Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

z sakwami

Dystans całkowity:62042.35 km (w terenie 3667.34 km; 5.91%)
Czas w ruchu:3639:58
Średnia prędkość:16.86 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:466689 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:158 (80 %)
Suma kalorii:60871 kcal
Liczba aktywności:717
Średnio na aktywność:86.53 km i 5h 07m
Więcej statystyk

Jezioro Suwa

  113.99  05:45
Wstałem wcześnie, bo nie mogłem spać. Pewnie przez zimno. Na początek dnia postanowiłem wrócić do jeziora z wczoraj, aby je okrążyć.
Zjazd z góry nie był przyjemny, bo nierówna droga wymuszała użycie hamulców, więc musiałem zatrzymywać się co chwilę, aby obręcze ostygły. Zapowiadał się upalny dzień, ale do jeziora jechało się wygodnie, bo wybrałem boczną drogą z wczoraj. Samo jezioro jest niewielkie – znaki mówią o 16 km obwodu. Dookoła biegnie droga o wygodniejszej nawierzchni dla biegaczy. (Dlaczego nie robią takich dróg dla rowerów?). Wiatr też był sprzyjający, więc jechało się bardzo wygodnie.
Miasto Chino objechałem od wschodu wśród pól uprawnych. Wiązało się to niestety z kolejnymi podjazdami, więc tym razem wspiąłem się na ponad 1100 m n.p.m. Ale za to jakie widoki na Alpy Japońskie się stamtąd rozciągały.
W Hokuto chciałem zobaczyć zamek, który pokazał się na mojej mapie, ale źle trafiłem czy coś, bo nawet jednego znaku nie było. Dalej tylko zmniejszałem wysokość. Spotkałem pierwszego sakwiarza – i to dziewczynę. Uświadomiłem sobie również, że wzgórza, przez które jechałem były zielone. Na północy widziałem same szare zbocza pokryte bezlistnymi drzewami i nawet nie wiem kiedy się to zmieniło. Przyszła wiosna.
W końcu moim oczom ukazał się wulkan Fuji-san. Trochę niewyraźnie przez słabą przejrzystość powietrza, ale brak chmur oraz szczyt pokryty śniegiem to widok, który trzeba zobaczyć na własne oczy. Uszczęśliwiło mnie to na cały dzień, bo Fuji pojawiał się na horyzoncie jeszcze wiele razy.
W Kōfu zapadł zmrok, ale do noclegu miałem niedaleko. No, prawie, bo musiałem dojechać do sąsiedniego miasta. Trochę po szerszych drogach, trochę po uliczkach osiedlowych, ale dzisiaj trafiłem bez problemu. Dom prowadzony jest przez małżeństwo Japończyka i Chinki. Zatrzymał się tam Amerykanin, a dzisiaj dołączyła Peruwianka, więc w takim międzynarodowym gronie spędziłem wieczór.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Nagano, Japonia / Yamanashi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Shōwa Day

  95.71  05:35
Dzisiaj jest Dzień Cesarza, takie święto. Tytuł można też odczytać z angielskiego jako shower day, bo spotkał mnie prysznic. Może jednak od początku.
Nadeszła majówka, czas urlopów. Również w Japonii, chociaż tutaj nazywa się to złotym tygodniem. Wielu ludzi wyjeżdża do rodziny albo za granicę. Ja wybrałem się w podróż do Nagoi. Głównym celem była jednak góra Fuji. Nie chciałem na nią wjeżdżać ani wchodzić, bo sezon jeszcze się nie rozpoczął, a rowerem i tak nie dałoby się, ale ta góra jest od wieków wykorzystywana w kulturze Japonii ze względu na swoje piękno. Dlatego chciałem ją ujrzeć i uchwycić na zdjęciach.
Dzisiaj chciałem się zatrzymać w miejscowości Tatsuno. Żeby uniknąć ruchu, pojechałem bocznymi drogami. Było całkiem wygodnie i mało ruchu. Tylko podjazd sobie niepotrzebnie zrobiłem, bo uciekłem daleko na zachód, pod góry, a mogłem pojechać wzdłuż rzeki na środku doliny.
Z ciekawości zajrzałem do Parku Alpejskiego Azumino, ale wizyta w centrum informacji w żaden sposób mnie nie zachęciła do kupna biletu, więc nie wchodziłem do parku. Pojechałem dalej na południe, robiąc jeszcze kilka podjazdów. Wiatr z południa niestety nie pomagał, więc nawet na zjazdach było wolno.
Na początku jechałem przez pola ryżu, a od Matsumoto krajobraz zmienił się diametralnie, bo po horyzont rozciągały się różnorakie sady. Szkoda, że jeszcze bez owoców. Ciekawe jak duży wkład ma ten region w krajowej produkcji owoców.
Gdy dotarłem do miasta Shiojiri, za moimi plecami dojrzałem ciemną chmurę. Trochę za późno, bo szybko zaczęło kropić. Myślałem, że miałem szczęście, bo padało z dużymi przerwami i bez ulewy. Gdy tylko zbliżyłem się do Tatsuno, temperatura spadła o połowę. Byłem zdziwiony, ale zrozumiałem przyczynę, gdy nieco dalej wjechałem na mokre drogi, a kiedy się zacząłem cieszyć, że udało mi się ominąć ulewę, zaczęło padać. Schowałem się, żeby przeczekać to i ruszyłem dalej, gdy przestało.
Niestety osoba z Couchsurfingu się przeziębiła i odwołała mój nocleg, więc zacząłem intensywnie szukać nowego miejsca. W złotym tygodniu to niełatwe. Na szczęście w Chino trafił się Sergey, więc tam pojechałem. Zostałem uprzedzony, że dom znajduje się na górze. Podjazd był koszmarem, ale wdrapałem się na miejsce wskazane przez Mapy Google. Niespodzianką było, że Google nie znalazł poszukiwanego adresu i wyświetlił mi najbliższy bez żadnego ostrzeżenia. Gdy dotarłem na miejsce, nie mogłem znaleźć domu. Było chłodno, a ja po podjeździe się mocno zgrzałem, więc było mi jeszcze zimniej. Wziąłem latarkę i zacząłem szukać domu pieszo, bo nie miałem sił na jazdę. Ostatecznie znalazłem go, ostatkami sił dotargałem majdan na wysokość 1000 m n.p.m. i mogłem odpocząć. Chociaż odpoczynek to złe słowo, bo musiałem się dostać do domu zgodnie ze wskazówkami Sergeya, który był w Tokio. A w środku temperatura jak na zewnątrz. Dobrze, że zabrałem ciepły śpiwór.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kolizja pod Matsumoto

  66.76  03:25
Droga prosta, miasta dwa. Właściwie drogi też dwie, ale ta druga wiodła przez przynajmniej trzy strome podjazdy, więc wybrałem krajową 19 w górę rzeki Chikuma (zwana też Shinano, jest najdłuższą rzeką Japonii).
Dzień zapowiadał się upalnie i był upalny. Miałem okazję, aby się opalić, bo moje białe czoło i czerwone policzki przypominały flagę, która powiewała na mojej przyczepce. Wysokość nad poziomem morza rosła, ale jazda nie była zbyt ciężka. Od czasu do czasu pojawiły się bardziej strome pagórki i kilka tunelów, ale ruch był niewielki. Nie musiałem często uciekać na chodniki i takie drogi mi się podobają.
Jechałem tak w górę, aż po miasto Azumino. Stamtąd jest już tylko 10 km do Matsumoto. Niestety czas mnie gonił, więc musiałem darować sobie odwiedziny na zamku, ale co się odwlecze to nie uciecze. Gdy po wjechaniu w ślepy zaułek chciałem włączyć się do ruchu, nie wiedzieć jakim cudem moja przyczepka się odczepiła, a ja zostałem z pustym rowerem. Całe szczęście kierowca tira jadącego za mną wyhamował, a ja zwlokłem ze środka drogi koło i sakwę, która się odczepiła podczas upadku. Wyjątkowo flaga się nie wybrudziła, jak to było podczas ostatniego upadku. Ja to wiem, że kiedyś źle skończę.
Przez całą moją drogę mogłem podziwiać góry. Czasem tylko te wzdłuż doliny, a czasem białe szczyty widoczne daleko. Nie mogłem się doczekać, aby je ujrzeć. Mój nocleg na ten tydzień znalazłem przez serwis Airbnb. W końcu, gdy byłem blisko celu, na horyzoncie ukazały się olbrzymie masywy górskie pokryte białym puchem (albo może zleżałym śniegiem). Niestety znajdują się one w przeciwnym kierunku do Matsumoto, ale kto wie, mam przecież tydzień na wycieczki.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Nagano

  134.30  06:52
Plan na dzisiaj był prosty, to i nie mam o czym pisać, mimo że to jedna z najdłuższych wycieczek po Japonii. Musiałem się dostać do Nagaoki i to by było na tyle.
Wyruszyłem wcześnie rano, żeby nie dotrzeć do celu zbyt późno. Niestety nie miałem zbyt wielu opcji, więc wjechałem na krajową 117. Droga wiodła w górę wzdłuż rzeki. Mimo to zdarzało się wiele krótkich pagórków, które wydłużały jazdę. Kawałek przed celem skręciłem do miasta Iiyama. To był dobry wybór, bo w końcu drogi stały się puste i mogłem jechać w takim luksusie prawie do samego Nagano.
Dzisiaj miałem trochę pecha, bo gdy już się cieszyłem, że będę miał się gdzie zatrzymać, to okazało się, że mój host z Couchsurfingu się pomylił. Tak oto skończyłem w hostelu, ale zostałem poczęstowany ciepłym posiłkiem ugotowanym przez Chińczyków.
Wyjątkowo cenię sobie chodniki w Nagano, ponieważ mają bardzo małe krawężniki, więc mogłem jechać szybciej niż auta stojące w korkach.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Niigata, Japonia / Nagano, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Nagaoka

  80.57  03:30
Plan na dzisiaj był krótki. Dostać się do Nagaoki. Shalaka poleciła mi kilka dróg o małym natężeniu ruchu, więc była szansa przedostać się do kolejnego miasta w miarę szybko.
Na początek ruszyłem na zachód. Kawałek po drodze sprzed dwóch dni, a potem krajową drogą nr 2, która miała być mało popularna. Aut było rzeczywiście mniej. Jechało się przyjemnie. Chmury od czasu do czasu odsłaniały słońce, droga była całkiem równa. Nawet wiatr nie przeszkadzał. Jechało się bardzo przyjemnie.
Zatrzymałem się przy chramie Yahiko-jinja, przespacerowałem się po nim i zorientowałem się, że czas mi ucieka. Musiałem się sprężać, więc zrezygnowałem z drogi nad wybrzeżem i pojechałem wzdłuż rzek. Tak się złożyło, że trafiłem na puste drogi, a i średnia prędkość jakoś podskoczyła. Szybko dojechałem do Nagaoki, po jakichś ulicach dotarłem na miejsce spotkania z Louisem, który przybył z Kamerunu, aby rozwijać się w kierunku wykorzystania elektroniki w informatyce. Przegadaliśmy cały wieczór o kulturze Japonii.
Kategoria na trzech kółkach, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Niigata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Niigata

  98.73  04:45
Dzień zacząłem od tostów z dodatkami na śniadanie. Potem pan Toshiharu pokazał mi otoczenie domu. Śnieg wciąż leżał jak okiem sięgnąć, a zimą podobno były aż 3 metry. Potem jeszcze pojechaliśmy do położonego nieopodal onsenu (gorące źródła), bo w domu nie było wody. Dopiero wtedy zebrałem się i ruszyłem w drogę.
Początek okazał się nawet prosty. Puste ulice, spadek terenu. Pomijając dziurawe drogi oczywiście. A temperatura była na tyle przyjemna, że jechałem w koszulce z długim rękawem. Zjazd ciągnął się strasznie długo. Dojechałbym wczoraj do celu daleko po północy, gdyby nie uprzejmość pana Toshiharu. Mam lekcję na przyszłość, że dzienny dystans z trzecim kołem nie powinien przekraczać setki.
Dalsza droga wzdłuż doliny, a potem przez miasta aż po samo Morze Japońskie. Wiatru z rana nie było, a potem pojawił się z kierunku przeciwnego do wczoraj, więc miałem lekką pomoc. Do czasu, gdy się nie zmienił i nie zaczął przeszkadzać.
Po drodze mogłem podziwiać białe szczyty gór. Zatrzymałem się przy przypadkowym chramie, a potem jeszcze spróbowałem swoich sił z rzeką obsadzoną sakurą. Problem stanowiły wiatr i brak słońca, więc niełatwo było uchwycić dobre zdjęcia. Spotkana tam Japonka powiedziała mi, że zbliża się burza, więc zacząłem się obawiać deszczu i zwiększyłem tempo.
Jazda po japońskim mieście do przyjemnych nie należy, a ponieważ miasta są wszędzie poza górami, to miałem ten problem wzdłuż całego wybrzeża aż do Niigaty. Po zmierzchu zaczęło kropić i obawiałem się, że nie zdążę, ale wciskając się w boczne uliczki, udało mi się dotrzeć do mieszkania Shalaki podchodzącej z Indii, którą poznałem przez serwis Couchsurfing. Potem już nie było zbyt przyjemnie, gdy się rozpadało.
Kategoria na trzech kółkach, po zmroku i nocne, kraje / Japonia, z sakwami, za granicą, Japonia / Yamagata, Japonia / Niigata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Oguni

  119.80  07:04
Na kolejny tydzień zaplanowałem odwiedzić Niigatę, a jako że z trzech dni wolnego zostały mi tylko dwa, to musiałem się sprężać. Znalazłem więc nocleg na trasie i mogłem ruszać.
Przed wyjazdem pożegnałem się z dziewczynami z wczorajszego hanami, przez co straciłem trochę na czasie, a potem pojechałem na zachód. Po dłuższej chwili zorientowałem się, że tę samą drogę pokonałem poprzedniego dnia. Przynajmniej miałem rozeznanie w terenie i tym razem nie padało. Miałem do pokonania długi podjazd, niewielki tunel i zjazd do Tendō. Dalsze plany zaczął psuć wiatr w twarz. Na tyle skutecznie, że szybko zapadł zmrok, zostawiając mnie daleko od celu. Jazda nocą jest dużo mniej wygodna, ale przynajmniej na tamtych drogach nie było tak dużo aut, jak zwykle.
Na jednym z przystanków skontaktowałem się z panem Toshiharu, na którego trafiłem za pomocą serwisu Airbnb. Uprzedziłem go, że się spóźnię o 2 godziny ze względu na wiatr. Po dłuższej wymianie zdań po japońsku, bo tylko tym językiem się posługiwał, dostałem instrukcję, abym pojechał na dworzec kolejowy. Tam po pewnym czasie pojawił się mój gospodarz z autem i zabrał mnie do celu, czyli swojego domu. Podróż zajęła prawie godzinę, więc nawet nie chcę wiedzieć ile bym jechał na rowerze pod górę i pod wiatr. Jestem dozgonnie wdzięczny za całą pomoc, jaką otrzymałem.
Drewniany dom pana Toshiharu znajduje się w górach pokrytych śniegiem, więc i temperatura spadła. Budowa domu trwała 20 lat, ale efekt jest zdumiewający. Tylko te robaki, które nawiedzają wiejskie domy. W miastach nigdy ich nie spotkałem, ale podobno są plagą na wsi. Zobaczyłem też studio nagrań z mnóstwem elektroniki, efekt pasji pana Toshiharu. Na koniec wszystkiego zostałem poczęstowany sporą kolacją. Jedyny minus to brak wody.

Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Miyagi, Japonia / Yamagata, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Przez tereny wiejskie

  137.94  07:34
Opuściłem mieszkanie moich gospodarzy, zostawiając kartkę i prezent w podziękowaniu. Robiło się późno, a ja nie mogłem czekać. Zjadłem śniadanie w pobliskim konbini i ruszyłem w drogę. Było pochmurno, ale dzisiaj miało na szczęście nie padać.
Ruch był duży, a chodniki niewygodne. Nie mogłem nic z tym zrobić. W Nihonmatsu wypatrzyłem znaki prowadzące do zamku. Pierwszy zamek podczas tej podróży (pomijając przegapiony w Aizu-Wakamatsu), więc tym razem nie mogłem odpuścić. Zostawiłem rower przy parkingu i ruszyłem zwiedzać to miejsce. Trwał jakiś festiwal i na placu pod zamkiem zebrało się sporo ludzi. Były też stragany z jedzeniem, więc skusiłem się na dango, czyli rodzaj klusków z mąki ryżowej, które uważane są za japońskie słodycze. Obszedłem jeszcze zamek i pojechałem dalej.
Jechało się okropnie. Byłem zmęczony, drogi się nie kończyły, a chodniki irytowały. W Fukushimie drogi dla rowerów były tak jakby lepiej zorganizowane niż w Kōriyamie (zwłaszcza krawężniki nie były tak wysokie). Słowem przypomnienia, bo często się spotykam z bezmyślnie powtarzaną informacją, jakoby elektrownia Fukushima Dai-ichi była położona w mieście Fukushima. Otóż nie, elektrownia jest oddalona o 60 km od miasta i znajduje się w zamkniętej strefie, do której wstęp mają nieliczni. Wielu rowerzystów, którzy wybierają tamte okolice do przejazdu wzdłuż wschodniego wybrzeża jest zatrzymywanych i kierowanych okrężną drogą.
Mój plan zatrzymania się w Fukushimie nie wypalił. Nie znalazłem do ostatniej chwili nikogo, kto byłby w stanie mnie przenocować. Miałem plan awaryjny. Poznana kilka tygodni wcześniej Aki. Była ona otwarta na moją wizytę, więc kierowałem się dalej na północny-wschód. Było ciemno, na drogach tłoczno. Chodniki nadal denerwowały nierównością. Gdy dojechałem do Sendai, poprawił mi się humor za sprawą pięknego widoku na miasto, a noc trwała od dobrych wielu godzin. Niestety przejazd przez centrum był jedną, wielką pomyłką. Każde skrzyżowanie zatrzymywało mnie czerwonym światłem. Byłem zmęczony i zdenerwowany. Dojechałem do mieszkania Aki około północy. Bolały mnie plecy i miałem odciski na dłoniach. To była szalona podróż, ale całe szczęście zaplanowałem odpocząć w Sendai przez kilka kolejnych dni. Aki powiedziała, że wszystko poza Tōkyō to tereny wiejskie. Pewnie stąd istnieje opinia, że wielu Japończyków chce przenieść się do stolicy.
Kategoria na trzech kółkach, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Fukushima, Japonia / Miyagi, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Powoli w kierunku tuneli

  138.28  08:05
Jak wczoraj wieczorem zaczęło padać, tak dzisiaj nie przestało. Wyruszyłem w deszczu. Miałem na sobie prawie wszystkie przeciwdeszczowe ubrania sprawdzone na Islandii. Prawie, bo do szczęścia brakowało butów. Miałem ochraniacze na butach sportowych, ale to rozwiązanie nie sprawdziło się najlepiej. Do tego wszystkiego temperatura była niska.
Miałem niewielki dystans do kolejnego miasta, dlatego pojechałem okrężną drogą. Ruch był zaskakująco znikomy. Od początku pod górkę, a im wyżej, tym bardziej nieznośnie zimno. Na przystanku z widokiem na dolinę zagadali do mnie Japończycy. Pytali, czy wszystko w porządku. Tyle zrozumiałem, więc odpowiedziałem, że tak, a oni z tego wszystkiego pomyśleli, że mówię po japońsku i zaczęli coś tam jeszcze mówić, ale ich tylko przeprosiłem, że nie rozumiem, oni z japońską manierą też przeprosili i pojechali w swoją stronę.
Ze znaków dowiedziałem się, że w tamtych lasach są niedźwiedzie, ale na szczęście żadnego nie spotkałem. Na wysokości 700 m pojawił się śnieg wokół drogi, a potem pierwszy tunel. Za nim kilka kolejnych i w każdym z nich było jeszcze zimniej niż na zewnątrz. Telepałem się z zimna i za każdym wylotem robiłem spacer dla rozgrzewki.
Koniec końców wyszło słońce, więc zrobiło się nieco cieplej. Zwłaszcza że miałem długą drogę w dół. Dojechałem do jakiejś wioski, ale na próżno było szukać otwartego sklepu, żeby coś zjeść. Ostatecznie skończyłem na zamkniętej drodze i musiałem się zawrócić. Na szczęście tylko odrobinę, ale wjechałem na zatłoczoną krajówkę.
Zatrzymałem się na parkingu. Szukając restauracji w mojej nawigacji, dostałem butelkę napoju od kierowcy, który zatrzymał się, aby kupić coś do picia z automatu do napojów. Ostatecznie znalazłem sklep 7-eleven, w którym nie dogadałem się ze sprzedawcą, bo często można kupić posiłek, który jest podgrzewany w mikrofalówce, ale najwidoczniej nie zawsze. Potem się dowiedziałem, że chciałem kupić danie na zimno i stąd powstał sprzeciw sprzedawcy do podgrzania go. Spróbował on wyjaśnić mi, że jedna półka jest z jedzeniem na zimno, a druga na ciepło, ale z całego zamieszania, aby nie wydłużać kolejki klientów, wziąłem kanapki.
Gdy dotarłem do miasta Aizuwakamatsu, kompletnie zapomniałem o zamku i przegapiłem go. Szkoda, bo przestało padać i mogłem liczyć na kilka ciekawszych zdjęć. Czas mnie jednak gonił, więc może i dobrze, że tak się stało. Gdy jechałem w górę, do jeziora Inawashiro, pojawiła się mgła, ale na palcach ręki mogłem policzyć auta, które były widoczne we mgle. Prawie nikt nie włączał świateł. Coś niewyobrażalnego. Bałem się jechać. Całe szczęście droga przy jeziorze była mniej zamglona i tylko zmrok uprzykrzał życie (nie licząc niekończącej się rzeki aut).
Przede mną był długi zjazd oraz szerokie pobocze, więc myślałem, że pojadę szybciej, aż się nadziałem na kawałek szkła, który zmusił mnie do zatrzymania się i załatania dziury. Nie przejechałem pięciu kilometrów, jak powietrze zeszło z koła po raz kolejny. Zatrzymałem się pod sklepem, gdzie zaczepiła mnie Japonka z trójką Hindusów. Jeden z nich wracał do swojego kraju żenić się. To nic, że mówił po japońsku po kilku latach mieszkania w Japonii. Życie przynosi wiele niespodzianek.
Okazało się, że odkleiła się łatka założona kilkanaście minut wcześniej. Nie chciałem marnować czasu, więc założyłem zapasową dętkę, dałem znać moim dzisiejszym gospodarzom, że moje opóźnienie się pogłębi i pojechałem dalej do miasta Kōriyama. Prawie złamałem przednie koło, gdy na jednym z zakrętów wjechałem na nieoświetloną blokadę dla aut. Miałem dość przygód na dzisiaj, ale na szczęście szybko dojechałem do ludzi poznanych przez Couchsurfing. Tym razem zatrzymałem się u Patricka i Midori, pary Amerykanina i Japonki. Byli bardzo gościnni, a do tego pokazali mi nocne życie w japońskim mieście.
Kategoria góry i dużo podjazdów, na trzech kółkach, setki i więcej, z sakwami, po zmroku i nocne, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Fukushima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Mito się podoba

  124.12  07:07
Dostałem instrukcje od Koty gdzie co mogę zobaczyć w mieście, w którym się zatrzymałem. Pojechałem zwiedzać Mito. Najpierw do parku, aby odszukać kwitnące wiśnie. Niestety spóźniłem się na kwitnienie śliw, a na kwitnienie wiśni było wciąż za wcześnie. Pojedyncze drzewa wypuszczały pąki, ale to nadal niewiele w porównaniu do tego, jak pięknie wyglądają parki w okresie pełnego rozkwitu.
Zacząłem poszukiwania serwisu rowerowego poleconego przez Kotę. Po drodze zaczepił mnie Japończyk i po wyjaśnieniu mu, że jadę do serwisu na drugim końcu miasta, zaprowadził mnie do bliższego. Niestety było zamknięte, więc powróciłem do mojego planu. Potem jeszcze zagadała do mnie para Japończyków, gdy robiłem zdjęcia. Myślałem, że Japończycy są mniej rozmowni.
W drodze do serwisu uznałem, że mogę nie zdążyć do kolejnego miasta, więc odłożyłem naprawę roweru. Wiał tak silny wiatr, że myślałem, że straciłem pieniądze, które jeszcze miałem podczas wizyty w sklepie, ale koniec końców, po krótkiej panice, znalazłem je w tylnej kieszeni. Tak czy inaczej, wiatr zabrał moją mapę prefektury. Widziałem też kilka burz piaskowych w oddali. Wiosna wydawała się być surową porą roku.
Zatrzymałem się w sklepie z elektroniką, aby znaleźć kilka rzeczy. Obsługa mnie tak jakby unikała, ale nie dziwię się, bo nie potrafiliby mi pomóc. Kupiłem tylko przejściówkę do kontaktu do mojego laptopa. Jakoś przecież muszę pracować, aby przetrwać za granicą. Brakuje mi tylko ładowarki do baterii do latarki.
Pojechałem przez doliny górskie w kierunku Shirakawy. Po drodze zatrzymałą mnie kolejna para Japończyków podróżujących autem. Chwilę porozmawialiśmy po japońsku i dostałem kilka prezentów na podróż. Naprawdę niesamowici są ci Japończycy. Może to taki region, że ludzie są bardziej otwarci niż w dużych miastach?
Niestety droga zabrała mi 2 godziny więcej czasu niż planowałem, a do tego zaczęło padać po zmroku, więc moja podróż stała się jeszcze wolniejsza. Najgorsze, że oznaczyłem na mapie miejsce noclegu w złym miejscu i nie mogłem go znaleźć. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań Takeguchi sam mnie zauważył. Był tak uprzejmy, że pomógł mi wysuszyć się po tej deszczowej jeździe. Przegadaliśmy chyba pół nocy.
Kategoria na trzech kółkach, z sakwami, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, po zmroku i nocne, za granicą, kraje / Japonia, Japonia / Ibaraki, Japonia / Fukushima, wyprawy / Japonia 2017/2018, rowery / GT

Kategorie

Archiwum

Moje rowery