Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

po zmroku i nocne

Dystans całkowity:44933.74 km (w terenie 3172.54 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2327:54
Średnia prędkość:19.19 km/h
Maksymalna prędkość:70.40 km/h
Suma podjazdów:301328 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:108246 kcal
Liczba aktywności:595
Średnio na aktywność:75.52 km i 3h 56m
Więcej statystyk

Po Poznaniu, część 22

  43.92  02:19
Po naszej ostatniej wygranej nie spoczęliśmy na laurach. Rozwijamy nasz produkt, aby mógł zostać użyty przez zespoły w innych organizacjach. Z tego powodu dzisiaj nie miałem dużo czasu na jazdę, a jednak udało mi się nawet zobaczyć efektowny zachód słońca.
Od pewnego czasu (tj. od kilku lat) chodzi za mną aparat. Dzisiaj postanowiłem rozejrzeć się po sklepach, aby wypróbować różne modele, czy aby dobrze leżą w ręku. Pojechałem więc w kierunku Lubonia, bo w Komornikach był interesujący mnie sklep. Ponieważ nie znalazłem tam tego, czego szukałem, to ruszyłem na Franowo. Po drodze, w Górczynie, trafiłem na beznadziejny układ dróg dla rowerów (gdyby chociaż były tam jakieś znaki drogowe) i chwilę pobłądziłem po okolicy. Potem podczas powrotu z Franowa miałem niespodziankę w postaci zablokowanej drogi dla rowerów i braku oznakowanego objazdu. Poznań to złe miejsce dla rowerzystów, zwłaszcza gdy podpatruję działania np. w Krakowie i widzę tę przepaść.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 5

  52.05  02:33
Po pracy skierowałem się na Tarnowo Podgórne dla paru dodatkowych kilometrów. Już połowa miesiąca, a mnie tak mało nosi. Mam nadzieję, że ten rok się dopiero rozkręca.
Ruszyłem najpierw wzdłuż Bukowskiej, aby mniej uczęszczanymi, choć bardziej zużytymi drogami dojechać do Tarnowa. Potem do Rokietnicy i przez poznański zachodni klin zieleni do domu. Spotkałem strasznie dużo baranów bez świateł oraz trzy cioty stwarzające zagrożenie w ruchu drogowym poprzez używanie silnych świateł skierowanych w oczy innych uczestników ruchu. Naprawdę tak się boją, że ktoś ich nie zauważy? Byłoby lepiej, gdyby zostali w domu, bo kiedyś zginą przez swoją bezmyślność.
Na początku tygodnia, jak co dzień, zaparkowałem rower pod galerią handlową, ale wyjątkowo nie chciało mi się zabrać osprzętu ze sobą. Pół godziny później nie miałem licznika. Ochrona na monitoringu mnie olała. Nie chcieli nawet spojrzeć na nagranie, czy może sprawca nie porzucił licznika gdzieś w pobliżu. Co za tępych leni tam zatrudniają. Zabawne, że byłem w sklepie sportowym i przy okazji przeglądałem liczniki rowerowe. Nie pierwszy raz zostałem okradziony i wiem, jak uciążliwe jest zgłaszanie kradzieży na policji, więc po prostu wróciłem, by kupić nowy. Padło na najtańszy, który choć trochę dorównywał Crivitowi – Sigmę 1200. Nie jestem zadowolony, bo liczba braków jest wprost proporcjonalna do ceny. Crivit, kilkakrotnie tańszy, był dużo lepszy. W Sigmie brakuje temperatury minimalnej i maksymalnej, podświetlenia ekranu, możliwości wyłączenia zbędnych funkcji, do tego czas jazdy wyłącza się po kilku sekundach od zatrzymania roweru, a programowanie licznika jest bardzo niewygodne, bo do wciśnięcia przycisku zmiany ustawień trzeba użyć ostrego przedmiotu. Być może ten licznik ma jeden plus, ale nie miałem jeszcze okazji tego sprawdzić – wodoodporność. Gdy styki Crivita były wystawione na ciężkie warunki pogodowe, po pewnym czasie dochodziło do zwarcia i zatrzymania naliczania kilometrów (trzeba było wytrzeć podstawkę do sucha). Ciekawe, jak to jest w Sigmie.
Nie pamiętam, czy się ostatnio żaliłem, ale zajechałem już trzy środkowe zębatki w mojej siedmiorzędowej kasecie. Stąd też od ciągłego przerzucania o cztery biegi nadwyrężyłem sobie kciuk. Może manetki nie są bez winy, bo prawa ciężko wrzuca na największe zębatki, a regulacja niewiele daje. Nie chcę teraz wydawać pieniędzy na kolejne naprawy, choć zastanawiam się, czy nie wybrać osobno manetek i osobno klamek, bo w tej chwili mam klamkomanetki Shimano ST-EF51, a zużycie tych elementów odbywa się w różnym tempie. Wydaje mi się, że w mieście wystarczyłby mi rower z dwoma biegami. No, może trzema. Ciekawe, czy udałoby mi się złożyć coś takiego. Z przodu blat 36-zębowy, z tyłu 13-18-24. I do tego waga choć o połowę niższa niż moje obecne 17 kg, czy tam ile on teraz waży.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Propsy

  37.56  02:00
Postanowiłem wybrać się po pracy na wycieczkę. Ostatnio tak rzadko to robię. Nie mogę znaleźć przyczyny mojego braku chęci do wypraw. Mam nadzieję, że to tylko dlatego, że znudziła mi się okolica, a nie że bierze mnie jakaś cholera.
Nie miałem planu, więc jechałem przed siebie. Rano na trawnikach była cienka warstwa śniegu, ale do wieczora zdążyło to stopnieć i porobić kałuże. Nie chciałem jechać po błocie, więc gdy dojechałem do zachodniego klina zieleni, to starałem się wybierać asfalt. Nie udało się, bo wciągnąłem się w leśną ścieżkę. Dosyć suchą, więc tyle dobrego. Nad jeziorem Rusałka próbowałem zrobić jakieś zdjęcie, póki zmrok nie zabrał wszystkich widoków, ale coś mi telefon szwankuje, bo nie wyszło tak ładnie, jak chciałem. Potem ruszyłem dalej na zachód. Wszystko się tak zmieniło, bo zrobili wycinkę drzew i ledwo się orientowałem w terenie. Przy okazji rozwalili drogę, więc nie widząc, gdzie błoto się kończy, pojechałem w innym kierunku, a potem to w ogóle zacząłem okrążać Rusałkę. Jakoś tak mi się jazda spodobała, że wyjechałem na miasto i zacząłem krążyć głównie po drogach osiedlowych, nie zawsze trafiając odpowiednio.
Miałem w głowie zrobienie pierścienia w granicach miasta, jednak nie chciałem zabłądzić, więc skierowałem się bliżej centrum, potem jakoś na drugą stronę Warty, za rondo Środka, które przerywa ciągłość drogi dla rowerów i trzeba kombinować (nie lubię tamtego komunistycznego przejścia podziemnego, więc zwykle nadrabiam kilometrów), aż dojechałem pod muzeum Brama Poznania, żeby dalej podążyć nową drogą dla rowerów na północ. Nawet nie wiem, jak się ten skrawek ziemi nazywa, ale cieszę się, że go rewitalizują. Z drugiej strony mogliby spojrzeć też na ulice, które wymagają przebudowy lub dodania dróg dla rowerów. Codziennie do pracy dojeżdżam po zakorkowanych ulicach i muszę wjeżdżać na chodniki, żeby bezpiecznie i szybko dostać się do biura.
W zeszłym tygodniu kupiłem amortyzowany widelec. W weekend cudem go zamontowałem, ale i tak nie jestem zadowolony ze szczeliny między koroną widelca i sterami. Sama jazda to niebo w porównaniu z widelcem sztywnym czy starym amorem (który de facto zachowywał się jak sztywny). Teraz mi brakuje amortyzacji pod rzycią.
Słowem wyjaśnienia tytułu. W weekend, ponad 2 tygodnie temu, wraz z kilkunastoma osobami z firmy wziąłem udział w największym na świecie hakatonie (inaczej maraton programistyczny) i wygraliśmy to. Nasz projekt, Propsy, powstał jako narzędzie do monitorowania umiejętności zespołu i umożliwiania samorozwoju. Sama wygrana umożliwi mi realizację miesięcznej wyprawy przez Islandię.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pętla: Poznań – Obrzycko – Rogoźno

  140.24  07:03
Niedzielny poranek upływał szybko, ale spiąłem się, wzrokiem obwiodłem kilkakrotnie mapę w poszukiwaniu nieznanych dróg i pojechałem. Miał to być przyjemny dzień ze zwyczajną podpoznańską pętlą.
W drodze do Szamotuł zaczepiłem o zachodni klin zieleni i tym samym odrobinę terenu. W Kiekrzu skończyli remont drogi, tworząc niby-drogę dla pieszych i rowerów. Typowe niedbalstwo polskiego projektanta-nieuka, którego wiedza zatrzymała się gdzieś na epoce PRL-u. Wysokie krawężniki, frezowana kostka Bauma, brak przejazdów dla rowerów czy znaki postawione w losowych miejscach to typowe błędy takich „inżynierów”. Całe szczęście, że po ostatniej nowelizacji prawa o ruchu drogowym zostało to wyjaśnione, że rowerzysta nie ma obowiązku poruszać się po współdzielonej drodze dla pieszych i rowerów. A niech no mi któryś zwróci uwagę.
Potem bez rewelacji przez Szamotuły, Obrzycko i Puszczę Notecką (ale wyjątkowo po asfalcie) w kierunku Rogoźna. Kombinowanie mi za bardzo nie wyszło, bo wiatr wiał z północnego-wschodu, więc ten ostatni odcinek był cięższy. Tuż przed Rogoźnem na krajowej jedenastce wciąż straszy głupota polskiej myśli inżynierii drogowej. Zakaz wjazdu rowerem, a droga dla rowerów oddalona od szosy głębokim i brudnym rowem. W dodatku kawałek dalej, na moście, zerwali połowę nawierzchni i ustanowili ruch wahadłowy. Co z rowerzystami? Oczywiście mieli ich w najciemniejszym miejscu. Przedostałem się w chwili, gdy obie strony miały czerwone światło. Patrząc na to, co się tam dzieje, nawet nie przechodzi mi przez głowę myśl, że może pojawić się tam szerszy chodnik (wcześniej było zwężenie – aż pół metra).
Zostało mi 40 km do domu. Zaczął zapadać zmierzch. Temperatura rano wynosiła 5 °C, potem w słońcu nawet dochodziło do 10 °C, ale wieczorem spadło do 0. Na szczęście walkę z wiatrem miałem za sobą, więc spokojnie dojechałem do domu, zahaczając o kilka osiedli. Droga dla rowerów na moście Lecha wciąż jest w teorii zamknięta. Ile to się jeszcze będzie ciągnąć? Drugą Kaponierę tam budują?
Wczoraj wybrałem się do Wrocławia na Międzynarodowe Targi Turystyczne. Szukałem pomysłu na majówkę. Co roku odwiedzam naszych południowych sąsiadów, ale może tym razem mój wzrok skieruję bardziej na zachód, na Czechy. Teraz zorientowałem się, że nie widziałem mojego roweru od piątku. Przerwałem prawie dwumiesięczny cykl codziennej jazdy.
Po ostatnim fikołku skręcanie rowerem przestało być przyjemne, bo zacząłem zahaczać butem o przednie koło, a w zeszłym tygodniu to nawet połamałem nowiuśki błotnik. Tym sposobem zraziłem się do sztywnego widelca i już zamówiłem amortyzator Santoura. Mam ogromną nadzieję, że będzie mi służył dużo dłużej niż poprzedni. Z pewnością zacznę dbać o jego konserwację.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Puszcza Notecka, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Gala konkursu Nagroda „Rowertouru” 2015

  25.82  01:21
Plany na dziś miałem zupełnie inne, jednak skończyłem na szóstej gali rozdania nagród „Rowertouru”. Całkiem dobrze się złożyło, bo czasopismo czytam od ponad roku. Miałem więc okazję poznać tych wszystkich ludzi, którzy za tym stoją, a i nie zaszkodziło pogadać z tymi, co podróże kochają tak jak ja.
Wybrałem się najpierw do sklepu turystycznego z paroma pytaniami. Przed wyjściem wyszperałem w internecie kilka potrzebnych mi rzeczy, natrafiając przy tym na informację o gali. Mam zaległości w czytaniu magazynu, więc nawet nie wiedziałem o tym wydarzeniu, więc tylko cudem wziąłem w nim udział. Znalazłem miejsce, czyli halę AWF-u, zaparkowałem brykę obok innych nielicznych, kupiłem archiwalny numer czasopisma, który rzucił mi się w oczy (był tam opis wyprawy do miejsca, które chcę odwiedzić), pokręciłem się i w porę zająłem miejsce.
Program gali zaczął się trochę wcześniej, bowiem przed uroczystością odbyły się warsztaty. Ja nie zdążyłem. Po godzinie 14 zostały wyświetlone trzy prezentacje z podróży. Pierwsza – wzdłuż zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Kuszące, ale samemu jednak bałbym się. Druga to opowieść pana Jacka Hermana-Iżyckiego o podróży sprzed 36 lat przez piaski Afryki. Bardzo mi się podobała. Kilka lat temu dałem się namówić na wróżbę i dowiedziałem się, że bodajże w obecnym roku wyruszę przez Czarny Ląd. Słaba wróżba, bo mój tegoroczny wakacyjny cel leży w Europie. A trzecia – rodzinna wyprawa przez Maroko i Europę. Nie sądziłem, że tak daleka podróż z półrocznym dzieckiem może być taka prosta. Przynajmniej na slajdach na taką wyglądała. W międzyczasie zostały wręczone nagrody w trzech kategoriach, a na koniec odbyło się losowanie nagród dla publiczności. Szkoda, że nie wziąłem ze sobą kuponu z ostatniego numeru magazynu. Mogłem jedynie cieszyć się szczęściem innych. Żałuję też, że nie miałem okazji porozmawiać ze wszystkimi laureatami, ponieważ wśród nich byli tacy, którzy odwiedzili cel mojej tegorocznej podróży. Mam nadzieję, że w przyszłym roku i ja znajdę się tam, gdzie dzisiaj stali laureaci. Doświadczenie w pisaniu mam, tylko więcej odwagi potrzebuję, bo „Rowertour” ma nakład 7 tys. egzemplarzy, a to znacząco przewyższa liczbę moich obecnych czytelników.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 3

  98.57  04:40
Na dzisiaj nie miałem żadnego ciekawego planu. Temperatura poniżej zera nie zachęcała do dalekich podróży, więc wybrałem okolice Poznania. Wiatr był niezauważalny, więc mogłem pojechać w którąkolwiek stronę. Wybrałem drogę wojewódzką nr 306, bo jeszcze mnie na niej nie było.
Chciałem wyjechać z Poznania przez Kiekrz, ale się zamyśliłem i wjechałem na wojewódzką nr 307. Chodniki dla rowerów są w niektórych miejscach nieprzejezdne przez zalegający lód. Chyba najpierw musi dojść do tragedii zanim ktoś zmądrzeje i zaprzestanie wstawiać te durne zakazy i nakazy dla rowerów. Na dzisiaj prognozowane było duże zachmurzenie i przelotny śnieg. Trochę poprószyło, gdy wyjeżdżałem z miasta, ale kiedy zatrzymałem się na zdjęcie, było za późno. Cóż, zima się jeszcze nie skończyła, więc może będę miał okazję na ciekawe zdjęcia w zimowej scenerii.
Po pewnym czasie zdecydowałem się ominąć Buk, ale nie udało mi się. Nie miałem przed oczami mapy i źle skręciłem. Przynajmniej zagrzałem się w sklepie i zjadłem trochę zieleniny. W kierunku Mosiny złapał mnie zmierzch, bo się za mocno ociągałem. Wcześniej jednak na niebie pojawiało się od czasu do czasu słońce, więc zażyłem witaminy szczęścia. Szkoda że tego wiatru było tak niewiele, bo w niektórych miejscach aż umierałem od śmierdzących spalin. Spotkałem dzisiaj tylko jednego kolarza, który nawet mi pomachał. Rowerzystów w Poznaniu było wyjątkowo dużo, aczkolwiek połowa z nich świeciła oczami.
Jeszcze przypadkiem zarysowałem komuś auto, bo dwa barany zablokowały drogę dla rowerów. No co zrobić? Nie zmieściłem się. Zrobiłem na koniec rundkę rozjazdową i dojechałem do domu. Do cieplutkiego domu. Żaden tam zimny dworzec, telepiący pociąg, kolejna rozgrzewka, żeby dojechać z dworca do domu. Ach, miło jest tak szybko wrócić i odpocząć. Teraz będę robił takie wyprawy częściej. W tym sensie, że ograniczę podróżowanie pociągami czy spanie w hotelach. Czekają mnie oszczędności, bo tegoroczna wielka wyprawa pochłonie dużo kosztów, stąd też pomysł na pozyskanie sponsoringu. Zdradzę kolejny szczegół – będę leciał samolotem.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek, Wielkopolski Park Narodowy

Po Poznaniu, część 21

  28.38  01:27
Za późno wstałem, aby pojechać gdzieś za miasto. Pomyślałem, żeby zajrzeć w kilka miejsc, ale pocałowałem jedynie klamki. Spróbuję w ciągu tygodnia, skoro w weekend jest tak słabo. Objechałem kawałek miasta, przemarzłem w dłonie i wróciłem z dobrym humorem do domu.
W tym tygodniu zacząłem na poważnie przygotowania do mojej życiowej wyprawy. Nadal nie zdradzę wielu szczegółów, ale planuję ją na przełomie czerwca i lipca, czyli tradycyjnie w okolicach moich urodzin. W pracy zgodzili się dać mi... miesięczny urlop. W końcu też zamówiłem sztywny widelec, dlatego w przeciągu dwóch tygodni moja bolączka stukania w rowerze powinna się wreszcie skończyć. Podobno zmieni się geometria roweru, więc będę miał czas na przyzwyczajenie się. Na obecnym napędzie przejechałem już 15 tys. km, więc do czerwca mam nadzieję wykręcić jeszcze kilka tysięcy, aby wyruszyć na w pełni sprawnym pojeździe. Rozglądam się też za trzecim kołem, całym ekwipunkiem i sponsorami. Mam więc ręce pełne roboty, ale satysfakcja z tej podróży będzie olbrzymia. Aha, ta wyprawa jest spełnieniem moich marzeń.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Po Poznaniu, część 20

  32.30  01:36
Zrobiło się ostatnio paskudnie na dworze. Wczoraj spojrzałem na mój łańcuch i nie było dobrze. Był cały pokryty rdzą. Na szczęście żadne ogniwo nie zespoliło się, ale i tak martwię się. Od kilku już lat myślę o rowerze do zadań specjalnych, jednak nie widzę go w najbliższej przyszłości. Może za kilka lat kupię sobie nowy, a obecny przeznaczę na trudne warunki.
Dzisiaj wyszedłem, żeby pojeździć odrobinę po czarnym asfalcie. Na mapie wypatrzyłem drogę, którą jeszcze nie jechałem. Ruszyłem w stronę Kiekrza, a potem wzdłuż jeziora na południe. Trafiłem na drogę krajową, choć byłem przekonany, że będzie to wojewódzka (wszystko przez ostatnią zmianę kolorystyki na osm.org). Nie czułem się tam bezpiecznie, ale nie miałem wyboru i jechałem za znakami do centrum. Trochę pobłądziłem przez brak drogowskazów na drogach dla rowerów. Pomogłem też pchać auto, bo komuś padło na skrzyżowaniu. Z rowerem nie ma tego problemu, żeby usunąć go z drogi w razie awarii.
W Parku Sołackim ścieżki są nieodśnieżone i oblodzone, więc lepiej go unikać. Co ciekawe Park Wodziczki już jest zadbany, więc jadąc z centrum do zachodniego klina zieleni można się nabrać na początkowo dobrze utrzymany stan chodników. Temperatura na przedmieściach -0,5 °C, a w centrum 0,5 °C. Włożyłem dzisiaj lżejsze rękawice i tak dziwnie się jechało po ponad tygodniu w rękawicach narciarskich.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Do miejsc białych

  131.44  06:39
Za oknem było biało. Na szczęście śnieg tylko prószył, więc nie utrudniał jazdy. Śniadanie podali w formie szwedzkiego stołu. Mogę spokojnie polecić Przystanek Tleń jako dobre miejsce na wypoczynek. A dla rowerów mają pomieszczenie zwane rowerownią.
Było jeszcze chłodniej niż wczorajszego poranka, bo poniżej -9 °C. Na niebie pełno chmur, zero ciepłych promieni słonecznych i śnieg sypiący leniwie z nieba. Czułem zmęczenie i droga nie szła mi szybko. W dodatku wiatr dziwnie się zmieniał i od czasu do czasu przeszkadzał. Zmarznięty, w końcu dotarłem do Tucholi, ogrzałem się na stacji benzynowej, rozważyłem warianty zakończenia dzisiejszego dnia i ruszyłem dalej. W międzyczasie zniknęły chmury, a nawet temperatura wzrosła do -8 °C.
Nie polecam wjeżdżać do Chojnic od strony Tucholi. Bynajmniej nie rowerem. Ciekawe, jakby tak zrobili ten cały rollercoaster na ulicy. Co powiedzieliby kierowcy? Popaprańcy biorą się za budowanie dróg i później tylko się irytuję. Przeklęte miasto.
Na drogach pojawiła się sól. Tylko po co? Śniegu przecież nie było w tamtym rejonie. Za Człuchowem zapadł zmierzch. Zaczynało mi brakować czasu. Jechałem ile sił w nogach. Pomagało to na zamarzające palce, które przy -12 °C coraz gorzej sobie radziły w rękawicach narciarskich. Mój pomysł na dzisiejszy wieczór to dotrzeć na pociąg ze Szczecinka do domu. Miałem dość temperatury spadającej z dnia na dzień. Chciałem odpocząć przed pracą w nowym roku. Nie udało się. Na dworzec spóźniłem się kwadrans. Pociągu już nie było, choć liczyłem na opóźnienie. Pozostawał plan b – nocleg w Szczecinku. Miasto przywitało mnie grubszą warstwą śniegu oraz tysiącem znaków zakazu wjazdu rowerem. Jakości dróg dla rowerów pod śniegiem nie komentuję, ale wysokie krawężniki i przejścia dla pieszych zamiast przejazdów dla rowerów to bezmyślne kopiowanie idiotycznych rozwiązań z innych miast. Jedno mnie zaskoczyło – zamknęli niektóre ulice dla ruchu rowerowego, przekształcając metrowej szerokości chodnik w drogę dla pieszych i rowerów. Co w tym niezwykłego? Ano to, że w każdej chwili rowerzysta może wpaść na osobę wychodzącą z jednej z kilkudziesięciu kamienic. Brawa dla idiotów.
Wypatrzyłem na mapie Szkolne Schronisko Młodzieżowe. Gdy je w końcu znalazłem, okazało się zamknięte na 3 dni. Właśnie teraz. Kręciłem się jeszcze po okolicy, gdy ktoś z dobrym sercem mnie zaczepił. Próbował mi pomóc i wskazał kilka miejsc, w tym najbliższy hotel. Przynajmniej nie marzłem długo.

Kategoria z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, Polska / zachodniopomorskie, Polska / pomorskie, Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, rowery / Trek, wyprawy / Zimowa 2015/2016

Inny początek sezonu

  146.74  08:08
Moje wczorajsze wyjście na pokaz sztucznych ogni skończyło się mocnym snem. Było sporo czasu, więc położyłem się i zdrzemnąłem, i wstałem grubo po północy. Strata może była, bo bardzo chciałem zobaczyć nadejście nowego roku znad Wisły, skoro już byłem w Toruniu, ale przynajmniej wyspałem się, więc pełen energii mogłem ruszać dalej.
Miałem dość kierunku wschodniego, więc obiecałem sobie, że Golub-Dobrzyń będzie ostatnim takim miastem na wschodzie. Wyjechałem wcześnie w poszukiwaniu śniadania. Dzisiaj nawet McDonald's był zamknięty, więc ruszyłem do Orlenu. Spotkałem tam po raz drugi pana, który nocował w tym samym miejscu, co ja. Facet lubi dużo mówić.
Wydostać się z Torunia nie było łatwo. Wzdłuż mojej drogi ciągnęły się zakazy i drogi dla rowerów. Przeklinałem drogowców za brak znaków. Tam trzeba znać na pamięć rowerową sieć drogową, aby można było dokądkolwiek pojechać. Kierowcy mają setki informacji, a my? Zakaz wjazdu na te dobrze oznaczone drogi. Głupcy.
Droga dziwnie mi się dłużyła. Do Golubia-Dobrzynia dojechałem po południu. Zainteresował mnie zamek widoczny z kilku kilometrów od miasta. Gdybym tak miał więcej czasu, to zobaczyłbym jego wnętrza, o ile ktokolwiek by mnie do nich wpuścił w Nowy Rok. Drogi były dzisiaj takie puste. Jakby prawie wszyscy stali się nieżywi. Cóż, po sylwestrze można to wziąć na serio.
Kierunek na północ już był łatwiejszy. Wiatr albo pomagał, albo wiał z boku. Temperatura rano była podobna do wczorajszej – w dzień nawet -4 °C, ale im bliżej wieczora, tym szybciej zmierzała do -10 °C. Zmierzch złapał mnie w Radzyniu Chełmińskim. W Grudziądzu już nie wytrzymywałem zimna i niestety pierwszy na drodze znalazł się McDonald's. Ustaliłem cel mojej dzisiejszej podróży i po próbie znalezienia grudziądzkiego Starego Miasta (w sumie udało mi się, ale było tak zimno, że nie zauważyłem tego), ruszyłem dalej na zachód, do Tlenia. Najpierw dostałem się do Warlubia, żeby dalej pojechać prosto po drodze wojewódzkiej. Kilkanaście kilometrów lasu ciągnęło się w nieskończoność. Temperatura spadła do -11,4 °C, a przynajmniej tyle widziałem po raz ostatni, bo licznik zdołał zamarznąć i się wyłączyć. Do hotelu udało mi się dotrzeć przed jego zamknięciem, choć na kolację było za późno. Dostałem pokój w motywie chińskim. Ciekawy chwyt marketingowy. Aż chciałoby się tu wrócić i zobaczyć pozostałe kraje.
I jeszcze tradycyjnie podsumowanie minionego roku. Odrobinę inne, bo zwykłem zaczynać sezon 4 stycznia.
To był naprawdę udany sezon. Udało mi się pobić poprzedni roczny rekord o półtora tysiąca kilometrów, mimo że w planach miałem kontynuowanie studiów. Nic z tego nie wyszło, a moje uzależnienie od roweru przybrało na wadze. Zdecydowanie zacząłem robić wyprawy dystansowe, bo średnia długość wycieczki w tym roku to 118 km. Co ciekawe, suma dystansu dojazdów do pracy (a także dojazdów do dworca, bo wszak wiele wypraw odbyło się z udziałem pociągów) to nieco ponad 4 tysiące kilometrów. W teren wjechałem o ⅓ rzadziej niż w sezonach poprzednich. Wykonałem tylko jedną poważną wyprawę – urodzinową w Bieszczady. No, może dwie, ale druga właśnie trwa rozdarta między dwa sezony. W górach byłem jeszcze 2 razy – w Sudetach – przed urodzinami Bożeny oraz spontanicznie po ziemi kłodzkiej. Kilka razy kierowałem się też nad morze, z czego tylko raz sukcesywnie. Najdłuższa wyprawa miała zaledwie 240 km. Dzięki temu, że zacząłem pracę w innej firmie i mogę chować rower pod dachem, to najdłuższa ciągłość jazdy na rowerze wyniosła 56 dni (gdyby nie dwa leniwe dni w listopadzie, mogły to być 94 dni pomiędzy dwoma nierowerowymi urlopami). To chyba tyle o roku 2015, a co w 2016? Mam pewien odważny plan, ale czy się ziści, o tym się przekonam za parę miesięcy.

Kategoria setki i więcej, po zmroku i nocne, Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, z sakwami, rowery / Trek, wyprawy / Zimowa 2015/2016

Kategorie

Archiwum

Moje rowery