Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:62042.35 km (w terenie 3667.34 km; 5.91%)
Czas w ruchu:3639:58
Średnia prędkość:16.86 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:466689 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:717
Średnio na aktywność:86.53 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Tatry Tour

  383.59  19:31
Rok temu zaplanowałem taką sobie wycieczkę wokół Tatr. Po miesiącu postanowiłem wykonać plan, jednak z powodu złego samopoczucia nie udało się. Plan czekał na swoją realizację aż do wczoraj. Obudziłem się wcześniej, żeby przespać się przed wyruszeniem. Z drzemki wiele nie wyszło, bo nie potrafię zasnąć w ciągu dnia. Przygotowałem zawczasu sakwy, wypełniłem odrobiną ubrań, zapasem wody i jedzenia. Wgrałem do telefonu szczegółową mapę, aby nie robić dodatkowych kilometrów. Sprawdziłem rozkład pociągów, żeby z Chabówki (70 km od Krakowa) wrócić pociągiem. Byłem gotowy.
Wyruszyłem tuż po godz. 22, żeby zdążyć na wschód słońca w pięknej scenerii. Było gorąco i duszno, dlatego jak najszybciej chciałem się wydostać z Krakowa. Za jego granicami powietrze było rześkie i jechało się o wiele lepiej. Oświetlona droga aż do Świątnik Górnych pozwalała na swobodną jazdę. Do czasu, bo za tym miastem musiałem się aż zatrzymać, żeby przyzwyczaić wzrok do ciemności. Nawet moje oświetlenie nie pomagało.
Tuż przed Myślenicami zaczęło wiać. Droga przestała być przyjemna. W samym miasteczku jakaś impreza, więc pełno ludzi i aut zaparkowanych na ulicach. W miarę szybko się przedarłem do drogi tuż przy ekspresówce. Miałem piękny widok na rzekę Rabę w świetle księżyca.
Za Lubieniem zaczął się podjazd do Skomielnej Białej. Na drodze ekspresowej panował strasznie duży ruch, że bałem się jak będzie dalej, ale niepotrzebnie, bo na krajówce już mogłem spokojnie jechać pod górę. Od Chabówki zaczęła się droga, której nie znałem. Na początek podjazdy z przepięknymi widokami. Przejaśniało się coraz bardziej, a ja dojeżdżałem do Nowego Targu. To miasto przywitało mnie mgłą. Brr. Jechałem więc dalej, żeby jak najszybciej znaleźć się w górach. Chciałem zobaczyć wschód słońca i w ogóle Tatry.
Kolejny podjazd zacząłem w Gronkowie. Piękne górskie domy, tylko ciągle zastanawia mnie czemu one są takie wysokie. Czy po to, żeby ćwiczyć nogi na schodach przed wyjściem w góry?
Po 100 km drogi miałem średnią 17,1 km/h, no ale musiałem się oszczędzać, zwłaszcza, że jechałem wciąż pod górę. Od czasu do czasu robiłem też krótki odpoczynek, bo przede mną było jeszcze dużo gór.
Wschodu słońca nie zobaczyłem, ponieważ jechałem drogą wzdłuż kotliny. Zobaczyłem za to Tatry. Najpierw tylko jeden szczyt, a gdy wjechałem na wzniesienie, które przesłaniało mi panoramę – ujrzałem przepiękny widok. Każdy metr drogi, to inna perspektywa, dlatego co chwila zatrzymywałem się, żeby zrobić zdjęcie. Chciałoby się tam zostać, ale przede mną była jeszcze długa droga.
Zjechałem do Łysej Polany. Przede mną granica państwa, ale moją uwagę zwrócił znak "Morskie Oko". Nie był to mój cel, dlatego nawet nie próbowałem jazdy w tamtym kierunku. W dodatku to teren parku narodowego, więc jazda rowerem jest niemożliwa. Widziałem za to tabuny aut tam zmierzających. Ciekawe jak duży jest tamtejszy parking.
Ruszyłem Drogą Wolności na Słowacji. Mijałem piękne widoki z dużą ilością podjazdów i zjazdów. I co najciekawsze – na drodze były wyrysowane oznaczenia trasy Tatry Tour z informacją o długości podjazdu lub o najbliższym skręcie. Ponieważ ta trasa wiedzie wokół Tatr zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to po pewnym czasie przestałem zerkać na mapę i jechałem za strzałkami.
Na Słowacji panuje inna kultura wśród rowerzystów. Oni się tam nie pozdrawiają. To chyba domena Polaków. Mimo wszystko ja machałem im, a gdy mi się znudziło to, że nie każdy odmachiwał, wtedy zauważyłem, że większość z nich dziwnie się patrzyła, gdy się mijaliśmy. Ach, jeszcze dziwniejsza rzecz – na Słowacji ludzie witają się lewą ręką? Jak już ktoś mi odmachał, to tylko lewą. Może ja po prostu nie zauważałem, gdy podnosili dwa palce, żeby niby mi pomachać? (Oczywiście teoretyzuję, bo takiego przypadku nie dostrzegłem).
Miasto Wysokie Tatry (słow. Vysoké Tatry) jest naprawdę położone wysoko, bo właśnie tutaj osiągnąłem wysokość 1271 m n.p.m. Miasto powstało z połączenia kilkunastu mniejszych osad, przez co ciągnie się przez kilkadziesiąt kilometrów.
Zmartwiła mnie bateria w telefonie, która padła po 150 km jazdy. Stanowczo odradzam kupowania zamienników, bo szybko się zużywają (coraz częściej muszę ją ładować). Na szczęście miałem przy sobie drugą, oryginalną, dzięki czemu mam ślad z całej wycieczki.
Gdy zaczął się zjazd – w miejscowości Szczyrbskie Jezioro – pojawił się problem. Na najwyższym biegu łańcuch przeskakiwał na tylnej zębatce. Zatrzymałem się i zacząłem grzebać przy napędzie, ale nie wiedzieć czemu nie udało mi się tego skorygować. Mając już tylko 6 rzędów w kasecie, ruszyłem dalej, już po Tatrzańskiej Drodze Młodości.
Tak jechałem i podziwiałem widoki – na lewo doliny, na prawo góry. Często się zatrzymywałem, żeby albo zrobić zdjęcie, albo po prostu odpocząć od upału, bo zbliżało się południe i jazda stawała się coraz cięższa. Co za widoki! Miejscowi kolarze mają tu raj, bo droga bardzo wygodna, aut niedużo i piękne okolice. Tylko brakuje drzew, które dawałyby cień. Choć z drugiej strony krajobrazy już nie byłyby tak zachwycające.
W miejscowości Podtúreň minąłem autostradę, która ma monumentalny most. Aż przypomniała mi się estakada nad Milówką. W sumie jeszcze nigdy nie jechałem żadną tak wzniosłą budowlą. Kiedyś trzeba spróbować.
W Liptowskim Mikułaszu (słow. Liptovský Mikuláš) miałem okazję przejechać się po raz drugi dzisiaj drogą dla rowerów, choć już mniej wygodną. Tutaj też odpocząłem, zjadłem swój posiłek, który zrobiłem wczoraj i pojechałem dalej, zatrzymując się coraz częściej, bo słońce prażyło coraz bardziej.
Przejechałem koło jeziora Wag (słow. Váh), przy którym w tak upalny dzień tłumy nie miały końca. Minąłem jeden z wielu kościołów dzisiaj, ale jakoś nie miałem ochoty zatrzymywać się i szukać najlepszego ujęcia, dlatego ten w Liptowskich Matiaszowcach (słow. Liptovské Matiašovce) jest jedynym, który sfotografowałem. Szkoda, bo minąłem ich tak dużo i niektóre wyglądały wybitnie. Chyba piękno Tatr dodatkowo zniechęcało mnie od odrywania aparatu od tych gór.
Jeszcze przez wyjazdem martwiła mnie serpentyna, do której zbliżałem się. I właściwie, bo przy tym upale nie mogłem jej podjechać. Zatrzymywałem się dosłownie przy każdym cieniu. Ten niestety był tylko po lewej stronie jezdni, a jak już ów cień był dłuższy, to szedłem do jego końca, odpoczywałem od upału o ile robaki pozwoliły i próbowałem dojechać do kolejnego przystanku. To był najgorszy podjazd jaki do tej pory zrobiłem w życiu. Gorszy od Kapelli. Ciągnął się niemiłosiernie. Co zakręt pragnąłem, żeby to był już koniec, ale tak nie było. Gdy w końcu dojechałem do cienia rzucanego przez stok... słońce zaszło za chmurę. Niech to szlag! Tak perfidnie. I jak już stok się skończył, to i chmura zdążyła się oddalić. Szczęście, że to był już koniec podjazdu.
Jak na temperaturę ok. 40 °C w słońcu, to miałem dość. Pół roku temu koleżanka namówiła mnie na tarocistę, który wywróżył mi wizytę w ciągu dwóch lat... w Afryce – na rowerze. To nie dla mnie, ja nie wytrzymam takich temperatur. Niech ktoś inny korzysta z tej wróżby, ale na pewno nie będę to ja.
Wczoraj, przed wyjazdem, spojrzałem na prognozę pogody dla okolic Tatr. Jak nic miało padać. Trochę się tego obawiałem przed podróżą, jednak podczas tego podjazdu pragnąłem, żeby spadł deszcz. Nie było jednak o tym mowy, bo o ile chmur nagromadziło się sporo, to nad moją głową nie było ani jednej. No, może poza tą, która w pewnym momencie na chwilę zasłoniła słońce, gdy kończyłem podjazd.
Miałem z górki i to długiej, ale dużej ulgi to nie przyniosło. Nie czułem tego chłodu podczas zjazdu, jak rok temu, gdy po długim podjeździe między Wisłą i Szczyrkiem zaczął się chłodny zjazd. Wtedy jednak cała podróż była przesycona mroźną jazdą; nie to, co dzisiaj.
Zaplanowałem dojazd do Chabówki, a następnie powrót pociągiem – ostatnim, którym można przewieźć rower – po godz. 15. Niestety ta godzina wybiła podczas morderczego podjazdu i wyglądało na to, że dzisiaj pobiję rekord życiowy.
W Orawicach (słow. Oravice) zaczęło być płasko, co więcej – miałem z górki, ponieważ jechałem z nurtem rzeki Orawicy (słow. Oravica). W samej miejscowości odbywał się jakiś festyn. Dużo Polaków i Słowaków, ale to zrozumiałe dla przygranicznych miejscowości. Ja jechałem dalej, ponieważ kończyła mi się woda, a nie miałem euro, żeby cokolwiek kupić po tej stronie granicy.
Chmur przybywało, widziałem nawet błyskawicę, ale przestawało być upalnie, więc już nie chciałem żadnego deszczu. Ostatni podjazd i znalazłem się w Chochołowie, w Polsce. Tutaj też znalazłem otwarty sklep. Sporo ludzi, jednak nie miałem wyjścia – zostawiłem rower przed wejściem. Nadal mam szczęście i mogłem ostatnie 100 km pokonać na rowerze. Jedynie licznikiem ktoś się pobawił.
Gdy Zakopianka jest zakorkowana, turyści wybierają właśnie tę drogę do powrotu z Zakopanego. Na początku mijało mnie strasznie dużo aut, ale później ruch się zmniejszył (fala się skończyła czy jest jakiś inny objazd?). Miałem teraz cały czas z górki, a po mojej lewej stronie widziałem zachodzące słońce. A! Co najważniejsze – za plecami miałem Tatry. Są widoczne naprawdę z daleka. Dlaczego nie zrobiłem tego ostatniego zdjęcia po polskiej stronie?
Z Chabówki udałem się do Rabki-Zdrój. Nie miałem już sił ani ochoty na podjazdy, więc skierowałem się do Mszany Dolnej. Zapomniałem, że na tej drodze jest kilka wzgórz, ale szybko sobie z nimi poradziłem. Masakra była dopiero z Mszany Dolnej do Lubienia. Dosłownie masakra, bo robactwa już dawno tyle się ode mnie nie odbiło. Chciałem jak najszybciej wyjechać z tej doliny, bo to najprawdopodobniej fauna znad rzeki Raby.
Droga do Myślenic już nie taka spokojna, bowiem było więcej aut niż ostatnio. Księżyc się schował, więc nie było widać Raby. Zostawało mi gapienie się na pędzące auta powracające z gór.
Impreza w Myślenicach nie miała końca, a dodatkowo zaraziła Lubień, który minąłem wcześniej. No ale każdy ma inny sposób na spędzanie wolnego czasu. Ja dzisiaj go spędziłem na rowerze.
Za Myślenicami czekała mnie ostatnia katorga. Jechałem i jechałem – podjazdy i zjazdy. Miałem dość, a końca nie było widać. Jeszcze te setki aut. Jedyny plus taki, że oświetlały mi pobocze, a to było szerokie i najczęściej wygodne. Jedynie od czasu do czasu pojawiały się wsi, w których ktoś wymyślił, żeby postawić betonowe bloki na mojej drodze.
Niestety w Krakowie idylla się skończyła i musiałem jechać po jezdni. O ile na wiadukcie nad autostradą mogłem przejechać z 5 razy w obie strony i nikt nie przeszkodziłby mi, to dalej ruch był znów duży i straszny. Gdy mogłem, to jechałem po chodniku, ale ten nie nadaje się, bo to stare, betonowe płyty, więc jak nie było aut, to wracałem na asfalt.
Do domu dojechałem tuż przed północą. Pokonałem swój poprzedni rekord życiowy, w dodatku miałem tyle podjazdów, że na ten rok mam dość. W 2014 spróbuję zrobić dystans z czwórką na przodzie. Marzy mi się też wyprawa jak rok temu podczas majówki, tylko może dłuższa. Marzenia.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Słowacja, kraje / Polska, rowery / Trek

Powrót z Marianówki

  24.78  01:09
Noc spędzona w górskiej chatce przy kominku i świecach w nastrojowej atmosferze urodzin Bożeny. Takie urodziny będę baaardzo długo pamiętał :)
Powrót z Jarkiem, który także przyjechał na rowerze, choć sporo wcześniej ode mnie. Dziś profil opadający, choć z moimi sakwami, mokrą nawierzchnią i wiatrem nie pędziło się tak, jak myślałem. Ale godzinka i dotarliśmy do Legnicy.
Za Krajowem Jarek zaproponował jakiś asfalt, ale nie udało się, bo dotarliśmy do Dunina odrobinę okrężną drogą. Kilometry za to odrobiliśmy na Złotoryjskiej.
Przy okazji czyszczenia łańcucha z błota śniegowego zauważyłem duże luzy rolek. Uznałem, że nie są to normalne luzy i dowiedziałem się coś niecoś – do wymiany mam cały napęd, więc przy okazji zamienię wolnobieg na kasetę, bo coś czuję, że oś wkrótce i tak pękłaby ze zmęczenia. Dodatkowo najpewniej do wymiany idą obręcze, bo też widać zużycie...
Kategoria Polska / dolnośląskie, z sakwami, ze znajomymi, kraje / Polska, rowery / Trek

Do Marianówki

  24.22  01:30
Na urodziny Bożeny. Planowałem wyruszyć wcześniej, aby pomóc w przygotowaniach, ale źle rozplanowałem czas i nie wyszło jak chciałem.
Wyruszyłem po godz. 16, opakowany w sakwy, pędząc co sił w nogach po starej trasie, którą ostatnio dotarłem z grupą do Marianówki. Za miastem zaczęło się robić mgliście, a już na samym szczycie mgła uniemożliwiała podziwianie krajobrazów.
Koło Sichówka minął mnie Łukasz. Później tuż przed Stanisławowem Bożena. Niestety oboje autami. Gdy dotarłem do radiostacji, wypatrzyłem ślad opon rowerowych, czyli dobry znak, bo nie byłem jedyny :D
Szczyt ośnieżony, że prawie przejechałem dróżkę, na której i tak było niewiele śladów. Dopadła mnie kolka, tuż przed ścieżką, ale wytrwałem i dotarłem na miejsce. W chatce już ciepło, można było się ogrzać i napić gorącej herbaty.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, z sakwami, kraje / Polska, rowery / Trek

Nieudana próba: wokół Tatr

  70.40  04:07
Miała być piękna podróż wokół najwznioślejszych gór Polski, jednak nie wszystko się zawsze udaje. Tak było i tym razem.
Dzień rozpocząłem wcześnie, bo po naprawie komputera wciągnęła mnie instalacja wcześniej używanych aplikacji (4 lata na tym samym systemie) i obudziłem się po 8. Pogoda była ładna, nawet ciepło; prognoza zapowiadała lekki opad deszczu – po południu – ale nic nie popadało...
Postanowiłem poszukać rękawic na rower. W Decathlonie cena jest zbyt duża w stosunku do jakości, więc nawiedziłem centrum handlowe M1 nieopodal Decathlonu. Wyboru żadnego; sezon jesienny tylko Decathlonowi nie jest obcy. Wykręciłem 19 km, a mogłem włączyć rejestrację śladu. Nie pamiętam jednak całej drogi, więc nie będę rysował trasy (nie doliczyłem jej też do tego wyjazdu, bo lubię mieć wszystko udokumentowane na śladzie).
Po powrocie do domu spakowałem się, choć szło mi to ślamazarnie, stąd też zjechałem windą o godz. 20. Jakie było moje zdziwienie, gdy na zewnątrz padało. Co prawda przed wyjściem usłyszałem jedną kroplę uderzającą o parapet (dźwięk typowy dla opadu), jednak sądziłem, że tylko mi się wydawało. Nie wiedziałem co robić. Stałem pod zadaszeniem i czekałem. Odczekałem pół godziny i w końcu przestało padać. Ruszyłem. Rzecz wiadoma, że po deszczu mamy kałuże, setki kałuż. Lubię kałuże, kocham je. Mógłbym się w nich taplać godzinami. Tylko wiecie co? Jest jeden warunek – kałuże muszą być suche. Tak jechałem, ochlapywany, wpadając od czasu do czasu w niewidoczne koleiny, wypełnione po brzegi deszczówką.
Dziś dzień bez samochodu, a na ulicach (w dodatku w sobotę) ruch jakby to był dzień w samochodzie. Z początku chciałem się dostać do Rabki-Zdrój drogą, którą zrobiłem to za pierwszym razem. Mały problem z orientacją w Krakowie, a później już z górki pod górki. Mój staw kolanowy zaczął się odzywać. Po drodze trafiłem też na zamkniętą drogę z objazdem, przez co nadrobiłem trochę trasy. Później jeszcze jeden objazd, ale ulżyło mi, gdy się zorientowałem, że nie jest to objazd na mojej drodze. Przy przewidzianym dystansie ponad 370 km, każdy nadmiarowy kilometr nie podobał mi się.
Zacząłem się dziwnie czuć. Taka senność połączona z osłabieniem. Postanowiłem dojechać do Myślenic, zjeść coś i zastanowić się czy dam radę kontynuować. Wolałem zawrócić, bo jeśli zasłabłbym lub przysnął, nie skończyłoby się to dobrze.
Nie mogłem się już doczekać, aż wrócę do domu i położę spać. Dystans nie był duży, ale teren pagórkowaty. Jak już dojechałem do Krakowa, to czekała mnie kolejna niespodzianka – remont wiaduktu nad autostradą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mnie nie skierowali na autostradę. Mnie, rowerzystę. Brawa dla drogowców (teraz przypomniały mi się słowa zwierciadła przedstawiającego trzy kandydatki w Shreku). Złamałem zakaz (wjazdu) i przedostałem się do chodnika, którego na szczęście jeszcze nie dopadł remont, i dojechałem nim do ulicy dwukierunkowej.
Jest druga w nocy, Kraków jeszcze nie śpi, a najgłośniejsi oczywiście obcokrajowcy. I najwięcej ludzi nie na Grodzkiej, nie na Rynku, a na Sławkowskiej, którą zwykłem przedostawać się ze Starego Miasta do domu.
Uważam, że dobrze zrobiłem zawracając. Jeszcze nie jedna okazja będzie, aby objechać te góry i nie tylko te :)
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, z sakwami, kraje / Polska, rowery / Trek

Zawiercie – Kraków

  71.89  03:20
Cała moja podróż powrotna skondensowana w ponad trzech godzinach jazdy. Niestety; pogoda nie pozwoliła mi na zwiedzenie Gór Świętokrzyskich, na które miałem chętkę już od kilku miesięcy. Wychodzi też na to, że plan ich zdobycia odkłada się o rok, może dwa, bo nie sądzę, bym potrafił upchnąć wszystkie moje plany w jedne wakacje, dzieląc to z obowiązkami. Trudno, ale plan był, aby jednego dnia dojechać do okolic Świętej Katarzyny (do Ostrowca Świętokrzyskiego zaplanowałem 170 km wykonać, aby zostało trochę sił na góry), a kolejnego dnia dać z siebie wszystko, zdobywając szczyty, a następnie wracając ostatkami sił do Krakowa. Może trochę szalony plan i odrobinę cieszę się, że się nie udał, bo lepiej byłoby to rozłożyć na 3 dni z dwoma noclegami w jakimś ładnym miejscu. W sumie to nawet jakiś plan. Powinienem zrobić dziennik planów, w którym spisywałbym wszystko to, na co mam ochotę się zdobyć w przyszłości. Hmm, to jest myśl. Chyba tak prędko dziś nie zasnę ;)
Wracając do mojej wycieczki. Nim mogła się odbyć, musiałem spędzić 6 godzin w pociągu z Chełma, który wyruszył w południe i po godz. 18 już był na miejscu. Pogoda na szczęście była łagodna i nie padało. Zachód słońca tuż po godzinie 19, więc musiałem się spieszyć. Plan jazdy był taki, aby ominąć główne drogi, więc jechałem tylko wojewódzkimi (choć to też ciut za dużo, bo ruch jednak był): 791, 790 i 794. No ale co komu mogą te numery mówić? Dlatego aby być bardziej konkretnym, to kierowałem się kolejno na takie punkty, jak Ogrodzieniec, Pilica, Wolbrom, Skała i w końcu Kraków.
W Zawierciu w miarę szybko się połapałem dzięki planowi miasta tuż przed dworcem PKP (czyli to, co w porządnych miastach lubię najbardziej, a miasta bez takiej mapy nie lubię z miejsca). Krajową drogą nr 78 dojechałem do drogi na Olkusz, a na tej drodze od razu ścieżka rowerowa. Nietypowa, bo mająca zaledwie 30 cm szerokości. Tak, ktoś się wyjątkowo postarał o to, by tam na siłę zrobić drogę dla rowerów z chodnikiem, także piesi mają drogę o szerokości 120 cm, a rowerzyści 4 razy węższą. Z początku myślałem, że ktoś po prostu poodwracał znaki, ale wandale na masową skalę działaliby, żeby na całej drodze tak zrobić? Można tak jednak pomyśleć, bowiem chodnik dla pieszych jest wyłożony kostką w kolorze typowym dla ścieżek rowerowych, a droga dla rowerów kostką szarą. Coś bardzo nielogicznego, w co nie mam ochoty się wtajemniczać, bo już nie jedne cuda na kiju widziałem.
Dotarłem do Ogrodzieńca, a dalej do Podzamcza, gdzie znajdują się ruiny zamku. Było zbyt ciemno na zdjęcia, toteż nawet się tam nie zatrzymałem. Nie są to też ruiny, w których dawno temu byłem. Może kiedyś trafię na tamten obiekt przypadkiem podczas jednej z podróży po polskiej ziemi?
Pilicy nie lubię, bo leży w dolinie i najpierw miałem zjazd, a później podjazdy. Wyjeżdżając stamtąd miałem jeszcze trochę światła na zachodzie, ale słońce już dawno było za horyzontem. Stąd też podróżowałem już w kompletnych ciemnościach, oślepiany światłami drogowymi przez beznadziejnych kierowców (w obszarze zabudowanym, o ile dobrze pamiętam, nie można tych świateł używać, prawda?). Jeszcze gdy wjechałem do centrum Pilicy, to pomyliłem się, sądząc, że jestem już w Skale, taki mają podobny Rynek. No ale do Skały jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, więc coś tu jest nie tak. Otrząsnąłem się i ruszyłem dalej. Patrzyłem jak liczba na tablicach o zielonym tle przy napisie "Kraków" maleje i coraz bardziej cieszyłem się, że dotrę do domu.
Po minięciu Skały, wiedziałem już, że droga będzie bardzo łatwa. Miałem cały czas z górki. Z licznika nie schodziło nic poniżej 30 km/h. Jeszcze ten widok na Kraków z wzniesienia w Brzozówce. Lubię takie miejsca, a jest ich trochę wokół Krakowa :)
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, z sakwami, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Przez trzy województwa

  320.00  15:46
Podróż przez trzy województwa, pokonanie własnych rekordów, wiele pięknych panoram, przynajmniej tych za dnia, a i te nocą na oświetlone miasta nie były gorsze. Gonitwa za deszczem, który ze mną nie wygrał. Ucieczka przed wiatrem, który mnie nie pokonał. Piękny wschód słońca, choć widoczny jedynie za chmurami i odwiedziny miejsc, których nie widziałem od wieków.
Przyznam się od razu, że przeziębienie wciąż mnie trzyma od soboty i nie byłem w najlepszej formie, gdy wyruszałem. W czwartek prognoza pogody na najbliższe dni wskazywała na deszcze nad całą Polską, więc uznałem, że przekładam wyjazd o jeden dzień (z piątku na sobotę).
Piątek, 7 września, 9 rano. Uznaję, że nie ma co czekać i wyruszam dzisiaj. Plan był, aby wyruszyć po godzinie 18, lecz uznałem, że bezpieczniej będzie ruszyć od razu i prześcignąć deszcz. Wyrobiłem się z pakowaniem sakw i plecaka, robieniem kanapek i innymi drobnymi rzeczami do 12. Czekałem tylko na prognozę pogody, a korzystam z serwisu meteo.pl, który spóźniał się niestety o jakieś 21 godzin z aktualizacją. Nie doczekałem się i po 12:30 wyruszyłem w drogę.
Potrzebowałem dostać się na drogę krajową nr 79. Nie chciałem jednak jechać do ul. Opolskiej, ponieważ nie ma tam wyznaczonych ścieżek rowerowych, a ulica jest tak ruchliwa, że jazda w poprzek może prowadzić do choroby lokomocyjnej. Zapomniałem przed wyjazdem spojrzeć na mapę Krakowa, więc ruszyłem w ciemno, by dotrzeć do krajówki. Oczywista rzecz, że mi się udało, nawet wjechałem na ścieżkę rowerową i tym sposobem minąłem Nową Hutę.
Za Krakowem jechałem z prędkością 30-32 km/h, a to dużo jak na mnie. Może wiał jakiś wiatr w plecy? A może i nie, bo z taką średnią jechałem jeszcze kilka razy podczas tej podróży. Z tego pędzenia moja średnia po 80 km wynosiła 25,5 km/h, jednak po 97 km spadła do 24,7 km/h. To dlatego, że po 49 km pojawił się pierwszy podjazd, serpentyna o 7-procentowym nachyleniu, a po dalszych 13 km wjechałem do woj. świętokrzyskiego, usłanego podjazdami, których nie polubiłem, ale za to jakie z nich widoki :)
Wiem gdzie jest miejscowość Łowicz, jakiś czas temu jechałem kilometr od Tymbarka, a dziś nawet przejechałem przez Winiary. Ciekawe ile jeszcze firm wzięło swoje nazwy od miejscowości.
W Ostrowcach w końcu zjechałem z drogi krajowej, która i tak od kilku kilometrów zaczęła być dziurawa jak sito. Dobrze było zjechać, bo droga asfaltowa przez las, równiutka, bez aut. To lubię :)
Zaczynało się ściemniać. Dojechałem do Bogorii, gdzie zatrzymałem się w ostatnim spotkanym otwartym sklepie. Pięknie się prezentuje tamtejszy cmentarz. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu świeczek na grobach jak tam. Naprawdę polecam tamtędy przejechać się po zmroku, najlepiej w kompletnych ciemnościach, bo podczas mojej jazdy nawet Księżyc chował się za chmurami.
W Gryzikamieniu (140 km), kilka minut po godz. 20 zaczęło padać. Schroniłem się pod przystankiem, co dodatkowo ochroniło mnie przed wiatrem, który to od kilkudziesięciu kilometrów przeszkadzał mi, psując moje statystyki i dodatkowo wychładzając podczas zjazdów. Deszcz padał przez prawie godzinę i przestał na dobre, że więcej ani razu nie spotkaliśmy się podczas mojej podróży. Plus – przestało wiać; nareszcie! A minusem były oczywiście kałuże, które moczyły mnie przez kilka ładnych kilometrów. Przestały dopiero, gdy zaczął się wiatr, który wysuszył asfalt, zostawiając widoczne kałuże.
Wjechałem w Opatowie na kolejną krajówkę – nr 74. Na niej też zatrzymałem się na stacji benzynowej na kawie. O 23:45 przekroczyłem Wisłę (190 km) i tym samym wjechałem do woj. lubelskiego, by za Annopolem zjechać z drogi głównej. Ponieważ było ciemno, to w ostatniej chwili dostrzegłem zjazd i nie sprawdziłem czy skręciłem w dobrym miejscu. Tak jechałem tym mokrym asfaltem (widocznie padało tutaj przed moim przyjazdem) i głowiłem się czy dobrze jadę. Zaczęła się droga gruntowa, po której można było jechać tylko środkiem, a reszta, to był piach. Tutaj też po pewnym czasie aż włączyłem Traseo, by sprawdzić, czy jestem na właściwej drodze. Byłem, więc brnąłem dalej. Nie zawsze dało się jechać, bo piach bywał czasem wszędzie (nawet w butach) i trzeba było pchać. Kolejna droga gruntowa – tym razem przejezdna w całości – spotkała mnie za Wilkołazem. Dojechałem tą drogą do Borkowizny, gdzie miałem pierwsze poważne problemy z rozeznaniem terenu i musiałem wracać się – na szczęście nie były to duże odcinki.
Tak dojechałem do Bychawy, gdzie zatrzymałem się na kolejnym z przystanków autobusowych, żeby chwilę odsapnąć i coś przegryźć. Tam też zaczepił mnie pewien człowiek, który spać nie mógł (4:40 była), ale powiedział mi jak dojechać dalej do Piasków, dzięki czemu zaoszczędziłem sobie zbędnego błądzenia po mapie. Aby zaoszczędzić sobie trudu, zrobiłem przed wyruszeniem kilkanaście zdjęć mapy z wyrysowanym szlakiem, wgrałem na drugi telefon (pierwszy mam tylko do nagrywania tras, a drugi funkcjonuje jako zwykły telefon) i tak, patrząc na którą miejscowość kierować się lub gdzie skręcić, jechałem. Trochę niewygodne, bo wybrałem zbyt duże oddalenie (mapy OpenStreetMap), ale miałem za to mniej plików do poszukiwania obecnej pozycji (następnym razem będę usuwał te, które przejadę).
Z Piotrkowa do Piasków prowadzi bardzo dziurawa droga przez wiele pagórków. Na szczęście łatwych do pokonania przy odpowiednim rozpędzie. I na tej też drodze raz wyjrzało na mnie szparą w chmurach czerwone oko wschodzącego słońca. Dopiero po kilkudziesięciu minutach chmury zaczęły znikać i zrobiłem udane zdjęcie.
Piaski, ostatnie miasto na mojej drodze. Już nie miałem ochoty go zwiedzać. Wjechałem na drogę krajową nr 12, która ma dobre, bo szerokie, asfaltowe pobocze i ruszyłem. Ponieważ stan baterii w urządzeniu rejestrującym trasę wskazywał na 30%, to znów moja prędkość wynosiła 30-32 km/h. Niestety nie zawsze, bo droga jest bardzo pofałdowana.
Dojechałem do Stołpia, którego nie poznałbym, gdyby nie stara wieża, a następnie przejechałem się przez Staw, aby zobaczyć co się zmieniło w miejscu, w którym się wychowywałem. Cała droga była bardzo męcząca. Teraz narzekam na staw kolanowy, który mniej więcej w 80. km zaczął mi dokuczać i na podjazdach nieprzyjemnie bolał. Cieszę się z dobrej pogody, choć narzekać mogę na wczesnojesienny wiatr. Dobrze też zrobiłem wyjeżdżając za dnia, a docierając do domu o poranku, bo w okolicach Piasków zaczynałem przysypiać, a co byłoby, gdybym miał tak spędzić jeszcze kilka godzin po nieprzespanej nocy? Już teraz myślę dokąd wybrać się na kolejną podróż, aby pobić mój obecny rekord.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / lubelskie, z sakwami, kraje / Polska, Polska / świętokrzyskie, rowery / Trek

Rybnik – Kraków

  126.37  07:01
Dopóki nie wiesz dokąd dany szlak zmierza, nie wjeżdżaj na niego.
Wczoraj nigdzie nie wyruszyłem. Trochę szkoda, bo dzień wcześniej byłem w TOP 10 września na BikeStats.pl. Wolałem siebie oszczędzać, bo przeziębienie nie mijało, a ja mam ambitne plany na najbliższe 3 tygodnie. Dzisiaj poczułem poprawę, więc postanowiłem zrealizować – krótszy niż pierwotnie – plan. Zastanawiałem się nad podróżą do Krakowa z rozłożeniem tego na 2 dni i tym samym – noclegiem w okolicach Opola. Plan ten odpadł, gdy pojawiła się prognoza pogody na środę i czwartek, która przewidywała opad nad Dolnym Śląskiem w środę i nad Małopolską w nocy ze środy na czwartek. Mój plan skrócił się do jednego dnia, aby uniknąć moknięcia. Na początku znalazłem dobre połączenie z Nysą. Po przeanalizowaniu trasy, uznałem, że 200 km, to trochę za dużo jak na moje siły, dlatego wybrałem Rybnik. Pobudka przed 5, aby o 5:56 wsiąść do pociągu do Wrocławia. Tam miałem trochę przerwy, więc zwiedziłem odnowiony dworzec i ruszyłem ostatnim pociągiem w dzisiejszych planach.
Rybnik jest bardzo ciężkim do opanowania miastem, a przynajmniej jego centrum, wypełnione po brzegi jednokierunkowymi. Zjadłem tutaj zapiekankę, bo byłem głodny, a dawno jadłem takie cudo, i ruszyłem na wschód.
Po kilku nudnych kilometrach przez lasy i miejscowości, trafiłem na Orzesze, które zaproponowało mi zielony szlak rowerowy do Mikołowa, który z kolei był moim następnym celem. Najpierw zdecydowałem się nim podążać, gdy odbił w prawo. Zjechałem tylko do jakiejś dolinki, mając widok na nią i wracając znów na główną drogę, czyli nie do końca musiałem tędy jechać, ale co tam – widok chociaż był. Dalej szlak skręcił w lewo, obiecując mi dojazd do Mikołowa (praktycznie już w nim byłem, ale do centrum miałem 10 km). Dojechałem do Bujakowa, jednej z dzielnic i zaprotestowałem, że dalej nie jadę, bo szlak zaczął wskazywać Rudę Śląską, a znak – wartość 8 km. Zrobiłem tylko zdjęcie i pojechałem do centrum (znak pokazywał 10 km). Nie chciałem zwiedzać tego miasta ze względu na drogę, która się wydłużyła, ale przejechałem się. Spodobała mi się fontanna, która wygląda jak pęknięcie w ziemi.
Ponownie z lenistwa skorzystałem z Map Google, wyznaczając szlak dla trasy pieszej. Mógłbym to zrobić dla tras samochodowych, ale zawsze może mnie ominąć coś, co jest niedostępne dla aut. Tak było i tym razem – miałem okazję skorzystać z genialnej drogi, którą Google narysowało z palca. Wjechałem najpierw na pole, po którym przejechał parę razy ciężki sprzęt do pobliskiej budowy i dojechałem do ogrodzenia. Trasa pokazywała, bym szedł (już się przez to nie dało przejechać) przez wysoką trawę, w której czaiły się uschnięte, kłujące chwasty. Jakoś się przedarłem do polnej drogi, która mnie wyprowadziła na asfalt. Ostatecznie dowiedziałem się, że polna droga jest terenem prywatnym. Brawo dla Google.
Wjechałem do Katowic. Wow, nie miałem ich w planach. Duże są. W sumie może kiedyś zwiedzę Górny Śląsk, bo kojarzyłem go głównie z fabrykami, kominami, dymem i ogólnie szarością. A tutaj jest niewiele inaczej niż w Krakowie – jedynie więcej tych kominów. Wjeżdżam dalej do Tychów i znów do Katowic, by zacząć moje przygody w terenie. Tym razem miałem mniejszy bagaż, tylko doszedł śpiwór na trzecią część moich wakacji. Mimo to nadal uważałem na drogę, by nie wpaść na kamień (bardzo kamieniste były niektóre szlaki). Ładne lasy, tylko szybko się skończyły.
Imielin chciał pokazać się z dobrej strony, pozwalając mi wjechać na oznaczoną ścieżkę rowerową. Niestety wysokie progi dyskwalifikują nazwanie to prawdziwą drogą dla rowerów. Przejechałem przez Mysłowice, by znaleźć się w Jaworznie. Miasto ma dużą sieć ścieżek rowerowych, a ja wybrałem tę koloru przyrody. W pewnym momencie zgubiłem się, ale wróciłem (ślepa uliczka niestety) i, jadąc tym samym szlakiem, zobaczyłem piękną panoramę na jezioro pod Jaworznem. Przed krajową 79 skręciłem na południe do lasu, bo pierwotny plan zakładał jazdę drogą główną, ale skoro na Google Maps była ładna ścieżka, to czemu miałem nią nie pojechać? Droga asfaltowa, niekiedy ładnie, dalej bardzo zniszczona, z wieloma dziurami. Później wjechałem jeszcze na wygodną ścieżkę – będącą jednocześnie drogą dla rowerów – do ul. Oświęcimskiej w Chrzanowie. Nie miałem pojęcia gdzie szukać centrum, bo nie trafiłem na żaden znak, więc długo w tym mieście nie zabawiłem.
Znów odwiedziłem Rudno, przejeżdżając obok zamku Tęczynek, który mogłem tym razem podziwiać z innej perspektywy. I, jadąc drogą sprzed ponad tygodnia, dojechałem do Krakowa. Sądziłem w Rudnie, że będzie 130 km. Pomyliłem się niewiele, ale nie chciałem już dokręcać tej różnicy, by się oszczędzać przed zbliżającą się wyprawą do Chełma.
Kategoria Polska / małopolskie, setki i więcej, z sakwami, terenowe, kraje / Polska, Polska / śląskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Wrocław – Legnica

  68.43  03:43
Dziś będzie historia z morałem, jako że ci bezczelni rowerzyści mają swój własny świat i nie widzą niczego poza czubkiem własnego nosa :)
W końcu. Obudziłem się jakoś po 8. Na dworzec dotarłem pół godziny po 10. Z małym problemem przy płatności kartą – zabrakło 3 zł na koncie i musiałem zalogować się do banku przez dworcowe, niezabezpieczone Wi-Fi. W pociągu znalazłem swój wagon, rower powiesiłem obok rowerka pewnego pana. Ów rowerek zajął dwa wieszaki, bo pan nie miał pojęcia jak inaczej go zaczepić. W sumie ja też się obawiałem o swój rower, bo tak się strasznie gibał i sądziłem, że wygnie mi obręcz. Po końcu podróży nie zauważyłem zmian. Jedynie uszkodziłem odblask na szprychach, ale póki się trzyma, póty nie będę go ruszał.
Zaplanowałem, że do Legnicy dotrę rowerem. Ruszyłem spod dworca, aby dostać się na Legnicką. Wspomagając swoją podróż mapą z GPS-em, udało mi się. Ostatnim razem jechałem tą drogą w maju, gdy szykowałem trasę na konkurs na Euro w Polsce, ale w pamięci niestety nie utkwiły mi miejsca, w których należy zmienić stronę ulicy, by uniknąć końca drogi dla rowerów. Dotarłem pod stadion, a dalej jakoś na drogę krajową nr 94. Średnia w mieście – 13 km/h. Zacząłem w końcu rozwijać dobrą prędkość na poziomie 25-30 km/h, co było dla mnie czymś niesamowitym, ale myślę, że było to spowodowane ukształtowaniem terenu, który lekko opadał oraz kierunkiem wiatru, który wiał wciąż w plecy.
W Leśnicy jechałem szybkim tempem, póki nie zacząłem doganiać pierwszych rowerzystów na tejże drodze, bo jechałem asfaltowym chodnikiem pieszo-rowerowym. Bardzo ładny i równiutki, na nim mogłem rozwijać takie przyjemne prędkości. Wszystko byłoby pięknie, gdybym nie natrafił na pewną rodzinę. Tatuś jechał daleko na przodzie, a w tyle synek i zaraz za nim mamusia. Zacząłem wyprzedzać tę kobietę, gdy ona ni stąd, ni zowąd zaczęła wykonywać manewr wyprzedzania lub chciała jechać na równi z synkiem na tej jakże wąziutkiej ścieżynce, oddzielonej dodatkowo od jezdni ogranicznikami. Ja odbiłem się od nich, stuknęliśmy się kierownicami na powitanie, pani wykrzyknęła coś o prostytutce i zatrzymała się, a ja pojechałem dalej, by nie blokować drogi innym rowerzystom. O dziwo na moim liczniku pojawiło się 30 km/h – zostałem poczęstowany przez tę próbę zepchnięcia mnie na jezdnię sporą dawką adrenaliny, bo pedałowało mi się naprawdę lekko. Jakie było moje zdziwienie, gdy owa pani mnie dogoniła, a przejechałem raczej spory kawałek od miejsca naszego przywitania. Zaczęła ze mną rozmowę i przeszliśmy od razu na "ty". Pamiętam, że użyła w swojej wypowiedzi takich rzeczowników jak gej i pedał. Ciekaw jestem w ogóle czy wie co one oznaczają. Jest uprzedzona do długowłosych i najpewniej cierpi na homofobię. Ja tylko odparłem pytaniem: "Czy nauczysz się jeździć?" Nie wiem czy moje słowa dały coś do myślenia tej pani, czy może moja prędkość zaczęła ją wykańczać, ale zostałem sam. I morał na dziś: jeśli nie chcesz oberwać, zamknij dziób i naucz się Kodeksu Drogowego.
Do Środy Śląskiej dojechałem relatywnie szybko. Przejechałem się przez miasto, bo było krócej i zjechałem na drogę, którą wybrał dla mnie Google w swoich mapach. A mówiłem sobie, że nie będzie dziś terenu... Do Dębic był ciągle teren. O ile do Proszkowa dojechałem po ładnym gruncie, o tyle dalej już były ohydne kamieniska. Choć przyznam, że wolałem ten teren od tego, co było w centrach mijanych wsi. Dolnoślązacy umiłowali sobie brukowane drogi we wsiach, które mijałem chyba w każdej, przez którą przejechałem na mojej drodze do Legnicy.
Od Rogoźnika zaczęła się licytacja. Jak ja się z niej cieszyłem. Zaczęło się od prostego "Legnica 14" przez "Legnica 7" i "Legnica 6" do "Legnica", który okazał się moim faworytem. Jaką ulgę poczułem, że już prawie jestem w domu, że koniec tych okropnych dróg. Mijając supermarket, wstąpiłem do niego, by mieć coś do jedzenia na kolację i następny dzień. I tak prawie po czterech godzinach jazdy dotarłem do domu po zmroku. Zdaje mi się, że baterie w przedniej lampce wymagają wymiany, a są ze mną od stycznia. Długo :)
I jeszcze słowo o samej jeździe. Miałem ze sobą sakwy na bagażniku (4 i 4,5 kg), a do tego torbę sportową (8 kg) i plecak (3,5 kg). Stąd też dzisiejsze moje zmartwienia, które były obecne przez całą podróż. Od Krakowa, gdzie każde zagłębienie traktowałem jako moja klęska przez złapanie kapcia i nie zdążenie na pociąg po całą drogę, której trasę opisałem. W Krakowie kilka razy naprawdę myślałem, że będzie koniec, ponieważ są tam większe progi i bardziej zadeptane kamienie brukowe. We Wrocławiu zaś jechało się wygodnie. Może nie zawsze, bo bałem się złapać snake'a czy w ogóle nie chciałem, aby dętka nie wytrzymała ciężaru. Najbardziej jednak przeraziło mnie to, gdy wjechałem na terenową drogę. Ale się myliłem, jechało się po niej tak lekko jakby była z gumy ;D Później jednak pojawiła się pierwsza kostka brukowa. Zacząłem przeklinać chwilę, gdy wjechałem na tę drogę. I jeszcze na dokładkę teren po drobnych kamieniach. Dałem radę, ale strasznie się bałem, że będę musiał wymieniać dętkę, a w zapasie mam tylko taką, która ma kilka łatek na sobie. Przy okazji ważenia, dowiedziałem się, że ja w garderobie mam 66,5 kg, a rower z półlitrową wodą, telefonem i bagażnikiem 17 kg. Margines błędu, to jakiś kilogram-półtora.
Kategoria Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, z sakwami, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Trójstyk granic Czech, Polski i Słowacji

  286.88  16:14
O tym jak zmagałem się z pogodą i zmęczeniem, ale też o pięknych widokach, długich podjazdach i słowackiej granicy :)
Planowałem wyruszyć po godzinie 23. Nie mogłem jednak usnąć, a gdy zasnąłem, budzik był bezsilny. Obudziłem się o pierwszej, podejrzewam, że po trzech godzinach snu. Zjadłem płatki śniadaniowe, popiłem ciepłą kawą, założyłem na siebie co potrzeba i ruszyłem. Na początek przywitała mnie niedziałająca winda, dlatego musiałem znieść rower z czwartego pietra razem z sakwami, w które wpakowałem parę batonów, banany, 2 litry wody i kilka ciuchów. Miałem na sobie niewiele ubrań – kolarki na szelkach, do tego obcisłe spodnie (tak, dwa pampersy) i bluza termoaktywna.
Jest 10 minut przed drugą, więc ruszam w kierunku Skawiny. Jest przyjemna noc, ciepła przede wszystkim. Znaną trasą dojeżdżam do Kalwarii Zebrzydowskiej. Pierwszy raz zaglądam do telefonu dokąd dalej jechać. Zawiesza się aplikacja rejestrująca trasę. Jak na złość, przecież to raptem 37 km. Na szczęście aplikacja Moje trasy dla Androida zapisuje punkty na bieżąco, więc trasa nie przepadła. Od tego momentu stwierdziłem, że będę zapisywał trasę maksymalnie co 35 km, by nie dopuścić ponownie do takiej sytuacji.
Po niewielkim podjeździe przez Bugaj w Zakrzowie zakładam lekką bluzę pod bluzę termoaktywną, bo jednak zrobiło się chłodniej. Mijam wiele górek i dolinek przepełnionych mokrym powietrzem. Mgła jest wszędzie, ale rozjaśnia się.
W Zemborzycach mijam bardzo dostojny most podwieszony i zaraz dojeżdżam do Suchej Beskidzkiej. Wstaje słońce, a ja mimo to zakładam kurtkę chroniącą od wiatru, bo jest coraz chłodniej. Mgły nie ustają. W Lachowicach pojawia się słońce, więc zdejmuję kurtkę, by ją ponownie założyć w Hucisku. Do tego zakładam drugie spodnie, bo robi się przeraźliwie chłodno. Po 70 km jazdy odzywa się noga. Nie bolała mnie tak od początku lipca (zaczęła boleć podczas wycieczki na Przełęcz Karkonoską). Musze to przecierpieć. Długi zjazd, koniec słońca. Jestem w dolinie, mgły nad głową, słońce nie może się przedrzeć. W Świnnej kupuję coś na ząb w piekarni lub raczej cukierni, bo drożdżówek, to nie mieli za wiele.
W Żywcu pojeździłem trochę, bo jest tam zamek, którego nie potrafiłem uchwycić. Dałem sobie z nim spokój i ruszyłem dalej, mijając browar, chyba znany. Po drodze mijam też zachwycający wiadukt na drodze ekspresowej S69. Zdjąłem bluzę termoaktywną i spodnie, zostając w bluzie, którą miałem pod spodem i długich spodniach. W tych ciuchach przejadę spory kawał drogi, póki nie zacznie się dłuższy zjazd, o czym za chwil parę.
W Lalikach lekki problem z wyborem kierunku, ale poradziłem sobie. Na rondzie można jechać po prawej stronie ekspresówki i po lewej. O ile droga w lewo prowadziła do jakichś wiosek, to wróciłem słusznie na drogę po prawej. Chyba nie tylko ja miałem taki problem, bo jak widziałem, jeden rowerzysta wjechał, mimo oznakowania, na drogę ekspresową. Jeszcze w Zwardoniu mijałem rodzinkę, która wjechała na tę drogę. O ile dzieciak krzyczał, że nie można, to ojczulek znał się lepiej...
Granicę przekraczam o 8:42. Od razu zaczyna się zjazd, dłuuugi zjazd przez miejscowości Skalité i Čierne. Słychać przemieszane języki :) Szkoda, że nie miałem eurosków, bo kupiłbym może coś na ząb.
Trasę planowałem z Mapami Google, które to zaproponowały mi przekroczenie granicy drogą. Jak się okazało, droga była gruntowa, a w większej mierze stała się korytem dla strumienia. Udało mi się go przekroczyć z moim zapakowanym rowerem. Dalej jeszcze przechadzka przez gąszcz leśny i jestem na granicy, na drodze prowadzącej do Polski. Po prawej stronie mijam słupki z literką S, a po lewej z literką C.
Po dojechaniu do miejsca, gdzie stykają się granice trzech państw, zostawiłem rower na słońcu, choć powinienem zapchać go dalej w cień, i ruszyłem robić fotki, czytając po trochu opisy na tablicach informacyjnych. Są tam dwa zadaszone piece grillowe z ławeczkami i stolikami. Jeden na Słowacji i jeden w Czechach. Polacy się nie postarali o własny ;p
Ruch był spory, dlatego zabrałem się i ruszyłem w dalszą drogę, by pokonać trochę wzniesień i zatrzymać się w Istebnie w Karczmie po Zbóju. Zamówiłem mintaja i przy okazji podładowałem baterię w telefonie, bo mogła nie wytrzymać dystansu.
Ruszyłem na Wisłę. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że to miasto jest początkiem naszej rzeki. Miałem długi podjazd, a następnie zjazd pod Zameczek Prezydenta RP. Dalej jeszcze miejsce do lądowania dla śmigłowców i ruszam w dół. Telefon zawiesił się. Cały zjazd w dół się nie zapisał. Sądziłem, że przyczyną był szybki zjazd, jednak w Szczyrku zawiesił się ponownie.
Zaczęły się podjazdy, tym razem w większości terenowe. Nie wszystkie mogłem ogarnąć z sakwami, zmęczonymi mięśniami, palącym słońcem i stromością tychże podjazdów. Później trafiłem na coś, co Google określa mianem drogi – zarośniętą ścieżkę dla pieszych. Skróciło to drogę asfaltową, ale nie wiem czy przyspieszyło. Musiałem się przedzierać przez powywracane drzewa. Gdy ponownie zobaczyłem, że szlak prowadzi mnie na "skróty", rezygnowałem.
W Malince, tuż przed Szczyrkiem, zaczął się najtrudniejszy podjazd. Po drodze pytano mnie o skocznię Małysza. Chyba znów coś mi umknęło :) Na samej górze zaś spotkałem setki zaparkowanych aut. Mogłem pójść za tłumem i zobaczyć co tam ciekawego jest, ale kończył mi się zapas wody, więc rozglądałem się za otwartym sklepem. Zaczął się przepiękny zjazd w dół. Chwila odetchnienia. Musiałem jednak założyć bluzę termoaktywną, bo wiatr robił swoje. Szczyrk przypomina mi Karpacz. Mnóstwo ludzi, straganów, hałasu, reklam. Po znalezieniu sklepu, czym prędzej ruszyłem w stronę Bielska-Białej. To miasto jest tak olbrzymie, że nie wiadomo kiedy się zaczyna i kiedy kończy. Po wjeździe do niego jechałem, jechałem i jechałem, a centrum nie było widać. Plusem są ścieżki rowerowe. Szkoda tylko, że słaba ta infrastruktura. Przykład: jest ścieżka, jest wymalowany przejazd rowerowy, kierowcy widzą znak D-6b (przejście dla pieszych i przejazd dla rowerzystów), ale na światłach jest tylko ludzik i żadnego roweru. Jeszcze dalej zaskoczyła mnie budowa. Ogrodzone wszystko bez żadnych znaków jak rowerzyści mają się poruszać, by ominąć ten teren. Musiałem przejechać po chodniku. Nie chciało mi się złazić z roweru, rozleniwiłem się.
Gdy w końcu dojechałem, tylko się pokręciłem po Rynku, na którym był jakiś festyn i ruszyłem w dalszą drogę po równinach z niewielką ilością podjazdów, bym się nie zmęczył za mocno. Pedałowałem ile sił w nogach, bo chciałem już być w domu, choć byłem taki zmęczony... Robiło się coraz ciemniej.
Był zmrok, gdy dojechałem do krajowej 44. Nie było wielkiego ruchu, ale robiło się chłodno, że znów założyłem wszystko, co miałem. Z niecierpliwością wypatrywałem oświetlonych kominów Skawiny, które są tak charakterystyczne, że jak tylko je widzę, to czuję ulgę, że jestem już tak blisko. Najwidoczniej byłem zbyt nisko, bo dopiero kilka kilometrów od Skawiny ujrzałem ten czerwony blask. Postanowiłem ruszyć przez Tyniec, by nie zanudzić się w Kobierzynie. Lubię tę drogę nadwiślaną.
Dotarłem tuż po północy. Po 22 godzinach poza domem, 16 spędzonych w siodełku (ciekawe, że wyszło aż 6 poza) byłem naprawdę zmęczony, ale szczęśliwy, że pokonałem taki dystans. O dziwo ręce mnie nie bolały, kręgosłup również. Jedynie siedzenie, któremu dwa pampersy nie pomogły.
Teraz myślę, że przestanę umieszczać trasy w serwisie Traseo.pl. Zauważyłem, że z trasy o 39 tys. punktów zrobił trasę o tysiącu punktów. Nie podoba mi się też GPSies.com, bo nie pokazuje prędkości, a lubię wiedzieć również to. Czy ktoś poleci jakiś dobry serwis do zapisu śladu, który nie zepsuje trasy?
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Polska, kraje / Słowacja, kraje / Czechy, Polska / śląskie, rowery / Trek

Rudawski Park Krajobrazowy

  130.26  12:07
Oto dzień, na który czekałem, by urwać się choć na trochę. Dzień zapowiadał się odrobinę deszczowy, ale mimo wszystko tego deszczu nie było. Na sam początek zaspałem i zamiast wyruszyć z rana, zbierało się południe. Dodatkowe marnowanie czasu w kolejkach sklepowych i złapanie gumy przed wyjazdem z domu jeszcze bardziej opóźniły moją wycieczkę. Dziura, najpewniej z poprzedniego dnia, w miarę sprawnie zakleiłem ją i wyruszyłem żwawym tempem na południe.
W ogóle trasę zaplanowałem wieczorem poprzedniego dnia. Wiedziałem tylko, że chcę zobaczyć Rudawy Janowickie. Nawet nie wiedziałem co mnie tam czeka i ile czasu zajmie mi zdobywanie tamtejszych widokowych "wzgórz" (tam są góry, o czym przekonałem się na miejscu).
Na przystanku, gdzie zwykle zbieramy się do wycieczek, czekali Michał z Markiem. Czekali na ludzi z forum, by udać się przed siebie, jednak nikt nie dojechał, więc wyruszyliśmy we trójkę. Oni nie mieli celu, a ja miałem, więc wyruszyliśmy w jednym kierunku. Zostałem uprzedzony o wolnym tempie. Z początku było ono uciążliwe, jednak później przekonałem się, że warto było jechać tak wolno, bo po kilkudziesięciu kilometrach już odczuwałem pokonany dystans. Gdybym jechał własnym tempem, na pewno już umierałbym w połowie drogi. Jak na złość po kilku kilometrach pękła mi dętka w miejscu, gdzie kleiłem dziurę. Tym razem guma do wyrzucenia, bo pęknięcie na szwie jest zbyt rozległe, żeby cokolwiek temu zaradzić.
Aby uprościć sobie drogę, przejechaliśmy przez Stary Jawor. Dalej typową trasą do Lipy i w Kaczorowie rozstaliśmy się. Ja od razu wypatrzyłem przepiękne widoki, których nie dojrzałem początkowo podczas innej wyprawy, gdy jechaliśmy z Jeleniej Góry (konkretnie wracając z Przełęczy Karkonoskiej). Od razu dojrzałem Cycki Bardotki (nie wiem skąd taka durna nazwa, tylko na Wikipedii znalazłem ją). Sądziłem, że Janowice Wielkie będą oddalone bardziej, ale szybko się w nich znalazłem i całkowicie przypadkiem trafiłem na drogę do Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Nawet zrobiłem zdjęcie mapy, która tam była, co odrobinę uratowało mnie, gdy sam nie posiadałem żadnej tak dokładnej. Mapy OpenStreetMap nie są zbyt dokładne i nie zawsze im ufam...
Od razu zboczyłem ze ścieżki rowerowej. Przypadek, ale chciałem zobaczyć gdzie wiedzie szlak, którym wyruszyłem. Wiódł do zamku Bolczów. Niestety była to droga niedostępna dla rowerzystów, dlatego musiałem momentami rower wnosić. Szczęście moje, że nie zawróciłem, bowiem miałem już takie myśli. Dotrwałem jednak i moim oczom ukazała się przepiękna ruina zamku :)
Po zejściu z wzniesienia (nie było mowy o zjeździe), ruszyłem szlakiem rowerowym, zatrzymując się na chwilę przy strumieniu, by odrobinę się ochłodzić. Po dotarciu do Przełęczy Karpnickiej, stwierdziłem, że nie omieszkam spróbować podjazdu na górę, którą widziałem z oddali. Piękny Sokolik :) Zdobyłem go wjeżdżając, a na zakrętach wprowadzając rower (przydałby się typowy MTB). O dziwo... na górze są stojaki do parkowania roweru! Coś zaskakującego jak dla mnie. No, ale to nie Karkonoski Park Narodowy, więc tutaj można korzystać z dobrodziejstw przyrody :)
Po skończonym zachwycaniu się widokami, w trasę powrotną zboczyłem na zachód. Tuż przed Bobrowem złapałem jeszcze jedną gumę, za co winą obarczam betonowe rowki w drodze, które nie polubiły mojego roweru. Dwa razy zdejmowałem oponę, bo za pierwszym razem nie zauważyłem, że złapałem snake'a. Taki niefart.
Nadszedł czas powrotu, bowiem zaczęło się ściemniać, a ja wciąż byłem w górach. Wyruszyłem do Janowic, zaczął mi się kończyć zapas wody. Jakież szczęście, gdy w niedzielę po 21 znalazłem sklep, który powinien być zamknięty od kilku godzin. Uzupełniłem zapas wody i ruszyłem dalej, wracając tą samą drogą.
Mijając Myślinów, zaczęły mnie niepokoić błyski. Gdy mijały kilometry, pojawiało się coraz więcej błysków, aż wreszcie zauważyłem, że są to wyładowania. Zbliżała się burza. Uznałem, że nie chcę, by mnie złapała na odludziu, bez schronienia, więc wybrałem drogę przez Męcinkę i Chroślice. Pioruny waliły wszędzie. Bez odgłosów, jedynie błyski. Dosłownie otaczał mnie ich blask. Zaczęło kropić na Nowodworskiej w Legnicy. Gdy tylko zatrzymałem się na przystanku, z którego ruszyliśmy po południu, zaczęła się prawdziwa ulewa. Nie mogłem siedzieć tam całą noc, więc założyłem kurtkę przeciwdeszczową, którą miałem na wszelki wypadek i ruszyłem do domu, kompletnie przemakając.
Uznaję wycieczkę za jedną z lepszych i wartych rozbudowania, gdy tylko wrócę w tamte strony :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, po zmroku i nocne, ze znajomymi, z sakwami, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery