Wyszedłem trochę późno, akurat naszła chmura. Nie przerywałem jednak i dojechałem do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Pokonałem tylko kawałek szlaku i szybko stamtąd wyjechałem. Chmura się trochę rozeszła, więc postanowiłem przejechać się na około do centrum Poznania, ale zauważyłem „oberwanie” chmury na horyzoncie, więc zrezygnowałem z dalszej jazdy i ruszyłem prosto do domu. Trochę przemokłem, bo zaczęło padać, gdy robiłem zakupy.
Prognoza pogody groziła wieczornymi opadami, a po wczorajszym deszczu obudziłem się z katarem, więc pojechałem pokręcić się po mieście z planem zobaczenia Rezerwatu Żurawiniec. Zrobiło się upalnie, na postojach zalewał mnie pot. Koszmarne lato zbliża się nieubłaganie.
Prognoza pogody była całkiem optymistyczna. Nie mogłem się dodzwonić do fryzjera, więc pojechałem do centrum. Był termin na kolejną godzinę, więc miałem czas przejechać się po mieście. Obciąłem się i po wyjściu zaskoczyły mnie krople deszczu. Kombinowałem, gdzie się schować w razie większego opadu i przejeżdżając obok stacji kolejowej, schowałem się tam. Rozpadało się, ale nie jakoś mocno, więc ruszyłem do domu. Przemokłem, bo pod koniec już padało solidnie. Fryzjerki też martwiły się, że przemokną, gdy będą kończyć pracę.
Wyszedłem bez planu. Niebo groziło deszczem. Pojechałem na Szachty, ale było tam tak zielono, że poczułem niedobór kwiatów. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać kolejne ukwiecone rośliny. Niektóre oglądałem prawdopodobnie po raz pierwszy. Chmury się przejaśniły, nawet słońce zaczęło zerkać. Przejechałem się do centrum i z powrotem.
Dzień zaczął się tak samo, jak wczoraj, czyli gorąco, a chmury naszły dużo później, choć nie wpłynęły na temperaturę. Wjechałem na drogi leśne i polne wzdłuż Narwi. Było trochę grzebania się w piachu. Potem parę wijących się niczym wąż dróg dla kaskaderów i znalazłem się na drodze wzdłuż Kanału Żerańskiego. Było strasznie dużo rowerzystów. Dotarłem do Warszawy, wygodny asfalt zmienił się w dziurawe drogi gruntowe. Znalazłem się nad Wisłą, chwilę pokręciłem się po Starym Mieście i dotarłem na dworzec, skąd nieco później odjeżdżał mój pociąg. Majówka wyszła na 940 km, nieco więcej niż planowałem. Planowałem też więcej deszczu niż słońca. Może i nie zmokłem, ale się opaliłem.
Pierwotnie planowałem jechać na zachód, ale dobrze, że zabrałem się za planowanie wyprawy z wyprzedzeniem, bo nie było miejsc w pociągu powrotnym z Olsztyna. Musiałem się dostać do Warszawy. Na dzisiaj były prognozowane opady, a tym samym zachmurzenie. Niestety prognoza się zmieniła i jechałem w słońcu. Najpierw do Wielbarku po lasach pełnych ptasich śpiewów. Do Chorzeli spróbowałem krajówki, bo była pusta. Szybko się to zmieniło, a ja wróciłem na drogi leśne. Niestety były pełne grząskiego piachu. Najgorszego podczas tej wyprawy. Do Przasnysza biegła pusta droga, obok której zrobili dziurawą drogę dla kaskaderów. Wreszcie pojawiły się chmury, ale tylko nieznacznie obniżyły temperaturę. Na koniec drogami lokalnymi dojechałem do Pułtuska. Wpadłem na kilka odcinków szlaku Velo Mazovia i zrobiło się dziwnie płasko w porównaniu do ostatniego tygodnia. Zatrzymałem się na stacji benzynowej. Okazuje się, że prowadzą niewielki motel na zapleczu. Szkoda tylko, że przede mną zatrzymał się tam ludzki odpad, który miał za nic zakaz palenia, bo jedyny wolny pokój był przesiąknięty nieznośnym odorem.
Spodziewałem się zachmurzenia, ale nastał kolejny gorący dzień. Wróciłem na szlak Mazurskiej Pętli Rowerowej, aby pokonać ostatni odcinek i w Mrągowie zamknąć pętlę. Postawię go obok szlaku Green Velo – ciekawy, ale tylko dla wytrwałych.
Po drogach polnych i innych dostałem się do miejscowości Kobułty, gdzie na początku tygodnia uciąłem jazdę po szlaku Rowerem po kolei. Dzisiaj dokończyłem ten 40-kilometrowy asfalt położony na nasypie dawnej linii kolejowej. Zasypali jeden tunel pod drogą wojewódzką, a tak poza tym ścieżka biegła jednym ciągiem (pomijając jeszcze szykany na kilku skrzyżowaniach).
Ruszyłem do Węgorzewa. Poranek był przyjemnie chłodny w porównaniu do poprzednich dni. Szlak wiódł po dawnej linii kolejowej. W mieście trafiłem na półmaraton poprowadzony po moim szlaku. Całe szczęście udało mi się stamtąd uciec zanim dobiegli pierwsi biegacze. Zahaczyłem nawet o szlak Green Velo.
Wiatr się trochę rozszalał, ale dzięki temu tumany kurzu zostawiane przez egocentryków szybciej przepadały. Ta część szlaku znacznie obfitowała w drogi gruntowe. W Mamerkach przejechałem się po bunkrach, ale jest ich tyle, że wystarczyło mi kilka. Chciałem jeszcze rzucić okiem na największy, ale dozorca wytłumaczył, że muszę kupić bilet na cały kompleks. Może będę miał powód do powrotu w te strony.
Droga się dłużyła, a im bliżej Ryna, tym grząższe były piaski na drogach leśnych, polnych, a nawet na nasypie dawnej linii kolejowej. Chciałem zobaczyć zamek, ale jest w nim hotel, a zwiedzanie odbywa się w ustalonych godzinach i pewnie trzeba być gościem. Musiałem obejść się smakiem i ruszyłem do miejsca noclegowego, znów trafiając na paskudne piachy.
Kolejny gorący dzień. Dzisiaj odcinek w kierunku północnym. Kawałek wzdłuż kanału, trochę lasu, dróg lokalnych i dróg dla rowerów wzdłuż polnych dróg, sporo przyjemnych szutrów. W kontraście do wczoraj drogi leśne wiodły przez wykarczowane lasy. Komary nadal nie dawały wytchnąć. Jechałem wzdłuż granicy Mazurskiego Parku Krajobrazowego, nad jeziorem Śniardwy, wzdłuż wąskich jezior, aż dotarłem do Giżycka. Po drodze pomogłem skuć łańcuch, który zerwał się rowerzyście. Zjadłem kolejną rybkę, zobaczyłem most obrotowy, ale nie chciałem czekać na jego obrót, który miał być ponad godzinę później. Wspiąłem się jeszcze na wieżę ciśnień i ruszyłem dalej. Trochę okrężną drogą. Noclegów szukałem tydzień wcześniej, a już wtedy było ich niewiele. Gdybym się nie obawiał ochłodzenia, to zabrałbym namiot, ale teraz wiem, że to nie byłby najlepszy pomysł. Komary cięły, że to po prostu absurd. Dojechałem do Kruklanek. Odwiedziłem zwalony most, którego zniszczenie miało powstrzymać ruskich przed grabieżą dóbr polskich, a potem zatrzymałem się w zarezerwowanej kwaterze. Starsza gospodyni była zaskoczona, ale znalazł się wolny pokój.
Rower towarzyszył mi od małego. Przez wiele lat jeździłem na Romecie. W 2012 kupiłem Treka, który na poważnie wciągnął mnie w turystykę rowerową. Przejechałem na nim Islandię i Koreę. Kolejnym połykaczem kilometrów stała się kolarzówka GT, która w duecie z trzecim kołem towarzyszyła mi podczas wyprawy wokół Japonii i Tajwanu. Szukając nowego partnera wyprawowego w trudnych czasach, trafiłem na gravel podrzędnej marki. Mimo to prowadził mnie ku przygodzie po Norwegii i Szkocji. Do tego lubię utrwalać na fotografii ładne rzeczy i widoki.