Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Słomniki, Proszowice

  88.77  04:03
Dzisiaj w końcu wybrałem się na wycieczkę z zaplanowaną trasą. Nadal uważam, że przydałaby mi się aplikacja na telefon, która miałaby tylko niezbędne funkcje. Mimo wszystko obsługa apki Traseo jeszcze mnie nie frustruje do tego stopnia, aby napisać coś swojego (dziś tylko jeden raz zawiesiła mi telefon).
Miałem przed sobą 80 km. Strasznie dużo czasu spędziłem w Krakowie na szukaniu drogi czy staniu na światłach. Dalej już droga była łatwa, choć te podjazdy trochę męczyły. No ale nie było ich tyle, co podczas wycieczki do Gdowa, także narzekanie odłożyłem na bok. I tak za miejscowością Goszcza droga zaczęła być płaska, więc jechało się o wiele lepiej.
Trasę wyznaczyłem z mapami od Google i w miejscowości Sadowie zaproponowano mi jazdę przez drogę zarośniętą krzakami. Muszę bardziej uważać podczas tworzenia tras, żeby nie wydłużać sobie niepotrzebnie drogi.
Po 25 km stwierdziłem, że trzeba się pospieszyć, bo późno i przede mną jeszcze kawał drogi. Dojechałem jednak szybko do Słomnik, a później omijając drogę wojewódzką, żeby zaliczyć jeszcze jedną gminę dojechałem do Proszowic. Mogłem pokusić się o jeszcze jedną gminę, ale to nie ta godzina.
W Proszowicach znalazłem się po zachodzie słońca. Drogę do domu miałem prostą, bo obrałem kurs na drogę wojewódzką, która mi się ostatnio spodobała. Rzeczywiście jest wygodna i niedziurawa, ale dwujezdniowa zaczyna się dopiero od Luborzycy. W Krakowie miałem problem, bo nocą wszystko wygląda inaczej i nie poznałem jednego skrzyżowania, gdy szukałem drogi do centrum. Naprawdę przydałaby się szybka nawigacja na takie komplikacje.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Rowerem po Krakowie, odcinek XX

  34.96  01:30
Jestem już zmęczony tym rowerem. W piątek rano oddałem go do serwisu. Wieczorem facet powiedział, że zatrzyma go do soboty i zadzwoni do mnie, gdy skończy. Nie zadzwonił, ja zastałem zamknięty warsztat i piękny weekend spędziłem na spacerach marząc o sprawnym jednośladzie. Dzisiaj odebrałem go, ale niestety usterka wciąż gdzieś jest. W domu próbowałem przysłuchiwać się skąd dochodzi zgrzyt i do końca nie wiem czy to okolice korby, czy sterów. Korba była rozkręcona i nasmarowana, dlatego teraz skupię się na sterach. Z drugiej strony jak próbowałem jechać bez trzymania kierownicy, to stukanie nadal było słychać. Nie wiem co jest nie tak. Nie mam nawet sposobu na zbadanie skąd dochodzi dźwięk. Nie widzę żadnych pęknięć w ramie. Może obejrzeć ją jeszcze raz?
Wieczorem, gdy miałem dość grzebania przy rowerze, postanowiłem przejechać się gdziekolwiek. Ruszyłem nad Wisłę, a później na zachód w kierunku autostrady, żeby przejechać się kładką. Nocą droga wygląda inaczej.
Jechałem po wałach, miliony robali waliło się na mnie, także smacznego tym, którzy tam chcieliby pogadać. Zjechałem w ścieżkę przez krzaki, bo nie chciało mi się szukać innej drogi i na szczęście dobrze wyjechałem. Aż wstyd, gdy rower tak hałasuje. Na szczęście to nie łańcuch.
Zrobiłem jeszcze jakąś pętlę, żeby trafić na drogę dla rowerów nad Wisłą. Nie udało się to tak łatwo, ale w końcu znalazłem. Może nie w tym miejscu, od którego planowałem, ale pojechałem pod Wawel i stąd przez Stare Miasto dotarłem do domu. Ale teraz przyjemnie jest wypinać się z espedeków. Jakiś plus tej wizyty w serwisie jest.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Gdów

  69.22  03:04
Zaplanowałem dzisiaj zaliczyć 2 gminy. Po trudzie złapania sygnału GPS (ostatnio coraz ciężej z nim) ruszyłem w kierunku serwisu rowerowego nad Wisłą. Ostatnio za bardzo męczy mnie trzeszczenie w korbie (a przynajmniej ona jest najbardziej podejrzana) i chciałem zapytać czy znajdą czas nazajutrz. Później pozostało mi udać się w kierunku Wieliczki. To niestety przerosło moją nieznajomość miasta i pojechałem na Rynek, z którego już dalszą drogę znam.
Szybkim tempem dostałem się do Wieliczki i jakoś trafiłem na właściwą ulicę. Cóż, właściwie mapa przed wielickimi plantami mi w tym pomogła. No, może pomogła też pamięć tego miejsca, ponieważ na Rynku Górnym byłem już po raz trzeci. Pojechałem drogą o stromym podjeździe. Najpierw po gruzie, ponieważ w połowie drogi na szczyt stała koparka, która zerwała połowę kostki brukowej. Później po bruku i asfalcie. Kilometr męczącego podjazdu. Tylko że to dopiero początek tego, co mnie czekało.
Mijałem kolejne miejscowości, a te widoki, które stamtąd się rozciągają są tak piękne. Mieszkańcy mają tam naprawdę widowiskowe poranki i zachody słońca. Już sam nie wiem gdzie dokładnie chciałbym mieszkać :D
W pewnym momencie chciałem przerwać dalszą jazdę na południe i wrócić już do domu, ponieważ się ściemniało, ale rozmyśliłem się i dojechałem do samego Gdowa. Stąd już nie miałem tak łatwo. Pojawiły się auta, zaczęły podjazdy (7-9%) i zjazdy. Straciłem rachubę chyba po piątym wzniesieniu z rzędu. Dopiero jak dojechałem do Wieliczki, to wszystko się uspokoiło. Nie chciałem wracać drogą krajową, dlatego w ciemno skręciłem na Kraków, aby dojechać do Bieżanowa. Ciut za wcześnie odbiłem, ale na szczęście dojechałem tam, gdzie chciałem. Pozostała tylko ciężka jazda po Wielickiej, przy której nie biegnie żadna droga dla rowerów, a nawet o chodnik jest ciężko.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Rowerem po Krakowie, odcinek 19

  58.10  02:38
Dzisiaj miało padać, więc postanowiłem nie oddalać się nazbyt daleko. Znacie kultową grę Snake na Nokię? Pomyślałem, żeby coś takiego zrobić w Krakowie. Bez planu jednak nic z tego nie wyszło, ale może kiedyś coś zaplanuję i wykonam z dokładnością do błędu kilku przecznic :P
Przejechałem się nad Wisłą, pojeździłem dużo drogami dla rowerów, odrobinę chodnikami (powyżej 2 m szerokości z ograniczeniem do 70 km/h na drodze) i ulicami (niekoniecznie tylko tymi o niewielkim ruchu). Pobłądziłem po ślepych zaułkach i ścieżkach rowerowych, które prowadziły nie tam, gdzie chciałem. Przejechałem po drogach, które zeszłego roku były w trakcie budowy i teraz jeździ się po nich bardzo wygodnie. Chwilę pokropił deszcz, ale szybko przestał. Skierowałem się do Skawiny, żeby wrócić przez Tyniec, ale na jednym skrzyżowaniu coś mnie podkusiło i skręciłem w nieznane. Tak dojechałem do drogi, którą wracałbym z Tyńca, więc mogłem przejechać się po kolejnej drodze nad Wisłą.
Nie chciałem jeszcze jechać do domu, choć było już po zmroku. Pojechałem na jeszcze jedną pętlę, której nie powinienem był robić. Na rondzie pod dworcem PKP wjechałem brzydko na jednokierunkową, więc stwierdziłem, że pora wracać do domu. Trzeba zacząć planować jakieś dłuższe wycieczki.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Luborzyca

  38.68  01:42
Ostatnimi dniami straciłem odporność i przez złą pogodę nie czuję się najlepiej. Mimo to postanowiłem wykorzystać pogodny dzień i pojechać na północny-wschód, ponieważ jest tam dużo gmin, których jeszcze nie odwiedziłem.
Miałem dużo szczęścia, ponieważ jechałem do Luborzycy bez niepotrzebnego zawracania. Za Zastowem wjechałem w teren, żeby skrócić sobie drogę. Było tam odrobinę mokro, bo potworzyły się "jeziora" na szerokości prawie całej drogi i długie na kilkanaście metrów. Przy okazji wjechałem na czerwony szlak rowerowy, który mnie doprowadził do Wysiołka Luborzyckiego. Stąd jakoś trafiłem do Luborzycy, gdy ta nagle się skończyła. Na mapie oznaczona jako warta uwagi, ale gdzie jest reszta wsi?
Mój plan zdobycia kilku gmin porzuciłem na zdobyciu gminy Kocmyrzów-Luborzyca. Zacząłem powrót drogą wojewódzką o wygodnej nawierzchni. Minąłem kilka rond, miejscowości przewijały się tak, że po lewej była jedna, a po prawej inna. Za to jakie widoki! Najpierw sielskie, później industrialne. Jeszcze tam wrócę, ale aż szkoda, że mój telefon jest za słaby, aby uchwycić to piękno.
W Krakowie jechałem przed siebie, nie wiedząc gdzie jestem. Dobrze mi się jednak te miejsca kojarzyły, bo ja już tamtędy jechałem podczas powrotu z Tarnowa. Niestety na pierwszym rondzie coś mnie podkusiło, żeby pojechać w lewo zamiast prosto i tak trafiłem do Nowej Huty. Także droga, którą jechałem była mi znana, ale jakoś nie chciałem zawracać. Stwierdziłem, że dojadę do skrzyżowania i tam pomyślę co dalej. Na szczęście droga dla rowerów nie urwała się i mogłem kontynuować podróż aż do Starego Miasta.
Kategoria Polska / małopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Do Doliny Prądnika

  51.49  02:21
Dzisiaj czuję się wyczerpany. Chyba ta deszczowa pogoda mnie wykańcza. Z okazji słonecznego dnia postanowiłem w końcu udać się do Doliny Prądnika. Na początek musiałem odnaleźć się w Krakowie. Chwilę pobłądziłem po ulicach, którymi od wieków nie jeździłem i trafiłem na Krowodrza, skąd wiedziałem z zamkniętymi oczami jak się dostać do mojej ulubionej doliny.
Obawiałem się błota na moim starym szlaku, ale zaryzykowałem i nie było tak źle. Rowerzyści już zdążyli wyjeździć ścieżkę. Droga biegnąca przez Czerwony Most jak zwykle pod wodą, więc trzeba było się nagimnastykować, aby bezpiecznie tamtędy przejechać. Prawdziwe błoto zaczęło się dopiero na ścieżce za Giebułtowem, a właściwie na jej skrócie. Poprawili ostatni odcinek, który jeszcze w zeszłym roku był tylko ścieżką przez pokrzywy, ale niestety reszta drogi ma wiele do życzenia. Rośliny wchodzą coraz bardziej na ścieżkę, a nawierzchnia (utwardzona ziemia) rozsypuje się coraz szybciej. Jak zwykle nie chciałem ryzykować zjazdu z ostatniego zakrętu, bo jest jak zawsze niebezpieczny i przejechałem się po zarośniętym i zabłoconym skrócie. Na szczęście bez wywrotki, ale ten skrót powinien dać do myślenia projektantom drogi.
I znów jadę wzdłuż Prądnika. Ten niedawno pokazał pazurki, wylewając i niszcząc kilka dróg i mostków. Ale mimo to dolina nie zmieniła się i wciąż jest piękna, i przyciąga turystów. W Ojcowie setki aut. Jeszcze trochę, a zaczną tam robić piętrowe parkingi. Zjeżdżają się tam w większości krakowianie, ale także widziałem katowickie rejestracje. Jak to dobrze jest mieć rower i nie kłopotać się z parkingiem. Choć z drugiej strony nie mogę wybrać się na szlak, co na przykład chcieli zrobić jacyś turyści na makrokeszach, ignorując znak zakazu jazdy rowerem. Choć sądzę, że ten zakaz bardziej dotyczy zjazdu, ale tak czy inaczej ignorancja przechodzi ludzkie pojęcie.
Powrót zaplanowałem drogą wojewódzką, ponieważ jest równa, czyli musiałem się dostać na wschód, a najszybciej można było to zrobić przez Skałę. Zrobiłem podjazd, później obok skalskiego cmentarza wjechałem na drogę do Smardzowic i skręciłem zbyt wcześnie. Ale to nic, bo z Brzozówki miałem przepiękny widok, na który własnie chciałem skręcić, także skręt w złym momencie był na moją korzyść :)
A widoki... malownicze. Aż szkoda było pędzić z tej górki, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Szkoda tylko, że wiał taki wiatr. Jadąc do Doliny Prądnika miałem nadzieję, że będę wracał z wiatrem, ale nie – wiatr się zmienił. Jakoś to przetrwałem.
W Zielonkach minąłem jakiś zajazd, który daje 10% zniżki rowerzystom i motocyklistom. Jak miło!
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Witaj, Krakowie!

  4.99  00:19
Na wstępie chciałem Cię bardzo przeprosić za 9 miesięcy rozłąki. Było to spowodowane studiami, ale teraz mam wakacje i mnóstwo czasu, aby porobić z Tobą masę ciekawych rzeczy. Także tych, których nie zrobiłem rok temu.
Dzisiaj, tuż po przyjeździe, wybrałem się na przejażdżkę. Było niestety po zmroku, a i chłodny wiatr też nie był przyjemny. Mimo to odwiedziłem Rynek, na którym zatrzymał mnie spektakl Teatru Ulicznego. Występ bardzo ładny i widowiskowy. Szkoda tylko, że nie wiedziałem o czym jest.
Skoro już Ciebie odwiedziłem, to postanowiłem zobaczyć Wawel. Wciąż stoi na swoim miejscu, cieszy mnie to.
Nie jeżdżąc zbyt długo powróciłem pod Sukiennice, aby zobaczyć jeszcze choć kawałek przedstawienia. Ach, gdybym tak mógł je zrozumieć.
Od jutra (a może od weekendu?) zacznę spędzać z Tobą dużo czasu, dlatego przygotuj się i nie chmurz się tak. Jak się rozchmurzysz, to Ci zrobię zdjęcie :)
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Kotlina Kłodzka

  258.91  13:06
Na początku tego roku zaplanowałem wizytę w Kotlinie Kłodzkiej. Ponieważ wakacje spędzam w Krakowie, to chciałem wykonać jeszcze choć jeden mój plan zwiedzenia Dolnego Śląska celem zaliczania gmin. Oczywiście to jest poboczny cel, ponieważ najważniejsza jest radość z widoków, jakie mijamy podczas pokonywania trasy. Tak było oczywiście i tym razem, ale jeszcze do tego wrócę.
Pobudka przed godz. 5, aby zdążyć na szynobus jadący ponad 3 godziny z Legnicy do Kłodzka. Tym razem obyło się bez niespodzianek i skorzystałem z promocyjnego przewozu roweru za złotówkę. Jeszcze nie wsiadłem na rower, a widoki już były niesamowite. Przewertowałem całą mapę ziemi kłodzkiej, zaplanowałem trasę z Kłodzka do Wałbrzycha i wpadł mi do głowy jeden pomysł. Może po zakończeniu studiów, tuż przed wakacjami zamieszkam w okolicach Kłodzka, aby móc zwiedzić choć część tego bogatego w historię i zabytki rejonu. Nie tylko na rowerze, ponieważ kuszą mnie podziemne trasy turystyczne, parki linowe i wiele innych atrakcji.
W końcu (z małym opóźnieniem) dotarłem do Kłodzka. Na początek niespodzianka – jak się wydostać? Objechałem dworzec, mapy niestety nie znalazłem, dlatego pojechałem jedyną drogą, która stamtąd odchodziła. Miałem piękny widok na Twierdzę Kłodzko. Chciałbym ją kiedyś zwiedzić. Dzisiaj niestety nie miałem ani czasu, ani sposobności.
Ruszyłem czerwonym szlakiem rowerowym do Bystrzycy Kłodzkiej, próbując nie zabłądzić. Szło mi to dobrze, aż do Gorzanowa, w którym z braku orientacji i elektronicznej mapy zaryzykowałem zjechanie do wsi, i dobrze wybrałem. Zatrzymałem się na chwilę pod remontowanym pałacem, a miejscowa kobieta mnie zaczepiła, że spóźniłem się o 100 lat ze zdjęciem. Jeśli za kilkanaście lat tam wrócę, to będzie nawet ładny pałacyk.
Nie mogłem ugryźć Bystrzycy Kłodzkiej. Nawet gdy odnalazłem mapę starego miasta, to nie wiedziałem gdzie ono jest. Brakowało najważniejszej rzeczy – oznaczenia punktu, gdzie się znajduję. Pokręciłem się chwilę i zacząłem szukać dalszej drogi w kierunku Długopola-Zdrój, aby ominąć drogę krajową. Zjechałem z górnej części miasta i zobaczyłem piękny widok na stare miasto, ale już nie chciałem zawracać i podjeżdżać, żeby przyjrzeć się z bliska tym budowlom.
W południe chmury zakryły słońce i zacząłem się obawiać deszczu. Prognoza pogody przewidywała przelotne opady. Mimo wszystko nie przejmowałem się, bo miałem jeszcze pół dnia do wykorzystania.
W Różance miejscowy zapytał mnie czy ciężko jest jechać pod górę. Nawet nie zauważyłem wzniesienia. Jednak dopiero za wsią zaczął się podjazd, na którym się zmęczyłem. Jakie widoki! A później zjazd do Międzylesia. Stąd jadę dalej na południe aż do Czech. Nie było w planach jazdy aż tak daleko na południe, ale w pociągu zmieniłem zdanie. Później zmieniłem zdanie jazdy przez Kamieńczyk i dojechałem do granicy drogą krajową.
Tym razem Czechy nie były tak miłe. Za Mladkovem zaczęły się podjazdy, a w sumie jeden długi podjazd, a właściwie serpentyna. Dojechałem do przejścia granicznego, do którego dostałbym się z Kamieńczyka. Chwilę odpocząłem po długim podjeździe i obejrzałem widoki. Droga do Polski kierowała w dół, a moja dalsza droga była dalej pod górę. Nie miałem ochoty na zjazd – wolałem przejechać się szczytami gór. Niestety długo to nie trwało, bo w krótkim czasie zjechałem w dół. Dalej drogą przygraniczną wzdłuż Dzikiej Orlicy... w kierunku źródła. Oznaczało to podjazd, długi podjazd. Przejechałem na polską stronę i tędy Szlakiem Liczyrzepy oraz Głównym Szlakiem Sudeckim jechałem pod górę.
Po 90 km czułem zmęczenie, a przede mną był jeszcze taki kawał drogi. W Rudawie minąłem jezioro z kilkoma plażowiczami. Szkoda, że nie umiem pływać, bo nawet nie zauważyłem kiedy się spaliłem na słońcu. Jechałem szlakiem ER-2, skręcając w leśną drogę. Kiedyś był tam asfalt, a teraz leży żwir. Po pewnym czasie jednak znów był asfalt, z tą różnicą, że świeży, jeszcze się lepił. Po drodze miałem aż 3 przeszkody – ciężkie maszyny pracujące przy wykańczaniu tej drogi. Przez to wszystko zgubiłem szlak i gdyby nie ścinka drzew (nie udałoby mi się minąć maszyny tam pracującej), to dostałbym się jakimś skrótem. Niestety musiałem wrócić się. Wjechałem na jakiś szczyt i dalej czekał mnie megazjazd – taki na rozpędzenie się do 60 km/h.
Dojechałem do Szczytnej, gdzie zgubiłem Szlak Liczyrzepy, który odnalazł się za miastem. Na kolejnym podjeździe zawiesił mi się telefon. Na szczęście zawiesił się w momencie, gdy próbowałem sprawdzić godzinę i nie straciłem danych trasy. Martwiło mnie jednak, że jest tak późno i plan może nie zostać zrealizowany w całości. A już po 130 km myślałem o poddaniu się, o dojechaniu do jakiejś stacji kolejowej, o zadzwonieniu do znajomego. Nie, nie mogłem się jeszcze poddać. Jechałem dalej i nawet nie zauważyłem, gdy ponownie znalazłem się na wysokości ponad 700 m n.p.m.
Góry Stołowe są przepiękne. Nie mogłem jednak długo ich podziwiać. Zmieniłem plan i skierowałem się do Radkowa. Miałem długi i szybki zjazd. Żadne auto mnie nie wyprzedziło. Może dlatego, że przekraczałem dopuszczalną prędkość? Jeszcze te napisy na asfalcie informujące o zbliżającym się zakręcie i konieczności hamowania. Czasami mylące, ale mimo to przydatne.
Z Radkowa kieruję się najprostszą droga w kierunku Mieroszowa. Podoba mi się oznaczenie rowerowych szlaków w Czechach. Są lepiej widoczne. Różnią się od tych pieszych tym, że zamiast białej farby użyta jest żółta. Łatwiej jest odczytać kierunek jazdy od znaków w Polsce.
Czechy przywitały mnie nieprzyjemnym wiatrem w twarz, który towarzyszył mi do końca mojej wycieczki. A po polskiej stronie zapragnąłem zdobyć gminy Boguszów-Gorce i Szczawno-Zdrój, dlatego ominąłem drogę krajową przez Wałbrzych i pojechałem na Czarny Bór, przypominając sobie, że tą drogą już jechałem. W Grzędach chwilę kropi i tyle. Koło Wałbrzycha wybiło 200 km, ale niestety nie udało mi się zaliczyć żadnej ze wspomnianych gmin. Przejechałem się zbyt daleko od nich. Gdyby nie późna pora i brak sił, to zajechałbym nawet do Wałbrzycha.
W Starych Bogaczowicach decyduję się na jazdę przez Sady Górne, ale to tylko wydłużyło mi drogę. W dodatku asfalt nie jest tam w najlepszej kondycji. Miałem za to szczęście, bo minęła mnie ulewa. Aż do Legnicy miałem slalom między kałużami. To pewnie ta chmura, którą widziałem od wjazdu do Polski w Niemojowie.
Do domu dojechałem tuż po 2, także zostało mi niewiele czasu na spakowanie się i wyjazd do Krakowa.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, za granicą, kraje / Czechy, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Trening przed Kłodzkiem

  51.17  01:53
Po mojej wizycie na Ślęży straciłem parę szprych, o czym dowiedziałem się przedwczoraj. Niestety z braku odpowiednich narzędzi nie mogłem zdjąć kasety i mój wczorajszy plan przejechania Kotliny Kłodzkiej przełożył się na jutro. Koło wylądowało w serwisie, żeby było od razu równe, a dzisiaj dodatkowo zamieniłem opony tylną z przednią, ponieważ tylna była już za mocno zużyta. Niestety serwisant nie wykonał roboty dobrze, ponieważ o ile koło nie odbija na boki, to zrobiło się jajo. Starałem się trochę to poprawić i wybrałem się na przejażdżkę, żeby nie mieć jutro niespodzianki. Postanowiłem pojechać do Lubina, a że nie chciałem kurzyć łańcucha, to powrót wyjątkowo zrobiłem tą samą drogą. Zaplanowałem przejechać równo 50 km, ale niestety Lubin mi w tym przeszkodził. Po 25 km nie było możliwości przejechania na przeciwny pas ruchu – mogłem to zrobić dopiero na najbliższym skrzyżowaniu.
Lubiński zarządca dróg (czy kto tam zarządza infrastrukturą drogową) nie jest normalną instytucją. W kraju o ruchu prawostronnym trzeba wcisnąć przycisk po lewej stronie, aby przejść przez pasy. I kto tu utrudnia ruch?
W czwartek w końcu wyjeżdżam do Krakowa. Wyjeździłem większość okolic Legnicy i po prostu nie mam pomysłów na krótkie trasy. Tych długich mogę za to kreować setki. Planuję już odwiedzić Chełm i Warszawę podczas dłuższej wyprawy, a potem Kraków-Legnica w jedną dobę. Plan przejechania Greenways Kraków – Morawy – Wiedeń, a także wizyta w Bieszczadach w tym roku raczej nie wypalą. Za to objechanie Tatr i Jurajski Rowerowy Szlak Orlich Gniazd są koniecznością, na którą biorę nawet namiot. Nie mogę się doczekać, aby odwiedzić Dolinę Prądnika :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Ślęża

  151.45  07:29
Zdobycie Ślęży planowałem na środę, jednak nie było zainteresowania, a ja nie czułem się na siłach. Wieczorem Bożena dała znać, że dziewczyny wybierają się w sobotę i że mogę do nich dołączyć. Niestety nie uzgodniliśmy godziny i pojechały beze mnie. Miałem nadzieję dogonić je.
Postanowiłem, że do celu dotrę przez Żarów, a wrócę drogami na północ od autostrady. Najpierw znane rejony, a za Mierczycami wjechałem na drogę gruntową, która jest na mojej mapie. Choć nie wyjechałem tam, gdzie planowałem, to był plus – czereśnie. Znów się objadłem. No ale trzeba korzystać póki są. Później za to będą maliny :)
Przejechałem przez Pastuchów. Sądziłem, że znajdę tam jakiś pałac, ale na jego miejscu stoi kościół. Demart znów się nie popisał. W Piotrowicach Świdnickich za to pałac widać w całej okazałości z drogi. Niestety jest własnością prywatną. Przynajmniej znajduje się tam tablica informacyjna z krótką historią obiektu.
Przejazd przez Żarów był związany z moją ostatnią nieudaną próbą zobaczenia pałacu. Cóż, wielkiego szału nie robi. Zwłaszcza, że teraz jest to budynek mieszkalny.
Na drodze zaczęły być widoczne ślady niedawnego opadu, a im bliżej na wschód, tym większe kałuże. Miałem tylko nadzieję, że nie zastanie mnie deszcz.
W Pankowie minąłem kolejny zamek, tym razem z fosą. Wyglądało na to, że stoi na terenie prywatnym, ale jednak wstęp jest darmowy. W Klecinie zmylił mnie znak drogowy "Zamek Krasków", ponieważ ktoś zdrapał symbol zamku i ze znaku E-10 zrobił się znak E-5, czyli znak prowadzący do dzielnicy miejscowości. Szybko porzuciłem jazdę w poszukiwaniu tej dzielnicy, bo wieś skończyła się. Wróciłem na skrzyżowanie i pojechałem w trzecie rozgałęzienie. Tam stoi niezniszczony znak – czyli kolejny zamek znajduje się w Kraskowie.
Jechałem dalej i byłem coraz bliżej Masywu Ślęży. Dopiero Mysłaków mnie zatrzymał. Mapa znów zawierała błąd i gdy już szczęśliwie trafiłem na właściwą drogę, to asfalt się skończył i zaczęło dużo błota. Może gdyby nie padało, to nie byłoby aż tak źle. Jakoś powoli przejechałem (nie chciałem myć roweru) i zacząłem podjazd do Przełęczy Tąpadła. Złapała mnie migrena i zastanawiałem się czy podjechać Ślężę. Na przełęczy obejrzałem mapkę i zdecydowałem się pojechać niebieskim szlakiem. Jechałem wolno pośród ludzi, gdy zerknąłem w stronę polany. Przecież to Monika z Bożeną! Już po wizycie na szczycie. Bożena widocznie miała bardzo udany zjazd, bo była w błocie. Po krótkiej rozmowie zmieniłem zdanie i ruszyłem żółtym szlakiem, a dziewczyny pojechały w dalszą drogę. Wszyscy chcieliśmy zdążyć przed zmrokiem, zwłaszcza, że ja nie wziąłem ze sobą oświetlenia, a chciałem ze Ślęży dostać się na Wieżycę.
Podjazd był z początku łatwy. Nawet jazda po luźnych kamieniach nie nastręczała trudności. Niestety ostatnio za rzadko jeżdżę i straciłem kondycję. Opadłem z sił i dłuższy kawałek wprowadzałem rower. Jak zrobiło się mniej stromo, to znów jechałem. Na szczycie długo nie zabawiłem. Od razu ruszyłem dalej żółtym szlakiem. Nie była to dobra decyzja. Droga straszna na rower. Połamane drzewa na ścieżce, błoto, ślisko. Więcej niosłem rower czy prowadziłem niż zjeżdżałem. Droga się tak strasznie dłużyła. Jak już dojechałem do Wieżycy, to myślałem, że komary mnie zjedzą. Nawet jednego zdjęcia nie dadzą zrobić! Myślałem, że stąd już będzie przyjemna droga w dół, ale nie – było jeszcze gorzej, jeszcze stromiej. Udało mi się bezpiecznie dotrzeć do Przełęczy pod Wieżycą. Koniec mordęgi.
Szybko objechałem Sobótkę i możliwie najprostszą drogą ruszyłem w kierunku Legnicy. Pędziłem ile sił w nogach. Niestety migrena znów powróciła. Jak zobaczyłem znak "Legnica 19", to już wiedziałem, że zdążę przed zmrokiem. Cóż za ulga.
W Taczalinie wciąż pachnie truskawkami.
Kategoria terenowe, setki i więcej, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery