Wiatr nie zmienił się wiele od wczoraj, ale gdy ruszyłem, to wiał z południa, czyli boczny. Jeden problem z głowy. Drugim byli mordercy w blaszakach. Nie miałem wielu alternatyw, ale w kolejnym mieście wjechałem na boczną drogę. Wydłużyła jazdę, ale było pusto. Niestety nie wszystko było takie kolorowe, bo część trasy była szutrowa z obrzydliwą tarką. Więcej niż 5 km/h nie dało się jechać. Koszmar.
Dotarłem do wodospadu Seljalandsfoss. Opad często ustawał, więc dało się robić zdjęcia. Było bardzo podobnie, jak 10 lat temu. Dla rozgrzania zjadłem tradycyjną zupę z jagnięciną, przespacerowałem się pod wodospadem i ruszyłem dalej. Tu niespodzianka, bo nagle wszyscy zaczęli jechać bezpiecznie. Jak za dotknięciem magicznej różdżki. Do tego wiatr osłabł. Zostały tylko przelotne opady.
Znalazłem się na kempingu. W tym roku zmienił lokalizację z powodu ochrony przyrody, więc miał braki, ale właścicielka wskazała mi prysznic. Dostępny dla nielicznych, bo byłem tam sam, chociaż przebieralnia była wspólna. To pierwszy tak deszczowy dzień tej wyprawy. Trochę mi zeszło z suszeniem rzeczy w namiocie.
Miałem trochę czasu, więc chciałem zobaczyć wrak samolotu DC-3 z teledysku Fjara grupy Sólstafir. Wybrałem się na miejsce rowerem. Wyczytałem, że od pewnego czasu można tam dostać się tylko pieszo. Jechałem, jechałem i żadnych ogrodzeń nie było. W końcu dotarłem na miejsce, by zastać szczątki, ale nie wiem czego. Szybka weryfikacja i okazało się, że oznaczyłem nie to miejsce, co potrzeba. Nie mam pojęcia, jak to zrobiłem. Zrezygnowany wróciłem na kemping. Wybrałem się jeszcze na spacer do wodospadu Skógafoss. Przelotna mżawka nie odpuszczała.




