Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

po zmroku i nocne

Dystans całkowity:44699.41 km (w terenie 3167.14 km; 7.09%)
Czas w ruchu:2317:05
Średnia prędkość:19.18 km/h
Maksymalna prędkość:70.40 km/h
Suma podjazdów:300449 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:108246 kcal
Liczba aktywności:587
Średnio na aktywność:76.15 km i 3h 58m
Więcej statystyk

Czarnym szlakiem prawie do Doliny Kluczwody

  44.68  02:06
Nareszcie noga przestała mnie boleć, jedynie gdy dotykam miejsce stłuczenia odczuwam ból, ale masochistą nie jestem. Ten sierpień jest bardzo leniwy. Jutro jeszcze pokręcę trochę po mieście, w sobotę wizyta w Warszawie i w niedzielę mam ochotę pokręcić gdzieś dalej. Kupiłem przed wakacjami przewodnik po Jurze, a jeszcze ani razu z niego nie skorzystałem. Chyba jednak wolę spontaniczne wycieczki :)
Jeszcze gdy ruszałem w trasę, to planowałem wizytę w Dolinie Kluczwody. Niestety jakoś mi się nie spieszyło z wyjściem na rower, toteż zaczynał się wieczór. Pogoda wyśmienita, jednak podczas jazdy już było chłodno. Miałem na sobie krótkie kolarki i bluzę z wind screenem i tak ubrany wytrzymałem przez 2 godziny.
Ruszyłem do Doliny Prądnika, szybkim tempem. Już podczas jazdy w terenie do Giebułtowa poczułem zmęczenie w nogach. Za mało jeżdżę, a za dużo pracuję. W Giebułtowie natknąłem się na koparkę przed moim ulubionym singielkiem. Nareszcie coś ruszyło, bo wjazd zaczął strasznie zarastać. Myślę, że chcą tam zrobić normalną drogę. Z jednej strony na plus, bo będzie więcej miejsca do mijania się rowerzystów (pieszego jeszcze nigdy tam nie spotkałem). Z drugiej strony rowerzyści bez wyobraźni będą pędzić ile sił, a przecież to ścieżka dwukierunkowa. No nic, mam nadzieję, że uporają się z tym przed moim odjazdem, bo jestem ciekaw co tam powstanie. Dzisiaj było o tyle nieprzyjemnie, że jechałem po świeżo rozkopanej ziemi. O ile ja w dół jakoś zjechałem, to mijanym rowerzystom nie było to na rękę.
Pod Bramą Krakowską zerknąłem na mapę i wypatrzyłem czarny szlak rowerowy, który ciągnie się aż do Doliny Kluczwody. Postanowiłem nim pojechać mimo zbliżającego się zmroku. Po szybkim podjeździe (hmm, 12 km/h średnio dawałem rady, co nie jest tak źle w porównaniu do poprzednich prób na tym wzniesieniu) znalazłem znak prowadzący na trawiastą drogę. Ruszyłem nią i, nie będąc przyzwyczajonym do oznaczeń szlaków rowerowych, zakłopotałem się przy kilku skrzyżowaniach, ale mimo ładnych dróg, jechałem prosto. Dojechałem do drzewa, na którym wreszcie był znak, by jechać prosto ;P Postanowiłem jednak przyjrzeć się pagórkowi, który mijałem. Wspiąłem się na niego, rower rzuciłem na szczycie, a sam poszedłem w teren. Z drogi w tych ciemnościach sądziłem, że są to jakieś ruiny, a to jednak kolejna z pamiątek jurajskich :)
Zmrok nagli mnie, więc jadę dalej, skręcając za znakami, jadąc przez drogę krajową i dojeżdżając do kolejnego skrętu, który był mocno schowany. Aż musiałem się zawrócić, by się upewnić, że to znak skrętu. I tutaj się zgubiłem albo raczej znaki się skończyły. Wyjechałem bowiem na krajówce, choć stosowałem zasadę "jeśli nie ma znaku, to jedź prosto". Trudno, i tak było ciemno i niewiele zobaczyłbym, a o zdjęciach nie było mowy.
Lubię wracać do Krakowa tą drogą, choć za dużo spalin można się na niej nawdychać. Na jednym odcinku można wyciągnąć grubszą sumkę, ja jechałem maksymalnie 53 km/h. Do tego te widoki Krakowa nocą... Nawet nie było chłodno. Dobra bluza :)
W samym mieście spotkałem się z kolejnym remontem. Trzeba będzie unikać tego odcinka i wybierać albo obwodnicę, albo jechać przez Trojadyn. Pomyślałem, że przejadę się na Stare Miasto. I tutaj w sumie nie ma o czym pisać, bo prawie zostałem potrącony z własnej winy. Na Sławkowskiej jest ruch jednokierunkowy z wyłączeniem rowerów i dorożek. Dojeżdżałem do innej jednokierunkowej, z której wyjechało auto. Kierowca spojrzał tylko w prawo (czyli tak, jak jadą auta), a ja przejechałem jemu tuż przed światłami. Właśnie mnie zastanowiło czy przypadkiem nie przejechałby jakiegoś pieszego, skoro nie spojrzał w lewo. No nic, żyję i nie warto się nad tym rozwodzić.
Ach, przed chwilą zauważyłem, że na Starym Mieście GPS przestał działać i włączył się za Plantami, więc kawałek trasy musiałem dorysować.
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Rowerem po Krakowie, odcinek 16

  30.07  01:40
Wyleciał mi z głowy PIN do karty SIM w telefonie i potrzebowałem pojechać do Galerii Krakowskiej, by dostać numer PUK ;P Później pojechałem nad Wisłę, pokręcić trochę pośród wariatów i niedołęg. Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem na drugą stronę Wisły, ale aż przez Zwierzyniec, by przejechać się po Błoniach. Jak już dojechałem, to pomyślałem, że przejadę się wokół i wyszło tego dwa i pół kółka. Po pierwszym założyłem bluzę, a po drugim uznałem, że więcej nie wyciągnę, tak się zrobiło przeraźliwie zimno, więc dokręciłem połówkę i do domu.
Zauważyłem pewną zależność – po zmroku rolkarze nie jeżdżą drogą dla rowerów. Czemu?
Po sobocie nadal czuję zmęczenie mięśni. Nie pedałowało mi się dzisiaj tak dobrze jak wcześniej. Trzeba przywyknąć :)
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Trójstyk granic Czech, Polski i Słowacji

  286.88  16:14
O tym jak zmagałem się z pogodą i zmęczeniem, ale też o pięknych widokach, długich podjazdach i słowackiej granicy :)
Planowałem wyruszyć po godzinie 23. Nie mogłem jednak usnąć, a gdy zasnąłem, budzik był bezsilny. Obudziłem się o pierwszej, podejrzewam, że po trzech godzinach snu. Zjadłem płatki śniadaniowe, popiłem ciepłą kawą, założyłem na siebie co potrzeba i ruszyłem. Na początek przywitała mnie niedziałająca winda, dlatego musiałem znieść rower z czwartego pietra razem z sakwami, w które wpakowałem parę batonów, banany, 2 litry wody i kilka ciuchów. Miałem na sobie niewiele ubrań – kolarki na szelkach, do tego obcisłe spodnie (tak, dwa pampersy) i bluza termoaktywna.
Jest 10 minut przed drugą, więc ruszam w kierunku Skawiny. Jest przyjemna noc, ciepła przede wszystkim. Znaną trasą dojeżdżam do Kalwarii Zebrzydowskiej. Pierwszy raz zaglądam do telefonu dokąd dalej jechać. Zawiesza się aplikacja rejestrująca trasę. Jak na złość, przecież to raptem 37 km. Na szczęście aplikacja Moje trasy dla Androida zapisuje punkty na bieżąco, więc trasa nie przepadła. Od tego momentu stwierdziłem, że będę zapisywał trasę maksymalnie co 35 km, by nie dopuścić ponownie do takiej sytuacji.
Po niewielkim podjeździe przez Bugaj w Zakrzowie zakładam lekką bluzę pod bluzę termoaktywną, bo jednak zrobiło się chłodniej. Mijam wiele górek i dolinek przepełnionych mokrym powietrzem. Mgła jest wszędzie, ale rozjaśnia się.
W Zemborzycach mijam bardzo dostojny most podwieszony i zaraz dojeżdżam do Suchej Beskidzkiej. Wstaje słońce, a ja mimo to zakładam kurtkę chroniącą od wiatru, bo jest coraz chłodniej. Mgły nie ustają. W Lachowicach pojawia się słońce, więc zdejmuję kurtkę, by ją ponownie założyć w Hucisku. Do tego zakładam drugie spodnie, bo robi się przeraźliwie chłodno. Po 70 km jazdy odzywa się noga. Nie bolała mnie tak od początku lipca (zaczęła boleć podczas wycieczki na Przełęcz Karkonoską). Musze to przecierpieć. Długi zjazd, koniec słońca. Jestem w dolinie, mgły nad głową, słońce nie może się przedrzeć. W Świnnej kupuję coś na ząb w piekarni lub raczej cukierni, bo drożdżówek, to nie mieli za wiele.
W Żywcu pojeździłem trochę, bo jest tam zamek, którego nie potrafiłem uchwycić. Dałem sobie z nim spokój i ruszyłem dalej, mijając browar, chyba znany. Po drodze mijam też zachwycający wiadukt na drodze ekspresowej S69. Zdjąłem bluzę termoaktywną i spodnie, zostając w bluzie, którą miałem pod spodem i długich spodniach. W tych ciuchach przejadę spory kawał drogi, póki nie zacznie się dłuższy zjazd, o czym za chwil parę.
W Lalikach lekki problem z wyborem kierunku, ale poradziłem sobie. Na rondzie można jechać po prawej stronie ekspresówki i po lewej. O ile droga w lewo prowadziła do jakichś wiosek, to wróciłem słusznie na drogę po prawej. Chyba nie tylko ja miałem taki problem, bo jak widziałem, jeden rowerzysta wjechał, mimo oznakowania, na drogę ekspresową. Jeszcze w Zwardoniu mijałem rodzinkę, która wjechała na tę drogę. O ile dzieciak krzyczał, że nie można, to ojczulek znał się lepiej...
Granicę przekraczam o 8:42. Od razu zaczyna się zjazd, dłuuugi zjazd przez miejscowości Skalité i Čierne. Słychać przemieszane języki :) Szkoda, że nie miałem eurosków, bo kupiłbym może coś na ząb.
Trasę planowałem z Mapami Google, które to zaproponowały mi przekroczenie granicy drogą. Jak się okazało, droga była gruntowa, a w większej mierze stała się korytem dla strumienia. Udało mi się go przekroczyć z moim zapakowanym rowerem. Dalej jeszcze przechadzka przez gąszcz leśny i jestem na granicy, na drodze prowadzącej do Polski. Po prawej stronie mijam słupki z literką S, a po lewej z literką C.
Po dojechaniu do miejsca, gdzie stykają się granice trzech państw, zostawiłem rower na słońcu, choć powinienem zapchać go dalej w cień, i ruszyłem robić fotki, czytając po trochu opisy na tablicach informacyjnych. Są tam dwa zadaszone piece grillowe z ławeczkami i stolikami. Jeden na Słowacji i jeden w Czechach. Polacy się nie postarali o własny ;p
Ruch był spory, dlatego zabrałem się i ruszyłem w dalszą drogę, by pokonać trochę wzniesień i zatrzymać się w Istebnie w Karczmie po Zbóju. Zamówiłem mintaja i przy okazji podładowałem baterię w telefonie, bo mogła nie wytrzymać dystansu.
Ruszyłem na Wisłę. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że to miasto jest początkiem naszej rzeki. Miałem długi podjazd, a następnie zjazd pod Zameczek Prezydenta RP. Dalej jeszcze miejsce do lądowania dla śmigłowców i ruszam w dół. Telefon zawiesił się. Cały zjazd w dół się nie zapisał. Sądziłem, że przyczyną był szybki zjazd, jednak w Szczyrku zawiesił się ponownie.
Zaczęły się podjazdy, tym razem w większości terenowe. Nie wszystkie mogłem ogarnąć z sakwami, zmęczonymi mięśniami, palącym słońcem i stromością tychże podjazdów. Później trafiłem na coś, co Google określa mianem drogi – zarośniętą ścieżkę dla pieszych. Skróciło to drogę asfaltową, ale nie wiem czy przyspieszyło. Musiałem się przedzierać przez powywracane drzewa. Gdy ponownie zobaczyłem, że szlak prowadzi mnie na "skróty", rezygnowałem.
W Malince, tuż przed Szczyrkiem, zaczął się najtrudniejszy podjazd. Po drodze pytano mnie o skocznię Małysza. Chyba znów coś mi umknęło :) Na samej górze zaś spotkałem setki zaparkowanych aut. Mogłem pójść za tłumem i zobaczyć co tam ciekawego jest, ale kończył mi się zapas wody, więc rozglądałem się za otwartym sklepem. Zaczął się przepiękny zjazd w dół. Chwila odetchnienia. Musiałem jednak założyć bluzę termoaktywną, bo wiatr robił swoje. Szczyrk przypomina mi Karpacz. Mnóstwo ludzi, straganów, hałasu, reklam. Po znalezieniu sklepu, czym prędzej ruszyłem w stronę Bielska-Białej. To miasto jest tak olbrzymie, że nie wiadomo kiedy się zaczyna i kiedy kończy. Po wjeździe do niego jechałem, jechałem i jechałem, a centrum nie było widać. Plusem są ścieżki rowerowe. Szkoda tylko, że słaba ta infrastruktura. Przykład: jest ścieżka, jest wymalowany przejazd rowerowy, kierowcy widzą znak D-6b (przejście dla pieszych i przejazd dla rowerzystów), ale na światłach jest tylko ludzik i żadnego roweru. Jeszcze dalej zaskoczyła mnie budowa. Ogrodzone wszystko bez żadnych znaków jak rowerzyści mają się poruszać, by ominąć ten teren. Musiałem przejechać po chodniku. Nie chciało mi się złazić z roweru, rozleniwiłem się.
Gdy w końcu dojechałem, tylko się pokręciłem po Rynku, na którym był jakiś festyn i ruszyłem w dalszą drogę po równinach z niewielką ilością podjazdów, bym się nie zmęczył za mocno. Pedałowałem ile sił w nogach, bo chciałem już być w domu, choć byłem taki zmęczony... Robiło się coraz ciemniej.
Był zmrok, gdy dojechałem do krajowej 44. Nie było wielkiego ruchu, ale robiło się chłodno, że znów założyłem wszystko, co miałem. Z niecierpliwością wypatrywałem oświetlonych kominów Skawiny, które są tak charakterystyczne, że jak tylko je widzę, to czuję ulgę, że jestem już tak blisko. Najwidoczniej byłem zbyt nisko, bo dopiero kilka kilometrów od Skawiny ujrzałem ten czerwony blask. Postanowiłem ruszyć przez Tyniec, by nie zanudzić się w Kobierzynie. Lubię tę drogę nadwiślaną.
Dotarłem tuż po północy. Po 22 godzinach poza domem, 16 spędzonych w siodełku (ciekawe, że wyszło aż 6 poza) byłem naprawdę zmęczony, ale szczęśliwy, że pokonałem taki dystans. O dziwo ręce mnie nie bolały, kręgosłup również. Jedynie siedzenie, któremu dwa pampersy nie pomogły.
Teraz myślę, że przestanę umieszczać trasy w serwisie Traseo.pl. Zauważyłem, że z trasy o 39 tys. punktów zrobił trasę o tysiącu punktów. Nie podoba mi się też GPSies.com, bo nie pokazuje prędkości, a lubię wiedzieć również to. Czy ktoś poleci jakiś dobry serwis do zapisu śladu, który nie zepsuje trasy?
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Polska, kraje / Słowacja, kraje / Czechy, Polska / śląskie, rowery / Trek

Sierpniowe kręcenie

  65.51  03:26
Nareszcie. Mimo niesprzyjającej aury, wyrwałem się. Sierpień nie wygląda ciekawie i nie wykręcę tylu kilometrów, co w lipcu.
Nie wiedziałem dokąd pojadę, cała trasa przyszła mi do głowy w trakcie jazdy. Wybrałem się tradycyjnie do Doliny Prądnika. Mimo że myślałem o Dolinie Kluczwody, to odłożyłem ją na inny dzień. Pod Bramą Krakowską upatrzyłem niebieski szlak. Nie zwróciłem jednak uwagi na to czy jest to szlak pieszy, czy rowerowy. Trafiłem jednak na niebieski szlak rowerowy, który zaprowadził mnie łąkami w nieznane. Zgubiłem go w Wielmożach i obrałem kurs na wschód z problemami braku dróg, które to były wyłącznie na mapie. Z Minogi dojechałem do Rzeplina. Planowałem w międzyczasie podróż do krajowej siódemki, ale ponieważ drogą, którą jechałem, przejechałem się po raz kolejny, to zmieniłem kierunek na rozstaju dróg na Dolinę Prądnika. W Cianowicach znów trafiłem na znany szlak i ponownie zmieniłem kierunek na wojewódzką 794. Ponieważ był już zmrok, miałem okazję spojrzeć na Kraków ze wzniesienia w Brzozówce. Stąd pomknąłem znów szybkim tempem (przynajmniej, gdy było z górki) do domu na pyszną kolację :)
Kategoria Polska / małopolskie, Dolina Prądnika, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Przejażdżka po Dolinie Prądnika

  39.73  02:02
Upalny dziś dzień, dlatego ruszyłem dopiero po 19, by popedałować odrobinę po ulubionym miejscu. Dziś chciałem przetestować nową aplikację do rejestrowania tras o nazwie Moje trasy dla Androida (autorem jest Google). Z jednej strony przypadła mi do gustu, bo tworzy międzyczasy, dodaje prawidłowo punkty na mapie (byłem sceptycznie nastawiony, gdy podczas jazdy znacznik położenia wariował na planszy) i przede wszystkim zużywa dużo mniej energii niż Traseo. Ma jednak dwa wielkie minusy: wyświetla wyłącznie Mapy Google, więc potrzebny jest dostęp do internetu (choć można pokombinować ze zbuforowanymi podkładami), a w dodatku nie lubię tych map, bo są baaaardzo niedokładne. Choć OpenStreetMap, z którego do tej pory korzystałem po ostatnim etapie zmiany licencji stał się bardziej bezużyteczny od Map Google. Chciałem dodać drugi minus za brak profilu trasy, ale wyeksportowałem plik GPX (wcześniej wybrałem zapis do Map Google, który eksportuje KML) i wszystko wyświetla się dobrze. Nawet ładny wykresik dostałem :)
Wstawiam trasę z nowej aplikacji, ponieważ podczas testów Traseo włączył pauzę i nie wyglądało to dobrze.
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Wadowice)

  108.88  05:23
Wczorajsza myśl o Wadowicach została wykonana ;D Dziś udało mi się wcześniej skończyć. Ruszyłem przez Tyniec i Skawinę, dalej drogą, którą wracałem z Kalwarii Zebrzydowskiej. Wjechałem pod jakieś wzniesienie z pięknymi widokami na doliny i góry. Do Wadowic dojechałem prawie bez przeszkód (raz tylko pomyliłem się i nadrobiłem 2 km). Niestety Rynek jest w remoncie, więc nie wygląda przyjemnie. Miałem nadzieję, że zobaczę cukiernię ze sławnymi kremówkami, jednak nie udało się. Teraz dopiero widzę na mapie POI o nazwie Papieskie Kremówki. Coś mi się zdaje, że jeszcze tam wrócę :)
Powrót jak zwykle drogami innymi niż przyjazd – trafiły się mniej ruchliwe. Narzekać mogę na debili na rowerach. Dwa razy miałem taką samą sytuację. Dwoje na rowerach bez oświetlenia, bez najmniejszego odblasku (nawet te z pedałów pozjadali), jedno obok drugiego. Wyprzedzam ich, a zza zakrętu niespodziewanie nadjeżdża rozpędzone auto, które na szczęście nie było tak szybkie i udało mi się wyprzedzić na trzeciego kretynów. Godzinę później miałem taką samą sytuację.
Mijałem dwa razy Wisłę w Łączanach (dzisiaj w sumie 5 razy) i kościół na wzniesieniu w Bielanach. Kurczę, od jakiegoś czasu kręci mnie, by zobaczyć co to za świątynia. Może mi się niebawem uda, bo właśnie zauważyłem, że jest ona w Lesie Wolskim, w którym już bywałem...
W Krakowie cicho pod względem niedoszłych samobójców na ścieżkach rowerowych. Dojechałem cało do domu i chcę jeszcze. Wydawało mi się, że będzie chłodniej niż wczoraj, ale było wręcz przeciwnie. Miałem ze sobą kurtkę termoaktywną, którą wypróbowywałem już drugi raz i podczas podjazdów się gotowałem, a podczas zjazdów było zimno, gdy wiatr dostawał się pod ubranie do spoconej skóry. Mimo to dobre ubranie na nocne eskapady ;)
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Kalwaria Zebrzydowska)

  81.97  03:57
Kolejna wycieczka nocna :) Dni stają się coraz krótsze, więc chyba powinienem zmienić pracę na wieczorną, by móc rano jeździć, gdy będzie widno i przede wszystkim nie będzie tylu złych rzeczy (czyt.: aut) na drogach.
Ruszyłem baaaaardzo ruchliwą drogą nr 7, którą nie wiadomo czemu jeździ tylu kierowców. Po co, skoro można zaoszczędzić na paliwie?
Dojechałem do Kalwarii Zebrzydowskiej po godzinie 20, toteż nie zobaczyłem dużo, a przynajmniej nie sfotografowałem, ale widoki z siódemki były przepiękne! Ach te góry ^^
W trakcie jazdy naszła mnie myśl, by pojechać do Wadowic, ale dobrze, że myśl znikła, bo była głupia – na którą ja bym do domu wrócił? ;D
Powrót przez Skawinę i Tyniec, już po nocy. Zaledwie kilka procent mijanych rowerzystów miała światła. Jak oni widzą w ciemności i że się nie boją? Sam nad Wisłą dwie nastki bym o mało nie potrącił :( Szły drogą z zakazem ruchu z wyłączeniem rowerzystów; bez żadnych elementów odblaskowych.
Ach, uwielbiam powietrze poza Krakowem, bo to w mieście cuchnie ;c Nawąchałem się od czystego powietrza po obornik aż do dymów wszelkich rodzajów palonych rzeczy.
Dobrze, że zabrałem ze sobą parę rzeczy, bo powrót był mroźny. Sama jazda dolinkami przeraźliwie uderzała biczami lodowatego powietrza, ale to wtedy, gdy byłem lżej ubrany. Później założyłem jeszcze bluzę i kurtkę, to było ciepełko, może nawet ciut za gorąco. Tylko uszy mi marzły. Mogłem wziąć opaskę na nie. No i paliczki, ale to już potrzebuję pełnych rękawiczek. Trzeba sobie takie sprawić jeżeli robi się tak chłodno...
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Krzeszowice)

  82.14  04:13
Po wycieczce do Olkusza chciałem ponownie odwiedzić Krzeszowice, tym razem za dnia. Pojechałem drogą, którą wtedy wracałem do Krakowa. Za dnia droga leśna wygląda zupełnie inaczej ;]
Pokręciłem się trochę po Krzeszowicach, zjadłem kebaba i ruszyłem z powrotem przez Dolinę Prądnika.
Nie wiem czemu, ale licznik wskazuje 82 km, a odbiornik GPS 77 km. Być może nie zresetowałem licznika po powrocie z pracy, a ponieważ wpisuję czas z licznika, to wstawiam również ilość przebytych kilometrów z licznika.
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Olkusz, Krzeszowice)

  102.04  05:29
Ponieważ chcę zwiedzić również te dalsze okolice, to zaplanowałem wycieczkę do Olkusza, a powrót przez Krzeszowice. Wyruszyłem odrobinę za późno, przez co w Krzeszowicach byłem tylko przejazdem.
Jak większość miast, również Olkusz się buduje – w sensie remontuje swoją reprezentacyjną część, dlatego długo tam nie zabawiłem i ruszyłem w stronę Krzeszowic. Po drodze jednak kusiło mnie, by zobaczyć Pustynię Starczynowską. Niestety zarówno ta pustynia, jak i Pustynia Błędowska zaczynają zarastać roślinnością. Stąd też nie zobaczyłem mijanej pustyni przez drzewa, które ją otaczają. Ruszyłem przez las na południe, by ominąć drogę (wystarczająco na 94 mnie minęło aut). Droga straszna. Mimo że wjechałem po pewnym czasie na czarny szlak rowerowy, to droga była piaszczysta. Chyba te wszystkie tereny były kiedyś pustynią, a te dwie pustynie na mapach są pozostałością, która jeszcze nie porosła zielenią. Łańcuch trzeszczy od piachu, trzeba będzie go porządnie wyczyścić.
Do Krzeszowic dotarłem po zmroku. Zobaczyłem tutaj kościół św. Marcina i postanowiłem, że jeszcze tu wrócę, by na spokojnie zwiedzić to miasteczko. Tymczasem ruszyłem na południe, by ponownie uniknąć ruchu i przejechać się drogą koło autostrady. Przez środek lasu, po zmroku, z marnym światełkiem, drogą jak ser szwajcarski dojechałem do miejscowości Chrosna, skąd jest przepiękny widok nocą na Kraków :) Stąd tylko parę dróg zjazdowych i jestem w Krakowie. Na liczniku nie miałem pełnej setki, więc pierwszy raz podczas moich wyjazdów przejechałem się specjalnie na Stare Miasto, by mieć pewność, że wybije 100 km.
Kategoria Dolina Prądnika, Polska / małopolskie, setki i więcej, po zmroku i nocne, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Rudawski Park Krajobrazowy

  130.26  12:07
Oto dzień, na który czekałem, by urwać się choć na trochę. Dzień zapowiadał się odrobinę deszczowy, ale mimo wszystko tego deszczu nie było. Na sam początek zaspałem i zamiast wyruszyć z rana, zbierało się południe. Dodatkowe marnowanie czasu w kolejkach sklepowych i złapanie gumy przed wyjazdem z domu jeszcze bardziej opóźniły moją wycieczkę. Dziura, najpewniej z poprzedniego dnia, w miarę sprawnie zakleiłem ją i wyruszyłem żwawym tempem na południe.
W ogóle trasę zaplanowałem wieczorem poprzedniego dnia. Wiedziałem tylko, że chcę zobaczyć Rudawy Janowickie. Nawet nie wiedziałem co mnie tam czeka i ile czasu zajmie mi zdobywanie tamtejszych widokowych "wzgórz" (tam są góry, o czym przekonałem się na miejscu).
Na przystanku, gdzie zwykle zbieramy się do wycieczek, czekali Michał z Markiem. Czekali na ludzi z forum, by udać się przed siebie, jednak nikt nie dojechał, więc wyruszyliśmy we trójkę. Oni nie mieli celu, a ja miałem, więc wyruszyliśmy w jednym kierunku. Zostałem uprzedzony o wolnym tempie. Z początku było ono uciążliwe, jednak później przekonałem się, że warto było jechać tak wolno, bo po kilkudziesięciu kilometrach już odczuwałem pokonany dystans. Gdybym jechał własnym tempem, na pewno już umierałbym w połowie drogi. Jak na złość po kilku kilometrach pękła mi dętka w miejscu, gdzie kleiłem dziurę. Tym razem guma do wyrzucenia, bo pęknięcie na szwie jest zbyt rozległe, żeby cokolwiek temu zaradzić.
Aby uprościć sobie drogę, przejechaliśmy przez Stary Jawor. Dalej typową trasą do Lipy i w Kaczorowie rozstaliśmy się. Ja od razu wypatrzyłem przepiękne widoki, których nie dojrzałem początkowo podczas innej wyprawy, gdy jechaliśmy z Jeleniej Góry (konkretnie wracając z Przełęczy Karkonoskiej). Od razu dojrzałem Cycki Bardotki (nie wiem skąd taka durna nazwa, tylko na Wikipedii znalazłem ją). Sądziłem, że Janowice Wielkie będą oddalone bardziej, ale szybko się w nich znalazłem i całkowicie przypadkiem trafiłem na drogę do Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Nawet zrobiłem zdjęcie mapy, która tam była, co odrobinę uratowało mnie, gdy sam nie posiadałem żadnej tak dokładnej. Mapy OpenStreetMap nie są zbyt dokładne i nie zawsze im ufam...
Od razu zboczyłem ze ścieżki rowerowej. Przypadek, ale chciałem zobaczyć gdzie wiedzie szlak, którym wyruszyłem. Wiódł do zamku Bolczów. Niestety była to droga niedostępna dla rowerzystów, dlatego musiałem momentami rower wnosić. Szczęście moje, że nie zawróciłem, bowiem miałem już takie myśli. Dotrwałem jednak i moim oczom ukazała się przepiękna ruina zamku :)
Po zejściu z wzniesienia (nie było mowy o zjeździe), ruszyłem szlakiem rowerowym, zatrzymując się na chwilę przy strumieniu, by odrobinę się ochłodzić. Po dotarciu do Przełęczy Karpnickiej, stwierdziłem, że nie omieszkam spróbować podjazdu na górę, którą widziałem z oddali. Piękny Sokolik :) Zdobyłem go wjeżdżając, a na zakrętach wprowadzając rower (przydałby się typowy MTB). O dziwo... na górze są stojaki do parkowania roweru! Coś zaskakującego jak dla mnie. No, ale to nie Karkonoski Park Narodowy, więc tutaj można korzystać z dobrodziejstw przyrody :)
Po skończonym zachwycaniu się widokami, w trasę powrotną zboczyłem na zachód. Tuż przed Bobrowem złapałem jeszcze jedną gumę, za co winą obarczam betonowe rowki w drodze, które nie polubiły mojego roweru. Dwa razy zdejmowałem oponę, bo za pierwszym razem nie zauważyłem, że złapałem snake'a. Taki niefart.
Nadszedł czas powrotu, bowiem zaczęło się ściemniać, a ja wciąż byłem w górach. Wyruszyłem do Janowic, zaczął mi się kończyć zapas wody. Jakież szczęście, gdy w niedzielę po 21 znalazłem sklep, który powinien być zamknięty od kilku godzin. Uzupełniłem zapas wody i ruszyłem dalej, wracając tą samą drogą.
Mijając Myślinów, zaczęły mnie niepokoić błyski. Gdy mijały kilometry, pojawiało się coraz więcej błysków, aż wreszcie zauważyłem, że są to wyładowania. Zbliżała się burza. Uznałem, że nie chcę, by mnie złapała na odludziu, bez schronienia, więc wybrałem drogę przez Męcinkę i Chroślice. Pioruny waliły wszędzie. Bez odgłosów, jedynie błyski. Dosłownie otaczał mnie ich blask. Zaczęło kropić na Nowodworskiej w Legnicy. Gdy tylko zatrzymałem się na przystanku, z którego ruszyliśmy po południu, zaczęła się prawdziwa ulewa. Nie mogłem siedzieć tam całą noc, więc założyłem kurtkę przeciwdeszczową, którą miałem na wszelki wypadek i ruszyłem do domu, kompletnie przemakając.
Uznaję wycieczkę za jedną z lepszych i wartych rozbudowania, gdy tylko wrócę w tamte strony :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, po zmroku i nocne, ze znajomymi, z sakwami, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery