ była noc, nie pozostało mi nic innego, jak odnaleźć hostel, w którym zatrzymałem się w zeszłym roku. Było ciężko go odnaleźć bez planu miasta.
Dzisiaj zaś pozostało dotrzeć do Rzeszowa i wsiąść na rower, kierując się na południe. Remonty na linii kolejowej bardzo psuły komfort i szybkość jazdy. W większości połączenia odbywają się za pomocą busów, ale znalazł się jeden pociąg, co mnie dowiózł bez przesiadek w południe. Zza okna w pociągu martwiły mnie granatowe chmury, ale na dworcu przywitało mnie ostre słońce (i rowerzysta w cywilu, który zaczepił mnie, pytając o plany).
Rzeszów nie jest wygodnym miastem. Buspasy, beznadziejne skrzyżowania czteropasmowe (kilka razy wjechałem na pas do skrętu tylko w prawo, bo trzeba wiedzieć, że aby za zakrętem jechać prosto, należy ustawić się na środkowym pasie), drogi dla rowerów z wysokimi krawężnikami co 10 metrów. Przynajmniej asfalt wygodniejszy niż na zachodzie miasta.
Jechało się nie najłatwiej. Podjazdy były ciężkie, ale przynajmniej zjazdy szybkie (nawet 70 km/h). Widoki od czasu do czasu też się trafiały, choć aparat kiepsko sobie radził z ich chwytaniem.
Miałem ze sobą ładowarkę solarną Sunen SC17B, więc mogłem wykorzystać prażące słońce. Prąd był dla mnie pewnym ograniczeniem podczas wypraw rowerowych, dlatego miałem nadzieję, że się to jakoś zmieni. Diody wskazywały pełną moc działania. Miałem tylko nadzieję, że wbudowany akumulator 1200 mAh nie okaże się podróbką.
Podróż pociągiem mnie wykończyła. A może to ciężar roweru z sakwami tak spowalniał moją podróż? Dzisiejszy dystans mnie nie satysfakcjonował, ale mimo to zacząłem się rozglądać za polem namiotowym. Przed wyjazdem wypatrzyłem jedno takie w Sanoku. Przy akompaniamencie muzyki disco-polo poszedłem spać moim w świeżo zaimpregnowanym namiocie. Miałem ogromną nadzieję, że pogoda nazajutrz będzie wyglądać inaczej niż w prognozie.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, góry i dużo podjazdów, pod namiotem, z sakwami, dojazd pociągiem, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Znad morza

  13.58  00:39
Szkoda, że jutro mam do pracy, bo zostałbym dłużej. Wstałem leniwie i późno, choć po raz kolejny nie przespałem całej nocy. Mięśnie po tak długim dystansie nie zregenerowały się. Nie było szans na długą wycieczkę. Najpierw chciałem się przespacerować po plaży zanim pomyślałem dokąd dalej.
Niezaprzeczalną zaletą sandałów jest to, że niestraszny im piach. A i zdejmuje się je migiem. Przyznam się, że po raz pierwszy w życiu poczułem jak to jest, gdy fale docierają do bosych stóp. Niebawem znów wrócę nad morze. Może z innymi planami.
Poczta była zamknięta, więc nikogo nie ucieszy kartka ode mnie. Pozostało mi tylko znaleźć restaurację, żeby zjeść rybkę, najchętniej z pieca. Niestety tak wcześnie nikt nie jada ryb i piece były zimne, więc obszedłem się smakiem. Zamówiłem jajecznicę i przyszła z tyloma dodatkami, że się objadłem. Do tego przemarzłem, bo wiatr dmuchał od morza.
Nie do końca wiedziałem, którędy dostać się do domu – przez Białogard czy przez Koszalin. Pojechałem do drugiego miasta. Przy okazji kupiłem książkę na długą drogę do domu. Warunek był jeden – nie mogłem zasnąć w pociągu.
Wróciłem do Koszalina. To miasto wydaje mi się dziwnie znajome. Nie z tego powodu, że byłem w nim wczoraj. Ma znany mi układ urbanistyczny. Tylko nie pamiętam, w którym mieście już taki widziałem. Dostać się do dworca nie było łatwo, a tam technologii nigdy chyba nie widziano. Brak jakiejkolwiek graficznej prezentacji najbliższych przyjazdów i odjazdów. No i te pociągi. Chciałem pojechać bezpośrednio do Poznania po godz. 13. Udało mi się nawet dotrzeć na dworzec z półgodzinnym wyprzedzeniem. I co? Brak miejsc. Byłem przekonany, że pojadę Regio, a okazało się, że to TLK. Regio dopiero po godz. 17. Co tu robić? Pani mi pomogła. Niestety były to 2 pociągi dwóch różnych spółek, więc musiałem kupić 4 bilety. Zaoszczędziłem na noclegach, ale te powroty – zawsze męczące. Dobrze, że miałem książkę.
W jednym pociągu ciasnota, drugi spóźnił się godzinę. Ktoś doradził, że mogłem jechać taniej, ale było po sprawie. Przez Poznań przeszła burza przed moim przyjazdem. Może jednak dobrze, że nie dotarłem do domu zbyt wcześnie.
Kategoria Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, pod namiotem, z sakwami, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, rowery / Trek

Morze przed zachodem

  219.85  10:07
Ja się chyba nigdy porządnie nie wyśpię. Całą noc bardziej leżałem, czuwając niż śpiąc. Tak bez powodu, bo prostaki z głośnymi blachosmrodami zniknęli dosyć wcześnie. Dodatkowo 14 °C w namiocie nie pomagało, bo wziąłem śpiwór z komfortem 22 °C. Oczywiście ta noc negatywnie wpłynęła na moje mięśnie, więc mój plan dotarcia nad morze właśnie dzisiaj mógł się nie udać.
Ruszyłem po godzinie 7. Na spotkanej stacji benzynowej doładowałem się kawą i zacząłem mozolnie rozgrzewać swoją „maszynerię”. Nie poszło tak źle i już po kilku kilometrach posuwałem się bardzo szybko. Niestety nie tylko ja zmierzałem nad morze, bo wyprzedzało mnie bardzo dużo aut, zwłaszcza takich z kuframi na dachu. Wciąż liczyłem, że coś się zmieni.
Za Trzcianką ruch prawie znikł. W Wałczu pojawił się problem logistyczny, aby dostać się do Złocieńca. Nie było bezpośredniej drogi. Google zaproponował mi teren, ale po wczoraj miałem ich zdecydowanie dość (terenu i Google'a). Wypadło na drogę krajową. Najpierw się ucieszyłem, bo wjechałem na asfaltową drogę dla rowerów, ale potem zdenerwowałem, gdy po chwili zakończyła się idiotycznymi barierkami. Pozostało mi jechać po krajówce – bez pobocza.
Po kilku kilometrach skręciłem na znalezioną na mapie drogę. Była zaznaczona jako asfaltowa, ale w rzeczywistości to polna droga. Za to nie lubię map społecznościowych, bo zbyt często zdarza się, że drogi są rysowane przez nieuków. Na szczęście nie było piachu. Potem pojawił się asfalt, nawet jakiś podjazd się znalazł, a za kościółkiem z muru pruskiego znów teren. Tym razem miałem olbrzymie szczęście trafić na piachy. Ach, jaka to przyjemność się po nich wolno toczyć. Koniec końców dotarłem niespodziewanie na asfalt. Potem skończył się cień rzucany przez drzewa i zaczęło smażenie w słońcu. Obawiałem się jazdy w tej temperaturze, bo termometr wskazywał 35 °C w moim cieniu, a nawet 41 °C jako maksimum. Najgorzej było na podjazdach. Na prostych mogłem wytworzyć kojące opory powietrza, ale i tak nie było przyjemnie.
W Złocieńcu wjechałem na asfaltową drogę dla rowerów. Była ona szczególna, bo mając 22 km, prowadziła do Połczyna-Zdroju. Została utworzona na starym nasypie kolejowym. Ma odcinki lepsze, ma i gorsze, ale to dobra droga. Godna polecenia, przynajmniej póki wciąż istnieje. Przyroda kiedyś ją zabierze.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Wiatr z południa zaczynał się zmieniać na północny. Dodatkowo naszły takie chmury, że zostało niecałe 30 °C. Na szczęście nie padało.
Od Połczyna-Zdroju miałem już tylko 60 km do Koszalina. Jak na złość opadłem z sił, i to w takim momencie. Nie było łatwo pokonać wspomniany dystans. Drogi też nie zawsze pozwalały na jazdę prosto. Dopiero na kilkanaście kilometrów przed Koszalinem wjechałem na drogę dla rowerów. Czasem asfaltowa, czasem brukowa, a nawet cementowa, ale dało się jechać bardziej komfortowo niż w wielu polskich miastach. Widziałem po ulicach Koszalina, że padało kilka godzin wcześniej. Miałem szczęście, że niespiesznie dotarłem do celu. Wiatr znad morza robił się coraz chłodniejszy, a przede mną pozostały jeszcze dojazd do Mielna, kolacja i poszukiwanie kempingu. Znów wszystko na ostatnią chwilę. I jak tu zwiedzić Koszalin?
Na przejściu dla pieszych w centrum Koszalina grają melodię, którą pamiętam z rodzinnego miasta – Chełma. Aż dziwnie tak usłyszeć melodię, której się nie słyszało już chyba kilkanaście lat. Nie przypominam sobie, żeby ją gdzieś jeszcze odtwarzali.
Wypatrzyłem na planie miasta drogę do Mielna. Nie miałem tej wsi w planach, więc nie wszystko szło po mojej myśli. Najpierw dojechałem do miejsca, w którym powinna zaczynać się droga dla rowerów. Zastałem jedynie ogrodzone roboty drogowe i zakaz wstępu. Nie ma się co poddawać; ruszyłem pod wiadukt, żeby znaleźć inny sposób na bezpieczne wydostanie się z miasta. Gdy się to udało, całą drogę do Mielna pokonałem po drogach dla rowerów. Nie polecam, bo pewien odcinek jest tak strasznie stary, że drogowcy o nim zapomnieli. W końcu zorientowałem się dlaczego zrobiło się tak chłodno. Była lekka mgła, a poznałem to po mlecznym słońcu.
Dojechałem do Mielna po godz. 20, zobaczyłem morze, podzieliłem się szczęściem, poczułem piasek na stopach. Wspomniałem, że z Poznania przyjechałem w sandałach? Nie polecam na tak długich odcinkach. Spełniłem też jeden z celów wyprawy – zjadłem grillowaną rybę. Nie udało mi się wykąpać w morzu, ale w tym roku jest jeszcze wiele miast do odwiedzenia po raz kolejny (rok temu przejechałem trasę ze Świnoujścia na Hel).
Gdzie szukać noclegu? Odwiedziłem jakieś osiedle, bo wydawało mi się, że jest tam pole namiotowe, które wypatrzyłem rok temu. Nie było, ale zaintrygowało mnie czerwone niebo. Gdy dotarłem nad brzeg morza, słońce właśnie się schowało. Co za pech. Na szczęście nie chodził on za mną, bo w końcu trafiłem na czynny kemping z możliwością rozbicia namiotu. Miał nawet ciepłą wodę. Nie wiem, co będę robić jutro. Za wcześnie przyjechałem.
Kategoria Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, mikrowyprawa, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Nad morze

  62.33  02:57
Bynajmniej nie dzisiaj, ale mam na to aż 3 dni. No, prawie 3, bo dzisiaj byłem w pracy. Za główny cel obrałem Koszalin, jednak później wpadłem na ciekawszy pomysł, aby dotrzeć nad samo morze. To w sumie niedaleko. Trochę mnie przeraża myśl o powrocie w niedzielę, gdy przypominam sobie wczorajszy pociąg do Świnoujścia. Może wrócę wcześniej?
260 km to niewiele. Po pracy spakowałem się, załadowałem sakwy na zamontowany wczoraj bagażnik i ruszyłem tuż przed godz. 18 do Lubasza. Znalazłem tam kemping – postanowiłem przenocować pod namiotem. Pierwszy raz od dwóch lat.
Do Obornik jechało się świetnie. Średnia prędkość rwała się do góry. Dopiero kretyńskie zakazy i beznadziejne chodniki zaczęły mnie spowalniać. W dodatku za miastem wpadłem na kilka kilometrów dróg rodem z pustynnego piekła. Nie w takiej Puszczy Noteckiej się zakochałem. Tragedia większa niż wczoraj w Puszczy Drawskiej. Czas leciał, a ja chciałem zastać kogoś w recepcji na kempingu. Sił miałem niewiele, gdy w końcu wydostałem się na asfalt. Do Lubasza dojechałem z zachodem słońca. Zrobiłem zakupy na kolację i śniadanie, i dojechałem na kemping. Niestety już od dawna nikogo z obsługi nie było. Zatelefonowałem pod numer z ogłoszenia i pani pozwoliła mi się zatrzymać. Trzeba wcześnie rano wyruszyć, bo wiatr ma dmuchać z południa, ale tylko w sobotę. Martwiąca jest prognoza deszczu wieczorem w okolicach Koszalina. Oby ICM się mylił.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, pod namiotem, mikrowyprawa, Puszcza Notecka, rowery / Trek

4 miasta, dzień 4: Czechy

  234.02  10:43
Dziś ostatni dzień i powrót do Krakowa. Przede mną długa droga, bo muszę się najpierw dostać do Ostrawy, której nie udało mi się osiągnąć wczoraj. Przewidywałem opóźnienie rzędu 50 km, czyli jak to było do Opola.
Obudziłem się ok. 6. Ta noc była cieplejsza niż minione, jednak od leżenia na twardym podłożu bolały mnie mięśnie. W przyszłym roku zaopatrzę się w materac. Różnicą między spaniem na odludziu i na campingu jest to, że w dziczy nie ma homo stupidus. Ze wszystkich stron do późnej godziny dobiegała muzyka. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie grało dziesięciu różnych DJ-ów.
Połączyłem się przed odjazdem z internetem, żeby sprawdzić drogę, bo nie miałem map terenów, przez które musiałem przejechać. Dowiedziałem się, że nie jest to górska droga i niepotrzebnie się bałem wjeżdżać do Czech od tej strony. Ruszyłem więc po godz. 7, podjeżdżając najpierw maleńkie wzgórze, a później zjeżdżając do Karniowa (czes. Krnov).
Pokręciłem się ociupinę pustymi ulicami i ruszyłem dalej po wygodnych ścieżkach rowerowych, zastanawiając się nad widokiem na pobliskie wzgórze. Wydawało mi się, że to pałac, ale oddalając się od miasta widok się zmieniał i domyśliłem się, że budynek o dwóch wieżach jest kościołem, a obok stoi wieża. W rzeczy samej jest to wieża Liechtensteinwarte na wzgórzu Cwilin (czes. Cvilín). Nieopodal zaś znajduje się może nie pałac, ale zamek, a właściwie ruiny zamku Šelenburk.
Jechałem w stronę Opawy (czes. Opava), mając obok rzekę o tej samej nazwie. Było trochę pagórków, ale jechało się wygodnie. Możliwe, że lekki spadek terenu dawał takie wrażenie.
Jak ja dawno widziałem trolejbusy. W Opawie miałem taką możliwość. Miasto ma dużo przestrzeni i jest takie zielone. Jaka szkoda, że nie zrobiłem więcej zdjęć. Gdzie ja miałem głowę?
Do Ostrawy kierowały mnie znaki. Niestety tak mnie pokierowały, że zamiast na drogę nr 56 wjechałem na drogę nr 11. Nie chciałem jechać tą drugą, bo znajduje się ona bliżej górzystych terenów. Szczęśliwie trafił się łącznik i dostałem się tam, gdzie chciałem, choć to kombinowanie wydłużyło mi podróż.
W Krawarzach (czes. Kravaře) zatrzymałem się na zakupy w markecie Penny. Dobrze, że samoobsługowy, bo przy kasie zrozumiałem tylko "dobrý den" i "pět korunek" :D Jako ciekawostka – miasto jest partnerem Lublińca, przez który przejechałem przedwczoraj.
W kolejnej miejscowości kierowca blachosmroda użył spryskiwacza do szyb, ale boczny wiatr zadziałał na moją korzyść. To chyba pierwszy raz, gdy spotkałem się z tego typu "bezmózgiem".
Droga do Ostrawy była smażeniem się na słońcu. Mało drzew, w ogóle brak lasów. Do miasta dojechałem przed południem, mając za sobą 70 km. Po drodze wyprzedzałem jakichś rowerzystów, którzy na podjazdach wyprzedzali mnie – wiadomo, sakwy dodają pędu na zjeździe, ale pod górę już nie jest tak łatwo. Przejechałem Odrę (jaka ona długa!), widziałem trolejbusy i tramwaje, jechałem drogą dla rowerów wydzieloną z jezdni.
Punktualnie o 12 dojechałem do jakiegoś rynku, na którym zawiesił mi się telefon. Szukałem jakiegokolwiek planu miasta, ale niczego w zasięgu wzroku nie dostrzegłem. Nie wiedziałem od czego zacząć zwiedzanie. Zaczepił mnie pewien młody Czech, mówiąc coś w swoim języku, ale odparłem swoją angielszczyzną, że nie rozumiem. Przyprowadził więc kolegę, który zna ten język. Dowiedziałem się, że chłopaki zaczepiają przechodniów i nagrywają ukrytą kamerą filmiki, które później trafiają na YouTube. Ja miałem paść ofiarą "drug prank", czyli narkotykowego żartu. Tym razem im się nie udało.
Nie znalazłem mapy, nie potrafiłem się odnaleźć w tym centrum, nie spotkałem żadnej otwartej restauracji, żeby coś zjeść. W ogóle mało ludzi na ulicach spotkałem. Niedziela jest chyba naprawdę czasem wolnym w Czechach.
Centrum miasta nie jest przyjazne rowerzystom. Dużo jednokierunkowych, ani jednej drogi dla rowerów. Czasem zdarzył się zakaz wjazdu pojazdami mechanicznymi, ale to mało. Z mojego kręcenia się po mieście wiele nie wyszło, więc zacząłem szukać drogi powrotnej do domu. Nie było to łatwe, bo trwał remont jednej z ulic, którą chciałem się przemieścić. Właściwie, to ulica zniknęła, a objazdu brak. Widocznie padł ofiarą wandali, bo odnalazłem dalej znaki i znalazłem się na drodze w kierunku Polski.
Było gorąco, przystanki robiłem co kilka kilometrów. Cieszyłem się z każdego cienia, choć nie było go zbyt wiele – słońce prawie cały czas świeciło w plecy.
Dotarłem do Karwiny (cz. Karviná). Na uroczym ryneczku zatrzymałem się pod restauracją Vanili i zasiadłem w ogródku. Jakoś dogadałem się z kelnerem i nawet dostałem polskie menu. Zamówiłem czeski specjał – placek węgierski. Po takim dniu bardzo smakował. Zjadłem bez pośpiechu i zapłaciłem, popełniając wielką gafę. Nie miałem pojęcia jak dać napiwek. W Polsce przyzwyczaiłem się, że zostawia się go w etui na rachunek, ale za rachunek służył tam kawałek kartki, na której kelner wpisywał ceny. Po zapłaceniu zabrał talerze i zniknął. Teraz wiem, że w Czechach napiwek jest niepisanym przymusem obyczajowym, ale w jaki sposób należy ów napiwek wręczyć, to nie mam bladego pojęcia.
Wjechałem do Polski. Najpierw trochę wzgórz, a później z wiatrem i słońcem w plecy w kierunku Pszczyny. Po drodze mijałem przepiękne Jezioro Goczałkowickie. Tak rozległe, że czułem się jak nad morzem.
W Pszczynie było bardzo dużo ludzi na Rynku. Było też bardzo gorąco, bo temperatura wynosiła 36 °C. Nie mogłem jednak robić przerw, bo przede mną było jeszcze wiele kilometrów drogi. Szkoda jednak, że nie zobaczyłem pszczyńskiego zamku, bo park leżący obok pięknie się prezentuje na mapie.
Podczas powrotu zaplanowałem zaliczyć gminę Osiek, bo miałem taką nieładną dziurę na mapie na zachodzie województwa. Ten rejon jest nazywany krainą karpia i minąłem sporą ilość stawów rybnych.
Miałem jechać przez Wadowice, ale ze względu na zmierzch oraz to, że jest tam więcej wzgórz, wybrałem drogę przez Zator. Do miasta dojechałem po zmroku. Mam to szczęście, że zawsze je zastaję zakorkowane.
Po zjechaniu z drogi krajowej spokojnie, w mroku, jechałem przed siebie. W Czernichowie pomyślałem, żeby pojechać przez Liszki i skrócić sobie drogę, było jednak zdecydowanie więcej podjazdów. Jeszcze tylko wizyta na Rynku i o 23 znalazłem się w domu.
To były piękne 4 dni. Nie sądziłem, że uda mi się w tym roku wybrać pod namiot, ale udało się. Nie było to prawda 5 dni, jak w zeszłoroczną majówkę (wtedy nawet planowałem 6-dniową wyprawę), ale przejechałem znacznie więcej kilometrów niż wtedy. Udało mi się też wykonać plan prawie w całości, a na pewno dojechałem do wszystkich docelowych miast i zebrałem setki wspomnień. Zobaczymy co przyniesie przyszłoroczna wyprawa.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, pod namiotem, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / opolskie, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 3: kemping

  138.97  06:30
Kolejny dzień, kolejna noc spędzona na ściernisku, kolejne niewygody. Wstałem sporo przed szóstą, także widziałem wschód słońca o godz. 5.40. Temperatura w nocy znów nie sprzyjała, ale spałem dłużej niż poprzedniego dnia. Duża odległość od lasu spowodowała, że zwierzęta mnie nie straszyły. Nie te duże, bo myszy harcowały całą noc. Bałem się, że zaczną przegryzać się do namiotu, ale rano nie znalazłem żadnej dziury, więc chyba nawet nie próbowały.
Wyruszyłem punktualnie z dzwonami kościelnymi w pobliskim Pawonkowie. Po drodze minąłem jeszcze setki słomianych bel, przy których można było się rozbić. Gdyby jeszcze tak ściernisko było bardziej przyjazne namiotom. Po kilku kilometrach zatrzymałem się na gorącą kawę w spotkanym Orlenie. Zawsze można liczyć na tę markę.
Miałem przed sobą pół dnia opóźnienia, czyli nie było tak źle. Już wiedziałem, że zrealizuję plan i odwiedzę wszystkie 4 miasta. W stronę Opola jechałem ze średnią prędkością 24 km/h. Nie tak źle, zważając na sakwy i namiot. Teraz wiem, że zasługą tego był spadek terenu ku Opolu.
Zaskoczyły mnie 2-języczne nazwy miejscowości. Nie wiedziałem, że można takie w Polsce spotkać. Zastanawiałem się w jakim są języku, bo dla miejscowości Turza/Thursy w ogóle nie pasowało mi "th" do niemieckiego. Widocznie 6 lat nauki odleciało w niepamięć. W województwie opolskim bowiem wszystkie 2-języczne miejscowości posiadają dodatkową nazwę w języku naszych zachodnich sąsiadów.
Absurdalne dla mnie były chodniki pieszo-rowerowe, które od czasu do czasu mijałem. Wszystkie o tej samej, beznadziejnej nawierzchni z kostki. Rzuca na nich tak, że tylko raz spróbowałem i dalej cały czas poruszałem się po drodze krajowej. Dodatkowo szerokość takich chodników w ogóle nie nadaje się do jazdy rowerem.
W miarę zbliżania się do Opola zaczynały pojawiać się znaki zakazu ruchu rowerem. Tam już starałem się nie ignorować przepisów ruchu drogowego, bo i aut zaczynało przybywać. Już samo Opole zaskoczyło mnie asfaltową drogą rowerową, ale niestety nie dojechałem nią do centrum. Starają się jak każde inne miasto o infrastrukturę rowerową. Jest system rowerów miejskich, jest kilka dróg dla rowerów, ale to wciąż mało w porównaniu do innych miast.
Nie zatrzymywałem się na dłuższą wizytę, bo miałem jeszcze daleką drogę przed sobą, a zapowiadał się bardzo słoneczny dzień. Koniec z leśnymi drogami – teraz tylko asfalt. Trochę szkoda, no ale droga długa, mapy niedokładne, a ja miałem sakwy, więc nie było wyjścia. Zatrzymałem się jeszcze, żeby wymienić łańcuch, bo dostał dużą porcję piachu i zaczynał hałasować. Od teraz jazda była o wiele przyjemniejsza.
Jechałem na południe, pod słońce i pod wiatr. Po drodze żadnych drzew. Dopiero Bory Niemodlińskie dały ochłodę, jednak na krótko. Słońce zaczynało przypiekać.
Równo w południe usłyszałem dziwny pisk. Był to dźwięk uciekającego powietrza w przednim kole. Jeszcze ten upał. Zawróciłem się, żeby znaleźć odrobinę cienia pod najbliższym drzewem i zabrałem się do dzieła. Postanowiłem zakleić dziurę, ale ta się nie dała. Powietrze wciąż uchodziło. Nie mając już sił założyłem zapasową dętkę. Na domiar złego wyleciała mi sprężynka z szybkozamykacza. Cały czas szukałem jej w trawie, a ona leżała na chodniku. Bystrzak. Na całość poświęciłem 3 kwadranse. Wystarczająco dużo, żeby zrobiło się jeszcze goręcej.
W Białej zjechałem z wygodnej drogi wojewódzkiej na nierówny asfalt bocznych dróg. Temperatura dochodziła do 30 °C, a ja wkroczyłem na pagórkowate tereny. Dobrze przynajmniej, że wiatr był boczny. Zatrzymywałem się coraz częściej pod drzewami, żeby odpocząć od tego upału i odpocząć w ogóle, bo przez ostatnie 2 noce nie spało mi się najwygodniej.
Dojechałem do Głubczyc. W końcu jakieś miasto, a właściwie miasteczko. Chciałem znaleźć punkt informacyjny, żeby mi pomogli odnaleźć nocleg w Ostrawie (nawet nie sprawdziłem tego przed wyjazdem). Nic z tego, ale odwiedziłem (klimatyzowany) kantor. Kupiłem trochę koron i za informacją kasjera zmieniłem swoje plany. Zamiast jechać w kierunku Kietrza, skierowałem się drogą krajową do Pietrowic, bowiem tam miało być pole kempingowe.
Droga była okropna. Słońce świeciło prosto w twarz. Tyle drzew wokół i żadnego cienia. Jeszcze do tego jechałem pod wzniesienie. W połowie drogi dostrzegłem w oddali coś jak mgłę o zerowej widoczności. Okazało się, że to olbrzymia chmura pyłu niesiona wiatrem bocznym z pola, na którym pracowały maszyny rolnicze żniwiarzy. A gdy ten pył osiadł na skórze... jak to swędziało!
Przy okazji przypomniałem sobie czemu nie chciałem jechać przez Prudnik, a następnie w Czechach przez Karniów (czes. Krnov) i Opawę (czes. Opava). Droga wyglądała na górzystą, a po tylu kilometrach podróży nie chciałem dodatkowo się przemęczać. Nie miałem wyboru, zmieniając trasę swojej podróży.
Po godzinie dotarłem do celu. Olbrzymi kompleks. Choć była dopiero godz. 16, to postanowiłem zatrzymać się, odpocząć i zregenerować siły przed ostatnią podróżą niż znów martwić się o znalezienie noclegu, i to jeszcze zagranicą, bez znajomości języka. Naładowałem baterię w telefonie i nie musiałem się już martwić, że nie nagram całej trasy mojej wyprawy. Niestety pilnowanie telefonu (jedyny kontakt był w niestrzeżonej kuchni polowej) spowodowało, że zamknęli bufet i nie zdołałem zjeść niczego normalnego. Dobrze, że miałem ze sobą zapasy jedzenia.
Kategoria setki i więcej, z sakwami, pod namiotem, kraje / Polska, Polska / opolskie, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery