Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / wielkopolskie

Dystans całkowity:54375.26 km (w terenie 4722.49 km; 8.68%)
Czas w ruchu:2575:00
Średnia prędkość:21.06 km/h
Maksymalna prędkość:56.53 km/h
Suma podjazdów:228849 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:160092 kcal
Liczba aktywności:989
Średnio na aktywność:54.98 km i 2h 36m
Więcej statystyk

Aby wrzesień był ładniejszy

  32.98  01:31
Postanowiłem pokręcić jeszcze odrobinę, aby ten miesiąc nie był taki słaby. Wróciłem do domu, przebrałem się i bez zwłoki pojechałem przed siebie.
Nie miałem planu, więc na początek wyruszyłem na północ. Zmrok złapał mnie szybko, a ja się zgubiłem. Podejrzewam, że to wina zmroku, bo choć jechałem tamtą drogą, było to dawno. Gdy dotarłem do rezerwatu Meteoryt Morasko, wtedy się zorientowałem i pojechałem dalej przed siebie. Było mi mało, więc skierowałem się do Kiekrza, aby przejechać się zachodnim klinem zieleni. Trafiłem tam tylko na jednego matoła na rowerze, który mnie oślepił (mimo że już z daleka go uświadomiłem swoją latarką). Zobaczyłem też dziesiątki drzew, które ucierpiały kilka miesięcy temu podczas burzy. Widocznie bardzo dawno jechałem tym szlakiem, skoro tego nie pamiętam. W mieście przy tej temperaturze było niewielu ludzi.
Wrzesień się skończył. Liczę na dobry październik.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Cyklotrasa milicka

  195.60  08:55
Minęło sporo czasu od mojej ostatniej wycieczki. Dzisiaj postanowiłem pokonać wytyczoną na starym nasypie kolejki wąskotorowej 20-kilometrową drogę dla rowerów z Sułowa do Grabownicy w Parku Krajobrazowym Dolina Baryczy. Musiałem tylko znaleźć się na Dolnym Śląsku.
Na początku tego miesiąca wybrałem się w dwutygodniową podróż za granicę. Niestety bez roweru, choć miałem plany wypożyczenia czegoś na miejscu. Nie udało się, ale odkryłem w sobie zamiłowanie do backpackingu. Przynajmniej z początku, bo gdy po kilku dniach chodzenia z ciężarem na plecach zaczęły boleć nogi, to oczywiście odechciewało się wszystkiego. Po powrocie plecak rzuciłem w kąt, a na rower nie mogłem znaleźć czasu ani ochoty. Rozleniwiłem się po prostu. Dzisiaj w końcu udało mi się wziąć w obroty plan sprzed kilku już lat.
Droga na południe to zdecydowanie nuda. Wrzuciłem do planu kilka miejscowości, w których moje koło nie odcisnęło śladu, a które były oznaczone na żółto na mapie Demartu jako miejscowości z cennymi zabytkami. Powoli zaczynam się też rozglądać za oznakami jesieni. To chyba moja ulubiona pora roku i nie może w niej zabraknąć widoku złotego stroju Matki Natury. A jeszcze gdy dodać góry, to już całkiem – nogi miękną, aby zatrzymać się do zdjęć.
Do Sułowa, czyli początku mojej głównej atrakcji na dzisiaj, dotarłem wieczorem. Słońce zaczynało czerwienieć na niebie, a przede mną tyle kilometrów. Planowałem z początku pojechać aż do Kępna, żeby zaliczyć przy okazji jakąś gminę, ale to kawał drogi; i gdzie później szukać pociągu do domu? Pozostawało trzymać się planu.
Droga dla rowerów ma kilka różnych nawierzchni – asfaltową, szutrową i betonową. Największego minusa projektanci mają za brak jakiegokolwiek przejazdu dla rowerów. Każde skrzyżowanie z drogą czy nawet z leśną ścieżką kończyło się w taki sposób, że zgodnie z polskim prawem musiałbym zsiąść z roweru, przeprowadzić go przez skrzyżowanie i dopiero za nim jechałbym dalej. Ciekaw jestem, czy w historii tej trasy ktokolwiek tak zrobił.
Wciąż się głowiłem, dokąd udać się na pociąg powrotny. Było kilka miast na oku. Między innymi Milicz, dlatego nie skręcałem do jego centrum w trakcie przejazdu. Kawałek dalej znalazłem się w rezerwacie Stawy Milickie, który rozbrzmiewał ptasim śpiewem, a w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Cieszyłem się też z braku śmieci wzdłuż mojej drogi. Do czasu, aż spotkałem dzikie wysypisko. Szlag człowieka trafia, gdy widzi ślady ludzkiej próżności i głupoty.
Niestety na pociąg z Milicza nie zdążyłbym, dlatego skierowałem się do Ostrowa Wielkopolskiego. Zmrok zbliżał się wielkimi krokami, na niebie pojawił się olbrzymi księżyc (jutro będzie jego perygeum). Gdy znalazłem się w Sulmierzycach, wiedziałem, że nie wyrobię się do Ostrowa, dlatego sprawdziłem w internecie rozkład jazdy pociągów z Krotoszyna. Przycisnąłem mocniej w pedały i na peronie znalazłem się na 3 minuty przed pociągiem. Niestety popełniłem jeden błąd, bo wydawało mi się, że wsiadam do bezpośredniego pociągu do Poznania. Niestety ostatnią stacją było Leszno. Okazało się, że wertując rozkład jazdy, spojrzałem na pociąg o godzinie 18, a było po 20. Co zrobić? Dojechałem do Leszna, tam kupiłem bilet na kolejny pociąg i poszedłem zdrzemnąć się na ławce. Miałem na to ponad 4 godziny. Myślałem o pojechaniu do Poznania rowerem (dojechałbym do domu dużo wcześniej niż pociągiem), ale nie miałem już ani sił, ani ubrań na tę chłodną noc.
Przykre wieści. Przejechałem dopiero 11 tys. km na obecnym napędzie, a zębatka nr 5 (w 7-rzędowej kasecie) przestała być funkcjonalna. Najwidoczniej najczęściej jej używałem, więc zaczęła powodować przeskakiwanie łańcucha. Podejrzewam, że winny jest brak zróżnicowania terenu, abym mógł korzystać ze wszystkich biegów. Powinienem w ogóle kupić sobie jakiś single speed z paskiem zamiast łańcucha. Toby dopiero był hippisowski rower na poznańskie „włości”. Tylko czy warto, skoro nie podoba mi się tutaj?
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, po dawnej linii kolejowej, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Radziejów

  178.77  08:30
Niedziela, dzień powrotu do domu. Jako że nie umiem pływać, planowałem wczoraj zrezygnować z wyjścia na kajaki z innymi, aby wykonać krótki plan przejażdżki do Radziejowa, który tworzył dziurę na mapie zaliczonych gmin. Dałem się jednak namówić na spływ (i, jak widać, przeżyłem), przez co dzisiaj musiałem połączyć dwa plany.
Wyruszyliśmy chwilę po południu. Moja grupa w autokarze na zachód, a ja rowerem na północ. Było upalnie i odrobinę wietrznie, ale wystarczyło dojechać do Radziejowa, żebym mógł zacząć rozkoszować się jazdą z wiatrem. Droga była bardzo prosta, a na jej końcu zatrzymałem się w restauracji na obiedzie. Zamówiłem jakieś mięso. Nic specjalnego.
Potem była nuda, zwłaszcza że wiatr ustał. Droga krajowa, wioski, szybka przeprawa przez Gopło, topienie się w piaszczystych drogach i znów asfalty. Zmierzch złapał mnie tuż przed Witkowem. Samo miasto przywitało mnie chorą drogą dla rowerów. Właściwie nikt nie wie, co to jest. Nawierzchnia z kostki Bauma, dwa kolory, które sugerują rozdzieloną drogę dla pieszych i rowerów, z czego część o kolorze beżowym (czy jak go tam nazywają) ma zaledwie 40 cm szerokości. Do tego brak znaków pionowych, a z tych poziomych są tylko przejazdy dla rowerów. Każdy wjazd do posesji dodatkowo ma obniżony profil, przez co jazda tym chodnikiem to gwarantowana choroba lokomocyjna. Gdy w końcu pojawił się pierwszy znak pionowy, musiałem wjechać na to cholerstwo. Ruch na drodze i tak zaczął się wzmagać.
Z początku miałem jechać do Gniezna, ale zrezygnowałem z tego pomysłu i skierowałem się na Pobiedziska przez Czerniejewo. Czas dłużył mi się bardzo, a zmęczenie dawało się we znaki. Do domu dotarłem o północy. Przynajmniej nie było zimno.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

W kłębach popiołu

  108.37  04:08
Jak rok temu, tak i dzisiaj ruszam na 3-dniową imprezę integracyjną z moją firmą. Może nie do końca wspólnie, bo oni wyjechali 3 godziny po mnie. Ja wyjątkowo na tę imprezę wsiadłem na rower oraz zabrałem kilka planów na trasy rowerowe. Nie chciałem mieć nierowerowego weekendu, zwłaszcza że prognoza pogody na kolejne dwa dni zapowiadała się całkiem znośnie.
Wyruszyłem punkt 6. Po wydostaniu się z miasta zacząłem pędzić nawet 30 km/h. Wybrałem drogę krajową jako najlepszą opcję na szybkie przemieszczenie się na wschód. Było ciepło, ale pochmurnie i... deszczowo. Powitała mnie z rana mżawka, która po pewnym czasie zamieniła się w sączący się deszczyk. Odstałem trochę na stacji benzynowej. Popijając kawę, rozważałem opcje dalszej jazdy. Wszak nieopodal ciągnęła się linia kolejowa. Mimo wszystko nie darowałbym sobie takiej porażki, więc kontynuowałem jazdę przy tej niepogodzie. Padało czasem mocniej, czasem lżej, ale nie czułem się przemoczony.
Największy ruch na drogach był tuż przy miastach w ich kierunku. W sumie była to pora dojazdu do pracy. Ludziom się powodzi. Tyle aut wiozących tylko jedną osobę. Istna burżuazja. We Wrześni poobijałem się o krawężniki na nędznej drodze dla pieszych i rowerów, a za miastem wpadłem na coś dla mnie nowego. Ekologiczne nawożenie pól uprawnych popiołem drzewnym. Szkoda tylko, że wybrali taki dzień. Prawie brak wiatru powodował, że kłęby popiołu tłoczyły się w wielkich chmurach. Przenosiły się na drogę, a opad deszczu tworzył materię lepiącą się do wszystkiego, tak że po kilku minutach od ustania deszczu byłem cały biały. Pył praktycznie niemożliwy do usunięcia bez poświęcenia tony czasu. Nie wiem, kiedy ja to usunę. Deszcz niestety przestał padać i nie było mowy o darmowej myjni.
Za Słupcą zjechałem na bardzo ruchliwą drogę wojewódzką, aby później ruszyć lokalnymi. Ostatnie kilometry po nierównościach nie były zbyt efektywne. Dojechałem do antyrowerowego Mikorzyna (zakaz znalazł się nawet na bramie ośrodka, do którego zmierzałem), gdzie cała ekipa właśnie wysiadała ze złotego autokaru. Dotarłem w samą porę.
Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

Do Frankfurtu

  202.49  08:17
Od jakiegoś czasu kusiło mnie, żeby pojechać gdzieś daleko za granicę. Wypadło na Niemcy, bo są najbliżej. Przyszedł mi na myśl Frankfurt. Chciałem zobaczyć, jak wyglądają niemieckie drogi w większym mieście.
Wyruszyłem późnym rankiem, a może wczesnym przedpołudniem. Za dużo czasu spędziłem na planowaniu. Niepotrzebnie. Droga była prosta niczym kij od szczotki. Ponieważ miałem z wiatrem, to mogłem rozpędzać się bez większego zmęczenia. Odrobiłem dzięki temu czas spędzony w domu. Postojów nie robiłem dużo. Ot, żeby odpocząć lub zjeść. W Buku zjadłem drugie śniadanie. W Zbąszyniu najpierw odwiedziłem pozostałości po twierdzy, a potem w typowej restauracji nad jeziorem zjadłem niczym niewyróżniającą się rybę. Zaliczyłem jedyną zbąszyńską drogę dla rowerów, drogę wojewódzką szerokości leśnego duktu, a potem Świebodzin. Miałem nadzieję rzucić okiem na tę figurę, co to o niej było kiedyś głośno, ale stanęła na takich przedmieściach, że nie chciało mi się zjeżdżać z głównej trasy. Potem pojechałem drogą krajową. Wynudziłem się tam po wsze czasy. W ogóle ta cała wycieczka nie była ciekawa. Pozostała nadzieja kolejnego dnia.
Gdy docierałem do Rzepina, zaczynało zmierzchać. Poszukiwania noclegu trwały długo. Objechałem całe miasto, bo ślamazarny dostęp do internetu nie potrafił szybko mi pomóc we wskazaniu miejsc noclegowych. Na szczęście znalazł się hotel w innym mieście – w Słubicach. Dotarłem tam po niespełna godzinie jazdy po pustej drodze w mroku (no, może ze światłem latarki). Wpadło nawet 200 km na liczniku, z czego byłem zadowolony.
Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Nad jezioro w Obornikach

  106.62  04:43
Zaczęły się nieznośne upały. Chciałem dzisiaj wyjechać wcześnie rano, ale nie udało mi się i już po kilkudziesięciu kilometrach czułem powolne wyparowywanie energii.
Nie chciałem jechać daleko. Wolałem zrobić szybką pętlę przed południem, zanim temperatura naprawdę dałaby się we znaki. Skierowałem się najpierw na Szamotuły. Standardowa droga, więc bez rewelacji. Potem uderzyłem na Oborniki, bo wcześniej tamtędy nie jechałem. Nie był to najlepszy wybór, ponieważ wzdłuż niej ciągnęły się tragicznej jakości drogi dla rowerów. Miara się przebrała, gdy wpadłem w taką dziurę, że prawie poleciałem na twarz. Zjechałem na ulicę i ignorowałem wszelkie znaki postawione przez pojebanych ludzi. O ile to jeszcze ludzie.
Dojechawszy do Obornik, miałem dość. Skierowałem się na dworzec kolejowy. Gdy go w końcu odnalazłem, okazało się, że mam szczęście, bo pociąg odjeżdżał w przeciągu pięciu minut. Był jeden problem – nie miałem gotówki. Wyjrzałem na ulicę, ale nie dostrzegłem bankomatu. Pojechałem w jego poszukiwaniach aż do centrum. Podobną sytuację miałem w Koźminie Wielkopolskim, z tym że wtedy zdążyłem. Do kolejnego pociągu były 2 godziny. Pojechałem nad jezioro, które zauważyłem podczas wcześniejszych poszukiwań dworca. Na plaży było niedużo ludzi. Miałem na sobie sandały, koszulkę i kolarki. Te ostatnie musiały mi zastąpić kąpielówki. Woda była bardzo przyjemna, choć pozostawiała brunatny nalot na włosach. Przesiedziałem w niej ponad 2 godziny z przerwami, żeby się rozgrzać. Przyznam się, że nie umiem pływać i próbowałem ze wszystkich sił się nauczyć. Nie jest to proste. Nie wiem, jak to przychodzi z innym z taką łatwością. Jeśli upały nadal takie będą, to zacznę częściej jeździć nad wodę. Może następnym razem bliżej, a może gdzieś dalej.
Ostatecznie nie wybrałem najłatwiejszej opcji powrotu do domu pociągiem i ruszyłem na południe bez koszulki, susząc się i wyrównując opaleniznę rowerową. Nie mogę pozbyć się nieopalonych miejsc na twarzy po paskach od kasku. Na szczęście wybrałem lokalne drogi i mogłem bezpiecznie jechać z gołą głową. W połowie drogi do Poznania ciemne chmury spowiły niebo i skończyło się słońce. Temperatura zaczęła spadać do przyjemnego poziomu. Zanosiło się na deszcz, jak prognozowało meteo.pl. Na szczęście dotarłem suchy, a deszcz zaczął ciapać dopiero wieczorem. Przez okno zaczął wtedy wiać taki przyjemny wiatr.
Na pewno kilka osób ucieszyłby fakt, że nie mam stopki w rowerze. Zaczęło się to tak, że od kilku dni z tylnego koła uciekało powietrze, jednak wystarczyło raz dziennie dopompować dętkę i mogłem dalej jeździć. Miałem wczoraj chwilę, żeby to zbadać, ale żadnej dziury nie znalazłem. Wciąż ona tam jest, bo dzisiaj powietrze też zeszło. Przy okazji chciałem nasmarować zawias w stopce, bo mocno hałasował. Coś mnie jednak podkusiło, żeby odkręcić pewną śrubę. Wszystko wyczyściłem, nasmarowałem i pojawił się problem, bo ani rusz nie udało mi się z powrotem zakręcić śruby, a wszystko przez dwa niezależnie ruchome elementy. Tak wylądowałem bez stopki. Miałem nadzieję zdążyć kupić nową dzisiaj przed zamknięciem sklepów, ale zrobię to jutro.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Siedzenie nie zawsze jest wygodne

  132.24  06:31
Planowałem dojechać dzisiaj do Konina, zaliczając po drodze kilka nowych gmin. Planowałem przejechać kolejne z rzędu 200 kilometrów. Planowałem spędzić ten weekend przyjemnie, ale tej przyjemności było zaledwie kilka widoków na dwie kotliny. Reszta to ból i próba myślenia o wszystkim, byle nie o nim.
Moje wczorajsze bezcelowe błądzenie po Wrocławiu nie było do końca bezcelowe. Mogłem wyruszyć w dalszą podróż, jednak musiałem wybrać spacer. Od pewnego czasu gnębią mnie krosty pojawiające się na pośladku (zawsze w innym miejscu). Zaczęło się to mniej więcej wraz z zamontowaniem lemondki. To paskudztwo dopadło mnie także wczoraj. Dotarłszy do Wrocławia, nie mogłem już usiedzieć w siodle w żadnej pozycji. Miałem nadzieję, że ból choć odrobinę przejdzie, gdy nie będę siadał. Nie zmieniło się nic do dzisiaj. Mimo wszystko wyjechałem w trasę, próbując przezwyciężyć niewygodę.
Wystartowałem przed godziną ósmą. Najpierw zajechałem na kawę do pobliskiego sklepu, a potem skierowałem się na Twardogórę. Chociaż na niebie było dużo chmur, to temperatura szybko rosła. Najprzyjemniej pod tym względem jechało się przez lasy. Z Międzyborza w stronę Kobylej Góry pojechałem jak przed trzema laty. Zupełnie nieznajome drogi. Jedynie drewniany kościół w Myślniewie zapadł mi w pamięć. Znalazłem się na Wzgórzach Twardogórskich, a potem na Wzgórzach Ostrzeszowskich. Rozciągają się z nich widoki na Kotlinę Milicką oraz Kotlinę Grabowską. Gdybym tylko znalazł jakąś wieżę widokową, wtedy nasyciłbym oczy bezkresnymi widokami, czego mi tak bardzo brakuje.
Ból był nie do wytrzymania. Wygrał ze mną i skręciłem na Ostrów Wielkopolski. Ostatnie kilometry pokonałem w oparach spalin i prażącym słońcu. Na pociąg czekałem godzinę, po czym wróciłem wykończony do domu.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, rowery / Trek

Do sklepu po lusterko

  210.36  09:40
Już od dawna planowałem kupić lusterko, bo czuję się niepewnie na ulicach Poznania. Pomyślałem o lusterku na kask, ponieważ wraz z lemondką byłaby to dobrana para. Wypatrzyłem sklep, w którym można takie cudo wypróbować, zapytałem o dostępność towaru, wyznaczyłem trasę i mogłem ruszać. W sobotę sklep był otwarty do godz. 15, więc wstałem wcześnie rano, ubrałem się ciepło, bo było tylko 7 °C i po godzinie 5 wyruszyłem na południe – do Wrocławia.
Chciałem ominąć beznadziejne drogi w Puszczykowie, więc skierowałem się na Kórnik, a potem na Śrem. Droga do drugiego miasta była wąska, a i aut jakoś dziwnie dużo o tej porze jechało. Po drugim śniadaniu i kawie na stacji benzynowej pojechałem dalej wojewódzką; było już odrobinę bezpieczniej.
Za Miejską Górką średnia prędkość podupadła przez zaniedbane drogi. Minąłem Park Krajobrazowy Dolina Baryczy, który kilka lat temu tak mi się spodobał, że chciałem tam nawet wrócić, ale po dziś dzień nie doczekałem się tego. Na pewno nie odpuszczę przejażdżce po szlaku dawnej kolei wąskotorowej z Sułowa do Stawów Milickich. Tylko kiedy moje koło tam stanie?
W Żmigrodzie park przyciągnął mój wzrok, jednak gdy zobaczyłem zakaz ruchu rowerem, wycofałem się szybko. Jako że chciałem załapać się na gminę Oborniki Śląskie, pojechałem możliwie najkrótszą drogą w kierunku siedziby gminy. Najpierw drogą wojewódzką z kierunkiem na Wołów (aż przypomniały mi się moje początki długich wypraw), a potem lokalnymi asfaltami i terenami. Coś mnie podkusiło, żeby wjechać do Osoli. Uzupełniłem tam zapas wody i zacząłem podjazd pod niewielką górkę, gdy nagle wyprzedził mnie dziadek, ale na elektryku, więc się nie liczy. Skubany jechał jakby miał z górki.
Oborniki Śląskie mnie przestraszyły. Miałem tylko godzinę i dużo kilometrów na karku. Miałem szansę, jednak zbyt długo wahałem się. Problemem stanowiły znaki informujące o braku wjazdu do Wrocławia. Objazd został poprowadzony aż do drogi krajowej nr 5 – przez Trzebnicę. Nie dałem się zastraszyć i pojechałem zgodnie z planem. Nie tylko ja, bo ruch był strasznie duży, a wrocławianie okazali się najgorszymi kierowcami, jakich kiedykolwiek spotkałem. Co prawda do wypadku nie doprowadzili, ale na gazetę wyprzedzał co trzeci. Był też krakus, który swoim wielkim, śmierdzącym blachowozem wyprzedził mnie kilka razy i zawsze w tej samej, niebezpiecznej odległości. To już było działanie z premedytacją. Tylko gdzie on się ukrywał, czekając na mnie? Nie zauważyłem go w żadnej z kolumn aut wyjeżdżających z Wrocławia.
Brak wjazdu do Wrocławia polegał na tym, że powstał remont, a na drodze uruchomiono ruch wahadłowy. Jedynym mankamentem było to, że legalnie przejechać tamtędy może wyłącznie komunikacja miejska. Mimo to ci wszyscy kierowcy, którzy pędzili na złamanie karku w obie strony, nie robili sobie nic z zakazu. Co więcej – krótki okres świateł dostosowany do ruchu autobusów powodował, że kierowcy wzajemnie zajeżdżali sobie drogę. Istny cyrk.
Mimo wszystko wjechałem do miasta, ale w połowie drogi od rogatek do sklepu wybiła godzina 15. Na dodatek ja, jadąc kiepskiej jakości drogami rowerowymi (niektóre niby jednokierunkowe, ale jak wszędzie indziej – kto się tym przejmuje?) i myśląc, że doprowadzą mnie one do centrum, dotarłem nie wiadomo gdzie. Ciekawe, kiedy zorientowałbym się o złym kierunku, gdybym nie miał odbiornika GPS. Ponieważ nie było już sensu, aby jechać do zamkniętego sklepu, to udałem się na Stare Miasto. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, więc kręciłem lub spacerowałem bez celu tu i tam. Gdy zmierzch zaczął się nieubłaganie zbliżać, zacząłem rozglądać się za noclegiem. Najpierw w centrum, ale potem wpadłem na pomysł, że mogę szukać w regionie, przez który miałem jechać nazajutrz. Dzięki temu udało mi się trafić na tanią kwaterę prywatną. Byłem wyczerpany po nieudanej gonitwie i długim spacerze. Lusterko poczeka albo po prostu zamówię je i będę liczył, że mi się spodoba.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Gorzów Wielkopolski

  239.20  11:08
Wczorajsza prognoza pogody mnie lekko zawiodła. Miała być burza, a jedyne co przeszło to wielka, czarna chmura. Dzisiaj za to pokładałem wielkie nadzieje w silnym wietrze z zachodu i stąd powstała myśl, aby wyruszyć do Gorzowa Wielkopolskiego. Właściwie wykorzystałem ułożony wcześniej plan zaliczania gmin w północnej części województwa lubuskiego.
Wcześnie rano pojechałem na dworzec. Pierwszym – pełnym – pociągiem do Krzyża, drugim – pustym – do Gorzowa (według konduktora tylko 20 pasażerów, a lokomotywa spalinowa, zabójczo śmierdząca, więc nie dziwię się). Niebo było zachmurzone od początku dnia i w Poznaniu w drodze na dworzec padał nieznośny kapuśniak. Liczyłem na rozpogodzenie po południu, choć liczba zabranych ubrań mogła nie wystarczyć, co odczuwałem już w drugim pociągu (zaledwie 15 °C). Zabrałem tylko kieszeń biodrową i aby jeszcze bardziej odciążyć rower, zdemontowałem bagażnik (nie wiem, czy uda mi się jeszcze jakiś wyjazd z sakwami w tym roku). Chciałem sprawdzić, jak szybko dotrę do domu na jeszcze lżejszym rowerze.
Tuż przed godz. 9 dotarłem do Gorzowa. Na szczęście deszczyk ustał. Pokręciłem się po mieście i ruszyłem na zachód. Nie za szybko, bo wiatr nie pozwalał, ale trzeba było się jakoś dostać do Witnicy. Ruch nie był duży, toteż nawet nie wjeżdżałem na kretyńskie drogi dla pieszych i rowerów z nierównej kostki. Po co je budują?
Od Witnicy jechałem na północ drogami przez las. Na jednym skrzyżowaniu się zagapiłem i zaliczyłem trochę terenu, żeby naprostować swój plan. Drogą wojewódzką wróciłem do Gorzowa. Ruch się wzmógł, ale nawierzchnia była bardzo wygodna, więc chwytając wiatr, mogłem przyspieszyć. Strzeliłem sobie nawet kilka fotek typu selfie, co nie jest takie proste i stwierdziłem, że moja lemondka byłaby bardzo wygodna do czytania książek. Jedyny warunek to równe drogi o zerowym ruchu.
W Gorzowie znalazłem się przed godz. 13. Wiedziałem już, że będę wracał po zmroku. Zatrzymałem się pod marketem na jakiś obiad i ruszyłem na południe w kierunku Lubniewic. Widziałem po drodze wiele drzew, które ucierpiały w czasie ostatniej nawałnicy. Wygląda na to, że żywioł był łagodny dla Poznania.
W końcu mogłem ruszyć na wschód. Musiałem zaliczyć jeszcze trochę terenu i dotarłem do Międzyrzecza. Niestety na kilka chwil przed miastem ustał wiatr. Moje nadzieje na szybki powrót do domu ulotniły się jak kamfora. Zatrzymałem się w restauracji z chińszczyzną. Ostatnio zostałem szybko obsłużony. Tym razem musiałem odczekać prawie pół godziny. Będę na przyszłość pamiętał, aby zapytać o czas oczekiwania. Jedyny kucharz przygotowywał jedno danie na 5 minut. Za to smakowało bardzo dobrze.
Dalej droga pokrywała się z tą, którą jechałem rok temu nad morze. Nawet coś mnie podkusiło, żeby wjechać na niewygodną (najpierw piaszczystą, a potem pokrytą betonowymi płytami) drogę do Trzciela. Nieświadomie zrobiłem kółko po tym mieście, a wszystko przez drogi jednokierunkowe. Potem wjechałem na drogę krajową. Ruch był duży, ale na szczęście obok biegła chora droga dla rowerów. Nawierzchnia z niefazowanej kostki Bauma, co jest wygodniejsze od tej fazowanej, ale metalowe szykany na przejazdach dla rowerów – co za popapraniec to wymyślił? Żeby klocki Lego każdego dnia podchodziły mu pod stopy!
Do Nowego Tomyśla pojechałem dłuższą drogą, bo nie miałem ochoty na piachy, a tych było sporo rok temu. Potem już miałem po prostej drogą wojewódzką. Na jednym z przejazdów kolejowych zrobiłem kilka kółek, bo było czerwone. Po pierwszym pociągu pierwszy z kierowców ruszył zanim szlaban zdążył się podnieść. Musiał mieć zabawną minę, gdy szlaban go zablokował. Nadjechały po chwili jeszcze 2 pociągi. Powinni zabierać prawo jazdy takim pajacom przynajmniej na 3 miesiące. Nie na darmo jest przepis zabraniający wjazdu na przejazd kolejowy, gdy na sygnalizatorze miga czerwone światło.
Zmrok zastał mnie w okolicy Buku, więc do domu wróciłem na pół godziny przed północą. Spotkałem po drodze kilku idiotów bez świateł. Dlaczego mnie to tak drażni?
Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Miasteczko Krajeńskie

  211.39  09:37
Miałem plan, aby wyjechać na 2 dni gdzieś na zachód Polski. Prognoza niedzielnych burz przekreśliła jednak moje zamiary. W dodatku wczorajsza wieczorna wycieczka spowodowała, że wstałem późno. Nie miałem jednak zamiaru lenić się cały dzień, dlatego jak najszybciej wyruszyłem w drogę. Bez wyrysowanego planu i bez bagażu. Wiedziałem tylko, że pojadę z wiatrem w kierunku Piły.
W Poznaniu był dziwnie duży ruch. Chyba przez to próbując wydostać się z miasta, pojechałem w złym kierunku. Na szczęście ta droga nie była drogą zmarnowaną, bo na krajówce do Obornik ruch był strasznie duży, więc oszczędziłem sobie odrobinę tej nieprzyjemności. Jazda na lemondce obok pędzących aut mocno podnosiła średnią, toteż szybko pokonałem ten krótki dystans.
Oborniki jak zwykle odpychają przez idiotyczną infrastrukturę drogową dla rowerów. Droga z kostki brukowej to pikuś. Tam można się porzygać od setki podjazdów do posesji. Co za amatorstwo.
Gdy wyjechałem z Puszczy Noteckiej, południowy wiatr zdążył zamienić się w północny. Wiedziałem, że tak będzie, ale nie sądziłem, że tak szybko. Gdybym wyruszył wcześniej, problemu by nie było. Nie chciałem jednak odpuszczać. Zbyt daleko zajechałem, żeby zawrócić. Z każdym kilometrem patrzyłem, ile jeszcze zostało do Ujścia. Pod jakimś sklepem wypadł mi bidon Isostara (ciężko dostać nowy), roztrzaskując korek, a kawałek dalej, na przejeździe kolejowym, pękł koszyk na bidon. Jak to dobrze, że nie wyrzuciłem starego koszyka, który wciąż był sprawny, ale bałem się, że może się z nim stać to samo, co z obecnym. Cóż, domyślałem się, że Kross nie robi wytrzymałych produktów, więc następnym razem będę omijał tego producenta z daleka.
Wreszcie dojechałem do Ujścia, a zaraz dalej skręciłem na wschód. Wiatr zaczął wiać w plecy. Od razu przyjemniej i zdecydowanie lżej. Trafiłem nawet na międzynarodowy szlak R1. Trafiło się kilka mniejszych podjazdów, a widoki na obszar Doliny Środkowej Noteci i Kanału Bydgoskiego były świetną nagrodą za trud włożony w tę wyprawę. Minąłem dziesiątki ogrodzonych sadów. Jaka szkoda, że te czerwone skarby na tysiącach drzew były tak niedostępne. Miałem jeszcze nadzieję, że w którejś wiosce trafię na rolnika chętnego sprzedać mi odrobinę owoców, jednak tak się nie stało.
Czas niestety leciał szybko. Chciałem zaliczyć kilka gmin więcej, jadąc do Ośka nad Notecią, ale nie lubię chodzić późno spać, więc w Białośliwiu skręciłem na południe. Miałem nadzieję na wygodną podróż po drodze wojewódzkiej, i tak właśnie było. Lemondka bardzo dobrze się spisywała, choć podkładki są ze słabej jakości pianki, przez co pot po pewnym czasie powoduje, że przedramiona się ślizgają. Będę musiał poszukać lepszego rozwiązania.
Dojechałem do Wągrowca. Jest to jedno z najbardziej nieprzyjaznych rowerzystom miast. Gdzie się nie obejrzeć, tam droga dla pieszych i rowerów na słabej jakości chodniku. Do tego progi zwalniające, zebry zamiast przejazdów rowerowych. W ogóle te znaki – sugerują pierwszeństwo dla rowerzystów, a umiejscowienie po lewej stronie drogi czy brak znaków za skrzyżowaniem to jakiś absurd. Co za barany wymyślają coś takiego? To jest skuteczna antyreklama dla miasta.
Miałem nadzieję, że wydostanę się z tamtego piekła pociągiem, ale ostatni odjechał 20 minut przed moim przyjazdem. Zresztą doszukanie się rozkładu jazdy na tym placu budowy (dworzec doczekał się remontu) graniczy z cudem – jedyny znajduje się daleko na peronie. Musiałem więc wrócić do Poznania o własnych siłach. O dziwo za miastem kilka dróg dla rowerów było wyłożonych dobrym asfaltem, jednak nadal muszą się oduczyć budowania progów zwalniających. Kto to widział w XXI wieku na prostej, niezabudowanej drodze je stawiać?
Skoki też się postarały o zakazy wjazdu rowerem i asfaltowe drogi dla rowerów z progami zwalniającymi. Tylko jak omijać takie wioski? Coraz mniej jest bezpiecznych dróg. Na szczęście niczego nie uszkodziłem, choć na jednym krawężniku myślałem, że zaraz usłyszę syk. Szybko przejechałem przez Murowaną Goślinę, potem przez Biedrusko i do Poznania dotarłem po godzinie 23. Lemondka po zmroku słabo się spisuje, bo kark i plecy szybko mnie rozbolały od monotonii jazdy w ciemnościach. Chociaż z drugiej strony – zawsze boli mnie kark podczas jazdy nocą.
Jest pewien sukces, bo teraz już mam pewność, że od trzech lat powodem stukania w trakcie jazdy jest przedni amortyzator. Leżąc na kierownicy, niczego nie słychać, więc czeka mnie kolejny wydatek, zwłaszcza że stukanie strasznie się ostatnio nasiliło. Pomału nie idzie tego wytrzymać.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, Puszcza Notecka, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery