Ruch na krajowej jedynce był dzisiaj głównie w kierunku wschodnim, czyli przeciwnym do mojego. W tym rejonie jednak pielgrzymki aut są tak duże, że jeździli w kolumnach po kilkadziesiąt aut, ale zdawałoby się, że po kilkaset. Skąd na tak małej wysepce tyle tego?
Zgodnie z moimi przewidywaniami kierunek wiatru zmienił się i miałem pod wiatr. W dodatku wiało mocno. Parę razy uciekłem na boczne drogi, które wydłużały jazdę. Nie wspominając o tym, że są one szutrowe, a że nikt o nie nie dba, to wygód próżno było szukać.
Naszły chmury i zrobiło się przyjemnie chłodno. Nawet wiatr osłabł. Odwiedziłem ponownie wodospad Seljalandsfoss, już bez moczenia się pod nim i pojechałem do przegapionej wczoraj atrakcji. Wspomniany wcześniej samolot DC-3 na plaży Sólheimasandur nie był jedynym wrakiem. Inny DC-3 został uszkodzony w 1969 i sprowadzony w obecne miejsce (jego historia jest dostępna na stronie farmy). Mimo dużo łatwiejszego dojazdu nie zastałem tam nikogo. Obfotografowałem go i ruszyłem dalej.
Przejechałem kawałek dawnego przebiegu krajowej jedynki. Miałem jeszcze pokrążyć po bocznych drogach, ale ciemne niebo nie wróżyło niczego dobrego. W dodatku okolice są pełne pastwisk, więc przy pogorszonej przejrzystości powietrza nie zobaczyłbym wiele. Pojechałem prosto przed siebie. Dotarłem na kemping i zrobiłem pranie, żeby dosuszyć mokre ubrania. Pojawiło się kilka przelotnych opadów, gdy rozbiłem namiot.




