Kontynuowałem jazdę po krajowej jedynce. Jazda na czołówkę nie ma końca. Dzisiaj śmieć jeszcze pokazał środkowego palca, gdy uciekałem do rowu. Bezpieczeństwo w tym kraju sięga dna. Nawet Islandczycy, z którymi rozmawiałem są tym zaniepokojeni.
Uciekłem na boczne drogi. Nadal niebezpieczne, ale chociaż ruch mocno zmalał. Postanowiłem odwiedzić dwie atrakcje po latach. Po drodze zjadłem skyr z mlekomatu. Zobaczyłem lisa polarnego w letniej szacie. Wpadłem na niewygodne szutry, parę podjazdów i znalazłem się pod wodospadem Gullfoss. Pojawiły się ostrzeżenia o kieszonkowcach. Połaziłem tu i tam, porobiłem zdjęcia i ruszyłem dalej.
Dotarłem na kemping. Ten miał takie udziwnienie, że blok prysznicowy zamykali po godz. 21. Umyłem się i poszedłem się trochę napocić, żeby zobaczyć gejzery w różnych punktach widokowych. W tych stronach są muszki znane mi ze Szkocji. Mniejsze od meszki, ale kąsają boleśnie.




