W połowie wycieczki wyjrzało słońce i podpiekało na podjazdach. Muszki też dzisiaj atakowały jak wściekłe. Szybko to się skończyło, bo dotarłem do głównej drogi. Bardzo duży ruch. Prawdopodobnie wracający z weekendu mieszkańcy Reykjavika. To chyba ostatnia taka podczas tej wyprawy. Dobrze, że było pobocze, bo niektórzy śmiecie trzymali się prawej krawędzi podczas wyprzedzania.
Selfoss przywitał mnie mżawką. Strasznie zakorkowane miasto. Nie dziwię się, że budują obwodnicę, chociaż tym mordercom potrzebne są autostrady. Z kolei do Eyrarbakki jechałem po drodze dla pieszych i rowerów. Jednak da się stworzyć infrastrukturę. No, tylko końcówka zmieniła się w szuter z dużą liczbą luźnych kamieni. Niepierwsza taka droga, ale złapałem pierwszego kapcia. Miałem niedaleko do celu, więc co chwila pompowałem koło i jechałem kilkaset metrów.
Pierwotnie chciałem zatrzymać się w Selfossie, ale pomyślałem, że w szczycie sezonu nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie. Kemping w miasteczku Eyrarbakki był bardzo dobrym wyjściem. Bardzo spokojny, mało ludzi. Trochę wiało, ale były wały ziemne wokół obiektu. Mogłem w spokoju zająć się łataniem dziurawej dętki. Zajęło mi to godzinę i ułamałem łyżkę do opon.




