Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

pod namiotem

Dystans całkowity:21802.73 km (w terenie 2242.51 km; 10.29%)
Czas w ruchu:1324:32
Średnia prędkość:15.99 km/h
Maksymalna prędkość:70.30 km/h
Suma podjazdów:186422 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:16784 kcal
Liczba aktywności:227
Średnio na aktywność:96.05 km i 5h 57m
Więcej statystyk

4 miasta, dzień 2: północna część szlaku

  159.32  09:10
Piątkowy poranek dnia drugiego mojej wyprawy. Spało się ciężko, o ile można to nazywać spaniem. Przez to zimno co chwila się budziłem i rano miałem wrażenie jakbym spał maksymalnie godzinę. Komfort śpiwora, to 15 °C, w namiocie było tylko 13 i daleko do jakiegokolwiek komfortu.
Zebrałem się przed godz. 6. Słońce leniwie za chmurami się budziło, a ja przy 9 °C ruszałem w dalszą drogę po Jurajskim Rowerowym Szlaku Orlich Gniazd. Na podjazdach nie było lekko, bo mięśnie nie odpoczęły. Dowiedziałem się, że noc spędziłem w Zawierciu. Duże to miasto.
Dotarłem do zamku w Morsku. Obok widziałem mnóstwo domków, więc pewnie jest tam kemping. Cóż, zaoszczędziłem przynajmniej. Pod hotelem, który też znajduje się w tym kompleksie stało mnóstwo aut. Turyści jeszcze spali, gdy ja zwiedzałem.
W tym miejscu kończy się nowe, przejrzyste znakowanie szlaku i zaczyna stare, wyblakłe, oddalone od siebie o zbyt dużą odległość. Także nie dość, że wjechałem w kolejną piaszczystą drogę, to szlak gdzieś przepadł. Szczęśliwie przedostałem się do Podlesic, gdzie odnalazłem zgubę. Dalsza droga prowadzi obok Rezerwatu Góry Zborów. Minąłem kilka znaków zakazu ruchu rowerem, bo taki zakaz obowiązuje w rezerwacie. Wprowadza to w zamęt na rowerowym szlaku, którym się poruszałem.
Bateria w telefonie była na rezerwie. Musiałem się gdzieś zatrzymać, bo bałem się, że nie zapiszę całej swojej drogi przy takim zużyciu energii. Wypadło na sklep w Zdowie. Jak już się tam zatrzymałem, to przesiedziałem wszystkie chmury, że mogłem zrzucić z siebie ciepłe ciuchy. Choć sklep jest mały, to kolejki strasznie długie i jak już się ruszyłem, to wyszły prawie 2 godziny ładowania baterii. To musiało wystarczyć na dzisiejszą drogę.
W Bobolicach o mało nie przegapiłem zamku, bo nagle pojawił się za moimi plecami, ale że się dużo rozglądałem, to wleciał mi w oko. Dopiero dalej był wjazd z dużym parkingiem i polem namiotowym. Jak na złość dopiero gdy są niepotrzebne, to się odnajdują. Do dziś zastanawia mnie to czy jechałem drogą dla rowerów, czy ulicą, bo znak C-13 jednoznacznie określa typ drogi, jednak jej wygląd, brak chodnika i obecne zabudowania wskazują na zwykłą ulicę.
To był wysyp zamków. Ledwo nacieszyłem się jednym i już kolejny – w Mirowie. Piękne są. Nie żałuję, że wybrałem się w tę podróż. Miałem okazję zobaczyć to, co widziałem tylko w książkach. Kiedyś wybiorę się szlakiem pieszym i postaram się zobaczyć z bliska wszystkie Orle Gniazda.
Tuż za Moczydłem wjechałem na kolejną leśną drogę, która jest drogą dla rowerów, choć wątpię, żeby tędy ich dużo jeździło. Za dużo piachu. Jak zawsze starałem się balansować z moimi sakwami, a w miarę możliwości jechać ścieżkami obok drogi. Szlak wkrótce zamienił się w ścieżkę, a po pewnym czasie zaczął znikać pod pozostałościami po wycince drzew. Udało mi się dojechać do Przewodziszowic i nie zgubić szlaku. Odtąd jednak wracają standardowe oznaczenia szlaku, znane mi z jego początku, czyli prawidłowe wytyczne co kilkadziesiąt metrów. Nawet droga jest lepsza. Ktoś pomyślał, że jazda po piachu jest mozolna dla rowerzystów i na niektórych odcinkach powstała nawierzchnia szutrowa. Czasem ubita, czasem nie, ale przynajmniej nie był to piach!
Na drodze z Czatachowej do Ostrężnika poczułem się jak w średniowieczu. Kilkadziesiąt osób wzdłuż drogi, ubrani i posiadający rekwizyty jak sprzed kilkuset lat. Każdy odgrywał jakąś scenkę, nie zwracając uwagi na przechodniów. Widziałem między innymi proszenie o przejście przez bramę zamkową, zajmowanie się pacjentami w szpitalu polowym, kucie stali przez kowala, kobiety wracające z bazaru czy myśliwych niosących zdobycze. Znalazł się nawet skalny troll. Z początku myślałem, że to jakiś plan filmowy, ale nie było kamer, jakiejkolwiek ekipy filmowej, nawet zakazu wstępu na teren, więc ta myśl szybko się ulotniła. Do tej pory jestem ciekaw co to było i jak często się odbywa.
W Ostrężniku wjechałem pod rezerwat o tej samej nazwie. Wspiąłem się na skały z ruinami zamku, a także zobaczyłem krasnoluda strzegącego Jaskinii Ostrężnickiej. Szkoda było opuszczać tak widowiskowe miejsce.
Szlak co jakiś czas zmieniał częstotliwość i rodzaj oznakowania. Widocznie każda gmina odpowiada za swoją część. Szkoda, że nie ma jednolitego organu utrzymującego szlak.
Moim oczom ukazał się zamek w Olsztynie. Ostatnim razem byłem tutaj w podstawówce, chyba jeszcze za czasów, gdy nie pobierano opłat za wstęp. Z rowerem nie chciałem tam się pakować, więc tylko zrobiłem zdjęcie i ruszyłem dalej, bo byłem o rzut beretem od Częstochowy.
Miałem niestety pecha. Jechałem czerwonym szlakiem, aż dojechałem do Mstowa i... szlak się skończył (piktogram roweru z kropką oznacza początek oraz koniec szlaku). O co chodziło? Wjechałem na żółty szlak Przełomu Warty. Tak przynajmniej wynikało z mapy znajdującej się w tej wsi. Myślałem, że to nowy przebieg szlaku Orlich Gniazd. Coś mi nie pasowało, że ta czerwień wpadała w pomarańcz, ale na pewno nie był to kolor żółty! Wróciłem się do miejsca, gdzie mój szlak odbił – po prostu przegapiłem znak. Na pomyłce straciłem ok. 20 km.
Ostatni teren i w końcu dotarłem do Częstochowy. Miasto jest wielkim placem budowy. Nie znalazłem też żadnej mapy, więc nie zwiedziłem dużo. Zatrzymałem się w pizzerii na ciepłe jedzenie i podładowanie baterii w telefonie. Kurczak był suchy, ale głodny wszystko zje.
Po odpoczynku ruszyłem na Jasną Górę z nadzieją na znalezienie punktu informacji. Gdy już go odnalazłem, okazało się nim być urządzenie elektroniczne, które w dodatku nie działało! Niektórym się we łbach poprzewracało, żeby coś takiego uznawać za punkt informacji. Nie miałem wyjścia. Ruszyłem do miejsca, w którym miałem nocować wczoraj.
Ponieważ moje plany rzadko wychodzą jak należy, toteż nie szukałem noclegów dalej jak za Częstochową. Miałem się zatrzymać w Konopiskach, ale nie zapisałem sobie dokładnego adresu, a właściciele agroturystyk nie potrafią się reklamować. Byłem więc skazany na dalsze poszukiwania.
Dojechałem do Lublińca, w którym jest mapa. Na mapie zaznaczony jest kemping na południe od miasta, więc się tam skierowałem. Po drodze przypomniałem sobie, że w portfelu nie mam pieniędzy i zawróciłem się w poszukiwaniu bankomatu. Gdy go nie znalazłem, to zrezygnowany ruszyłem w dalszą drogę.
Mój plan na trzeci dzień kierował z Częstochowy do Opola drogami leśnymi i ogólnie okrężną drogą, bo zbyt szybko znalazłbym się na miejscu (zaledwie 100 km do przejechania). Był już zmrok, więc nie mogłem pozwolić sobie na błądzenie po lasach. Ruszyłem drogą krajową na Opole. Po drodze minąłem tylko gospodę, w której niestety nie było miejsc. Zacząłem się rozglądać za miejscem oddalonym od gospodarstw i lasów. Ponownie wypadło na ściernisko, bo nie minąłem żadnej łąki. Tym razem noc spędziłem przy drodze krajowej, więc ukryłem się za belami słomy, żeby wytłumić odgłosy aut.
Wyczerpała mi się bateria, więc została mi ostatnia zapasowa za kolejne dwa dni. Myślałem o ominięciu Opola lub Ostrawy, żeby wyrobić się w czasie. Nie wiedziałem wtedy, że byłem w połowie drogi z Częstochowy do kolejnego celu. Byłem przekonany, że się nie wyrobię z wykonaniem planu czterech miast.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, z sakwami, pod namiotem, kraje / Polska, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 1: południowa część szlaku

  130.69  07:58
Jest długi weekend, dzień zapowiada się słoneczny, więc czas zacząć mój plan z wczoraj. A zaplanowałem dojechać do czterech miast: Częstochowy, Opola, Ostrawy i Krakowa. Plan ten nie został jednak zrealizowany w sposób, jaki chciałem, ale do tego jeszcze dojdę. Dzisiaj bowiem miałem do pokonania Jurajski Rowerowy Szlak Orlich Gniazd. 190 km z Krakowa do Częstochowy.
Początek nie najlepszy, bo nie mogłem odnaleźć początku szlaku, a ten znajduje się tuż przy skrzyżowaniu ulic. Po oficjalnym początku rozpoczęły się problemy ze znakami. Musiałem zedrzeć kilka reklam, żeby odnaleźć kolejne wskazówki, ale i to nie uchroniło mnie przed przegapieniem skrętu. Niestety bez mapy ze szlakiem nie da się jechać, bo pod żadną reklamą nie znalazłem strzałki. Dalej też nie było najlepiej, gdy całą zabawę z jazdy psuły piktogramy ukryte w zaroślach, zdrapane, zaklejone reklamami, zamalowane czy w ogóle gdy zniknęły drzewa z tymi znakami. Zacząłem bardziej uważać i zerkać na plan, żeby nie zboczyć ze szlaku.
Dotarłem do Balic. Tutaj zaczął się prawdziwy teren – wąwóz. Jazda z sakwami dodatkowo utrudniała jazdę, więc kilka razy mnie zrzuciło z roweru. Jeszcze nie przywykłem do balansowania rowerem o zwiększonej masie.
Temperatura w słońcu wciąż rosła, ale szlak prowadził leśnymi drogami. Niestety na kilku był zakaz wstępu z powodu wycinki drzew. Szczęście, że dziś święto państwowe, więc nikt nie miał pretensji. Musiałem jednak jechać na wyczucie, bo niektóre piktogramy zostały zamalowane. Nie sądzę, żeby zrobili to leśnicy, bo usunęliby wszystkie na tej trasie. Zacząłem więc podążać za srebrnymi kwadratami. Oczywiście o ile było to możliwe, bo na asfaltowych drogach było tyle dziur, że nie wiedziałem czy je omijać, czy szukać szlaku.
Starym, znanym asfaltem dojechałem do Rudna, w którym stoi zamek Tenczyn. Ponieważ już go widziałem, to nie zatrzymywałem się – czekało na mnie jeszcze kilkanaście innych Orlich Gniazd.
Przez Krzeszowice i Dolinę Eliaszówki dojechałem do Racławic (ale nie tych związanych z insurekcją kościuszkowską). Tutaj znakowanie wprowadziło mnie w zakłopotanie. Sądziłem, że wjechałem na stary przebieg, bo mapa znaleziona w internecie prowadziła drogą obok. Okazało się, że szlak zmienił przebieg i prowadzi teraz obok starego, drewnianego kościoła zamiast wzniosłego, wapiennego szczytu. Jadąc dalej spotkałem się z problemem błędnego oznaczenia – na skrzyżowaniu starego przebiegu szlaku z nowym wjechałem na starą drogę. Dzięki temu zobaczyłem ów szczyt, ale też wydłużyłem sobie drogę.
Tym, co mnie teraz najbardziej martwiło były piachy. Zbliżałem się do Olkusza, który leży na terenach piaszczystych (wszak nieopodal znajduje się Pustynia Błędowska). Jechało się coraz mniej wygodnie, ale mijani rowerzyści mnie podziwiali za jazdę moim rowerem po takiej nawierzchni. Szkoda, że mój łańcuch cierpiał, otrzymując takie ilości pyłu.
Przed Olkuszem minąłem kilkudziesięciu rowerzystów, prawie wszystkich sakwiarzy. Jechali trochę moim szlakiem, trochę skracając sobie drogę, ale ich plan był podzielony na kilka dni, a ja chciałem tego dokonać w jeden dzień. Wątpiłem, żeby mi się udało, zważając na moją pozycję i czas – do Olkusza dojechałem po godz. 15, a przede mną jeszcze 120 km i to z dużą dawką terenu.
Dojeżdżając do Rabsztyna, zobaczyłem pierwszy zamek widoczny ze szlaku. Warto było jechać taki kawał dla tego widoku. To jednak dopiero pierwsze Orle Gniazdo, więc przez lasy dotarłem do Bydlina. Tutejszy zamek nie jest widoczny ze szlaku, jednak zauważyłem tablicę ostrzegawczą GOPR-u, dzięki czemu mogłem po krótkim podjeździe zobaczyć warownię.
Droga nie należy do najwygodniejszych. Piach, kamienie, piach i jeszcze trochę piachu. A! jeszcze trawa z piachem i piach z liśćmi. Ktoś zamawiał piasek rzeczny? Oto i kałuże pełna piachu. Powoli miałem dość, ale nie było wyjścia.
Smoleń. Kolejna trwała ruina. Niestety przyroda odbiera, co swoje i na zamek nie ma wstępu ze względu na możliwość zawalenia. Przynajmniej od strony ulicy, bo już po obejściu ogrodzenia takowych zakazów nie ma, a sama budowla cieszy się sporą popularnością.
Było coraz później. W sumie zbliżał się zachód słońca, gdy ujrzałem Ogrodzieniec. Postanowiłem zatrzymać się i coś zjeść. Zamówiłem jakiś kotlet z frytkami i surówkami. Zamek pięknie wygląda oświetlony czerwienią zachodu słońca. Szkoda, że nie mogłem tutaj dłużej zostać. Nie udało mi się dotrzeć do Częstochowy, więc trzeba było się rozejrzeć za kempingiem.
Słońce zaszło, temperatura szybko spadała, a ja nie znajdowałem żadnego miejsca do spania. Zacząłem się rozglądać za łąką, jednak wszędzie rozciągały się albo lasy, albo ścierniska. Tę noc spędziłem na polu pod namiotem. Szczęśliwie droga, przy której się zatrzymałem nie była ruchliwa, a nocą zbyt wiele zwierząt nie hałasowało. Problemem była tylko temperatura, która spadała do 13 stopni w namiocie i 9 poza nim.
Kategoria kraje / Polska, Polska / śląskie, góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, z sakwami, pod namiotem, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

Majówka: dzień 5

  127.84 
Plan dnia piątego został całkowicie wymyślony na spontanie, bowiem miał przebiegać w zupełnie inny sposób. Odrę miałem przekroczyć we Wrocławiu, ale przekroczyłem w Oławie, by móc znaleźć nocleg we Wrocławiu. Niestety moją podróż przerwał deszcz, który dyskwalifikował mnie z noclegu w namiocie, a noc w pokoju cenowo była zbyt duża oraz drobny wypadek, który kazał mi wracać czym prędzej do domu. I tak po pięciu dniach, zamiast planowanych sześciu, zakończyła się moja szalona majówka po Dolnym Śląsku. Wybrałbym się ponownie w taką podróż ;)
Kategoria Polska / dolnośląskie, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, wyprawy / Dolny Śląsk 2012, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Majówka: dzień 4

  139.87 
Dnia czwartego kontynuowałem moją podróż po Mazurach :) Ponieważ plan był dojechać do pola kempingowego pod Kępnem, to nie miałem wiele czasu na zwiedzanie. Wkrótce jednak powrócę tutaj.
Udałem się w kierunku Kępna. Przepiękne miasto. Chyba najpiękniejsze z odwiedzonych podczas całej majówki :) W dodatku mają wiele ścieżek rowerowych, które w dodatku prowadzą do samego Rynku!
Noc miałem spędzić na polu kempingowym, lecz nie znalazłem go (głupia mapa!). Było jednak spokojnie, nawet lepiej niż drugiej nocy :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, wyprawy / Dolny Śląsk 2012, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Majówka: dzień 3

  131.17 
Trzeci dzień bardzo pozytywny. Przedostałem się przez Odrę (grr! za mało tych mostów) i dotarłem na Mazury ;D Zatrzymałem się w gospodarstwie, chyba agroturystycznym i jestem z tego powodu zadowolony. Bardzo świetni ludzie, choć zwariowani :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / lubuskie, wyprawy / Dolny Śląsk 2012, rowery / Trek

Majówka: dzień 2

  117.55 
W nocy miało padać... miało. Poranek pochmurny, jednak do godz. 10 rozpogodziło się. Trasa tylko początkowo wykonana z planem. Za Nowogrodźcem miałem pojechać na północ do Przemkowa przez Pstrąże (ciekawość ^^), jednak pojechałem przez Bolesławiec, a tam za Wierzbową zabłądziłem w Przemkowskim Parku Krajobrazowym. Niestety w tych okolicach nie ma żadnego pola namiotowego, więc noc spędziłem w zagajniku nieopodal skrzyżowania dróg krajowych (głośno).
Kategoria Polska / dolnośląskie, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, terenowe, kraje / Polska, wyprawy / Dolny Śląsk 2012, rowery / Trek

Majówka: dzień 1

  102.60 
Tak oto zacząłem moją majówkę po Dolnym Śląsku i nie tylko :) Dzień pierwszy obliczony na krótki dystans, choć wyszło o 20 km więcej, ale wynika to z tego, że rysowałem trasę niestarannie (za dużo pracy, by narysować trasę na 6 dni dla każdego zakrętu i łuku).
Pierwszy kapeć w kole, kiełbaski przy pierwszym własnym ognisku, pierwszy raz noc pod namiotem. Pięknie ^^
Zwiedziłem wiele pięknych górskich miejsc, choć do typowo górzystych terenów jeszcze mi daleko było. Zatrzymałem się na polu campingowym nad Jeziorem Leśniewskim. Miłe miejsce, choć nudne dla samotnika. Ale do raptem pierwszy dzień! ;)
Kategoria Polska / dolnośląskie, setki i więcej, pod namiotem, z sakwami, terenowe, kraje / Polska, wyprawy / Dolny Śląsk 2012, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery