Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

rowery / Trek

Dystans całkowity:78925.64 km (w terenie 7627.36 km; 9.66%)
Czas w ruchu:3284:49
Średnia prędkość:18.82 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:458715 m
Maks. tętno maksymalne:165 (84 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:226193 kcal
Liczba aktywności:938
Średnio na aktywność:84.14 km i 4h 00m
Więcej statystyk

Wrzesień 2015

  175.86 
Dojazdy do pracy.
Kategoria kraje / Polska, rowery / Trek

Aby wrzesień był ładniejszy

  32.98  01:31
Postanowiłem pokręcić jeszcze odrobinę, aby ten miesiąc nie był taki słaby. Wróciłem do domu, przebrałem się i bez zwłoki pojechałem przed siebie.
Nie miałem planu, więc na początek wyruszyłem na północ. Zmrok złapał mnie szybko, a ja się zgubiłem. Podejrzewam, że to wina zmroku, bo choć jechałem tamtą drogą, było to dawno. Gdy dotarłem do rezerwatu Meteoryt Morasko, wtedy się zorientowałem i pojechałem dalej przed siebie. Było mi mało, więc skierowałem się do Kiekrza, aby przejechać się zachodnim klinem zieleni. Trafiłem tam tylko na jednego matoła na rowerze, który mnie oślepił (mimo że już z daleka go uświadomiłem swoją latarką). Zobaczyłem też dziesiątki drzew, które ucierpiały kilka miesięcy temu podczas burzy. Widocznie bardzo dawno jechałem tym szlakiem, skoro tego nie pamiętam. W mieście przy tej temperaturze było niewielu ludzi.
Wrzesień się skończył. Liczę na dobry październik.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Cyklotrasa milicka

  195.60  08:55
Minęło sporo czasu od mojej ostatniej wycieczki. Dzisiaj postanowiłem pokonać wytyczoną na starym nasypie kolejki wąskotorowej 20-kilometrową drogę dla rowerów z Sułowa do Grabownicy w Parku Krajobrazowym Dolina Baryczy. Musiałem tylko znaleźć się na Dolnym Śląsku.
Na początku tego miesiąca wybrałem się w dwutygodniową podróż za granicę. Niestety bez roweru, choć miałem plany wypożyczenia czegoś na miejscu. Nie udało się, ale odkryłem w sobie zamiłowanie do backpackingu. Przynajmniej z początku, bo gdy po kilku dniach chodzenia z ciężarem na plecach zaczęły boleć nogi, to oczywiście odechciewało się wszystkiego. Po powrocie plecak rzuciłem w kąt, a na rower nie mogłem znaleźć czasu ani ochoty. Rozleniwiłem się po prostu. Dzisiaj w końcu udało mi się wziąć w obroty plan sprzed kilku już lat.
Droga na południe to zdecydowanie nuda. Wrzuciłem do planu kilka miejscowości, w których moje koło nie odcisnęło śladu, a które były oznaczone na żółto na mapie Demartu jako miejscowości z cennymi zabytkami. Powoli zaczynam się też rozglądać za oznakami jesieni. To chyba moja ulubiona pora roku i nie może w niej zabraknąć widoku złotego stroju Matki Natury. A jeszcze gdy dodać góry, to już całkiem – nogi miękną, aby zatrzymać się do zdjęć.
Do Sułowa, czyli początku mojej głównej atrakcji na dzisiaj, dotarłem wieczorem. Słońce zaczynało czerwienieć na niebie, a przede mną tyle kilometrów. Planowałem z początku pojechać aż do Kępna, żeby zaliczyć przy okazji jakąś gminę, ale to kawał drogi; i gdzie później szukać pociągu do domu? Pozostawało trzymać się planu.
Droga dla rowerów ma kilka różnych nawierzchni – asfaltową, szutrową i betonową. Największego minusa projektanci mają za brak jakiegokolwiek przejazdu dla rowerów. Każde skrzyżowanie z drogą czy nawet z leśną ścieżką kończyło się w taki sposób, że zgodnie z polskim prawem musiałbym zsiąść z roweru, przeprowadzić go przez skrzyżowanie i dopiero za nim jechałbym dalej. Ciekaw jestem, czy w historii tej trasy ktokolwiek tak zrobił.
Wciąż się głowiłem, dokąd udać się na pociąg powrotny. Było kilka miast na oku. Między innymi Milicz, dlatego nie skręcałem do jego centrum w trakcie przejazdu. Kawałek dalej znalazłem się w rezerwacie Stawy Milickie, który rozbrzmiewał ptasim śpiewem, a w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Cieszyłem się też z braku śmieci wzdłuż mojej drogi. Do czasu, aż spotkałem dzikie wysypisko. Szlag człowieka trafia, gdy widzi ślady ludzkiej próżności i głupoty.
Niestety na pociąg z Milicza nie zdążyłbym, dlatego skierowałem się do Ostrowa Wielkopolskiego. Zmrok zbliżał się wielkimi krokami, na niebie pojawił się olbrzymi księżyc (jutro będzie jego perygeum). Gdy znalazłem się w Sulmierzycach, wiedziałem, że nie wyrobię się do Ostrowa, dlatego sprawdziłem w internecie rozkład jazdy pociągów z Krotoszyna. Przycisnąłem mocniej w pedały i na peronie znalazłem się na 3 minuty przed pociągiem. Niestety popełniłem jeden błąd, bo wydawało mi się, że wsiadam do bezpośredniego pociągu do Poznania. Niestety ostatnią stacją było Leszno. Okazało się, że wertując rozkład jazdy, spojrzałem na pociąg o godzinie 18, a było po 20. Co zrobić? Dojechałem do Leszna, tam kupiłem bilet na kolejny pociąg i poszedłem zdrzemnąć się na ławce. Miałem na to ponad 4 godziny. Myślałem o pojechaniu do Poznania rowerem (dojechałbym do domu dużo wcześniej niż pociągiem), ale nie miałem już ani sił, ani ubrań na tę chłodną noc.
Przykre wieści. Przejechałem dopiero 11 tys. km na obecnym napędzie, a zębatka nr 5 (w 7-rzędowej kasecie) przestała być funkcjonalna. Najwidoczniej najczęściej jej używałem, więc zaczęła powodować przeskakiwanie łańcucha. Podejrzewam, że winny jest brak zróżnicowania terenu, abym mógł korzystać ze wszystkich biegów. Powinienem w ogóle kupić sobie jakiś single speed z paskiem zamiast łańcucha. Toby dopiero był hippisowski rower na poznańskie „włości”. Tylko czy warto, skoro nie podoba mi się tutaj?
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, po dawnej linii kolejowej, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Sierpień 2015

  452.85 
Dojazdy do pracy.
Kategoria kraje / Polska, rowery / Trek

Radziejów

  178.77  08:30
Niedziela, dzień powrotu do domu. Jako że nie umiem pływać, planowałem wczoraj zrezygnować z wyjścia na kajaki z innymi, aby wykonać krótki plan przejażdżki do Radziejowa, który tworzył dziurę na mapie zaliczonych gmin. Dałem się jednak namówić na spływ (i, jak widać, przeżyłem), przez co dzisiaj musiałem połączyć dwa plany.
Wyruszyliśmy chwilę po południu. Moja grupa w autokarze na zachód, a ja rowerem na północ. Było upalnie i odrobinę wietrznie, ale wystarczyło dojechać do Radziejowa, żebym mógł zacząć rozkoszować się jazdą z wiatrem. Droga była bardzo prosta, a na jej końcu zatrzymałem się w restauracji na obiedzie. Zamówiłem jakieś mięso. Nic specjalnego.
Potem była nuda, zwłaszcza że wiatr ustał. Droga krajowa, wioski, szybka przeprawa przez Gopło, topienie się w piaszczystych drogach i znów asfalty. Zmierzch złapał mnie tuż przed Witkowem. Samo miasto przywitało mnie chorą drogą dla rowerów. Właściwie nikt nie wie, co to jest. Nawierzchnia z kostki Bauma, dwa kolory, które sugerują rozdzieloną drogę dla pieszych i rowerów, z czego część o kolorze beżowym (czy jak go tam nazywają) ma zaledwie 40 cm szerokości. Do tego brak znaków pionowych, a z tych poziomych są tylko przejazdy dla rowerów. Każdy wjazd do posesji dodatkowo ma obniżony profil, przez co jazda tym chodnikiem to gwarantowana choroba lokomocyjna. Gdy w końcu pojawił się pierwszy znak pionowy, musiałem wjechać na to cholerstwo. Ruch na drodze i tak zaczął się wzmagać.
Z początku miałem jechać do Gniezna, ale zrezygnowałem z tego pomysłu i skierowałem się na Pobiedziska przez Czerniejewo. Czas dłużył mi się bardzo, a zmęczenie dawało się we znaki. Do domu dotarłem o północy. Przynajmniej nie było zimno.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

W kłębach popiołu

  108.37  04:08
Jak rok temu, tak i dzisiaj ruszam na 3-dniową imprezę integracyjną z moją firmą. Może nie do końca wspólnie, bo oni wyjechali 3 godziny po mnie. Ja wyjątkowo na tę imprezę wsiadłem na rower oraz zabrałem kilka planów na trasy rowerowe. Nie chciałem mieć nierowerowego weekendu, zwłaszcza że prognoza pogody na kolejne dwa dni zapowiadała się całkiem znośnie.
Wyruszyłem punkt 6. Po wydostaniu się z miasta zacząłem pędzić nawet 30 km/h. Wybrałem drogę krajową jako najlepszą opcję na szybkie przemieszczenie się na wschód. Było ciepło, ale pochmurnie i... deszczowo. Powitała mnie z rana mżawka, która po pewnym czasie zamieniła się w sączący się deszczyk. Odstałem trochę na stacji benzynowej. Popijając kawę, rozważałem opcje dalszej jazdy. Wszak nieopodal ciągnęła się linia kolejowa. Mimo wszystko nie darowałbym sobie takiej porażki, więc kontynuowałem jazdę przy tej niepogodzie. Padało czasem mocniej, czasem lżej, ale nie czułem się przemoczony.
Największy ruch na drogach był tuż przy miastach w ich kierunku. W sumie była to pora dojazdu do pracy. Ludziom się powodzi. Tyle aut wiozących tylko jedną osobę. Istna burżuazja. We Wrześni poobijałem się o krawężniki na nędznej drodze dla pieszych i rowerów, a za miastem wpadłem na coś dla mnie nowego. Ekologiczne nawożenie pól uprawnych popiołem drzewnym. Szkoda tylko, że wybrali taki dzień. Prawie brak wiatru powodował, że kłęby popiołu tłoczyły się w wielkich chmurach. Przenosiły się na drogę, a opad deszczu tworzył materię lepiącą się do wszystkiego, tak że po kilku minutach od ustania deszczu byłem cały biały. Pył praktycznie niemożliwy do usunięcia bez poświęcenia tony czasu. Nie wiem, kiedy ja to usunę. Deszcz niestety przestał padać i nie było mowy o darmowej myjni.
Za Słupcą zjechałem na bardzo ruchliwą drogę wojewódzką, aby później ruszyć lokalnymi. Ostatnie kilometry po nierównościach nie były zbyt efektywne. Dojechałem do antyrowerowego Mikorzyna (zakaz znalazł się nawet na bramie ośrodka, do którego zmierzałem), gdzie cała ekipa właśnie wysiadała ze złotego autokaru. Dotarłem w samą porę.
Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

Frankfurt nad Odrą

  80.39  04:07
Po wczorajszym dniu nie zostało mi wiele sił. Nie mam pojęcia, czy to wina dystansu czy wysokich obrotów, ale wiedziałem, że dzisiaj nie pojadę daleko. Najwyżej pokręcić się po Niemczech.
Frankfurt leżący tuż za Odrą jest bardzo spokojnym miastem (do tego nad Menem było zdecydowanie za daleko). Nie jest w nim najczyściej, a drogi dla rowerów nie są najbardziej równe (wszak Niemcy to tak wyidealizowany kraj), ale mimo to jest dużo przyjemniej niż w Polsce. Na wysepce Kozia Kępa (niem. Ziegenwerder) zauważyłem szlak rowerowy i już się zastanawiam nad pokonaniem go. Wydaje mi się on ciekawym przedsmakiem dla wyprawy wokół Polski. Miasto mnie nie urzekło, dlatego szybko przerwałem mój turystyczny „spacer” po nim i wróciłem do Polski, i ruszyłem dalej, na północ, do Kostrzyna nad Odrą. Przynajmniej z trzech względów. Po pierwsze, nie odpowiadał mi dystans. Był stanowczo za krótki. Po drugie, czekanie na pociąg jest bez sensu, gdy ma się rower. Po trzecie, zawsze to jakaś dodatkowa gmina do kolekcji.
Ośno Lubuskie było w zeszłorocznych planach, więc zamiast po krajowej 31, pojechałem drogą wojewódzką. Wiatr ze wschodu bardzo utrudniał jazdę. W Ośnie prawie pojechałem w złą stronę, ale zawróciłem i w końcu wiatr do czegoś się przydał. Szybko dotarłem do wieży widokowej „Czarnowska Górka”, na której byłem rok temu podczas podróży nad morze. Dalej nie pozostawało mi nic innego, jak droga krajowa. Bardziej ruchliwa, niż ją pamiętałem, ale z wiatrem w plecy, nie było tak źle.
Kupiłem bilet na pociąg, pojechałem też coś zjeść w napotkanej restauracji, a że zostało mi sporo czasu do odjazdu, to jeszcze wybrałem się do Starego Kostrzyna. Przez rok nic się tam nie zmieniło; bastion Król nadal się sypie. Może prawie nic, bo jakąś tablicę wmurowali w jeden z murów. Południowe wyjście z twierdzy blokowała taśma policyjna. Zauważyłem, że nie każdy umie czytać. Ciekawe, co się tam działo.
Na pociąg zdążyłem w ostatniej chwili, bo się zasiedziałem w starym mieście. Już dawno nie zrobiłem tak słabego dystansu. Gdyby wiatr się zmienił, to może wyruszyłbym na wschód, a tak – pozostawało mi rozsiąść się w pociągu i zacząć rozmyślać o kolejnych wyprawach.
Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, kraje / Niemcy, za granicą, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, rowery / Trek

Do Frankfurtu

  202.49  08:17
Od jakiegoś czasu kusiło mnie, żeby pojechać gdzieś daleko za granicę. Wypadło na Niemcy, bo są najbliżej. Przyszedł mi na myśl Frankfurt. Chciałem zobaczyć, jak wyglądają niemieckie drogi w większym mieście.
Wyruszyłem późnym rankiem, a może wczesnym przedpołudniem. Za dużo czasu spędziłem na planowaniu. Niepotrzebnie. Droga była prosta niczym kij od szczotki. Ponieważ miałem z wiatrem, to mogłem rozpędzać się bez większego zmęczenia. Odrobiłem dzięki temu czas spędzony w domu. Postojów nie robiłem dużo. Ot, żeby odpocząć lub zjeść. W Buku zjadłem drugie śniadanie. W Zbąszyniu najpierw odwiedziłem pozostałości po twierdzy, a potem w typowej restauracji nad jeziorem zjadłem niczym niewyróżniającą się rybę. Zaliczyłem jedyną zbąszyńską drogę dla rowerów, drogę wojewódzką szerokości leśnego duktu, a potem Świebodzin. Miałem nadzieję rzucić okiem na tę figurę, co to o niej było kiedyś głośno, ale stanęła na takich przedmieściach, że nie chciało mi się zjeżdżać z głównej trasy. Potem pojechałem drogą krajową. Wynudziłem się tam po wsze czasy. W ogóle ta cała wycieczka nie była ciekawa. Pozostała nadzieja kolejnego dnia.
Gdy docierałem do Rzepina, zaczynało zmierzchać. Poszukiwania noclegu trwały długo. Objechałem całe miasto, bo ślamazarny dostęp do internetu nie potrafił szybko mi pomóc we wskazaniu miejsc noclegowych. Na szczęście znalazł się hotel w innym mieście – w Słubicach. Dotarłem tam po niespełna godzinie jazdy po pustej drodze w mroku (no, może ze światłem latarki). Wpadło nawet 200 km na liczniku, z czego byłem zadowolony.
Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Pędem do Wrocławia

  130.43  06:09
Noc przespałem całą, a pospałbym jeszcze z pół dnia, odrabiając ostatnie noce pod gwiazdami. Wstałem z budzikiem. Poranne mgły wciąż nie ustępowały. Na dzisiaj zaplanowałem dojechać do Wrocławia na pociąg do domu. Byłem tak zmęczony, że na nic nie miałem ochoty, ale zmobilizowałem się i pojechałem szukać sklepu, żeby zjeść śniadanie.
Mgła okazała się być przyjemna, jednak przeszła dosyć szybko, a słońce zaczęło przypominać o swoim – już codziennym – planie. Co kilka kilometrów przystawałem i zmieniam swój plan podróży. Ostatecznie zrezygnowałem z Kłodzka i skierowałem się do Srebrnej Góry. Wjechałem do samej twierdzy, bo mogłem. Okolica bardzo silnie promuje rowery. Już miałem kupić bilet wstępu do obiektu, gdy zorientowałem się, że zgubiłem pieniądze. Musiało to być na parkingu ośrodka, w którym się zatrzymałem, bo już wczoraj zauważyłem, że nie zamknąłem portfela po wizycie w recepcji. Później nie sprawdziłem jego zawartości i tak się to skończyło. Przeklinając pod nosem, zjechałem ze wzniesienia. Przegapiłem przy tym kilka widoków.
Skierowałem się na Ząbkowice Śląskie. W planach był Kamieniec Ząbkowicki, jednak już raz tam byłem, a tamtejszy zamek zobaczę kiedy indziej. Tak samo Góry Stołowe i Twierdzę Srebrnogórską. Może nawet przejdę trasę linową w Srebrnej Górze, bo zrobiła na mnie spore wrażenie.
Na mapie zauważyłem drogę dla rowerów na miejscu dawnej linii kolejowej. Z ciekawości chciałem się tamtędy przejechać. Nie dość, że przegapiłem jej początek, to okazała się zwykłą polną drogą. Prawie, bo brakowało jej normalności. Jakiś baran wypełnił dziury śmieciami, przez co mijanie się z innymi rowerami (o dziwo ktoś był chętny się tamtędy przejechać) to tragedia. W ogóle mijanie tych leżących śmieci to pomyłka. Zjechałem stamtąd czym prędzej i spotkałem dwóch kolarzy z Wrocławia. Nie byli pewni, czy jadą w dobrym kierunku, więc im pomogłem. Po krótkiej pogawędce pojechaliśmy w swoje strony. Zaliczyłem Ząbkowice Śląskie, Ziębice, a nawet deszcz. Na szczęście lekki. Potem kierunek na Strzelin. Z początku mozolnie kilometr za kilometrem, ale potem sprawdziłem rozkład pociągów i spiąłem się. Objechałem jak głupi centrum miasta, na stacji benzynowej zjadłem kanapkę, zaspokoiłem ciekawość ekspedientki, która ostatecznie stwierdziła, że 90 km to mało (domyśliłem się, że jest zagorzałą rowerzystką zmuszoną do siedzenia w pracy) i ruszyłem na północ. Miałem kroczyć bocznymi wioskami, ale ruszyłem z impetem po wojewódzkiej. Gdy zobaczyłem znak „Wrocław 27”, zacząłem pilnować, żeby licznik nie zszedł poniżej 27 km/h. Miałem 80 minut do pociągu. Potem jeszcze wiatr się wzmógł i jechałem 30-33 km/h. Na dworzec dotarłem na ponad pół godziny przed odjazdem. Kupiłem jedzenie, bilet, wsiadłem do pociągu, ochrzaniłem palacza za trucie mnie i po ochłonięciu przebrałem się, żeby nie zabić nikogo moim odorem, chociaż i tak nie znalazło się wolne miejsce siedzące, więc spędziłem podróż na podłodze. Czułem ogromne zmęczenie i lekki niedosyt.
Dokąd następnym razem? Może znów Bieszczady? Albo odłożę je na jesień. Idealna pora. Teraz wybiorę coś bliżej. W Sudetach już nie mam gmin do zaliczania, więc nie będzie tej spinki. Może wrócę pod Javorník? Tam było ładnie, choć za dużo kamieni na mój sprzęt. Jakby było dobrze jeździć zwrotnym i lekkim MTB po takich ścieżkach. Marzenie. Trzeba objechać ostatnie gminy pod Poznaniem i pomyśleć o zmianie miejsca zamieszkania. To jest pewne, ja nie potrafię siedzieć w jednym miejscu, stąd te coraz częstsze podróże w dalekie miejsca. Nudzi mnie Poznań, za długo w nim siedzę. Będę to powtarzał do skutku.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Gompa Drophan Ling

  127.40  07:31
Nie mogłem spać. Ośla Łąka w środku miasta nie dawała mi poczucia bezpieczeństwa. O godz. 5 wstałem, strząsnąłem robaki z ubrań, śpiwora oraz materaca i ruszyłem w drogę.
Znalezione wczoraj przypadkowe miejsce na nocleg okazało się być widocznym z ulicy zboczem. Mimo to nikt mnie nie niepokoił. Dzisiaj kolejny dzień w górach, a ponieważ wypadło też święto państwowe, to ze sklepami miało być ciężko. Skierowałem się do stacji benzynowej, którą zauważyłem wczoraj. Musiałem zaopatrzyć się w wodę, zjeść jakieś śniadanie i wypić espresso (ostatnio ograniczam nabiał, ponieważ wypłukuje on wapń z organizmu, więc piję tylko czystą kawę).
Posilając się przed stacją benzynową, obserwowałem słońce wschodzące zza gór. Wtedy też przekonałem siebie, żeby do Kłodzka ruszyć przez Złoty Stok. Domyślałem się po serpentynach na mapie, że będę miał do pokonania jakąś przełęcz. Nie była to jednak droga krótka, ale za to zjazd przyniósł kilka pięknych panoram. Część ledwie prześwitywała między drzewami, do części nie chciało mi się zatrzymywać na tak ciekawym zjeździe, ale do kilku zacisnąłem klamki hamulców. Czułem, jakbym mógł tam zostać. To był jeden z piękniejszych zjazdów, nawet pomimo złego stanu asfaltu.
Do Kłodzka pojechałem drogą krajową. Ruch nie był duży. Rozciąga się stamtąd kilka całkiem niezłych widoków. W Kłodzku akurat trafiłem na godzinę otwarcia sklepu, więc zjadłem drugi posiłek i pojechałem w dalszą drogę, zaliczając kolejne gminy. Tym razem ominąłem główne drogi. Choć do południa było wciąż daleko, to upał już dawał się we znaki.
Zjechałem z drogi do Dusznik-Zdroju, chociaż nie miałem tego w planie. Chciałem po prostu coś zjeść. Skusił mnie szyld reklamowy, który poprowadził mnie do restauracji U małego Belga serwującej zagraniczne potrawy. Największy był tam jednak wybór piw. Ja wziąłem specjalność szefa kuchni – pieczonego pstrąga z warzywami, a do tego wodę z cytryną dla ochłody.
W dalszej drodze miałem długi zjazd, podczas którego prawie przegapiłem skręt do głównej atrakcji, która mnie zaintrygowała. Atrakcję tę wypatrzyłem u Bożeny, a ponieważ mój plan przebiegał w okolicy, to i ja chciałem zobaczyć jedyną w Polsce świątynię buddyjską. Normalnie można tam dojechać tylko jedną drogą, ale na zdjęciach satelitarnych wypatrzyłem drogi nieistniejące na żadnej mapie. Potem na przydrożnym planie dowiedziałem się, że biegnie tamtędy szlak rowerowy. To mnie dodatkowo utrzymywało w przekonaniu, że nie będzie problemów z przejazdem. Szkoda, że obecnie tamtymi ścieżkami poruszają się wyłącznie rowerzyści, bo natura wkrótce zabierze, co do niej należy.
Gompa to tybetańskie określenie świątyni buddyjskiej. Do tej w Darnkowie prowadzi tylko jedna brama, o czym przekonałem się, próbując później wyjechać przez pole kempingowe. Zastałem tylko przepaść. Do środka świątyni nie odważyłem się wejść. Nie wiedziałem, czy można. Przez okna widziałem jednak, jak pięknie została urządzona.
Jadąc do Kudowy-Zdroju, słyszałem grzmoty, a na niebie widziałem ciemniejące chmury. Przez to zapomniałem o kolejnym przystanku – ogrodzie japońskim, który wypatrzyłem na wspomnianym wcześniej planie. Gdy dojechałem do centrum miasta, coś kazało mi udać się do parku zdrojowego. Tam, oberwawszy kilkoma grubymi kroplami deszczu, doszedłem do wielkiego zadaszenia. To pewnie łut szczęścia mnie tam zawiódł. Burza tym razem nie była tak silna, jak ta wczoraj. Także nie trwała długo, choć przez długi czas po ulewie kropiło. Zrobiłem sobie dłuższy spacer po parku i pojechałem w końcu do Czech.
Granicę przekroczyłem nie wiedzieć kiedy przez pieszo-rowerowe przejście. Dopiero czeskie znaki drogowe mnie uświadomiły o tym, że jestem w obcym kraju. Miałem do pokonania kilka pagórków, w tym jeden stromy – wjechałem na niego na własne życzenie. Plan go omijał, jednak na mapie zwróciła moją uwagę droga dla rowerów, więc zaliczyłem wygodny asfalt z nie najgorszym widokiem. Na swojej czeskiej drodze spotkałem wielu czeskich rowerzystów i wszyscy na moje machanie odpowiadali czeskim „ahoj”. Zastanawia mnie, skąd to zagęszczenie rowerzystów za granicą. I prawie wszyscy jeżdżą z sakwami.
Do Polski wróciłem przejściem turystycznym w Parku Narodowym Gór Stołowych. Miałem do pokonania kilkukilometrowy podjazd po bardzo starym asfalcie. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie wyprzedził mnie czeski kolarz na kolarce. Nie sądziłem, że szytki pozwalają na jazdę po takich dziurach.
Dochodził wieczór. Na szczycie pomyślałem, aby zatrzymać się tam na noc i z rana przejść szlakiem przez Wielki Szczeliniec. Zrobiłem zakupy, podczas których dowiedziałem się, że dzisiejsza burza przyniosła nawet 50 litrów deszczu na m². Przespacerowałem się pod wejście do parku narodowego, aby zrobić rozeznanie w cenach i zacząłem poszukiwania noclegu. Mgły przeszywające moje ciało sugerowały odnalezienie ciepłego schronienia. Obszedłem wszystkie ośrodki, pomijając 3-gwiazdkowy hotel i zrezygnowałem z mojego planu. Nie było miejsc. Zacząłem długi, zimny zjazd do Radkowa. Droga wyglądała na śliską, bo była mokra i leżało na niej wiele połamanych gałęzi. Nie mogłem się rozpędzić, jak w Górach Złotych, choć równiutki asfalt bardzo do tego zachęcał. Na ostatniej prostej zauważyłem ośrodek kolonijny i po ostrym hamowaniu znalazłem się w ciepłym pokoju. Mogłem się w końcu bez obaw wyspać.
Kategoria kraje / Polska, kraje / Czechy, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, terenowe, za granicą, mikrowyprawa, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery