Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

terenowe

Dystans całkowity:43826.81 km (w terenie 10251.37 km; 23.39%)
Czas w ruchu:2340:53
Średnia prędkość:18.22 km/h
Maksymalna prędkość:71.10 km/h
Suma podjazdów:302996 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:120656 kcal
Liczba aktywności:541
Średnio na aktywność:81.01 km i 4h 27m
Więcej statystyk

Na (tradycyjną) herbatę

  53.72  03:12
Wczoraj najpierw Jarek, a później Bożena namawiali mnie na dzisiejszą wyprawę. Rano, mimo że padał deszcz, postanowiłem dołączyć. Zamontowałem błotniki i o 10:25 byłem na skrzyżowaniu razem z Anią. Później dojechali Bożena i Jarek, i o 10:40 wyruszyliśmy.
Droga na początku była prosta, trochę kałuż i grząskiego podłoża, ale do Myśliborza dojechaliśmy. Mogłem wziąć zapasowe skarpetki, a może i kilka par. Na miejscu ogrzaliśmy się, wypiliśmy po dwie herbaty (jednak Lipton) z rumem. Dowiedziałem się, że to już tradycja, aby na nią wpadać do Myśliborza, choć dla mnie był to pierwszy raz :D
Ania została w barze, a my zrobiliśmy rundkę po wąwozie. Nie było źle. Korzenie nie takie śliskie, liście nie przeszkadzały, strumień nie taki głęboki. W jednym tylko miejscu zrzuciło mnie z siodła, ale to był śliski podjazd i na slickach (semi się starło) nie dałem rady.
Powrót pod bar, do którego przybyła w międzyczasie Ewelina i powrót do domu. Pod wiatr. Ja przemarzłem, ale wygrzałem się po powrocie.
Kategoria Polska / dolnośląskie, Park Krajobrazowy Chełmy, ze znajomymi, kraje / Polska, terenowe, rowery / Trek

Ślizgiem przez Wąwóz Myśliborski

  57.47  02:59
Tuż po północy Bożena pyta mnie czy pojadę z resztą do Myśliborza. Nie wiem czemu pytała o poniedziałek, gdy jestem na uczelni. Cóż, może już spała nad klawiaturą komputera i nie była świadoma dnia i pory. W każdym razie nie byłem pewien czy uda mi się wstać i pojechać. Udało, bo było cieplej niż wczoraj. Jedynie brak odpowiednich rękawiczek utrudniał jazdę.
Na skrzyżowanie spóźniłem się 5 minut. Czekała tam jedynie Ania. Po pewnym czasie dojechali Jarek i po dłuższych kilkunastu chwilach Bożena. Podobno zaspała. Ciekawe. Jarek poratował mnie i zaoferował rękawiczki oraz wkładki do rękawiczek. Wybrałem wkładki, które założyłem pod moje bez palców. Są wygodne i zastanawiam się co zrobię, gdy zniszczą się całkowicie. Trzeba rozejrzeć się za kolejnymi wydatkami jeśli chcę utrzymać kondycję na rowerze. Jakoś nie mogę się przemóc do joggingu, brakuje mi motywacji takiej jak do roweru.
Ruszyliśmy kilkanaście minut po godz. 10. Standardową trasą do Męcinki, później przez Chełmiec do Myśliborza i Wąwozu. Wąwóz Myśliborski przejechaliśmy trasą, którą robiłem pierwszy raz (niektóre mostki ciut niedostosowane do potrzeb rowerzystów), a później przez strumień i wskoczyliśmy na czarny szlak, który z kolei był mi znany. Pętla udana, więc wracamy tą samą drogą z przystankiem w Męcince, gdzie dołącza do nas Piotr. Po wyruszeniu, tuż przed Słupem dołącza do nas Łukasz. Z paroma przygodami docieramy do Legnicy. Nie podobał mi się wiatr, który wiał ciągle w twarz. Dobrze, że rękawiczki dobrze grzały.
Bożena, Jarek i Łukasz ruszyli w swoją stronę, a ja z Anią i Piotrem pojechaliśmy przez Park Miejski. Poznałem ciekawą drogę pod mostem, aby nie stać na światłach. Wałami przez Park, mijając ukończoną inwestycję (póki co szarą ze względu na jesień), dalej pod dwoma kolejnymi mostami i jeszcze przez tunel, za którym rozdzieliliśmy się. Ja pojechałem Ścinawską.
Zaczęło kropić, jak prognoza pogody przewidywała. Na szczęście tylko parę minut i ustało. Przejechałem się też po ukończonym skrzyżowaniu Libana i Wrocławskiej, na którym ładnie wyglądają przejazdy rowerowe, choć nadal nie widzę połączenia z Parkiem Miejskim, a przecież jest widoczna ścieżka przy alei Orła Białego. Cóż, Legnicę czeka jeszcze wiele pracy, aby stworzyć prawdziwą infrastrukturę dla rowerzystów.
Kategoria Polska / dolnośląskie, Park Krajobrazowy Chełmy, ze znajomymi, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Niespodziewanie nie na Górzec

  47.60  02:43
Na godzinę przed spotkaniem napisała do mnie Bożena z pytaniem czy wychodzę dziś na rower. Miałem zamiar przesiedzieć cały dzień w domu i robić zadania na jutro na zajęcia, ale skoro słońce tak ładnie kusiło, to dałem się wyciągnąć. Dokąd? Tego nie wiedziała. Ja mogłem się tylko domyślać, ale omylnie :)
Spóźniłem się 8 minut, bo wciąż nie wiem ile czasu potrzebuję na wygrzebanie się z domu. Na skrzyżowaniu czekali Bożena z Jarkiem. Ruszyliśmy standardowo na południe, a dalej przez Chroślice do Bogaczowa. Z małym problemem z kierunkami (pamiętam, że przedostatnim razem "w prawo", to było "w lewo", a dziś bez takiej odmienności), wjechaliśmy na czerwony szlak. Ostatnim razem, choć w przeciwnym kierunku, jechaliśmy nim kilka miesięcy temu, tylko w większej grupie. Choć w lekkim błocie i po śliskich liściach, to dojechałem bez większych problemów. Zgubiliśmy tylko w jednym momencie szlak i trzeba było się kapkę wrócić.
W Stanisławowie czekał na nas Łukasz. Kilka chwil na sprawy techniczne i ruszamy w dół. Temperatura wyraźnie spadła, przemarzłem w palce i uszy. O ile na głowę mogłem założyć opaskę, to nadal nie mam rękawiczek na takie jazdy. Sprawdziłem jednak moją kieszeń Deutera w akcji. To raczej atrybut do spokojnej jazdy i krótkich pieszych wycieczek. Chłodno było w plecy, ale to dlatego, że przyzwyczaiłem się do plecaka podczas wycieczek rowerowych. Na zjazdach dodatkowo było chłodno w okolicy pasa, ale może gdybym mocniej go zacisnął, to nie byłoby tego czuć. W każdym razie spisał się dobrze i będzie przydatny w nowym sezonie, gdy dzień będzie na tyle ciepły, aby nie brać ze sobą zbyt wiele rzeczy.
Kategoria Park Krajobrazowy Chełmy, Polska / dolnośląskie, ze znajomymi, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Lubińskie lasy

  118.00  06:24
Wczoraj leniłem się cały dzień (no, może prawie cały), więc postanowiłem, że dzisiaj gdzieś wyjdę na rower. Myślałem o wycieczce zaliczeniowej, jednak plan Szklarskiej Poręby odpadł ze względu na niską temperaturę w górach. Z braku ciekawych pomysłów postanowiłem pojechać w teren i zrobić setkę w lubińskich lasach. Szkoda, że to jedyne takie lasy w okolicy, w których można pokręcić. Cóż, są jeszcze Chełmy, ale aby się tam dostać, potrzeba przejechać długą drogę przez otwartą przestrzeń, a tym samym zmagać się z nielubianymi przeze mnie wiatrami. A tak, jadę kawałek Pątnowską i jestem już w zalesionym terenie. Myślę, że trochę dziś przesadziłem z długością trasy, bo po tygodniu bez roweru jestem teraz obolały.
Trasę wyrysowałem przed wyruszeniem i nie zgadza się prawie wcale z tą, którą przejechałem. Najpierw potrzebowałem dostać się terenem do Chróstnika, czyli standardowa trasa przez lasy. Strasznie dużo grzybiarzy ze swoimi blachosmrodami. Tuż za Gorzelinem niepotrzebnie skręciłem i wylądowałem na krajówce za wcześnie. Próbowałem dostać się z powrotem na leśne ścieżki, jednak wciąż nie wszystkie zostały wyrysowane na mapie i musiałem jechać tą drogą. Z Chróstnika (pałac pięknieje) utwardzoną drogą pożarową do Liśca. Tutaj droga, której kurs chciałem obrać skryła się w zaroślach i zrobiłem kółko. Przy okazji liczna grupa rowerzystów o niezliczonej ilości log na koszulkach mnie wyprzedziła, bo jechałem wolniejszym tempem niż wcześniej.
Jechałem do Brunowa, gdzie napotkałem pierwszą piaszczystą drogę. Plan mój wiódł przez Górę Wędrowca oraz – podczas drugiej pętli, już nie wykonanej dzisiaj – Wzgórze Bilińskiego. Skręciwszy w złą drogę, minąłem górę obok. Uznałem, że pokonam ją podczas drugiej pętli i pojechałem przez Gorzycę i Zimną Wodę do Wiercienia, aby tam pomylić drogi. Żeby wrócić na kurs, wjechałem na coś, co przypominało drogę będącą jednoczesnym połączeniem pola, a już po minięciu tego miejsca byłem prawdopodobnie pierwszą osobą, która od kilku lat przedzierała się tą drogą. W końcu dojechałem do Karczowisk, a dalej Raszówki i ruszyłem drogą niegdyś przebytą. Tutaj podczas zjazdu z wzniesienia o mało nie wywróciłem się na piaszczystym podłożu. Jechałem z dużą prędkością, jak to z górki i nie wiedziałem, że ten piach tak grubo tam leżał. To mógł być koniec na dziś, ale nawet się nie zatrzymałem, żeby odetchnąć, bo wieczór się zbliżał, zaczynało robić się chłodno i trzeba było pędzić dalej.
Jakoś dostałem się do Głuchowic. Znów brak wyznaczonych dróg na mapie sprawił, że jechałem na oślep. Po lasach w sumie to nie problem, bo drogi zwykle się w końcu łączą. Problemem jest, gdy nikt tych dróg nie utrzymuje i zaczynają zarastać... Dojechałem do Bolanowa, wsi, której prawie nie ma. Znajduje się w środku lasu, prowadzi do niej tylko jedna droga z Gorzycy. No i może leśne drogi, którymi jednak ciężko dojechać bez odbiornika GPS. Po minięciu paru domów i pałacyku (teraz dopiero o nim przeczytałem, choć widziałem, że coś tam za drzewami stoi dużego :D), zauważyłem coś, co skierowało mnie na kolejną drogę, której próżno szukać na mapie. Była to najzwyczajniejsza rozdzielnia energetyczna (ale taka mała, 2 na 2), jakich wiele w tym województwie, tylko z cegły czerwonej. Nie chcąc wracać na drogę, pojechałem dalej i uznałem, że zakończę na tym moją dalszą podróż. Nie dojechałem do Wzgórza Bilińskiego, robiło się zbyt chłodno na wydłużanie jazdy. Skierowałem się do Zimnej Wody, dalej przez Wiercień i Pątnówek do domu. Wróciłem tuż przed zmrokiem.
Kategoria Polska / dolnośląskie, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Kolorowe jeziorka

  122.79  06:37
Bożena do mnie wczoraj pisze tuż przed północą, że nazajutrz jadą w Rudawy i pyta mnie czy dołączę. Po mojej wyczerpującej wycieczce jakoś nie byłem przekonany, ale gdy wyjaśniła, że tempo będzie wycieczkowe, bo wszyscy są zmęczeni, to zgodziłem się. Byliśmy umówieni na godz. 9, Jarek do mnie rano pisze, że Bożena zaspała i umawiamy się na 9:30, więc mogłem ślamazarnie kontynuować moje poranne czynności.
Wspólnie z Jarkiem, Olkiem, Bożeną i Anią wyruszyliśmy zwykłą trasą do Męcinki, spotykając nad Zaporą Słup dwóch rowerzystów z Jawora, którzy do nas dołączyli, ale nasze wycieczkowe tempo ich trochę zmęczyło, a zaczęliśmy podjazd pod Górzec szutrami, więc oni odpadli. Dalej przez Muchów i Lipę do Kaczorowa, gdzie odpoczęliśmy po zaliczeniu kolejnego dziś długiego podjazdu na wzgórzu, robiąc fotki chmurkom, pająkom i widokom, zajadając się ciastkami (Krakuski Duetki były bardzo smaczne) i czekając na Łukasza, który miał do nas dołączyć.
Ze wzgórza ruszyliśmy na drogę do Marciszkowa. Szlakiem, najpierw przez rzekę Bóbr, po kamienistych drogach do Wieściszowic, a dalej zaliczając kolejne podjazdy, sesję zdjęciową z pięknym widokiem, wspinaczkę z rowerami, zjazdy wieloma kamienistymi szlakami (nawet mnie się udało bez żadnej wpadki), dojechaliśmy do Błękitnego Jeziorka. Po kolejnym wspólnym zdjęciu pojechaliśmy dalej, gubiąc Anię, która chciała zobaczyć to jeziorko z dołu. Przy Purpurowym Jeziorku zatrzymaliśmy się na kolorowe pierogi. Ja dostałem ostatniego niebieskiego, a reszta moich frykasów była czerwona :P
Zbliżała się późna godzina, nie każdy miał oświetlenie, więc z rekreacyjnego wyjazdu zrobił się sprint. Na szczęście teraz w większości były to zjazdy, choć szybko się ochładzało. Powrót tym samym szlakiem z uproszczeniem, którym był przejazd przez Chełmiec. W Słupie zaliczyłem glebę, bo wjechałem w jakiś dołek przed szlabanem, ale na szczęście trawa była miękka. I na koniec przejazd wałem nad Kaczawą, którym jechałem pierwszy raz. Ładna alternatywa dla jazdy po dziurawych asfaltach :)
Wrzesień uważam za zakończony. Pobiłem nawet ilość przejechanych kilometrów z lipca, no ale jakie ja trasy robiłem w tym miesiącu! Szkoda, że od jutra zaczyna się uczelnia. Mam nadzieję, że będę miał równie dużo czasu, co w zeszłym semestrze, a pogoda będzie sprzyjać i nie będę musiał zaopatrywać się w cieplejsze ubrania na rower.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, setki i więcej, ze znajomymi, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Nad Żelazny Most

  127.94  07:05
Z Babą Jagą nie polubiliśmy się. Byłem u Kargula, ale u Pawlaka jakoś nie miałem ochoty zawitać. Szczerze wymęczyli mnie :)
Wczoraj, podczas powrotu busem ze Ścinawy przez Lubin, widziałem kilka dróg prowadzących w las. Wymyśliłem więc plan, aby zwiedzić tereny na północ od Lubina, bowiem na mojej mapie nie ma tam zbyt wielu odfajkowanych miejsc. Postanowiłem, że będzie terenowo i tak też było, w dużych dawkach ;)
Wyjechałem z domu niewcześnie, bo jestem śpiochem i o 10:30 ruszyłem. Najpierw włożyłem lekką bluzę, ale było ciut chłodno, więc zamieniłem ją na jakąś termoaktywną, którą niedawno dorwałem w promocji w Decathlonie i tak spędziłem w niej cały dzień. Jesienne słońce nie jest tak upalne, a że nie było go dużo (w większości siedziałem w lesie ;p), to nie było w tej bluzie za gorąco. Jedyny mankament jest taki, że długo schnie podczas noszenia, choć do domu wróciła sucha.
Skierowałem się na początek na Chróstnik. W Gorzelinie zauważyłem, że przyjechałem drogą, którą już znam, choć wydawało mi się, że jest bardziej zarośnięta. Kolejne drogi mijałem szybko, choć były to w głównej mierze drogi leśne, no i kilka polnych. Dostałem się do krajowej trójki, którą rozdziela pas zieleni z barierką, więc trochę gimnastyki i jadę dalej. Tuż przed Polkowicami (41 km) miałem średnią 20 km/h, co nie jest złą średnią jak na terenową jazdę.
Polkowice nie zachwyciły mnie. Kolejne miasto, gdzie jest za dużo dróg jednokierunkowych bez kontrapasów, a jedną drogą rowerową tam jechałem. No, krótką, ale zawsze to coś. Pojechałem do Guzic, aby dojechać do Dużej Wólki. Mniej więcej w połowie drogi zauważyłem znaczek: "MTB Obiszów Bike Park". Z ciekawości chciałem zobaczyć co to takiego. Wjechałem więc w wyznaczoną ścieżkę i tak jechałem i jechałem aż wpadłem na to, że jest to singletrack, a nazwa "Bike Park" nie oznacza żadnego parku ani parkingu. Cóż? Postanowiłem, że przejadę się do końca. W międzyczasie miewałem dość, ale parłem dalej. Wygrałem nawet z Babą Jagą, najgorszym podjeździe, jaki kiedykolwiek zrobiłem. Wyglądał jak Droga Kalwaryjska na Górzec, ale dał się podjechać. Według zarządców tej drogi, maks. nachylenie ma 16,5%, a średnie 9,5%, choć ja dałbym mu co najmniej 20% :P Przejechałem w sumie niewiele, bo końcówkę całej trasy. Nie mogę znaleźć informacji o jej długości, absolutnie nic poza dojazdem, ale patrząc na trasy organizowanych tam maratonów, jest to ok. 30 km. Nie sądzę, bym potrafił przejechać całość. Chyba że robi się to lżej na rowerze MTB. Ten tor kosztował mnie nawrotem bólu w stawie kolanowym.
Czas zmierzyć do Żelaznego Mostu, a konkretnie do jeziora o tej nazwie, bo wieś jest na południe od zbiornika. Nie sądziłem, że to jest takie duże i wysokie. W dodatku tak szybko ukończyli go. Ciekawe skąd tyle ziemi wzięli.
W Krzydłowicach dojrzałem ruiny pałacu, które mnie zaciekawiły, więc pojechałem rzucić na nie okiem. Obiekt nie wygląda na bezpieczny, ale ogrodzenia nie ma, a dużo śmieci mija się na drodze, więc myślę, że miejsce jest chętnie odwiedzane przez lokalną społeczność. W dalszej drodze minąłem kolejne wycinki drzew, których bardzo nie lubię. W środku lasu, na asfaltowej drodze, na odcinku 200 m jest zakaz ruchu z powodu wycinki. O dziwo zakaz jest tylko na tabliczce. Szlabanu żadnego, więc skoro wycinka w tej chwili nie trwała, to czym miałem się przejmować?
Miałem jechać przez Gwizdanów, ale przed Bytkowem zobaczyłem na mapie krótszą drogę. Byłem zmęczony po torze MTB, więc wybrałem krótszy odcinek przez Rudną. W Starej Rudnej trochę pobłądziłem, ale w końcu trafiłem dobrze, dojeżdżając do Kargula (182 m). Pawlak (171 m) nie był mi po drodze, więc go ominąłem, jak i Aleję "Samych swoich" (dziwne, bo nie ma nic o niej w internecie; może przekręciłem nazwę?).
Z Ręszowa do Niemstowa przejechałem się zarośniętą drogę, którą niedawno przedzierałem się do Ścinawy. W ogóle, to zauważyłem, że od jakiegoś czasu jadę czerwonym szlakiem pieszym. Jest to szlak dookoła Lubina i ma 85,5 km. Mimo że jest to szlak pieszy i trochę zarośnięty jak na mój rower, to chcę nim przejechać :)
Do domu dojechałbym już bez przygód, gdyby nie blondynka za kierownicą z Kenem w różowym aucie nie pomylili miejsca lub czasu swojej ewolucji. W Gogołowicach wyjeżdżaliśmy z przeciwnych stron drogi krajowej nr 36. Ja prosto, oni też prosto. Gdy w końcu można było przejechać, ja ruszam, oni też i co? Blondi skręca w lewo, choć tego po pierwsze nie zasygnalizowała, a po drugie nie ma najmniejszego prawa tego zrobić, gdy ja jadę prosto. Wnerwili mnie, ale miałem już blisko do domu. Ostatnia droga leśna, dalej parę wsi i po zmroku docieram, patrząc na zachód, gdzie niebo przepięknie się żarzyło. Aż szkoda było robić zdjęcie moim marnym telefonem. Pora odpocząć :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Ponownie Górzec

  45.31  02:11
Dziś kolejny dzień na Górzcu. Do ekipy z wczoraj dołączył do nas Olek i tak, po moim 8-minutowym spóźnieniu, ruszyliśmy w stronę Męcinki, spotykając przed Słupem Marka. Dołączył on do nas za namową, jednak dojechał z nami tylko do Męcinki, a stamtąd w piątkę ruszyliśmy do podjazdu na Górzec Drogą Kalwaryjską. Ja pomimo prób nie potrafiłem utrzymać równowagi, więc odpuściłem, wjeżdżając szutrami na szczyt. Dosłownie, bo nie widząc reszty na górze, pojechałem ścieżką, aby spojrzeć w dół, a ponieważ zauważyłem odbijającą drogę, to skręciłem w nią, wjeżdżając w ten sposób pod przedostatnią kapliczkę. Dalej już wszedłem po schodach, żeby rzucić okiem na widoki, które są zasłaniane przez liczne drzewa, no i wróciłem na dół. W połowie drogi usłyszałem (prawdopodobnie) Łukasza, więc pewnie się niecierpliwili ;]
Szybki zjazd szutrami, ja ćwiczyłem podskoki, aby nie uderzyć za mocno w krawężnik, reszta jakoś się tym nie przejmowała na swoich szerokich oponach. Też czasem myślę nad zmianą, ale chyba dopóki nie nauczę się balansować ciałem podczas stromych podjazdów, dopóty na podjazdy one mi się nie przydadzą. Ogólnie, to zazdroszczę tego, że na szerokich oponach można jechać bez obawy o snake'a, a tych ja już niestety parę złapałem. Nie wiem, może się do tego przekonam podczas zmiany opon, gdy dotrę obecne semi-slicki.
Nim wyjechaliśmy z lasu, zatrzymaliśmy się na chwilę kontemplacji przy sosnowej kłodzie, leżącej w poprzek drogi jako blokada dla aut. Była myśl, żeby ją przeskoczyć przy dużej prędkości. Myśl odleciała, gdy przyszedł rozsądek. Ja dopiero trenuję podskoki, więc daleko byłoby mi do takiego skoku.
Przed Męcinką Bożena dodała gazu, jednak przyjechała jako ostatnia pod sklep. Wszyscy myśleliśmy, że da radę :) Pod sklepem krótka przerwa na ciasteczka i ruszamy dalej w pogoń za Markiem. W Kościelcu przekroczyłem dopuszczalną prędkość o 13 km/h. W Legnicy nie miałem już sił na odprowadzenie Bożeny, więc przez park doczołgałem się do domu. Chyba staw kolanowy się odezwał. Trzeba odpocząć.
Kategoria Park Krajobrazowy Chełmy, góry i dużo podjazdów, Polska / dolnośląskie, ze znajomymi, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Na Górzec i ptasie mleczko

  51.70  02:25
Powrót do Legnicy. Wczoraj Bożena poinformowała mnie o wycieczce, więc dzisiaj wspólnie z nią, Jarkiem i Łukaszem (wszyscy wymienieni w kolejności przybycia) ruszyliśmy na Górzec. W sumie, to nie wiedziałem (haha!), że będziemy na niego uderzać. Zadzwonił do mnie Jarek z pytaniem gdzie mógłbym dojechać. Prawie gotowy wybrałem Park Miejski i o dziwo byłem na miejscu jako drugi. Szybkim tempem dojechaliśmy do Bogaczowa, aby zacząć podjazd terenowy. Jakoś wjechałem na drogę pierwszy i nie wiem co się działo za mną, ale okrzyki wydawane przez Łukasza świadczyły o burzliwej walce z podjazdem i gorącym dopingu dla Bożeny.
Na szutrach spokojnie, ja typowo z tyłu, a na górze rozdzielamy się. Słowa Jarka o trudnym technicznie zjeździe nie napawały mnie optymizmem przy moich wąskich oponach i v-brake'ach. Oni zjechali Drogą Kalwaryjską, a ja wróciłem szutrami, uważając na to, by nie złapać snake'a i dojechałem do nich, czekających na dole. Jeszcze jeden zjazd z zakrętem, przed którym zostałem ostrzeżony przez Jarka, jednak sądziłem, że tyczy się to następnego, a nie tego, przed którym ledwo wyhamowałem. W ogóle dziwię się, że przy takiej ilości kamieni, jaką odczułem na mojej obręczy, nawet nie złapałem kapcia.
W Męcince z Jarkiem poczekaliśmy na pozostałą dwójkę, która wybrała drogę dłuższą, zrobiliśmy małe zakupy i rozbiliśmy się nad Zbiornikiem Słup, żeby wsunąć ptasie mleczko, którego fundatorką była Bożena, za co serdecznie wszyscy dziękujemy. Tak swoją drogą, to pierwszy raz jadłem ten specjał ;P
Zebraliśmy się i była myśl, aby szybkim tempem dotrzeć do Legnicy. To szybkie tempo odczułem dopiero w Kościelcu, z którego wyjeżdżaliśmy z dużą prędkością. Na szczycie ostatniego podjazdu przed wiaduktem nad autostradą miałem 39 km/h, a na łagodnym zjeździe o dziwo tylko 45-46 km/h.
Na koniec przez Bogaczów odprowadziliśmy Bożenę, a dalej ścieżkami rowerowymi, które niekoniecznie są dobrej jakości (drogowcy łatają asfalt, czemu więc nie załatają ścieżek rowerowych?), mijając nieudaną próbę wymuszenia pierwszeństwa na autobusie, ul. Wrocławską do centrum. Teraz zauważyłem, że Legnica ma Stare Miasto. Hmm... Mapy mogą wiele nauczyć ;]
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, ze znajomymi, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Błądzenie po Chełmskim Parku Krajobrazowym

  54.71  03:07
Nigdy nie wiadomo co może przynieść stary, nieprzetarty szlak. Nawet jeśli na taki nie wygląda.
Postanowiłem dziś odwiedzić Krobonosz i ruszyć za tę miejscowość w nieznane. Ruszyłem drogą, która jest mi znana z dzieciństwa za sprawą szkoły, do której chodziłem, robiąc sobie tędy skrót. Odwiedziłem wpierw zbiornik wodny "Staw", który mieści się w Stawie. Wcześniej wydawało mi się, że nosi nazwę "Parypse", ale może jest to nazwa sporna? Niegdyś plaża piaszczysta, teraz porasta zielem, jak brzegi tego zalewu. Pamiętam jak kiedyś zbieraliśmy szkła, aby później plażowicze nie przebijali sobie nóg. Dużo tego było, ja nie wykąpałbym się w takim miejscu.
Kolejnym punktem był Rezerwat Przyrody "Stawska Góra", na którym też dawno byłem. Sądziłem, że teren był bardziej zadrzewiony, ale zmienił się niewiele – tyle co tablicę zastąpili dwoma mniejszymi tabliczkami. Ogólnie można tam zobaczyć sporo rzadkich roślin, a teren porastają w głównej mierze krzewy. Postanowiłem przejechać się jedną ze ścieżek. Z początku ładnie wydeptana, dalej krzaki zaczęły przeważać, a ślad się zacierał – mało kto zapuszczał się tak daleko. Nie musiałem się na to zbierać, trochę się porysowałem. Na koniec przedzieranie się przez pole – zaorana i wysuszona przez słońce gleba jest jak piach, po którym w ogóle nie dało rady jechać pod górę, aby wrócić na drogę.
Droga do Krobonoszy zniszczona maszynami rolniczymi. W samej miejscowości już lepiej, choć poprzeczne zgarbienia przeszkadzały. Jechałem kiedyś tą drogą podczas szkolnej wycieczki rowerowej. Było to jeszcze na moim staruszku – Jubilacie. Pamiętałem drogę tylko do skrzyżowania. Dalej najpewniej jechaliśmy prosto, a ja skręciłem w prawo za drogą główną. Może jeszcze kiedyś będę miał okazję tam wrócić, bo w pamięci utkwiły mi ładne widoki.
Jechałem dalej, aż skończył się asfalt i zaczęła ubita droga, chyba betonowa, więc zapewne ten odcinek, na którym teraz nie ma asfaltu, zostanie dokończony. A asfalt znów zaczął się w kolejnej miejscowości – Sawinie. Poznałem, że tutaj jestem po czołgu, który stoi w centrum. Uznałem, że nie chcę jechać wojewódzką 812, dlatego zacząłem rozglądać się za inną drogą. Wpierw przywitał mnie pies, który próbował się ze mną ścigać po tym jak wjechałem na drogę leśną, przy której był znak wskazujący na leśniczówkę. Ruszyłem trochę na północ, gdzie, na skrzyżowaniu, skierowałem się na Rudę Hutę. Po drodze jednak zauważyłem szyld "Podlaski Szlak Konny", przy którym zatrzymałem się i, widząc dwie leśne drogi do wyboru, ruszyłem tą bez blokady drogi. Po drodzę przybłąkał się żółty szlak pieszy, którym ruszyłem mimo przeciwności. Pierwszym była tabliczka informująca o ostoi zwierzyny i tym samym zakazie wstępu – na szlaku pieszym. Szybko ta ostoja skończyła się, bo dotarłem do Uherki. Niestety most, który kiedyś tam był w czasach powstawania szlaku zniknął. Zauważyłem w oddali drugi most, więc przedarłem się przez pokrzywy i inne zielska, by jakoś po tych paru prowizorycznych kłodach przenieść się na drugą stronę. Uherka w tym miejscu nie była zbyt głęboka, ale tabliczka z kajakarzem sugerowała, że gdy poziom wody jest wyższy, to ktoś tamtędy mógłby pływać. Zastanawiam się w jaki sposób przedzierają się przez tę kładkę.
Po przedostaniu się przez rzekę, wróciłem na szlak. Drogą jeszcze ktoś tędy jeździł, więc nie było źle. Do czasu, bo skręciłem w lewo i zaczęły się schody. A to pajęczyny mnie atakowały, a to krzaki zasłaniały drogę, a to ciężkie maszyny podczas wycinki drzew rozjechały grunt, że się można było wywrócić. Jakoś jednak dojechałem na asfalt, na którym dołączył zielony szlak rowerowy, a po pewnym czasie zniknął szlak żółty. Dojechałem do Rudy. Do Chełma miałem prostą drogę, bo z tabliczką "Chełm 18". W ten sposób dojechałem do Okszowa, po którym kiedyś też jeździłem na rowerze. A do domu wrócić postanowiłem drogą, którą kiedyś pojechałem z instruktorem, gdy robiłem prawo jazdy. Droga nie jest oznaczona, więc szczęście miałem, że na nią trafiłem i dojechałem już prosto do domu.
Nasmarowałem ponownie łańcuch, bo ten smar w spray'u jest beznadziejny i łańcuch strasznie hałasuje. Później okazało się, że łatka na dętce rozszczelniła się, więc posiedziałem jeszcze trochę nad zmianą dętki i znalezieniem dziury. Chyba za mocno napompowałem ją. Przydałyby się nowe, szersze opony :)
Kategoria Polska / lubelskie, Chełmski Park Krajobrazowy, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Kumowa Dolina: terenowa jazda

  11.36  01:02
Od dawna miałem ochotę pojeździć po lesie w Kumowej Dolinie, bo pamiętałem, że są tam amatorskie trasy. Teraz sobie myślę, że to nie są trasy rowerowe.
Wpis miał być całkowicie terenowy, jednak trochę się zmieniło odkąd przemierzałem te drogi ostatni raz. Droga do Horodyszcz zaorana, Dziewicza Góra zarośnięta, Kumowa Dolina zapuszczona...
Ruszyłem na początek na Dziewiczą Górę, która była już zajęta przez imprezującą młodzież, toteż tylko przejechałem szczyt i wjechałem w krzaki. Kiedyś było tam tyle ścieżek, teraz wysoka trawa, krzewy i młode drzewa. A, i kopce kretów, przez które człowiek się wywraca – jak ja.
Później próbuję swych sił, wjeżdżając do lasu. Kiedyś ta ścieżka była odrobinę zarośnięta. Ani trochę się nie zmieniła. Dotarłem do celu. Ścieżki w miarę wygodne, ale myślę, że są pod crossa, a nie rower (nawet z jednym się minąłem, choć myślałem, że jechał na quadzie). Trochę się tamtędy pokręciłem, niektóre ścieżki rozjeżdżone (dużo piasku), ale tak, to przy dobrym rowerze można tam jeździć. Przydałyby sie szersze opony :)
Postanowiłem wrócić przez las starą ścieżką. Te strony nie są już popularne. Wszystko zarośnięte, oberwałem w policzek. Tylko raz zbłądziłem przez słabo przetarte szlaki, a tak, to całą drogę przejechałem, jak niegdyś robiłem to pieszo. Nie zmieniło się dużo, tylko przyroda pokazała kto w tym lesie rządzi.
Kategoria po zmroku i nocne, Polska / lubelskie, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery