Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:62222.15 km (w terenie 3705.74 km; 5.96%)
Czas w ruchu:3650:00
Średnia prędkość:16.86 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:467167 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:719
Średnio na aktywność:86.54 km i 5h 07m
Więcej statystyk

W Lubinie prawie pod namiotem – dzień 3

  144.91  07:05
Dzisiaj pospałem sobie dłużej. Chyba dlatego, że było ciepło, bo zatrzymałem się w hostelu. Także dzień zapowiadał się ciepły i słoneczny. Miałem nadzieję, że ujrzę dzisiaj morze.
Zwiedzanie Szczecina nie jest najlepszym pomysłem, gdy nie ma się mapy ciekawych miejsc. W dodatku wszędzie tam pełno skrzyżowań ze światłami, na których rowerzyści muszą przejeżdżać na czerwonym, bo czekanie na zielone nie ma najmniejszego sensu. Zrobiłem zakupy w pierwszej napotkanej Żabce i w końcu ktoś miał nożyczki, więc pociąłem metrowej długości plaster na mniejsze kawałki, żebym miał czym chronić moje wczorajsze skaleczenie. Zatrzymałem się też na placu Grunwaldzkim, aby w końcu zjeść śniadanie kupione kilka chwil wcześniej w sklepie.
Nie da się zwiedzić tego Szczecina na rowerze. Zabytki, które widziałem były położone przy ruchliwej drodze krajowej, więc pozostawał spacer chodnikami. Przejścia dla pieszych mają tam liczniki, ale zielone światło czasem trwa tylko przez kilka sekund. Przespacerowałem łącznie 2 km drogi, ale czas mnie gonił, więc bez żadnego planu nie miałem tam czego szukać i zacząłem wyjazd z miasta. Było to trudne i niewygodne. Jechałem ruchliwymi ulicami, marnej jakości drogami dla rowerów, setką przejazdów rowerowych (także między stronami ulicy). W pewnym miejscu musiałem dostać się na wiadukt, ale za żadne skarby nie wiedziałem jak tego dokonać. To miasto nie dba o rowerzystów. Robią te drogi dla ciemnoty, aby zaspokoić ich potrzeby, ale co mają zrobić normalni rowerzyści, którzy wymagają jakości? Polskie prawo niestety rzuca kłody pod nogi z zapisem o nakazie jazdy drogą dla rowerów znajdującą się po stronie kierunku ruchu. Wiem na pewno, że do Szczecina już nie wrócę, bo to złe miejsce.
Szczecin opuściłem po przejechaniu 25 km. Strasznie daleko się to miasto ciągnie. Przynajmniej droga krajowa była dwujezdniowa o dwóch, czasami trzech pasach ruchu, a ruch na niej był średni. I jak w Szczecinie poboczy nie było w ogóle, tak za miastem miałem do dyspozycji aż 2 metry.
Kawał drogi przed Stargardem Szczecińskim pojawił się bezsensowny znak zakazu wjazdu rowerem. Bezsensowny, bo po prawej stronie ciągnie się droga dla rowerów, po której, zgodnie z prawem, rowerzysta ma obowiązek jechać. Ciągle miałem wrażenie, że za chwilę coś wyskoczy zza krzaków pod moje koła. Z początku nawierzchnia była równa, ale po kilku kilometrach asfalt wyglądał jakby zapomniano o nim eony temu. Cóż, gdy biedota bierze się za budowę, nigdy nie będzie to coś porządnego.
Stargard Szczeciński mnie wciągnął. Tyle olbrzymich zabytków mrugało do mnie z wysokości, że nie mogłem się oprzeć i przespacerowałem dużą część Starego Miasta. Znów poświęciłem na to więcej czasu niż mogłem. Na pewno ominąłem sporo zabytków, ale te, które rzuciły mi się w oczy – zobaczyłem.
Było tak upalnie, że, skuszony, zatrzymałem się, na lodach. Dostałem paragon za najtańszą wersję, choć zapłaciłem 4 razy więcej. Ktoś ma problemy ze wzrokiem lub z finansami. Nie wnikam, a lody takie sobie.
Na północ jechałem po przeróżnych pagórkach. Słońce miałem za plecami, więc odrobinę mogłem odpocząć od tego upału. Jedynie wiatr wciąż przeszkadzał, w którąkolwiek stronę nie jechałem. Do Maszewa dojechałem po godz. 15. Musiałem zmienić plan, aby się wyrobić. Wyciągnąłem mapę województwa i obrałem kierunek na Goleniów. Nowogard musi poczekać.
Tuż przed Goleniowem jest rondo, a przed rondem po prawej stronie droga dla rowerów. Niestety droga zrobiona tak bezmyślnie, że prowadzi tylko w prawo, a ja, głupi, dałem się oszukać i na nią wjechałem. Żeby pojechać do Goleniowa musiałem przejechać po pasie zieleni. Ta niewygoda została mi jednak wynagrodzona, bo oto Goleniów jest miastem kwitnącej wiśni! Taka mała Japonia, którą mogłem podziwiać, ponieważ drzewa wciąż kwitły (choć już nie tak imponująco, jak kilka tygodni temu). Sakura, bo tak nazywa się ta odmiana, będzie gościć w moim ogrodzie, jeżeli kiedykolwiek w życiu osiądę w jednym miejscu.
Z Goleniowa miałem ruszyć do Stepnicy, ale znalazłem na mapie jeszcze krótszą drogę, krótszą nawet od drogi krajowej – przez lasy. Cieszyłem się podwójnie z wyboru, bo las chronił mnie od wiatru i mogłem jechać szybciej. Niestety wysokie drzewa zasłaniały także słońce i po pewnym czasie zaczęło robić się chłodniej. Wspominam jazdę tamtą drogą bardzo dobrze. Droga była równa, aut żadnych, słychać tylko wiatr i śpiew ptaków; po pewnym czasie także szum turbin elektrowni wiatrowych. Na kilka kilometrów przed miastem Wolin, las skończył się i choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, to chłodny wiatr wiejący w twarz bardzo wychładzał. Temperatura spadała coraz niżej, aż momentami zaczęła dochodzić do 11 °C.
W Wolinie pokręciłem się dłuższą chwilę w poszukiwaniu sklepu. Znów trafiłem na Żabkę. Pomyślałem, że może zacznę tam jadać codziennie. Czas mnie gonił, a że nie miałem na dzisiaj upatrzonego celu, tylko kilka wybranych pól namiotowych, to pojechałem do pierwszego, najbliższego. Aby skrócić sobie drogę, wjechałem w teren, na rowerowy Szlak Odry należący do sieci szlaków Greenways. Na początku było nieźle, miałem nawet widok na Zalew Szczeciński. Potem zaczęły się piaszczyste drogi i las. W owym lesie kilka razy zbłądziłem, ale że miałem ze sobą mapę OpenCycleMap z lokalizacją, to trzymałem się zaznaczonego szlaku. W ten sposób dotarłem do Lubina, a las, który minąłem, był częścią Wolińskiego Parku Narodowego.
Szukanie pola namiotowego nie przynosiło skutków. Chociaż często korzystam z serwisu eholiday.pl, to dzisiaj okazał się on zawodny. Nawet numer telefonu do właściciela kempingu był nieosiągalny. Słońce zachodziło, więc wróciłem do skrzyżowania, na którym rzuciła mi się w oczy reklama agroturystyki. Musiałem spróbować... i udało się. Mieli wolny domek, ale za to jaki standard! Widok na zachodzące słońce (tym samym promienie słoneczne nagrzały pomieszczenie), cena nie wyższa niż w poprzednich miejscach, nawet telewizor się znalazł. Nie dało się narzekać, choć planowałem dzisiaj spać pod namiotem, ale jak nie dzisiaj, to na pewno wkrótce. Nie mogłem się doczekać widoku morza.
Kategoria setki i więcej, z sakwami, terenowe, Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, wyprawy / Świnoujście – Hel 2014, rowery / Trek

Z wizytą u Szwejka na drugi dzień

  155.57  07:53
Obudził mnie chłód. Nie sprawdziłem ile pokazywał termometr, ale gdy ruszałem było 12 °C. Żaby nad wodą nie przestawały nawet na chwilę rechotać. Kuranty w miejscowym kościele oznajmiły, że pora się zbierać. Właściciel kempingu już na mnie czekał. Chwilę porozmawialiśmy i jeszcze przed godz. 8 wyruszyłem, aby dostać się do Szczecina. Nie spieszyłem się, nie chciałem tracić sił, których i tak miałem mało po wczorajszej gonitwie z czasem. Chociaż liczba kilometrów w dzisiejszym planie była podobna do wczorajszego, to miałem dużo więcej czasu do rozdysponowania i byłem spokojniejszy.
W Słońsku, skuszony znakiem, zacząłem szukać ruin zamku. Ruina wygląda raczej na pałac, ale to dlatego, że w XVII w. zamek został zniszczony przez Szwedów i odbudowany już jako pałac. Zrobiłem zakupy w malutkim sklepie i zatrzymałem się, aby zjeść porządne śniadanie. Zdecydowanie nie było ciepło, do tego wiatr od czasu do czasu smagał podczas postoju. Trzeba było się porządnie rozruszać, żeby ruszyć dalej. Przy wyjeździe ze wsi kusiło 99 km do Berlina, ale nie był to mój dzisiejszy cel, zwłaszcza że miałem już zapewniony nocleg.
Przez kilka kolejnych kilometrów po mojej prawej stronie rozciągały się krajobrazy Parku Narodowego „Ujście Warty”. Zatrzymałem się pod wieżą widokową przy Czarnowskiej Górce. Mglisty poranek nadawał widokom nutę tajemnicy, jednak nadal jest to tylko płaski teren, który już nigdy nie zdobędzie mojego serca.
Dojechałem do Kostrzyna nad Odrą. Pierwsze, co chciałem tutaj zobaczyć, to twierdza. Udało mi się przypadkiem dojechać do bramy przy bastionie Filip. Widać, że trwają prace budowlane, ale ponieważ nie było żadnego zakazu, to przejechałem po moście przez fosę. Przeczytałem z tablicy informacyjnej, że niegdyś było tam miasto, które zostało prawie całkowicie zniszczone podczas II wojny światowej. Prawie, ponieważ fundamenty budynków oraz chodniki są wciąż widoczne. Jaka szkoda, bo to miejsce było niezwykłe i na pewno równie piękne, jak Zamość. Odnawiane mury przy tych wszystkich ruinach wyglądają bardzo nienaturalnie, ale prace trwają i za kilkadziesiąt lat to miejsce może się zmienić nie do poznania.
Miałem jakiegoś pecha, bo ześlizgnąłem się z pedału podczas wpinania w zatrzask i rozciąłem skórę na sporej powierzchni. Ból był straszny, bo trafiło na piszczel. Myślałem, że to koniec mojej podróży i że dalej nie pojadę. Na moje nieszczęście nawet nie miałem żadnego środka do dezynfekcji. Przemyłem ranę wodą, założyłem porządny plaster, rozchodziłem nogę i powoli zacząłem jechać w stronę centrum miasta, żeby znaleźć czynną aptekę. Z początku mocno bolało, ale z każdym kilometrem czułem coraz większą ulgę.
Nie znalazłem żadnej apteki, ale w sklepie dostałem plastry. Moje poprzednie, które miałem ze sobą, miały już 2 lata i powoli się kończyły. Miałem tylko nadzieję, że znajdę aptekę gdzieś dalej.
Gdzieś na przedmieściach, na drodze krajowej, pojawił się długi podjazd i był nawet stromy. Jaka szkoda, że przegapiłem fort Sarbinowo. Jest on częścią Twierdzy Kostrzyn i leży na tym samym wzniesieniu, na które wjechałem. Może następnym razem będę miał więcej szczęścia. Lubię oglądać takie obiekty.
Jazda szła mi strasznie wolno. Pokonałem zaledwie 30 km w 3 godziny. Miał być luźny dzień, ale nie aż tak. Do Szczecina było jeszcze ponad 110 km po drodze krajowej, ale ja nie planowałem po niej jechać daleko, bo chciałem przejechać przez kawałek Niemiec.
W południe miałem na liczniku 50 km i w końcu pokazało się słońce – chociaż na chwilę. Za Boleszkowicami wjechałem w kawałek terenu. Ładne tam były widoki z żółtymi polami rzepaku. A w Mieszkowicach poczułem się jak w średniowiecznym mieście. Droga z bruku, mury miejskie. Jedynie te domy takie nowe. Niestety na tym bruku tak trzęsło, że wypadł mi notes i prawie straciłem notatki z połowy dnia. Na szczęście przechodzień zauważył, że coś zgubiłem i dzięki temu odzyskałem notes zanim się zorientowałem jego zniknięcia.
Planowałem dojechać do Szczecina ok. godz. 16, aby móc zwiedzić to miasto i mieć więcej czasu w trzecim dniu podróży, jednak jechałem stanowczo zbyt wolno. Myślałem nawet o ominięciu Niemiec. Ostatecznie postanowiłem trzymać się planu. Niestety wiatr zmienił się z bocznego na czołowy, ale nie poddawałem się. Jeszcze moja podróż się nie skończyła.
Dojechałem do Chojny i w końcu znalazłem czynną aptekę. Pracował w niej obcokrajowiec i musiałem mówić naprawdę wolno, aby mnie zrozumiał. Udało mi się dostać spirytus salicylowy oraz szerokie plastry. Do nich niestety potrzebne były nożyczki, których już nie udało mi się uzyskać od sprzedawcy.
Na moim liczniku 100 km wybiło na chwilę po wjeździe do Niemiec. Od razu przywitał mnie chodnik z tabliczką „rower frei”. Choć nawierzchnia była z nierównej kostki, to jechałem. Rowerzyści są tam tak samo głupi, jak w Polsce, także kraj chyba nie ma znaczenia, jeśli chodzi o zapewnienie własnego bezpieczeństwa. A może to byli wszyscy Polacy mówiący po niemiecku?
Dotarłem do miasta Schwedt/Oder, które ma strasznie dużo przestrzeni. Wyznaczenie dróg dla rowerów nie było tam w ogóle problemem. Budynki są zadbane, jak w Görlitz (przynajmniej od reprezentatywnej strony, bo przy ulicach osiedlowych już nie jest tak ładnie). Rowerzyści mają dużo przywilejów. Podobają mi się też przejścia dla pieszych – żadna tam zebra, nawet znaku nie ma. Chodnik styka się z ulicą, a stąd pieszy może już przejść, oczywiście uważając na nadjeżdżające auta, ponieważ nie każdy kierowca umie się zatrzymać w odpowiednim momencie.
Chmury zaczynały się rozchodzić, a słońce od czasu do czasu przypiekało. Jedynie wiatr się nie zmieniał. Wyruszyłem na północ, ale trafiłem na kolejne drogi dla rowerów. Już mniej wygodne od tych w centrum, ale cóż zrobić? Jechać trzeba, chociaż jedyny ruch tworzyli tam rowerzyści. Dojechałem do drogi krajowej B2. Chociaż była wygodna, to pobocze miała mocno zaśmiecone piachem i żwirem. Jako że wjechałem do lasu i wiatr przestał mi ciążyć, to jazda była bardziej sprawna, a żeby nie marnować czasu, zacząłem podciągać nogi, aby jeszcze efektywniej wykorzystać energię. Naprawdę muszę sobie wyrobić nawyk takiej jazdy, bo jest o wiele łatwiej.
Gartz (Oder) – kolejne miasto niemieckie na drodze przed Szczecinem. Tym razem bez dróg dla rowerów. Miasto ciut zaniedbane, ale najwidoczniej jest biedne, co wszystko by tłumaczyło. Na wyjeździe z centrum ponad kilometr nawierzchni drogi jest z bruku, ale na szczęście z tego wygodnego. Dalej był asfalt... aż do Polski. Tutaj zaczął się ser szwajcarski – dziura na dziurze. Asfalt, jak można spostrzec, jest gorszej jakości, ale może to ma odstraszać Niemców przed wizytą w naszym kraju?
Do Szczecina dotarłem po prostej. Tutejsze drogi dla rowerów są takie sobie. Nierówna kostka, nierzadkie dziury, brak ciągłości (ostatecznie skończyłem na drodze dla pieszych) i ogólnie lepiej nimi nie jeździć. Także światła drogowe zostały tutaj postawione przez bałwanów. Aby dostać się do mojego hostelu, musiałem dojechać do jednego takiego skrzyżowania, które nie wykrywa cyklistów – przekonał się o tym rowerzysta przede mną, przekonałem się i ja.
Dzisiaj udało mi się dotrzeć do noclegu przed zmrokiem. Zatrzymałem się w hostelu Szwejk. Myślałem jeszcze o tym, aby wyjść na przejażdżkę zanim zrobiłoby się ciemno, jednak zrezygnowałem z tej myśli na rzecz odpoczynku przed kolejnym dniem. Czy jutro zobaczę morze?

Kategoria setki i więcej, z sakwami, za granicą, Polska / zachodniopomorskie, Polska / lubuskie, kraje / Polska, kraje / Niemcy, wyprawy / Świnoujście – Hel 2014, rowery / Trek, Park Narodowy „Ujście Warty”

Noc z żabami, czyli pierwszy dzień majówki

  179.08  08:08
Przygotowania do tej majówki zaczęły się ponad 2 lata temu, gdy 1 kwietnia 2012 roku dla żartu wyznaczyłem trasę z Legnicy przez Świnoujście na Hel. Wtedy nawet nie myślałem, że taka podróż byłaby realna. Rok temu prawie mi się udało. Niestety zbyt mocno się wahałem przez niekorzystną prognozę pogody i nie wyjechałem. W tym roku postanowiłem wyruszyć mimo wszelkich przeciwności.
Przed podróżą załatwiłem wiele spraw. Kupiłem nowe opony, wymieniłem klocki hamulcowe, zaopatrzyłem się w materac oraz cieplejszy śpiwór. Spakowałem najważniejsze rzeczy na upał, zimno, deszcz. Byłem przygotowany.
Moja majówka miała być wielka, dlatego też zostawałem po godzinach w pracy, aby tylko mieć dodatkowe 3 dni wolnego (takie zaoszczędzanie na urlopie). Dzięki temu plan mojej podróży mógł rozwinąć się do całych dziewięciu dni! To było wystarczająco dużo, abym nie tylko dotarł z Poznania przez Świnoujście na Hel, ale także wrócił rowerem do domu. Rozmarzyłem się, układając plan wyprawy. Wybrałem 9 odcinków, głównie po szlaku, który opracowałem 2 lata temu. Na każdy dzień miało przypadać maksymalnie 150 km. Znalazłem kilkadziesiąt miejsc noclegowych, tak na wszelki wypadek, gdyby pogoda się zepsuła albo po prostu nie było miejsc. Mogłem ruszać.
Swoją podróż rozpocząłem z poślizgiem na pół godziny przed 11. Obładowany sakwami wyruszyłem ku centrum Poznania, a następnie na zachód. Przed wyjściem zauważyłem, że mój materac kosztował dużo więcej niż początkowo myślałem, a dodatkowo był większy od innego modelu, który rozważałem wybrać. Postanowiłem przy okazji zajechać do Decathlonu, gdybym go znalazł (materac kupiłem w innym punkcie na drugim końcu miasta). Niestety, ale sklepu nie znalazłem. Może walka z beznadziejną infrastrukturą rowerową odwróciła moją uwagę i przegapiłem wszystkie znaki kierujące na miejsce. Miałem nadzieję, że jeszcze mi się uda w innym mieście.
Jechałem z wiatrem. Nie dało się wymarzyć lepszego dnia na wyprawę. Poznań opuściłem po ponad 14 km jazdy, ale drogi dla rowerów nawet na krok mnie nie opuściły. Po co się je robi, skoro nie można po czymś takim jeździć? Sakwy wciąż podskakiwały na krawężnikach, myślałem, że szprychy lada chwila popękają. Dobrze, że w kołach miałem wysokie ciśnienie, a dętki i opony były nowiuśkie. Miałem nadzieję, że głupota Polaków nie spowoduje problemów w realizacji mojego planu.
Droga była raczej nudna. Po 50 km jazdy wiatr zaczął wiać w twarz, co przestało mi się podobać. Prognoza pogody miała być niekorzystna, bo w okolicy mojego noclegu mogło trochę popadać. Podczas postoju w Nowym Tomyślu udało mi się zarezerwować pokój w Szczecinie oraz dodzwonić do pola kempingowego w okolicy Ośna Lubuskiego. Postanowiłem, że tylko co drugi dzień będę spędzał pod namiotem. Elektronika niestety włada moim życiem i dostęp do prądu był konieczny, abym mógł zebrać ślad z wyprawy oraz jak najwięcej zdjęć. Póki co nie ufam żadnym bankom energii ani innym urządzeniom ze względu na brak proporcji ceny względem jakości.
Kawałek drogi za Nowym Tomyślem wjechałem w pierwszy dzisiaj teren. Z początku było dobrze, póki nie dojechałem do autostrady. Za nią pojawiło się dużo kamyczków, a gdy ich brakowało, wtedy przychodził piach. Cóż za bezduszny szlak? Mimo wszystko podobają mi się tamtejsze lasy. Jechałem drogą krajową, ruch był znikomy, a dookoła unosiło się świeże, leśne powietrze. Chciałoby się tam zostać.
Zaraz za Miedzichowem pojawił się zakaz wjazdu rowerem, ale za nic nie mogłem dostrzec drogi dla rowerów. Wjechałem na chodnik obok. Wydaje mi się, że to jest ta droga dla rowerów, jednak nie ma przy niej ani jednego znaku. Nie wiem co za głąb postawił tam znaki zakazu, ale taki sam głąb budował ten chodnik. Jadąc po tej rozlatującej się nawierzchni, zauważyłem bar rybny. Niestety nikt nie wpadł na pomysł połączenia chodnika z drogą, aby podróżni mogli się zatrzymać na posiłek. Trzeba przedrzeć się przez wysoką trawę i niecny rów skryty wśród tej gęstwiny. Cudza bezmyślność została mi wynagrodzona porządnym, pysznym filetem z ryby. Może zamówiłem trochę za dużo, ale zaspokoiłem swój głód i mogłem wyruszyć w dalszą drogę.
Zaniepokoiła mnie ilość chmur na niebie. Obawiałem się, że prognoza pogody mogła się sprawdzić. Mimo wszystko jechałem przed siebie w nadziei, że coś wymyślę. Dotarłem do Trzciela, przekraczając tym samym granicę województwa i wjeżdżając do lubuskiego. Drogi w tym mieście są wciąż o nawierzchni brukowej, jednak jest to ten wygodny bruk, po którym można przejechać bez obawy o rower czy duże wstrząsy (zwłaszcza z sakwami). Zaraz za miastem wjechałem na drogę, która miała być skrótem, ale spowolniły mnie betonowe płyty. W dodatku zaczęło kropić i ani tu przyspieszyć, ani się w razie czego skryć, bo to głównie droga przez las. Na szczęście tylko lekko pokropiło i mój plan nie został zachwiany. Deszczyk z przerwami przeszkadzał w jeździe do samego Międzyrzecza. Tam nawet pojawiło się słońce. Jako że chciałem zobaczyć zamek międzyrzecki, to zrobiłem dłuższą rundkę w jego poszukiwaniu. To miasto jest bardzo stare, bo sam gród, który istniał niegdyś w miejscu zamku powstał ponad tysiąc lat temu. Jaka szkoda, że nie miałem czasu, aby bliżej się przyjrzeć historii odwiedzanych miejsc.
Jeszcze nie wyjechałem z Międzyrzecza, a na drodze widziałem coraz obszerniejsze dowody na to, że deszcz sobie nie żałował. Po części cieszę się, że tak wolno jechałem, bo gdyby mnie taka ulewa złapała, to z całą pewnością straciłbym wiarę w sukces tej wyprawy.
Martwiłem się, że pogoda pokrzyżuje moje plany. Największym moim zmartwieniem było to, że namiot rozbiję na mokrej trawie. Mimo wszystko jechałem przed siebie. Robiło się późno, a wzgórza, które zaczęły się za Międzyrzeczem, dodatkowo utrudniały jazdę. Nie sądziłem, że na północy Polski natrafię na tak pofałdowane rejony. Dodatkową trudnością były mgły, które z każdą chwilą zaczynały wzbierać na sile. Jeszcze deszcz zniósłbym, ale mgła jest najgorszą opcją.
Gdy dojechałem do Sulęcina, zapadł zmrok i dalsza moja podróż trwała z udziałem świateł moich oraz sporadycznych aut. Niestety plan dotarcia do Ośna Lubuskiego nie wypalił, więc musiałem wymyślić inny sposób, aby dostać się do Ownic. Zadzwoniłem jeszcze raz do właściciela kempingu, aby upewnić się, czy nie będzie problemu, jeżeli dotrę na miejsce po godz. 22. Ze względu na porę zaproponował mi domek – po obniżonej cenie. Przynajmniej nie musiałem się martwić o rosę i rozbijanie się w ciemnościach. Wychodziło na to, że pierwszy nocleg pod namiotem uda mi się dopiero dnia trzeciego.
Byłem prawie na miejscu. W Lemierzycach musiałem zjechać z drogi krajowej. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast na skrzyżowaniu, znalazłem się na wiadukcie. Nie było możliwości, aby z niego zjechać (poza zjazdem, który minąłem prawie 2 km wcześniej). Istniała za to możliwość, aby stamtąd zejść – znalazłem schody, którymi można dotrzeć do drogi pod wiaduktem. Szkoda tylko, że mój rower nie był taki lekki z tym całym bagażem. Jakimś cudem jednak udało mi się nie zabić podczas staczania się na sam dół.
Czekała mnie niespodzianka, bo na mapie droga była oznaczona jako asfaltowa, a okazała się drogą terenową. Na szczęście w tych okolicach nie padało, a doły można było w miarę łatwo omijać. Gdy dotarłem do miejscowości, zobaczyłem reklamę i znalazłem się na miejscu. Tam czekało na mnie kilka osób, bo najwidoczniej o tej porze roku turyści są rzadkością, i w końcu dzień pierwszy uznałem za zakończony. Może nie tak, jak planowałem, jednak mój plan nie odbiegał znacznie od rzeczywistości. Mogłem spokojnie pójść spać, choć rechot i kumkanie dobiegające znad stawu trochę przeszkadzało.

Kategoria po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, góry i dużo podjazdów, Polska / lubuskie, kraje / Polska, terenowe, wyprawy / Świnoujście – Hel 2014, rowery / Trek

Kraków – Legnica

  334.71  15:24
Po wizycie w Warszawie nie byłem przekonany co do dzisiejszej podróży. Chłodno, pochmurnie, wietrznie. Do wyjazdu przygotowałem się w ostatniej chwili. Plan był taki, aby dostać się do Legnicy przed poniedziałkiem.
Wyruszyłem po godz. 15. Postanowiłem, że nie będę kombinował i pojadę drogą krajową. Od razu zaczęły się podjazdy. Dobrze, że pobocza były szerokie, to mogłem spokojnie sunąć pod górę.
Temperatura wynosiła na początku 15 °C, a z czasem spadła do 10. W nocy prognozowali nawet 5 °C, a mnie już było zimno w ręce. Tuż za Sławkowem zatrzymałem się na stacji benzynowej po wodę. Nawet spojrzałem na półkę z rękawicami roboczymi, jednak wszystkie wyglądały słabo, więc nie brałem żadnej pary.
W Dąbrowie Górniczej droga w remoncie. Szkoda, że nie skończyli tego przed moim wyjazdem. Jechałoby się z pewnością o wiele wygodniej. W ten sposób musiałem jechać wąską nitką, na której żadne auto nie odważyło się mnie wyprzedzić. A ruch zrobił się duży. Chyba nikt nie był zły na jednego rowerzystę?
Słońce zaszło za horyzont w Dąbrowie Górniczej. Planowałem jechać jak najkrótszą drogą i omijać obwodnice, jednak w tym mieście przegapiłem skrzyżowanie i jechałem za znakami zamiast spojrzeć na mapę. Od skrzyżowania dróg krajowych 86 i 94 do Bytomia auta pojawiały się sporadycznie.
Było coraz zimniej. Temperatura dochodziła do 6 °C. W Bytomiu i Zabrzu było trochę dymu. Na początku myślałem, że to mgła. Moja obawa wróciła niedaleko potem, bo momentami przejeżdżałem przez pola mgieł, a temperatura zaczęła spadać coraz niżej. Zaczynałem czuć zmęczenie. Zatrzymałem się na przystanku w Warmątowicach (ale nie Sienkiewiczowskich), a potem w Strzelcach Opolskich na stacji benzynowej, aby coś zjeść i wypić gorącą herbatę.
Droga do Opola także nie była przyjemna, ale znalazł się tam kolejny Orlen, więc znów mogłem ogrzać się i wypić gorącą kawę, aby nie zasnąć na rowerze. Oczywiście ominąłem obwodnicę w Opolu i przejechałem się nad Odrą. Ładnie mają tam oświetlone kamieniczki.
Za Opolem było najciężej. Mgły zaczęły skracać widoczność do tego stopnia, że nie asfalt był ledwo widoczny. Do tego temperatura bliska zeru. Ja zamarzałem, a na drodze było bardzo niebezpiecznie. Pocieszało mnie to, że od Opola do Brzegu nie minęło mnie ani jedno auto. Byłem zmarznięty i wyczerpany. Musiałem zatrzymać się na kolejnej stacji. Na ratunek przyszedł mi Brzeg. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ale trzeba było pokonać resztę drogi.
Mgły trzymały do Oławy. Jak to dobrze, że zaczęło się przejaśniać. Zatrzymałem się na kolejnej stacji Orlenu, aby odpocząć, ogrzać się i napić, a potem ruszyłem do Wrocławia. Tam próbowałem się jakoś przedrzeć przez miejską dżunglę. Średnio, ale udało mi się. Słońce wzeszło i mogłem odżyć po tej okropnej nocy. Niestety jazda przestawała być komfortowa i co kilkanaście kilometrów robiłem postoje, aby rozprostować nogi i dać odpocząć siedzeniu.
Zaraz za Środą Śląską wjechałem w teren, bo nie potrzebuję jechać przez Prochowice. W Proszkowie planowałem, aby pojechać przez Kwietno, jednak zrezygnowałem ze względu na zbyt dużą ilość kałuż. Pojechałem najpierw kamienistą drogą, a dalej asfaltami prosto do Legnicy. Niestety poranek był upalny. Zupełnie niesprawiedliwe, gdy w nocy atakowały mnie mgły, a za dnia słońce.
Kategoria z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, Polska / małopolskie, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, Polska / śląskie, Polska / opolskie, rowery / Trek

Rowerem po Warszawie

  11.25  00:34
Niestety moje plany zostały zrujnowane przez deszcze. Padało przez ostatnie dwie noce i miało padać przez kolejne 2 dni. Nie chciałem ryzykować. Mój plan jazdy do Krakowa z przystankiem pod Łodzią odpadł. Musiałem skorzystać z pociągu. Tyle czasu się szykowałem, że nawet nie wiem kiedy zaczęła dochodzić godz. 11. Musiałem ruszać, aby zdążyć na pociąg.
Warszawa od razu mnie zaatakowała drogami dla rowerów. Nawet wygodne, ale bardzo uprzykrzają życie. Idea zrównoważonego transportu warszawiakom niestety nie przyświeca, bo drogi dla rowerów nie są tutaj przemyślane. Przynajmniej nie te, którymi dane mi było się przemieszczać. Przykładowo ta na Górczewskiej tak z dupy zmieniła swój bieg najpierw na prawą stronę drogi, a potem znów na lewą. Koniec końców wylądowałem na chodniku po lewej stronie drogi. W ogóle nie wiem po co zjechałem na lewą stronę drogi po tej drodze dla rowerów, skoro nie było tam żadnego zakazu wjazdu rowerem. Mogłem ciąć do przodu. Spotkałem przez to beznadziejne i nieprzyjazne pieszym ani rowerzystom połączenia dróg, co daje negatywną opinię o tym mieście. Póki co mniej narzekania było na Kraków niż na Warszawę.
Przez to, że znalazłem się na chodniku, droga obok była jednokierunkowa, a mój pas, którym mogłem jechać był rozdzielony jakimiś bezmyślnymi barierkami, musiałem poruszać się po chodniku. Potem dojechałem do jakiejś ulicy, na której można było skręcić wyłącznie w lewo! Pojechałem kawałek chodnikiem i znów musiałem szukać przejścia dla pieszych. Gdy w końcu dotarłem do jakiegoś, to... znalazłem się na wyspie, na którą prowadzi tylko to przejście i brak możliwości jazdy dalej, no chyba że pod prąd. Masakra, nienawidzę Warszawy.
Wróciłem się z tej wyspy, zacząłem jechać chodnikiem, bo miałem gdzieś stolicę i całe to chore prawo w niej rządzące, dotarłem do przejścia dla pieszych i po przedostaniu się na jezdnię we właściwym kierunku – jechałem ile sił w nogach, bo zobaczyłem na zegarku, że jest już tak późno, że mogę nie zdążyć! Jechałem 35–40 km/h, wyprzedzając wszelkie auta, a było ich wiele. Korki na kilkaset metrów, a ruch nie większy niż 20 km/h. Ostatnie czerwone światło, na którym wyprzedziłem wszystkich i pakuję się do podziemi.
"Nie zdążyłem" – myślę sobie, patrząc na zegarek. Właśnie mój pociąg ma odjeżdżać. Zaczynam iść w kierunku informacji, gdy spoglądam ostatni raz na ekran wyświetlający rozkład jazdy najbliższych połączeń – mam jeszcze 5 minut! Mój zegarek się spieszy. Staję w kolejce i szybko kupuję bilet. W ostatniej chwili pakuję się do pociągu i spocony siadam sam w przedziale rowerowym. Już nigdy więcej!
Kategoria z sakwami, kraje / Polska, Polska / mazowieckie, rowery / Trek

Chełm – Warszawa

  258.60  13:30
Koniec lenistwa, pora ruszać w długą drogę na Dolny Śląsk. Plan nie był prosty, bo składał się z kilku różnych kierunków podróży. Na sam początek Warszawa. Postanowiłem wziąć ten dystans na raz i to przy niekorzystnej prognozie pogody.
Dzień nie zapowiadał się dobrze. Wstałem o wiele za późno, przez co wyruszyłem na kilka minut przed godz. 8. Było przede mną około 250 km, czyli niecałe 12 godzin jazdy w normalną pogodę, jednak dzisiaj takiej nie było. Silny wiatr z północnego-zachodu bardzo chciał, żeby mój plan się nie udał. Jechałem z prędkością 15–17 km/h pod wiatr, czasem udawało się wyciągnąć ponad 20 w obszarze zabudowanym czy w lesie. Niebo było prawie bezchmurne, ale wiatr sprawiał, że temperatura oscylowała w granicach 9–11 °C. Postanowiłem robić jak najmniej przystanków, aby nie wychładzać się, a że miałem na sobie dużo ubrań, to nie chciałem się też spocić. To postanowienie dotyczyło także zwiedzania – nie zatrzymywałem się w żadnym mieście na dłuższą eksplorację.
Wydawało mi się, że będzie to nudna podróż, ciągła walka z wiatrem. Kilometry wpadały powoli, a ja chciałem być już na miejscu. Po drodze założyłem jeszcze jedną kurtkę, tak było zimno. Niestety nie miałem pełnych rękawic, toteż chowałem dłonie w rękawy. Mało wygodne, jednak chroni palce przed zimnem.
Przez Wierzbicę i Wólkę Cycowską dojechałem do Nadrybia, gdzie zaryzykowałem zmianą trasy. Nie wiedziałem co mnie czeka, chciałem tylko pokonać jak najkrótszą drogę. Przejechałem wśród pól, ale po asfaltowej drodze, wyjeżdżając w Uciekajce, przez którą prowadzi wyłożona kostką brukową droga dla rowerów. Wyjątkowo stara, bo na pewnym odcinku połowa szerokości została pochłonięta przez las – słabo utwardzone podłoże powoduje zsuwanie się kostki do rowu. Droga powstała oczywiście za pieniądze unijne.
Szybko przejechałem przez Ostrów Lubelski i miałem za sobą już ¼ dystansu, a raczej dopiero, bo dochodziło południe, a przede mną był jeszcze taki kawał drogi! Jeszcze na dodatek zachmurzenie zaczęło się zwiększać, także słońca prawie nie było widać. Jedynie momentami wychodziło, żeby ciut przypiec swoimi promieniami. Ja miałem na sobie kilka ubrań, żeby uchronić się od wiatru, a słońce to wykorzystywało. Podłe słońce!
Gdzieś koło Klementynowa zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby uzupełnić płyny i wziąć coś pożywnego. W Leszkowicach zagapiłem się i skręciłem w złą drogę, ale na szczęście zaraz za wsią była polna droga, którą wróciłem na swój szlak. Droga była bardzo piaszczysta. Chyba nie polubię jazdy terenowej po Lubelszczyźnie. Za Żurawińcem znów zboczyłem z planowanej trasy, bo ktoś oznaczył moją drogę jako asfalt, a okazała się być drogą polną. Droga, im głębiej w las, tym stawała się bardziej piaszczysta. Niestety jazda poza drogą nic nie dawała, bo piach był wszędzie. Grr, piachy, wszędzie piachy. Za to muchomorki się tutaj bardzo zadomowiły – las był nimi cały wyścielony.
W Kocku kombinowałem trochę żeby zobaczyć coś ciekawego do uchwycenia na zdjęciu, ale nic nie przykuło mojej uwagi. Zabłądziłem tylko, skręcając zbyt późno w moją drogę. Za Hordzieżą kolejna polna droga, ale już nie tak piaszczysta, jak poprzednie – o tyle dobrze, bo przy tym wietrze nie była zabawna jazda z ciężkimi sakwami. Dobrze, że nadbagaż, który zabrałem do rodziny, zostawiłem, odciążając tym samym rower do niezbędnego minimum. Inaczej szkoda byłoby mi dętek na niektórych wybojach.
Gdzieś za Adamowem byłem w połowie drogi. Czułem ulgę, choć dochodziła godz. 16. Czułem, że dotrę do Warszawy bardzo późno. Choć właściciel hostelu upewnił mnie, że nie będzie problemu, to nie chciałem nadużywać gościnności. Wszak to nie motel, który jest otwarty 24 godziny na dobę.
Droga do Krzywdy przebiegała przez lasy po drogach asfaltowych, co dało mi ulgę i pozwoliło przycisnąć, żeby dojechać do celu jak najszybciej. We Wnętrznem zatrzymałem się na dłuższą chwilę. Byłem coraz bardziej zmęczony, choć pokonałem dopiero 150 km. Ten wiatr bardzo dokuczał. Mieszkańcy wsi sprowadzali swoje krowy z łąk, i to był znak, że zbliża się wieczór, gdy ja miałem jeszcze tyle drogi przede mną.
W Stoczku Łukowskim zatrzymałem się na stacji Orlenu po kolejną wodę i kawę, a do tego skusiły mnie kawałki jabłka, które, jak uważam, są nieopłacalnym zakupem. Ale kuszą i dobrze im to wychodzi. Zaraz wjechałem do kolejnego lasu. Z początku droga kamienista, a później piaszczysta, jednak miejscowi obeszli tę niedogodność, robiąc ścieżkę pomiędzy drzewami i wyszedł im dobry singletrack. Za lasem czekała mnie upragniona zmiana województwa z lubelskiego na mazowieckie – w końcu. Od kilkudziesięciu kilometrów na to czekałem. Niestety zapadł zmrok, więc włączyłem światła i ruszyłem do przodu.
Zatrzymałem się w Wielgolasie w kolejnym sklepie, bo męczyła mnie ochota na coś słodkiego, a cały prowiant, który miałem pod ręką już prawie zjadłem. Powinienem bardziej o siebie zadbać, bo jedzenie łakoci pewnie nie wpływa pozytywnie na wysiłek.
Widziałem jasne niebo i wiedziałem, że to Warszawa. Była coraz bliżej. Cieszyłem się z każdym kilometrem. Trochę współczuję warszawiakom, że nie mogą widzieć gwiazd, chociaż gdy kiedyś stałem pod Pałacem Kultury, to widziałem te najjaśniejsze :D
W Grzebowilku zatrzymał mnie przejazd kolejowy, który zamknął się przed moim nosem. Krew mnie zalewa, gdy nie zdążam. Po pięciu minutach, gdy nie doczekałem się żadnego pociągu, ominąłem szlaban i przeszedłem przez tory, aby znaleźć się w ciemnym lesie. Moje światła ciężko sobie radziły, ale dziury na szczęście omijałem. Bałem się tylko dzikich zwierząt, żeby mnie jakieś nie potrąciło ze strachu.
Stało się to, czego się bardzo obawiałem – opad konwekcyjny, który wygrażał się w numerycznej prognozie pogody, pojawił się w Gliniance, daleko przed granicą Warszawy. Zatrzymałem się na przystanku autobusowym i czekałem. Na szczęście niedługo, bo po jakichś pięciu minutach ustało, czuć było tylko zapach świeżego deszczu. Kusił mnie jednak autobus 720, bo dochodziła godz. 21, a pół godziny później miał przyjechać. Nie wiedziałem jednak czy można wprowadzić rower do autobusu, toteż darowałem sobie takie kombinacje, wsiadłem i ruszyłem dalej.
Zmieniłem plan. Już nie chciałem jechać bocznymi drogami. Skierowałem się do drogi krajowej. Miałem nadzieję, że nic mnie tam nie zabije. Dobrze trafiłem, bo droga ma pobocza o ponad metrowej szerokości i jechało się bardzo bezpiecznie, choć śmieci, po których jechałem nie pozostawiały przyjemnych wspomnień. Było jednak ciemno, a ja się spieszyłem i nie mogłem narzekać, zwłaszcza, że znów zaczęło kropić. Miałem nadzieję, że nie będzie takiej pogody do samego końca. Szczęśliwie to był ostatni opad.
Zatrzymałem się na pamiątkowe zdjęcie przy znaku drogowym. Zauważyłem, że wielu tak robi, a że dotarłem aż do stolicy Polski, to nie mogłem nie zrobić pamiątkowej fotki.
Na krajowej dwójce było tak pusto, jednak im bliżej centrum, tym więcej aut zaczynało mnie mijać. W stronę centrum miasta jechałem coraz szybciej, choć na skrzyżowaniach nie za bardzo się orientowałem w tych wszystkich dzielnicach. Patrzyłem tylko za znakami do Śródmieścia i weryfikowałem drogę w telefonie, bo wiadomo, że znaki potrafią wydłużyć jazdę przez miasto. Czasem tylko ścigałem się z jednym tramwajem i wygrałem, zostawiając go gdzieś daleko za sobą, choć jechałem maksymalnie ze 30 km/h.
Na rondzie w Grochowie trochę przekombinowałem, bo nie chciało mi się stać na kilku różnych światłach (miałem czerwoną falę na rowerze), więc najpierw skorzystałem z przejścia dla pieszych, a potem wjechałem na moją ulicę, przejeżdżając wszystkie pasy wszerz. Pewnie ktoś powie, że karygodne, ale to Warszawa, ulice były prawie puste, a ja w tej dżungli musiałem się dostać do celu, choć po łebkach.
Przejechałem po Moście Poniatowskiego, a potem mknąłem po buspasie, który był o tej porze otwarty, i dostałem się bezpośrednio pod Pałac Kultury i Nauki. Zostało mi już tylko dostać się do hostelu, choć z tym już był drobny problem. Mój plan działał tylko do Śródmieścia, a dalej musiałem poradzić sobie z ręcznie rysowaną mapką, którą zrobiłem podczas poszukiwań noclegu. Szło mi całkiem nieźle, w dodatku byłem sam na drodze, ale chwila nieuwagi i skręciłem za wcześnie. Korekta nie była niestety taka prosta ze względu na Cmentarz Powązkowski, który ciągnie się daleko. Musiałem jakoś zawrócić, a że ulica jednokierunkowa i rozdzielona szynami tramwajowymi i pasami zieleni, to najpierw pojechałem nieładnie po chodniku, a potem przedostałem się na drugą stronę drogi i wróciłem na właściwy kurs.
Znienacka zaczęły pojawiać się drogi dla rowerów, toteż musiałem zacząć z nich korzystać. Są bardzo niebezpieczne o tej porze, bo nieoświetlone i w ogóle to prawo o obowiązku korzystania z nich, gdy ulica jest pusta to naprawdę poroniony pomysł.
Do hostelu dotarłem na chwilę przed północą, także 2,5 godziny zużyłem na postoje. Miałem już tylko ochotę wziąć prysznic i w końcu odpocząć. Jakie to łóżko wygodne po tylu godzinach spędzonych w siodle!
Kategoria Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / mazowieckie, rowery / Trek

Łańcut – Chełm

  246.16  11:57
Dzień drugi mojej podróży w rodzinne strony. Obudziłem się obolały. Po wczorajszym dystansie i tak krótkiej nocy nie było łatwo wstać. Planowałem wyruszyć o godz. 6, jednak śniadanie wliczone w cenę pokoju można było dostać dopiero od godz. 7, dzięki czemu obudziłem się choć odrobinkę później.
Śniadanie miało być stołem szwedzkim, ale nie było. Miałem do wyboru parówki lub jajecznicę. Wybrałem drugą opcję. Do tego było kilka pokrojonych warzyw, jakaś sałatka, pieczywo, dżem. Zjadłem wszystko poza masłem, którego w całości nie udało mi się zużyć na pieczywie. Taki posiłek regeneracyjny był strzałem w dziesiątkę.
Wyjechałem chwilę po ósmej. Pomyślałem, żeby na początek przejechać się po Łańcucie. Nie dojechałem do zamku, ponieważ po parku jest zakaz ruchu. Zatrzymałem się tylko w sklepie na niewielkie zakupy na drogę i skierowałem się na wschód.
Pogoda poprawiła się i nie było tak pochmurnie, jak wczoraj. Brakowało tylko wyższej temperatury, ale wiadomo, że jesień się zbliża i poranki są coraz chłodniejsze. Wielki plus dla płaskich terenów. Podjazdów prawie nie było, a te, które spotykałem nic nie znaczyły. Cieszyłem się, ponieważ po wczorajszej walce nie miałem wiele sił, a mięśnie wołały o przerwę. Nie miałem wyjścia, musiałem to przetrwać.
Jechałem przez małe wsi, których rozległości niestety nie potrafiłem dokładnie określić ze względu na równinę ciągnącą się, gdzie nie spojrzeć. Z pewnością byłby pomocny wiadukt nad autostradą. Jeden taki spotkałem za Wisłokiem, ale tylko go ominąłem, ponieważ był w budowie.
Była akurat taka pora, że co chwila mijałem ludzi spieszących do kościoła lub wracających zeń. Dopiero za Sieniawą wjechałem na stary, leśny asfalt i zacząłem mijać grzybiarzy. Setki, w każdym krzaku ktoś się czaił. Nawet nie było się gdzie zatrzymać za potrzebą. Ale las pachniał pięknie. Stanowczo za mało lasów było na mojej drodze. Gdyby nie to, że chciałem dojechać do Hrubieszowa, to wyznaczyłbym drogę jakoś przez Roztoczański Park Narodowy. W sumie byłem kiedyś w tym parku lub w Parku Poleskim i pamiętam jak chodziło się ścieżkami po drewnianych kładkach. Trzeba sobie przypomnieć gdzie to było i wybrać się po raz kolejny.
W Cewkowie widziałem starą cerkiew z 1844, która rozpada się w oczach. A w następnej wsi, Starym Dzikowie, kolejna sypiąca się cerkiew, już młodsza, bo z 1904. Obie niszczeją, ponieważ w latach 1944-46 wysiedlono stamtąd Ukraińców i nie pozostał nikt, kto mógłby się opiekować tymi budowlami. Jako ciekawostkę napiszę, że w styczniu 2007, w drugiej z wymienionych cerkwi, były kręcone zdjęcia do filmu "Katyń" A. Wajdy.
Za Ułazowem wjechałem w pierwszy teren – polną drogę o nierównej nawierzchni. Jak zawsze bałem się, że ciężar bagażu może spowodować jakieś uszkodzenie, które w najlepszym wypadku udałoby mi się naprawić w ciągu pół godziny. Przejechałem cało, mijając opuszczone budynki PGR-u.
Moją trasę wyznaczyłem z Mapami Google, a te stwierdziły, że będzie mi wygodniej jechać drogą leśną aniżeli położoną kilka kilometrów obok drogą asfaltową prowadzącą przez Rudę Różaniecką. Cóż, nie przejmowałem się tym za bardzo przed podróżą, bo droga rzeczywiście tam była zaznaczona, nawet na OpenStreetMap.org. W Nowym Lublińcu zacząłem nierówną walkę po piaszczystej drodze. Szczęśliwie nie musiałem się podpierać nogą zbyt często – sakwy dodawały pewnej stabilności. W końcu, gdy wjechałem do lasu, wszystko się zmieniło. Droga szutrowa, prawdopodobnie niedawno oddana do użytku, była bardzo wygodna, o wiele lepsza od asfaltu. Nie chciałem stamtąd wyjeżdżać.
Jak wiadomo – wszystko, co dobre, szybko się kończy. Po kilku kilometrach skończyła się przyjemność i zaczęły kamienie. Mocno trzęsło. Jechałem możliwie po ujeżdżonych odcinkach, ale nie zawsze takie spotykałem. Jak mi się spodobał ten las na początku, tak teraz miałem go dosyć. Gdy w końcu udało mi się stamtąd wydostać, słońce wyszło zza chmur i zaczęło przypiekać, akurat w momencie, gdy pojawił się dłuższy podjazd. Za to na szczycie miałem ładny widoczek za plecami na ten ogromny las, który pokonałem. Trochę szkoda, że to wzgórze takie niskie, bo widok z wysokości na pewno robi wrażenie.
Dojechałem do Suśca, gdzie wprawiły mnie w zdumienie pasy rowerowe wyznaczone ze skrajni jezdni, po jednym dla każdego kierunku ruchu. A ciągnęły się przez kilkanaście kilometrów, póki nie dojechałem do Tomaszowa Lubelskiego. Po drodze minąłem wielu rowerzystów. Od razu widać, że inwestycja choć prosta, to bardzo użyteczna.
W Tomaszowie Lubelskim znów zatrzymałem się w sklepie, żeby kupić coś na drogę. Przez te dwa dni wypiłem stanowczo za dużo napojów energetycznych, bo czułem się mocno pobudzony. Niestety nic ponadto, bo nie przynoszą one żadnej dodatkowej energii. Zatrzymałem się na jakimś placu obok ronda i odpocząłem kwadrans. Może nawet za długo, bo mięśnie zaczęły wysyłać sygnał o zmęczeniu, gdy ruszyłem w dalszą drogę.
Była godz. 16. Miałem przed sobą obrzydliwą ilość podjazdów – dziesiątki wzgórz. Do tego wiatr wiał w twarz i było chłodno. Jak nic, pogoda mi nie sprzyjała. Bałem się, że mogę nie zdążyć przed zmrokiem z dotarciem do Hrubieszowa. Starałem się jak mogłem, ale opadałem z sił, a do tego po tylu godzinach w siodle zaczynałem odczuwać dyskomfort.
Plan dnia drugiego także musiał ulec zmianie. Chciałem jak najbardziej omijać drogi krajowe, ponieważ ta oznaczona numerem 74 jest drogą tranzytową, po której porusza się z pewnością duża ilość tirów. Stąd też w Adelinie chciałem przedostać się do Modrynia kosztem wydłużenia drogi. Niestety czas mnie ograniczał, dlatego zrezygnowałem z tego planu i zaryzykowałem jazdę jak najkrótszą drogą. Tak oto dotarłem do Hrubieszowa, punkt 19.00.
Przede mną jazda w mroku, a do domu jeszcze prawie 70 km. Drogi dziurawe, ulice nieoświetlone, fatalny wybór, ale nie miałem czasu na jakiekolwiek przeplanowanie. Jechałem najprostszą i najbezpieczniejszą drogą w kierunku Chełma.
Kolejne przeszkody szybko się pojawiały. Pierwszą były oczywiście Pagóry Chełmskie. Kilkadziesiąt podjazdów i mroźnych zjazdów mocno spowalniało mnie na drodze do spoczynku. Kolejną przeszkodę stanowiły mgły, które pojawiały się najpierw tylko w dolinach rzek, a później zaczęły rozkładać się na całej długości mojej drogi. Nie mogłem się zatrzymać nawet na moment, bo tak przeraźliwie było zimno, a każdy postój mógł się skończyć nieprzyjemnymi dreszczami i jeszcze większym wychłodzeniem. Starałem się więc przyspieszać jak tylko mogłem tam, gdzie mgieł nie było, a jak się pojawiały, wtedy jechałem sprawnie, ale bez nadmiernego wysiłku, żeby się nie pocić.
Gdy byłem kilka kilometrów od Chełma i widziałem na niebie blask świateł ulicznych, cieszyłem się, że jestem już niedaleko. Ostatnie kilometry w ciemnościach i znalazłem się w mieście, wyludnionym miejscu, przez które prowadziła moja droga do domu. Zostały ostatnie kilometry, które pokonałem, kończąc swoją dzisiejszą podróż po godz. 23. Nareszcie w domu!
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

Kraków – Łańcut

  226.03  10:04
Dzień nie zaczął się dobrze. Na początek zaspałem. Bałem się, że cały mój dzisiejszy plan legł w gruzach. Nie poddałem się i spakowałem cały bagaż plus nadbagaż (to historia na inny dzień), zwlekłem się po schodach przed kamienicę i tuż przed południem zacząłem moją długą i niepewną podróż w kierunku, w którym słońce wschodzi.
Na początek Wieliczka, do której dostałem się ruchliwą drogą krajową. Szerokie pobocze było po mojej stronie, jednak pagórki już nie. Ruszanie z takim bagażem nie jest łatwe, a co dopiero podjeżdżanie. Robiłem to powolutku, a auta omijały mnie na 2 metry.
Było późno, ale nie zrezygnowałem z planu i skrócenia sobie drogi poprzez dalszą jazdę drogą krajową. Wolałem spokojniejsze tereny, zwłaszcza, że prognoza pogody przewidywała przelotne opady. Tuż za Wieliczką – w Biskupicach – zatrzymałem się w sklepie na jakieś zakupy, bo przede mną daleka droga – ponad 440 km w planie 2-dniowym. Po wyjściu zorientowałem się, że goni mnie przeolbrzymia, czarna chmura. Obawiałem się jej, dlatego dawałem z siebie wszystko. Liczba podjazdów zaczęła się zwiększać, ale na zjazdach pędziłem ile sił w nogach. Z bagażem osiągałem prędkości rzędu 70 km/h.
Temperatura coraz bardziej spadała, poczynając od 22 °C w Krakowie, na 16 °C za miastem kończąc. Nie było odwrotu, więc jechałem dalej, zachwycając się widokami na wzniesieniach i zabudowaniami w dolinach. Jechałem drogami znanymi i nieznanymi, aż dotarłem do Bochni i stąd, robiąc kolejne podjazdy, do Nowego Wiśnicza.
Już z daleka widziałem zamek, jednak duży ruch uniemożliwiał mi zjechanie na drugą stronę jezdni i pstryknięcie fotki. Dojechałem więc do centrum miasta i zacząłem szukać drogi do budowli. Fragment widoczny z drogi wjazdowej nie jest tak okazały, jak cały zamek, dlatego postanowiłem wjechać drogą prowadzącą w górę, mając nadzieję na uchwycenie całej fortecy. Nie udało mi się to, jednak pokonałem bardzo spokojną drogę. Ostatnia dolina w Lipnicy Murowanej, za nią podjazd i dalsza droga – wzdłuż Dunajca – ciągnęła się daleko.
Z Gromnika do Tuchowa znów jechałem wzdłuż rzeki, tym razem Białej. Po drodze zatrzymałem się w napotkanym sklepie. Staram się zatrzymywać tam, gdzie nie kręci się zbyt duża grupka osób i jak na razie mam szczęście, że mnie nikt nie okradł. Pod względem bezpieczeństwa jest lepiej mieć kompana, który popilnuje sprzętu, ale z drugiej strony kto porywałby się na próbę ruszenia tak ciężkiego roweru o przesuniętym środku ciężkości?
W Tuchowie natknąłem się na wystawę, którą kiedyś oglądałem w Brzesku – wystawę pt. "Małopolska – przemiana". Jadąc dalej dojrzałem bazylikę i klasztor, ale nie chciałem szukać miejsca na najlepsze ujęcie. Czekał mnie bowiem morderczy podjazd, na którym piłowałem korbą, aż musiałem się kilka razy zatrzymać. Na szczęście dalej droga była mniej pagórkowata. Jechałem przez las, od czasu do czasu zatrzymując się, żeby zadzwonić w sprawie noclegu, ale nie mogłem złapać zasięgu. Myślałem z początku, że las mi w tym przeszkadza, więc cisnąłem dalej.
Kolejna zmiana wysokości w Woli Lubeckiej – zjazd z ok. 350 m n.p.m. do 220 m. Dalej, mimo kilkuset innych podjazdów, wysokość zmieniała się nieznacznie.
W Jaworzu Górnym miałem skręcić w teren i jakimiś wioskami dostać się do Rzeszowa. Niestety słońce schowało się kilkanaście minut wcześniej, co dyskwalifikowało ruszenie tamtą trasą. Chciałem się jak najszybciej znaleźć na miejscu, przedtem próbując złapać jakikolwiek sygnał w telefonie, co wciąż mi się nie udawało. Ubrałem się cieplej i ruszyłem w kierunku drogi krajowej nr 4, aby z nadzieją na jakikolwiek nocleg dojechać prosto do Łańcuta.
Pobocze było bardzo skąpe, więc jazda wymagała dużego skupienia. Starałem się omijać wszelkie obwodnice. W Dębicy jechałem jakąś marną drogą dla rowerów, ale bynajmniej nie mają najgorszych krawężników. Na jednym z przystanków zatrzymałem się, wyłączyłem i włączyłem telefon, i w końcu mogłem się gdziekolwiek dodzwonić. Ponieważ na tanią agroturystykę było już za późno (było po godz. 20, a przede mną jeszcze 2-3 godziny jazdy), to zadzwoniłem do alternatywnego miejsca – motelu.
Od kilkudziesięciu minut jechałem ciemną nocą, pośród pędzących aut. Tam, gdzie pobocze było, mogłem jechać spokojnie, ale na przykład w Lubzinie ktoś się na łby z pustakami pozamieniał. Jadę uważnie poboczem, a tam metalowe słupki. Nie dość tego – droga dwujezdniowa o jednym pasie ruchu, rozdzielona pasem z kostki brukowej i co kilkadziesiąt metrów na tym pasie znaki nakazu jazdy z prawej strony znaku. Tym sposobem kierowcy nie mieli możliwości mnie wyprzedzić.
Na szczęście więcej nie spotkałem się z takimi przeszkodami. W Ropczycach przegapiłem zjazd z obwodnicy, więc w sumie niepotrzebnie później się pchałem do centrum. W Sędziszowie Małopolskim już nie mogłem jechać obwodnicą ze względu na zakaz. Wyjeżdżając z miasta napotkałem na zamkniętą drogę, więc znów wydłużyła mi się droga. Od Trzciany prowadzi droga dwupasmowa, więc w Świlczy przeraziłem się, gdy przed placem budowy drogi ekspresowej nagle droga zwęziła się, a za mną jechał rządek blachosmrodów.
Spodobały mi się napisy w Rzeszowie na drogach wylotowych – informowały o miastach, do których prowadzą. Taka pozioma wersja tablicy informacyjnej E-1. Nie trzeba wytężać wzroku, żeby zobaczyć co jest napisane na tych poziomych znakach.
Rzeczą, która mi się nie spodobała są drogi dla rowerów. O ile tam, gdzie nie było zakazu ruchu jednośladem, to ignorowałem zjazd, ale jak tylko się pojawił, wskoczyłem na... no właśnie, na co? Rzeszowskie drogi dla rowerów są pomyłką. Nie wiem kto kładł tak nierówny asfalt, ale musiał chcieć zrobić na złość rowerzystom. Nie chciałbym mieszkać w tym mieście. Gdy tylko mogłem, to ignorowałem zakazy i jechałem jezdnią. Jeszcze te krawężniki, ale skucha.
Była 22:30, gdy zostało mi niecałe 20 km do Łańcuta. Udało mi się w godzinę pokonać tę drogę, bo byłem bardzo zmęczony. Podczas szukania noclegu skorzystałem z jakiegoś marnego portalu, który wskazał mi niewłaściwą drogę i musiałem się trochę namęczyć. Kilka godzin wcześniej, gdy dzwoniłem do motelu, powiedziano mi, że jest tam wesele i można po muzyce trafić. Tam, gdzie ja dojechałem była kompletna cisza. Nawet panowie policjanci cicho łapali piratów.
Zadzwoniłem ponownie do motelu i w końcu którejś z rzędu osobie udało się nakierować mnie na właściwą drogę. Tanich pokoi niestety nie mieli, zniżek także – jedyną możliwością był dwuosobowy ze śniadaniem za 80 zł. Rower wprowadziłem do jakiegoś zaplecza zamykanego na klucz, więc nie musiałem obawiać się kradzieży. Pokój luksusowy – telewizor, prysznic. W sumie pierwszy raz w takich warunkach nocowałem. Jedynie wesele za oknem oraz nocny DJ na korytarzu przeszkadzali. Byłem wykończony. Może trzeba było to rozbić na 3 dni?
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

4 miasta, dzień 4: Czechy

  234.02  10:43
Dziś ostatni dzień i powrót do Krakowa. Przede mną długa droga, bo muszę się najpierw dostać do Ostrawy, której nie udało mi się osiągnąć wczoraj. Przewidywałem opóźnienie rzędu 50 km, czyli jak to było do Opola.
Obudziłem się ok. 6. Ta noc była cieplejsza niż minione, jednak od leżenia na twardym podłożu bolały mnie mięśnie. W przyszłym roku zaopatrzę się w materac. Różnicą między spaniem na odludziu i na campingu jest to, że w dziczy nie ma homo stupidus. Ze wszystkich stron do późnej godziny dobiegała muzyka. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie grało dziesięciu różnych DJ-ów.
Połączyłem się przed odjazdem z internetem, żeby sprawdzić drogę, bo nie miałem map terenów, przez które musiałem przejechać. Dowiedziałem się, że nie jest to górska droga i niepotrzebnie się bałem wjeżdżać do Czech od tej strony. Ruszyłem więc po godz. 7, podjeżdżając najpierw maleńkie wzgórze, a później zjeżdżając do Karniowa (czes. Krnov).
Pokręciłem się ociupinę pustymi ulicami i ruszyłem dalej po wygodnych ścieżkach rowerowych, zastanawiając się nad widokiem na pobliskie wzgórze. Wydawało mi się, że to pałac, ale oddalając się od miasta widok się zmieniał i domyśliłem się, że budynek o dwóch wieżach jest kościołem, a obok stoi wieża. W rzeczy samej jest to wieża Liechtensteinwarte na wzgórzu Cwilin (czes. Cvilín). Nieopodal zaś znajduje się może nie pałac, ale zamek, a właściwie ruiny zamku Šelenburk.
Jechałem w stronę Opawy (czes. Opava), mając obok rzekę o tej samej nazwie. Było trochę pagórków, ale jechało się wygodnie. Możliwe, że lekki spadek terenu dawał takie wrażenie.
Jak ja dawno widziałem trolejbusy. W Opawie miałem taką możliwość. Miasto ma dużo przestrzeni i jest takie zielone. Jaka szkoda, że nie zrobiłem więcej zdjęć. Gdzie ja miałem głowę?
Do Ostrawy kierowały mnie znaki. Niestety tak mnie pokierowały, że zamiast na drogę nr 56 wjechałem na drogę nr 11. Nie chciałem jechać tą drugą, bo znajduje się ona bliżej górzystych terenów. Szczęśliwie trafił się łącznik i dostałem się tam, gdzie chciałem, choć to kombinowanie wydłużyło mi podróż.
W Krawarzach (czes. Kravaře) zatrzymałem się na zakupy w markecie Penny. Dobrze, że samoobsługowy, bo przy kasie zrozumiałem tylko "dobrý den" i "pět korunek" :D Jako ciekawostka – miasto jest partnerem Lublińca, przez który przejechałem przedwczoraj.
W kolejnej miejscowości kierowca blachosmroda użył spryskiwacza do szyb, ale boczny wiatr zadziałał na moją korzyść. To chyba pierwszy raz, gdy spotkałem się z tego typu "bezmózgiem".
Droga do Ostrawy była smażeniem się na słońcu. Mało drzew, w ogóle brak lasów. Do miasta dojechałem przed południem, mając za sobą 70 km. Po drodze wyprzedzałem jakichś rowerzystów, którzy na podjazdach wyprzedzali mnie – wiadomo, sakwy dodają pędu na zjeździe, ale pod górę już nie jest tak łatwo. Przejechałem Odrę (jaka ona długa!), widziałem trolejbusy i tramwaje, jechałem drogą dla rowerów wydzieloną z jezdni.
Punktualnie o 12 dojechałem do jakiegoś rynku, na którym zawiesił mi się telefon. Szukałem jakiegokolwiek planu miasta, ale niczego w zasięgu wzroku nie dostrzegłem. Nie wiedziałem od czego zacząć zwiedzanie. Zaczepił mnie pewien młody Czech, mówiąc coś w swoim języku, ale odparłem swoją angielszczyzną, że nie rozumiem. Przyprowadził więc kolegę, który zna ten język. Dowiedziałem się, że chłopaki zaczepiają przechodniów i nagrywają ukrytą kamerą filmiki, które później trafiają na YouTube. Ja miałem paść ofiarą "drug prank", czyli narkotykowego żartu. Tym razem im się nie udało.
Nie znalazłem mapy, nie potrafiłem się odnaleźć w tym centrum, nie spotkałem żadnej otwartej restauracji, żeby coś zjeść. W ogóle mało ludzi na ulicach spotkałem. Niedziela jest chyba naprawdę czasem wolnym w Czechach.
Centrum miasta nie jest przyjazne rowerzystom. Dużo jednokierunkowych, ani jednej drogi dla rowerów. Czasem zdarzył się zakaz wjazdu pojazdami mechanicznymi, ale to mało. Z mojego kręcenia się po mieście wiele nie wyszło, więc zacząłem szukać drogi powrotnej do domu. Nie było to łatwe, bo trwał remont jednej z ulic, którą chciałem się przemieścić. Właściwie, to ulica zniknęła, a objazdu brak. Widocznie padł ofiarą wandali, bo odnalazłem dalej znaki i znalazłem się na drodze w kierunku Polski.
Było gorąco, przystanki robiłem co kilka kilometrów. Cieszyłem się z każdego cienia, choć nie było go zbyt wiele – słońce prawie cały czas świeciło w plecy.
Dotarłem do Karwiny (cz. Karviná). Na uroczym ryneczku zatrzymałem się pod restauracją Vanili i zasiadłem w ogródku. Jakoś dogadałem się z kelnerem i nawet dostałem polskie menu. Zamówiłem czeski specjał – placek węgierski. Po takim dniu bardzo smakował. Zjadłem bez pośpiechu i zapłaciłem, popełniając wielką gafę. Nie miałem pojęcia jak dać napiwek. W Polsce przyzwyczaiłem się, że zostawia się go w etui na rachunek, ale za rachunek służył tam kawałek kartki, na której kelner wpisywał ceny. Po zapłaceniu zabrał talerze i zniknął. Teraz wiem, że w Czechach napiwek jest niepisanym przymusem obyczajowym, ale w jaki sposób należy ów napiwek wręczyć, to nie mam bladego pojęcia.
Wjechałem do Polski. Najpierw trochę wzgórz, a później z wiatrem i słońcem w plecy w kierunku Pszczyny. Po drodze mijałem przepiękne Jezioro Goczałkowickie. Tak rozległe, że czułem się jak nad morzem.
W Pszczynie było bardzo dużo ludzi na Rynku. Było też bardzo gorąco, bo temperatura wynosiła 36 °C. Nie mogłem jednak robić przerw, bo przede mną było jeszcze wiele kilometrów drogi. Szkoda jednak, że nie zobaczyłem pszczyńskiego zamku, bo park leżący obok pięknie się prezentuje na mapie.
Podczas powrotu zaplanowałem zaliczyć gminę Osiek, bo miałem taką nieładną dziurę na mapie na zachodzie województwa. Ten rejon jest nazywany krainą karpia i minąłem sporą ilość stawów rybnych.
Miałem jechać przez Wadowice, ale ze względu na zmierzch oraz to, że jest tam więcej wzgórz, wybrałem drogę przez Zator. Do miasta dojechałem po zmroku. Mam to szczęście, że zawsze je zastaję zakorkowane.
Po zjechaniu z drogi krajowej spokojnie, w mroku, jechałem przed siebie. W Czernichowie pomyślałem, żeby pojechać przez Liszki i skrócić sobie drogę, było jednak zdecydowanie więcej podjazdów. Jeszcze tylko wizyta na Rynku i o 23 znalazłem się w domu.
To były piękne 4 dni. Nie sądziłem, że uda mi się w tym roku wybrać pod namiot, ale udało się. Nie było to prawda 5 dni, jak w zeszłoroczną majówkę (wtedy nawet planowałem 6-dniową wyprawę), ale przejechałem znacznie więcej kilometrów niż wtedy. Udało mi się też wykonać plan prawie w całości, a na pewno dojechałem do wszystkich docelowych miast i zebrałem setki wspomnień. Zobaczymy co przyniesie przyszłoroczna wyprawa.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, pod namiotem, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / opolskie, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 3: kemping

  138.97  06:30
Kolejny dzień, kolejna noc spędzona na ściernisku, kolejne niewygody. Wstałem sporo przed szóstą, także widziałem wschód słońca o godz. 5.40. Temperatura w nocy znów nie sprzyjała, ale spałem dłużej niż poprzedniego dnia. Duża odległość od lasu spowodowała, że zwierzęta mnie nie straszyły. Nie te duże, bo myszy harcowały całą noc. Bałem się, że zaczną przegryzać się do namiotu, ale rano nie znalazłem żadnej dziury, więc chyba nawet nie próbowały.
Wyruszyłem punktualnie z dzwonami kościelnymi w pobliskim Pawonkowie. Po drodze minąłem jeszcze setki słomianych bel, przy których można było się rozbić. Gdyby jeszcze tak ściernisko było bardziej przyjazne namiotom. Po kilku kilometrach zatrzymałem się na gorącą kawę w spotkanym Orlenie. Zawsze można liczyć na tę markę.
Miałem przed sobą pół dnia opóźnienia, czyli nie było tak źle. Już wiedziałem, że zrealizuję plan i odwiedzę wszystkie 4 miasta. W stronę Opola jechałem ze średnią prędkością 24 km/h. Nie tak źle, zważając na sakwy i namiot. Teraz wiem, że zasługą tego był spadek terenu ku Opolu.
Zaskoczyły mnie 2-języczne nazwy miejscowości. Nie wiedziałem, że można takie w Polsce spotkać. Zastanawiałem się w jakim są języku, bo dla miejscowości Turza/Thursy w ogóle nie pasowało mi "th" do niemieckiego. Widocznie 6 lat nauki odleciało w niepamięć. W województwie opolskim bowiem wszystkie 2-języczne miejscowości posiadają dodatkową nazwę w języku naszych zachodnich sąsiadów.
Absurdalne dla mnie były chodniki pieszo-rowerowe, które od czasu do czasu mijałem. Wszystkie o tej samej, beznadziejnej nawierzchni z kostki. Rzuca na nich tak, że tylko raz spróbowałem i dalej cały czas poruszałem się po drodze krajowej. Dodatkowo szerokość takich chodników w ogóle nie nadaje się do jazdy rowerem.
W miarę zbliżania się do Opola zaczynały pojawiać się znaki zakazu ruchu rowerem. Tam już starałem się nie ignorować przepisów ruchu drogowego, bo i aut zaczynało przybywać. Już samo Opole zaskoczyło mnie asfaltową drogą rowerową, ale niestety nie dojechałem nią do centrum. Starają się jak każde inne miasto o infrastrukturę rowerową. Jest system rowerów miejskich, jest kilka dróg dla rowerów, ale to wciąż mało w porównaniu do innych miast.
Nie zatrzymywałem się na dłuższą wizytę, bo miałem jeszcze daleką drogę przed sobą, a zapowiadał się bardzo słoneczny dzień. Koniec z leśnymi drogami – teraz tylko asfalt. Trochę szkoda, no ale droga długa, mapy niedokładne, a ja miałem sakwy, więc nie było wyjścia. Zatrzymałem się jeszcze, żeby wymienić łańcuch, bo dostał dużą porcję piachu i zaczynał hałasować. Od teraz jazda była o wiele przyjemniejsza.
Jechałem na południe, pod słońce i pod wiatr. Po drodze żadnych drzew. Dopiero Bory Niemodlińskie dały ochłodę, jednak na krótko. Słońce zaczynało przypiekać.
Równo w południe usłyszałem dziwny pisk. Był to dźwięk uciekającego powietrza w przednim kole. Jeszcze ten upał. Zawróciłem się, żeby znaleźć odrobinę cienia pod najbliższym drzewem i zabrałem się do dzieła. Postanowiłem zakleić dziurę, ale ta się nie dała. Powietrze wciąż uchodziło. Nie mając już sił założyłem zapasową dętkę. Na domiar złego wyleciała mi sprężynka z szybkozamykacza. Cały czas szukałem jej w trawie, a ona leżała na chodniku. Bystrzak. Na całość poświęciłem 3 kwadranse. Wystarczająco dużo, żeby zrobiło się jeszcze goręcej.
W Białej zjechałem z wygodnej drogi wojewódzkiej na nierówny asfalt bocznych dróg. Temperatura dochodziła do 30 °C, a ja wkroczyłem na pagórkowate tereny. Dobrze przynajmniej, że wiatr był boczny. Zatrzymywałem się coraz częściej pod drzewami, żeby odpocząć od tego upału i odpocząć w ogóle, bo przez ostatnie 2 noce nie spało mi się najwygodniej.
Dojechałem do Głubczyc. W końcu jakieś miasto, a właściwie miasteczko. Chciałem znaleźć punkt informacyjny, żeby mi pomogli odnaleźć nocleg w Ostrawie (nawet nie sprawdziłem tego przed wyjazdem). Nic z tego, ale odwiedziłem (klimatyzowany) kantor. Kupiłem trochę koron i za informacją kasjera zmieniłem swoje plany. Zamiast jechać w kierunku Kietrza, skierowałem się drogą krajową do Pietrowic, bowiem tam miało być pole kempingowe.
Droga była okropna. Słońce świeciło prosto w twarz. Tyle drzew wokół i żadnego cienia. Jeszcze do tego jechałem pod wzniesienie. W połowie drogi dostrzegłem w oddali coś jak mgłę o zerowej widoczności. Okazało się, że to olbrzymia chmura pyłu niesiona wiatrem bocznym z pola, na którym pracowały maszyny rolnicze żniwiarzy. A gdy ten pył osiadł na skórze... jak to swędziało!
Przy okazji przypomniałem sobie czemu nie chciałem jechać przez Prudnik, a następnie w Czechach przez Karniów (czes. Krnov) i Opawę (czes. Opava). Droga wyglądała na górzystą, a po tylu kilometrach podróży nie chciałem dodatkowo się przemęczać. Nie miałem wyboru, zmieniając trasę swojej podróży.
Po godzinie dotarłem do celu. Olbrzymi kompleks. Choć była dopiero godz. 16, to postanowiłem zatrzymać się, odpocząć i zregenerować siły przed ostatnią podróżą niż znów martwić się o znalezienie noclegu, i to jeszcze zagranicą, bez znajomości języka. Naładowałem baterię w telefonie i nie musiałem się już martwić, że nie nagram całej trasy mojej wyprawy. Niestety pilnowanie telefonu (jedyny kontakt był w niestrzeżonej kuchni polowej) spowodowało, że zamknęli bufet i nie zdołałem zjeść niczego normalnego. Dobrze, że miałem ze sobą zapasy jedzenia.
Kategoria setki i więcej, z sakwami, pod namiotem, kraje / Polska, Polska / opolskie, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery