Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Nie planowałem Reykjavíku dzisiaj

  114.33  07:23
Nie minęło zbyt dużo czasu od momentu rozbicia namiotu, więc nie było mowy o wyspaniu się. Próbowałem wstać kilkakrotnie, jednak zasnąłem za późno, aby mi to sprawnie poszło. Noc na szczęście przebiegła bez stresu, nikt mnie nie przegonił, aut też nie słyszałem.
Miejsce na namiot było bardzo dobre, chociaż po deszczowej nocy i wilgotnym poranku miałem wszystko mokre. Nie padało, gdy się zbierałem. Po godzinie byłem w drodze. Niestety bez śniadania. Nie zjadłem też kolacji, bo wszystko na lotnisku było zamknięte. Dobrze, że miałem jeszcze wodę. Ruszyłem więc dalej, aby objechać półwysep Reykjanes i ostatecznie dostać się do drogi nr 1, która biegnie wokół głównej części wyspy.
Nie obyło się bez postojów, czy to z zaciekawienia, czy aby zrobić zdjęcie. Pierwszy warty wspomnienia był postój przy moście Miðlína, który łączy dwie płyty tektoniczne – północnoamerykańską i eurazjatycką. Przypadkiem poprzeszkadzałem trochę Polakom w robieniu zdjęć, a spotkałem tego dnia mnóstwo rodaków. Podczas kolejnego postoju, gdy dostałem się do Reykjanestá, czyli krańca półwyspu Reykjanes, na którym de facto przebywałem od przylotu, spotkałem Amerykanów. Po raz pierwszy miałem okazję z nimi gawędzić, a Amerykanie są znani ze small talków. Wspiąłem się na wysoki klif, przespacerowałem się po drodze o księżycowym wyglądzie i pojechałem dalej, trafiając na niewielki obszar geotermalny Gunnuhver. Uderzający jest tam zapach. Czytałem mnóstwo relacji z podróży po Islandii i wszystkie opisywały zapach zgniłych jaj. Jak dla mnie, pachniało jajami ugotowanymi na twardo i za nic nie mogłem doszukać się w tym zgnilizny. Może to wyolbrzymienie, które ma na celu odstraszać turystów ze słabymi żołądkami?
W dalszej drodze spotkałem sporą grupę motocyklistów i zadziwiło mnie, gdy wszyscy mi pomachali. Pewnie dlatego, że jechałem samotnie po obszarze wyglądającym jak z innej planety. Zaskoczyły mnie również pola golfowe pośrodku tego krajobrazu. Dowiedziałem się, że golf jest jednym z najpopularniejszych sportów na Islandii.
Dojechałem w końcu do miasta, Grindavíku. Nie myślałem jednak o zwiedzaniu. Byłem głodny, bo od wylotu z Polski nie miałem nic w ustach. Trafiłem na market o wymownej nazwie Nettó. Pobieżnie obejrzałem półki. Ceny są wysokie, dlatego właśnie zabrałem z Polski trochę żywności liofilizowanej. Co mi się rzuciło w oczy to ogromna liczba produktów zapakowanych po kilka sztuk. Wiele towarów pochodzi z importu, również z Polski (podobno najpopularniejszym batonem jest Prince Polo). Mnie najbardziej interesował skyr, tradycyjny islandzki wyrób mleczarski. Smakiem i konsystencją przypomina gęsty jogurt, ale strasznie szybko zapycha. A może to ja byłem taki głodny, że skurczył mi się nie tylko żołądek, ale i przełyk?
Zjadłem śniadanie pod marketem, mimo że wiatr trochę mną targał. Po nocnej jeździe w deszczu czułem się przemarznięty. Szybko ruszyłem w dalszą drogę, żeby się nie wychłodzić. Minąłem Błękitną Lagunę (Bláa Lónið), czyli znane uzdrowisko o błękitnej wodzie pochodzącej z gorących źródeł. Nie była mi po drodze, więc jej nie odwiedzałem. Zobaczyłem też pierwszy las – Sólbrekkuskógur. Na Islandii jest mało drzew. Istnieje nawet żartobliwe powiedzenie: jeśli zgubiłeś się w lesie, wstań i rozejrzyj się.
Ciągle miałem dziwne przeczucie. Gdy dotarłem do ruchliwej drogi, spojrzałem na mapę i wszystko się wyjaśniło. Wiatr wcale nie zmienił się – to ja zacząłem jechać w złym kierunku. Byłem na północnym krańcu półwyspu i nie miałem najmniejszej ochoty zawracać pod wiatr z deszczem. Nie mając wyboru, uznałem, że pojadę do Reykjavíku i tam coś wymyślę. Zacząłem więc jechać drogą nr 41, jedną z najbardziej ruchliwych dróg na wyspie, łączącą lotnisko z regionem stołecznym. Całe szczęście, że jest to droga dwujezdniowa o dwóch pasach ruchu w każdym kierunku i mająca szerokie pasy awaryjne. Ich jakość nie była najlepsza, więc zdecydowałem się skręcić i wjechać w drogę przy nadbrzeżu. Zaskoczyły mnie śmieci porozrzucane w rowie, ale było to jedyne takie miejsce, które spotkałem na całej wyspie.
Gdy podjeżdżałem pod kościół Kálfatjarnarkirkja, który z oddali zwrócił moją uwagę, pomachał mi uśmiechnięty kierowca auta zmierzającego w przeciwnym kierunku. Zrobiło mi się miło. Pomyślałem, że Islandczycy są naprawdę otwarci, mimo tego, że jestem jednym z miliona turystów, którzy tamtędy przejeżdżali. Ciekawiło mnie ile jeszcze zaskakujących rzeczy mnie spotka.
Niestety boczna droga się skończyła i musiałem wrócić na główną. Wraz z pędzącymi autami dojechałem do pierwszych miast regionu stołecznego. Nie spotkałem ani jednej drogi dla rowerów, a nie mogłem też wypatrzeć na mapie zbyt wielu alternatyw. Starałem się więc jechać wtedy, gdy nie było kolumn aut, bo nie czułem się tam zbyt bezpiecznie. Dojechałem w ten sposób do Reykjavíku, a właściwie do północnego wybrzeża, bo nie patrzyłem na mapę. W końcu trafiłem na drogę dla rowerów. Pojechałem nią, jako że chciałem się dostać do dworca autobusowego. Wyczytałem w internecie, że można tam najtaniej zostawić bagaż, a ja miałem kilka rzeczy, które podczas jazdy rowerem nie były mi potrzebne. Niestety, ale cena takiej usługi srogo podrożała i za miesiąc zaproponowali kwotę tysiąca złotych. W sumie mogłem zostawić rzeczy w jakiejś skale przed wjazdem do cywilizacji, ale nie byłem na tyle bystry, aby na to wpaść.
Potoczyłem się jeszcze do centrum miasta, bo chciałem zobaczyć kościół Hallgrímskirkja z bliska. Ta ikona Reykjavíku znajduje się na wzgórzu, które przy obciążonym rowerze i całym dniu pedałowania było nie lada wyzwaniem do pokonania. Po krótkiej sesji zdjęciowej, gdy już miałem ruszać w dalszą drogę, zwróciłem uwagę na łańcuch górski na północy. Czym prędzej zjechałem do nadbrzeża, aby mieć szerszy widok. Wpadłem w zachwyt, bo oto słońce wyszło zza chmur, oświetlając górę Esja. Był to pierwszy widok, który mi się naprawdę spodobał. Właśnie dla takich widoków tutaj przybyłem.
Przejechałem się jeszcze wzdłuż nabrzeża, aby pozachwycać się tym widokiem, a potem skręciłem na południe, do miasta Hafnarfjörður, do znajdującego się tam kempingu. Był on częścią planu wymyślonego na poczekaniu na kolejny dzień. W połowie drogi do celu zauważyłem drogę dla rowerów, która poprowadziła mnie wzdłuż nadbrzeża. Nie mogłem zrozumieć systemu znakowania dróg rowerowych, bo nie wszędzie były widoczne znaki. Jak się okazało, rowerzysta może się poruszać po chodniku, ale nie wpadłem na to przez wiele kolejnych dni.
Ledwo zdążyłem przed zamknięciem biura kempingowego. Zapłaciłem 1700 koron za nocleg, dostałem też używaną butlę z gazem do kuchenki kempingowej, bo turyści opuszczający Islandię nie mogą przewozić gazu w samolocie. Niestety nie pomyślałem, żeby sprawdzić rodzaj gwintu, który okazał się nie pasować do mojej kuchenki i musiałem zadowolić się kolacją na zimno. Na kempingu było dużo namiotów i ciekawiło mnie jak jest w Reykjavíku. Po raz pierwszy spróbowałem wody z kranu na Islandii. Zapach gotowanych jajek mnie przerażał. Prysznic w wodzie o takim zapachu to też ciekawe przeżycie.

Kategoria z sakwami, setki i więcej, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, za granicą, kraje / Islandia, rowery / Trek, wyprawy / Islandia 2016

W Czechach albo w Polsce

  133.39  08:13
Czyli to już czas. Pora opuścić zagraniczną wygodę i powrócić na to, co polskie. Nie chciałem rozstawać się z urokliwymi Czechami, ale trzeba było wracać do pracy. Jednak nie ma się co smucić, bo przecież to nie moja ostatnia wizyta u południowych sąsiadów.
Miałem wstać wcześnie, ale było mi zimno, więc obudził mnie trochę później Czech, który podjechał autem i coś krzyczał. Nie mam pojęcia co i czy było to do mnie, ale uznałem, że pora się zbierać. Jak zwykle zacząłem przepakowywać sakwy, gdy nagle zauważyłem, że coś się rusza w jednej z nich. Przyjrzałem się uważnie, a to pająk. Wyglądał jak kątnik większy (Tegenaria atrica), który występuje w całej Europie. Musiał wejść do namiotu, gdy robiłem kolację. Rozwiesił pojedyncze nici pajęczyny, co poczułem po przebudzeniu, a o poranku schował się w ciemnym miejscu. Potem jeszcze podczas składania namiotu spadło na mnie kilka kleszczy, jednak wyczułem odnóża tych kreatur na mojej poparzonej słońcem skórze, więc szybko się ich pozbyłem.
Po poranku z przygodami trzeba było ruszać. Przynajmniej wiatr się zmienił i wiał ze wschodu. Na drodze czekało na mnie dużo górek, pagórków i wszelakich wzniesień. Szkoda tylko, że bez ciekawszych widoków. Z drugiej strony, byłem już trochę zmęczony po tym tygodniu, więc nie miałem za dużej ochoty na długie podjazdy. Chociaż jeden taki i tak się trafił, gdy przyszło mi przekroczyć granicę. Nie znalazłem po czeskiej stronie żadnego czynnego sklepu czy restauracji, przez co byłem głodny i przywiozłem ze sobą trochę koron.
Po dłuższym podjeździe znalazłem się na przejściu granicznym, do którego dotarłem kilka lat temu. Niespodzianką było otwarcie przejścia także dla ruchu samochodowego. Zwłaszcza że asfalt ze wzniesienia prezentuje się nietypowo idealnie, jak na Polskę. Ale to tylko pozory, bo zaraz za zakrętem nawierzchnia się zmienia. Zaczynają się takie dziury, że można sobie zęby powybijać, a jazda bez trzymania na wpół zaciśniętych hamulców jest absolutnie, zupełnie i pod każdym względem niemożliwa. Jest to kilka kilometrów niebezpiecznego, stromego zjazdu, na którym trzeba mieć oczy szeroko otwarte, a refleks rozwinięty do takiego stopnia, że ciężko sobie to wyobrazić.
Cóż dalej? Nie miałem wyjścia, jak wjechać na drogę krajową. Dokąd? Przed siebie. Ze znaków drogowych wywnioskowałem, że mogę dotrzeć do samego Kłodzka, a z mapy dowiedziałem się, że znajdę tam kemping. Aut na szczęście prawie nie było. Swój głód zabiłem dopiero po kilkudziesięciu kilometrach – na stacji benzynowej, bo i w Polsce wszystko pozamykane. Zmówili się czy co? W Kłodzku musiałem się trochę pokręcić zanim trafiłem na właściwą drogę na kemping. Lada moment miało zajść słońce, gdy tam dotarłem. Tylko to, co zastałem było ponad moje wyobrażenia. Jedna wielka dziura. Wszystko rozkopane, pełno gruzu, śmieci i wszelkiej maści śladów remontu. Po prostu było widać, że kemping nieczynny. Majówka pełną gębą. Mimo tego brama była otwarta, więc wjechałem, aby się rozejrzeć. Nikogo nie zastałem, więc usiadłem na ławce, ugotowałem kolację, zacząłem myć zęby, gdy nagle przyjechało auto. Bardzo sympatyczny właściciel pozwolił mi rozbić namiot na trawie, choć pewnie nie miał wyboru, tak jak ja.
Kategoria Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, kraje / Czechy, góry i dużo podjazdów, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, rowery / Trek, wyprawy / Austria 2016

Na chwilę do Wiednia

  141.06  08:21
Ależ oczywiście, że nie mogło zabraknąć Wiednia, skoro już tak blisko niego się znalazłem. Nie sądziłem, że plan się uda, ale osiągnąłem cel całkiem szybko. Co tam widziałem i dlaczego tak mało – o tym właśnie dzisiaj, w relacji z piątego dnia podróży.
Noc miałem dosyć nieprzyjemną. Nie żeby coś, ale wczoraj zaczęło padać i wciąż padało, gdy wstawałem. Pod namiotem czułem „powódź”, w dodatku zamek w drzwiach tropiku okazał się odrobinę nieszczelny i kapało do wewnątrz. Spakowałem się i wyszedłem. Po całonocnych opadach pod moim namiotem utworzyła się kałuża. Na szczęście wysokiej jakości podłoga zapobiegła dostaniu się wody do środka.
Chyba popełniłem głupotę. Wczoraj zastałem zamkniętą recepcję kempingu, a dzisiaj poszedłem zapłacić za noc w jeziorze. Kosztowało mnie to 14 euro, co jest absurdem. Mogłem po prostu stamtąd pojechać. Czasami bycie dobrym się nie opłaca. Śniadanie zjadłem w restauracji kempingowej, co kosztowało mnie połowę ceny noclegu. Tym samym zostałem z jakimiś dziesięcioma euro w kieszeni.
Trzeba było uciekać jak najszybciej z drogiej Austrii, aby nie stracić reszty oszczędności. Pojechałem jeszcze do centrum w Tullnie, ale zabłądziłem. Zabłądziłem też, wyjeżdżając stamtąd. Brak szczegółowej mapy dawał się we znaki. Na szczęście powoli przestawało padać, więc mogłem wyciągać papierową mapę i patrzeć na ślad w Garminie. Z tego wszystkiego do południa nie miałem na liczniku nawet 10 kilometrów. Na obrzeżach miasta naszły mnie wspomnienia, bo jest ono otoczone zielonymi górami, zupełnie jak Kioto w Japonii. Te góry z kolei były moim celem na obiad. Nie chciałem jechać do Wiednia wzdłuż Dunaju. Wybrałem trudniejszą trasę. Zaczęła się ona niekończącymi się serpentynami, a potem długimi prostymi, aby po kilku pagórkach zakończyć się długim zjazdem. Niestety mokry hamulec (tylny w ogóle przestał hamować) oraz mokra droga nie pozwalały mi poszaleć.
Na wiedeńskich przedmieściach trafiłem na sporo dróg dla rowerów, potem długo, długo nic i centrum przepełnione przywilejami dla rowerzystów. Niestety brak mapy nie dawał mi dużych możliwości na zwiedzanie. Nie mogłem znaleźć punktu informacji, a nie wpadło mi też do głowy, aby o jego lokalizację zapytać. Musiałem się zadowolić jazdą przed siebie i oglądaniu przypadkowo napotkanych miejsc. Całe szczęście moją uwagę przykuły ładne elewacje, którym przyjrzałem się bliżej, na wespół z innymi turystami.
Moje przypadkowe zwiedzanie skończyło się na tym, że w którymś momencie zacząłem jechać nad Dunaj. Zabłądziłem przy tym kilka(naście) razy, ale w końcu dotarłem, a i to nie do końca, bo trafiłem na cypel i musiałem się wracać. Potem znowu droga donikąd, aż w końcu trafiłem na szlak EuroVelo 6 – ten wzdłuż Dunaju – i trzymałem się go, bo wiedziałem, że w końcu doprowadzi mnie do mojego kolejnego celu – Bratysławy. Na wałach naddunajskich spotkałem idealne miejsca pod namiot. Jaka szkoda, że było tak wcześnie, bo bez zastanowienia rozbiłbym się właśnie tam. Było pusto, więc nikomu nie zrobiłoby to różnicy. Tylko ten wiatr, prawie że huraganowy, ale można się było mu przeciwstawić, bo inaczej nie udałoby mi się wrócić z tamtych dwóch ślepych dróg.
Nie spodobało mi się na szlaku wzdłuż Dunaju. Chciałem go kiedyś przejechać, ale teraz rozmyśliłem się. Monotonne widoki drogi oraz drzew wokół to nie jest coś, co chciałbym widzieć przez kilka dni jazdy po szlaku. Miałem o tyle dobrze, że wiatr wiał w plecy, więc mogłem szybciej stamtąd uciec. Ale i tak droga ciągnęła się w nieskończoność.
Zmierzch zaczął zapadać, gdy akurat pojawiła się cywilizacja. Niestety nie widziałem dobrych miejsc na rozbicie namiotu, a nawet trafiałem na ostrzeżenia zabraniające biwakowania. Koniec końców nie chciałem zostać w Austrii ze względu na wysokie ceny. Z poszukiwaniami miejsca na nocleg dotarłem aż do Słowacji. Tam na mapie wypatrzyłem kemping na obrzeżach Bratysławy. Pojechałem doń, bo obawiałem się noclegu na dziko w Słowacji.
Bratysława nocą jest przepiękna. Zamek na wzgórzu świeci się z daleka. Gdybym tylko mógł, posiedziałbym i pogapił się na to miasto jeszcze długo, ale gonił mnie czas, a dystans do kempingu zmniejszał się bardzo powoli. Gdy już do niego dotarłem, było po godz. 22. Zastałem tam strażnika (albo policjanta, jak było napisane na stróżówce). Wydawało mi się, że mnie obserwuje, a on najprościej w świecie spał na siedząco z głową wpatrzoną w okno. Gdybym to wiedział, przeszedłbym obok, rozłożył się na polu i zasnął. Dogadaliśmy się po polsku i słowacku. Za 5 euro dostałem klucz od łazienki, która i tak była otwarta, a potem poszedłem spać. Trafiłem na najgorsze pole kempingowe, na jakim do tej pory spałem. Nawierzchnia była pokryta takimi bruzdami, że musiałem mocno wydeptać wszystkie grudy ziemi zanim zacząłem się rozbijać. Absolutnie nieprofesjonalne podejście do turystyki. Jeszcze ten mokry namiot po poprzedniej nocy. Zaczęło też kropić. Znowu?

Kategoria kraje / Słowacja, kraje / Austria, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, rowery / Trek, wyprawy / Austria 2016

Ciekawe, jak szeroki jest Dunaj w Austrii

  131.64  07:09
Z ciekawości wybrałem się do Austrii. Bez mapy, bez planu, z paroma euro w kieszeni. Na co mi to było? O tym wkrótce, a tymczasem – kierunek na Dunaj.
Noc była dużo cieplejsza od ostatnich i nawet nie naciągałem kaptura na głowę. Gdy się obudziłem, słyszałem krople uderzające o namiot. Przez pół dnia od czasu do czasu kropiło. Na niebie ciężkie chmury snuły się groźnie, wróżąc coś grubszego od deszczyku. Wokół zaczęli pojawiać się ludzie, zupełnie jak wczorajszego wieczora. Myślę jednak, że nikt nie zauważył mojego noclegu na dziko.
Jechałem dalej na południe, wciąż wybierając boczne drogi. No, prawie. W Znojmie zatrzymałem się na kawie, a potem posunąłem do granicy z Austrią po jedynej drodze, którą znalazłem na mapie Czech. Wiem, że mogłem to zrobić inaczej, ale nie planowałem tego. Ruch w kierunku południowym był na szczęście mały (w przeciwieństwie do przeciwnego), a najwięcej aut jechało niespodziewanie na polskich tablicach rejestracyjnych. Prawie też wjechałem na autostradę czy jakąś drogę szybkiego ruchu, ale z powodu remontu powstrzymał mnie zakaz. Zabrakło jedynie znaków objazdu dla rowerów, przynajmniej tego przy rondzie, bo zaraz potem trafiłem na znaki szlaku rowerowego albo na drogowe znaki dla rowerzystów. W ten sposób pojechałem krętym objazdem do Jetzelsdorfu. W okolicy jest mnóstwo winnic. Na pewno pięknie wyglądają tamtejsze wzgórza latem.
Chcąc ominąć główną drogę, skręciłem na zachód. Akurat znalazłem w Garminie kawałek mapy Austrii, który pobrałem z obszarem Czech. Znalazłem nawet punkt informacji, który znajdował się na poczcie. Pełnej mapy jednak tam nie znalazłem. Żywej duszy również. W Wullersdorfie atrakcją był remont drogi i objazd. Gdy dotarłem do miasta Hollabrunn, pojawiła się nadzieja. Odwiedziłem kolejną informację turystyczną, tym razem czynną i z człowiekiem w środku. Niestety, pani umiała angielski tylko trochę, a po niemiecku mówiła... dużo. Może nie zdawała sobie sprawy z tego, że z jej monologu mogę nic nie rozumieć. Gdy udało mi się dojść do słowa, skleiłem parę słów po niemiecku i udało się, zdobyłem mapę całego rejonu Niederösterreich, czyli tego, w którym się znajdowałem. Tak uzbrojony i z bananem na ustach, wyznaczyłem trasę w kierunku mojego celu. Ach tak, dzisiaj od rana mój rower jest w dobrej formie, bo stukanie ustało. Dobra nasza.
Na kolejny remont trafiłem w miejscowości Niederrußbach. Tyle drogi nadrobić. W Czechach nie miałem takiego szczęścia. Spotkałem przy okazji grupę kolarzy, którzy o dziwo jeździli na rowerach torowych lub podobnych (ten materiał wypełniający tarczę koła mógł mnie zmylić), co przy dzisiejszym wietrze wydawało się ryzykowne, a wiało z południowego-wschodu. I tylko jeden z nich się przywitał, a i to dopiero, gdy położyłem się na lemondce.
Przejeżdżając nad drogą szybkiego ruchu, trafiłem na drogę dla rowerów, po której dojechałem do miasteczka Tulln, a wcześniej zobaczyłem swój cel. Było z tym trochę zabawy, bo pomyliłem Dunaj z jakąś mniejszą rzeką i nawet nie chciało mi się zatrzymać na zrobienie zdjęcia, ale potem niespodzianka, gdy wyłoniła się olbrzymia tafla wody. Olbrzymia. Czytałem kiedyś opis wyprawy wzdłuż Dunaju. Też bym tak chciał.
W Hollabrunnie uzyskałem też informację o najbliższych kempingach. Pojechałem do tego w Tullnie i zastałem zamkniętą recepcję. Z pewnym ale – ogłoszenie mówiło, że mogłem się rozbić i zapłacić następnego dnia. Pojechałem więc odnaleźć sklep, zrobiłem zakupy, przeglądając ofertę austriackiego marketu (znalazłem nawet islandzki skyr) i powróciłem na pole namiotowe, aby rozbić się przed zachodem słońca. W końcu po kilku dniach wziąłem prysznic i zobaczyłem siebie w lustrze. Po spędzeniu na rowerze tych kilku słonecznych dni przypominam Rudolfa. Wiecie, tego z czerwonym nosem.
Kategoria kraje / Austria, kraje / Czechy, góry i dużo podjazdów, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, rowery / Trek, wyprawy / Austria 2016

Zmęczone Czechy

  117.32  07:25
Obudziło mnie auto przejeżdżające tuż obok mojego namiotu. O godzinie 6. Niewyspany, ale musiałem się zbierać. Nie chciałem żadnych problemów, mimo że się nie zatrzymali.
Dzień zacząłem ślamazarnie. Zmęczenie dawało się we znaki. Nie zrobiłem zakupów poprzedniego dnia, dlatego szukałem miejsca, gdzie mógłbym zjeść śniadanie. Po kilku kilometrach trafiłem na sklep samoobsługowy i w sumie podczas mojej całej podróży będę tylko w takich miejscach robił zakupy. Nie udało mi się nigdy trafić na sklep z ladą, a może po prostu takiego nie szukałem. Gdy się objadłem (zakupy na głodnego nie są najlepszym wyjściem), potoczyłem się dalej, mając do pokonania część masywu Gór Żelaznych. Podjazdy to coś, na co miałem naprawdę olbrzymią ochotę. Dzisiaj mogłem się nimi cieszyć dużo, bo podjazdom nie było końca.
Dziwne zachowanie mojego roweru zmieniło się od wczoraj. Teraz stukanie było słyszalne, gdy wciskałem lewy pedał. Podejrzewam łożysko, ale oby moje podejrzenia były mylne.
Niebo zaczęło się chmurzyć. Z jednej strony to dobrze, bo już piekła mnie skóra od nadmiernego opalania, ale z drugiej – podejrzewałem deszcz. Chociaż przyznam się, że miałem nadzieję na deszczową aurę i nawet przed wyjazdem widziałem w prognozie długoterminowej opady deszczu. Byłaby to bardzo dobra sposobność do przetestowania ubioru, który będzie mi towarzyszył podczas mojej podróży po Islandii.
Pagórkowaty teren niósł ze sobą jeden plus – widoki. Nie zawsze jednak chciało mi się zatrzymywać na zrobienie zdjęcia, więc fotorelacja jest kiepska (może to też z powodu ograniczania zużycia baterii w aparatach). Ale jak już się zatrzymałem, to akurat nie było ciekawych scenerii.
Wieczór się zbliżał wielkimi krokami. Chmury zniknęły z nieba. Kolejny kemping zastałem zamknięty. Coś to szczęście się mnie nie trzyma. Kiedy się zaczyna sezon, że takie pustki wszędzie? Nie miałem ochoty na dłuższy pobyt w Třebíču, więc zrobiłem szybkie zakupy i pojechałem szukać miejsca na nocleg. Skusiła mnie polna droga. Na jej końcu jednak pokazały się zabudowania. Przystanąłem przy ławce i wpadłem na pomysł, aby dostać się do pobliskiego lasu, ale na około, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Rozważyłem po drodze kilka miejsc, które mogły okazać się spalone, bo gdy się zatrzymałem na dłużej, zacząłem dostrzegać pojedynczych ludzi podążających znikąd. Nie byłem szczęśliwy z tego powodu, ale pozostał mi wspomniany las. Pod lasem z kolei leżała łąka oraz wzgórze, które mnie kryło od drogi. Rozbiłem się po zachodzie słońca. Tym razem mogłem odpalić kuchenkę gazową. Zrobiłem to po raz pierwszy. Metodą prób i błędów ugotowałem wodę i zalałem jedno z zabranych dań liofilizowanych. Kolacja jak u mamy, tak mi smakowało po tym męczącym dniu.
Kategoria kraje / Czechy, góry i dużo podjazdów, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, za granicą, rowery / Trek, wyprawy / Austria 2016

Kolorowe Czechy

  131.04  07:30
Dzisiaj trochę więcej Czech niż Polski. Niestety bez Czeskiej Szwajcarii, którą mieliśmy w pierwotnych planach. Pojďme daleko dopředu.
Pobudka o 7. Spało się przyjemnie, noc była zdecydowanie lepsza od tej sprzed miesiąca. Nie wiem jednak jakie temperatury dochodziły, bo miałem tylko termometr w liczniku Sigmy. Podczas śniadania zrewidowaliśmy nasze plany. Zamiast kontynuować podróż szlakiem ER-2 w kierunku ziemi kłodzkiej, pojechaliśmy od razu na południe. Szybko przekroczyliśmy granicę. Na tyle szybko, że nie udało się nam znaleźć kawiarni. Na szczęście po kilku kilometrach Jarek zauważył rower przymocowany do elewacji budynku, który z kolei okazał się być kawiarnią. Baristka przygotowała kawę w prawdziwej maszynie do przyrządzania kawy. Tak pysznej już dawno nie piłem.
Potem czekał nas bardziej stromy podjazd, za którym się rozstaliśmy. Jarek ruszył do Pecu pod Sněžkou, a ja do Trutnova. Dokąd dalej? Sam nie byłem pewien. Zbadałem mapę na kilka sposobów i uznałem, że na południe będzie najlepiej. Wiatr nie był jednak skory do współpracy i zmienił się z północno-wschodniego na południowo-wschodni. Nawet nie myślałem o poddaniu się jego woli i jechałem dalej, wybierając drogi lokalne. Dojeżdżając do Jaroměřa, pokonałem ostatnie pagórki. Potem wypłaszczyło się tak bardzo, że można by było przysnąć, gdyby nie wiatr. No i stukanie. Z jakiegoś powodu hałas zwiększył się i każdy obrót korbą powodował monotonny dźwięk. Zacząłem się obawiać, że rower może odmówić posłuszeństwa w trakcie tej wyprawy. Obawiałem się tego o tyle, że mogło mnie nie być stać na naprawę w czeskim serwisie. Jednakże jeszcze nikomu od czterech lat nie udało się rozwiązać problemu stukania, więc pozostawała nadzieja, że rower ma po prostu gorszy dzień.
Nie mogłem znaleźć żadnej restauracji w Jaroměřu, więc zatrzymałem się pod Tesco. Niby dzisiaj święto w Czechach, sklepy pozamykane, a taki hipermarket otwarty. Jako ciekawostka, zauważyłem tam ciastka polskiej produkcji, ale sygnowane firmą Bahlsen, idealnie imitujące Krakuski. Jak się okazało, Krakuski są własnością Bahlsen GmbH & Co. KG. A ja myślałem, że to takie polskie słodycze.
Do miasta Hradec Králové chciałem się dostać, omijając drogi krajowe, ale nawet na lokalnych było strasznie dużo aut. Teraz zauważyłem, że całą tę drogę mogłem pokonać drogą dla rowerów, która rozciąga się między tymi miastami wzdłuż rzeki Łaby (czes. Labe). Takie są uroki podróży bez planów.
Hradec Králové zaskoczył mnie liczbą dróg dla rowerów, których są tam dziesiątki, a jeszcze gdy dodać tę do Jaroměřa... Mają też piękną starówkę. Objeździłem ją kilkakrotnie w poszukiwaniu restauracji, aż się zatrzymałem w Czarnym koniu (Černý kůň). Zamówiłem czeskie specjalności (zupę oraz łososia) i postanowiłem każdego dnia mojej podróży próbować lokalnej kuchni. W ogóle mało ludzi widziałem w miastach. To z powodu święta?
Pozostały mi 2 godziny do zachodu słońca. Uznałem, że nie opłaca mi się jechać do kempingu, który był w okolicy (za krótki dystans dzienny) i ruszyłem do innego, oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów na południe. Niestety zmierzch złapał mnie szybko. Do Konopáča dojechałem po zmroku. Na miejscu jednak zastała mnie niespodzianka. W informatorze turystycznym, który dostałem podczas tegorocznych Międzynarodowych Targów Turystycznych we Wrocławiu, była informacja, że ośrodek jest otwarty od 1 maja, czyli od dzisiaj. Z informacji umieszczonych na bramie kempingu zrozumiałem, że jest on całoroczny, ale gdy spróbowałem dogadać się z Czechami spotkanymi na terenie ośrodka (był czynny jakiś bar), powiedzieli oni, że otwarte jest tylko latem. Nakierowali mnie na hotel, ale mnie nie stać na taki luksus. Wydałbym tam pewnie wszystkie moje oszczędności, dlatego zacząłem się kręcić po okolicy w poszukiwaniu odludnego miejsca, ale ciągle napotykałem jakieś budynki. Wszystko wydawało się takie jakieś puste, ale gdy przyjrzeć się uważniej, to można było dostrzec, że ktoś tam mieszka, że ktoś lada chwila może wyjść i przegonić. Dostałem się na teren parku, ale uznałem, że nie jest to dobre miejsce na obóz. Na mapie wypatrzyłem miejsce postoju w lesie i pomyślałem, że może mi się poszczęści, jak wczorajszego wieczoru. Nic z tego – zastałem tam tylko zniszczoną ławkę. Ruszyłem więc dalej, przez las, aby dostać się nad jezioro. Nie pojechałem daleko, a zaraz pokazała się kolejna ławka, obok której było idealnie dużo przestrzeni, aby rozłożyć namiot. Po chwili namysłu zbadałem podłoże i rozbiłem się na noc. Bolały mnie chyba wszystkie mięśnie i byłem strasznie zmęczony. W dodatku czułem gorąco. To chyba kolejna warstwa brudu mnie tak rozgrzewała. Miałem w planach zatrzymywać się na kempingach co drugi dzień. Zobaczymy.
Králové to królowie, a mnie wciąż po głowie chodzi kolorowe. Kolorowe Czechy.
Kategoria kraje / Polska, kraje / Czechy, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, ze znajomymi, rowery / Trek, wyprawy / Austria 2016

Takich przewyższeń to chyba za cały rok nie zrobiłem

  127.95  09:05
Gdzie spędzić dziewięć dni wolnego? Nie wiem w tej chwili, ale wiem jak je spędzić. Rower jest odpowiedzią na wszystkie pytania.
Dostałem propozycję kilkudniowego wypadu. Jego początek rozpoczynał się w Dreźnie. Dostałbym się tam bezproblemowo pociągami. Ale się nie dostałem. Umówiony z Jarkiem, ruszyliśmy na legnicki dworzec, kupiliśmy bilety, odczekaliśmy swoje na peronie, aż pojawił się krótki skład tej pięknej majówki, przepełniony na tyle, że konduktor zdecydował się nas nie przyjąć. Bilety zwróciliśmy i wsiedliśmy na rowery. W drodze na południe powoli formowaliśmy plan. Na początek Stanisławów, w którym mnie nie było z półtora roku. Za lotniskiem w Pomocnem ujrzałem Karkonosze – nasz dzisiejszy cel. Były białe i piękne. Jak się później dowiedziałem, kilka dni wcześniej spadł śnieg.
Tuż przed wyjazdem kupiłem kilka par klocków hamulcowych, bo już nie miałem czym hamować. Z braku czasu chciałem je wymienić w pociągu. Nie wiem dlaczego na wyprawę zabrałem tylko jedną parę. Wybór padł więc na wymianę z przodu. Tył musiał poczekać na mój powrót. Wspominam o tym, bo czekał mnie pierwszy tego dnia stromy zjazd – do Kondratowa. Rozpędzony do ponad 50 km/h prawie przestrzeliłem zakręt. Ciekawi mnie ile kilogramów wiozłem w sakwach.
Pojechaliśmy do Jeleniej Góry. Kapellę Jarek zdobył swoim tempem, bo on był bardziej na lekko. Z sakwami po górach nie jeździ się tak łatwo, więc na szczycie miał on czas na analizę mapy. W mieście zatrzymaliśmy się na kawie i błądząc palcem po mapach, omówiliśmy nasze plany. Ze względu na duży ruch zrezygnowaliśmy z podjazdu do Jakuszyc. Chcieliśmy zacząć szlak ER-2 właśnie tam, ale Przesieka też była dobrą opcją. Po drodze dostrzegliśmy znak informacyjny: Ogród japoński Siruwia. Miałem odwiedziny w planach z zeszłego roku, a i Jarek też chciał zobaczyć to miejsce, więc się dobrze złożyło. Co prawda źle skręciliśmy, ale znaleźliśmy boczną drogę dojazdową. Sam ogród nie zachwycił mnie tak bardzo, jak ten we Wrocławiu (już nie mówiąc o prawdziwym ogrodzie japońskim). Wydaje mi się, że ważna jest kolejność. Najpierw Przesieka, potem Wrocław i na samym końcu Japonia.
Niecałe 300 metrów w górę i znaleźliśmy się w Karpaczu. Tam ruch jak na jarmarku. W sumie było kilka jarmarków, ale w Polsce to chyba norma w popularnych turystycznie miejscach. W Karpaczu gubimy też nasz szlak, na wąskiej drodze jeden prymityw w BMW potrącił pieszego, bo nie zmieścił się między nami i przechodniem. Na szczęście wszyscy cali. Gorzej z lusterkiem w aucie niedoszłego mordercy, który ostatecznie uciekł. Aż mi się gorąco zrobiło.
Zatrzymaliśmy się pod marketem, aby uzupełnić zapasy energii, bo czekała nas jeszcze długa droga. Obawiałem się jej, bo do podjechania była przełęcz Okraj. Bardziej mnie obawiała ona niż to, co do tej pory przebyliśmy (a było już trochę). Pod miasteczkiem Western City zastaliśmy niespodziankę w postaci szlaku prowadzącego przez teren prywatny. Jarek znalazł objazd i już po chwili zdobywaliśmy kolejne metry leśnych dróg, pnąc się w górę i w górę. Niestety wszystkie widoki przesłaniały drzewa. Potem niewielką frajdę sprawił zalegający śnieg, od którego jednak zrobiło się chłodno. Dobrze przynajmniej, że nie było błota.
Powoli zaczynały wracać wspomnienia. Znaleźliśmy się na szlaku sprzed trzech lat. Tylko pokonanym w przeciwnym kierunku. Tym razem było sporo z górki, ale w terenie nie chciałem szaleć z sakwami i jedynym sprawnym hamulcem. Nie oparłem się też widokom, które raz po raz wyłaniały się zza zakrętów. Za takimi górami tęskniłem. Czas jednak gonił. W Lubawce zrobiliśmy zakupy... przy hukach wystrzałów z broni. Trwała rekonstrukcja jakichś działań wojennych. Kusiło mnie, żeby popatrzeć, ale nie mieliśmy zaklepanego miejsca na nocleg, a rozbijanie się po zmroku nie jest najprzyjemniejszą czynnością. Pojechaliśmy dalej szlakiem ER-2. Po dłuższym rekonesansie znaleźliśmy miejsce na ognisko, a przy nim ludzi, którzy właściwie kończyli biesiadowanie przy blednącym ogniu. Dosiedliśmy się, a gdy oni odjechali, rozbiliśmy obóz. Choć było po zmroku, to nie miałem problemów z namiotem. Dlaczego problemy? Cóż, rozbijałem go po raz pierwszy, jednak to mój trzeci namiot, więc mam ociupinę wprawy. Potem dorzuciliśmy drewna do ogniska i opiekliśmy zakupione kiełbaski. Ja zjadłem trzy. Czwartą pochłonął ogień. Ale to był męczący dzień. Ciekawe jakie przygody czekają nas jutro.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, ze znajomymi, rowery / Trek, wyprawy / Austria 2016

Pędem do Wrocławia

  130.43  06:09
Noc przespałem całą, a pospałbym jeszcze z pół dnia, odrabiając ostatnie noce pod gwiazdami. Wstałem z budzikiem. Poranne mgły wciąż nie ustępowały. Na dzisiaj zaplanowałem dojechać do Wrocławia na pociąg do domu. Byłem tak zmęczony, że na nic nie miałem ochoty, ale zmobilizowałem się i pojechałem szukać sklepu, żeby zjeść śniadanie.
Mgła okazała się być przyjemna, jednak przeszła dosyć szybko, a słońce zaczęło przypominać o swoim – już codziennym – planie. Co kilka kilometrów przystawałem i zmieniam swój plan podróży. Ostatecznie zrezygnowałem z Kłodzka i skierowałem się do Srebrnej Góry. Wjechałem do samej twierdzy, bo mogłem. Okolica bardzo silnie promuje rowery. Już miałem kupić bilet wstępu do obiektu, gdy zorientowałem się, że zgubiłem pieniądze. Musiało to być na parkingu ośrodka, w którym się zatrzymałem, bo już wczoraj zauważyłem, że nie zamknąłem portfela po wizycie w recepcji. Później nie sprawdziłem jego zawartości i tak się to skończyło. Przeklinając pod nosem, zjechałem ze wzniesienia. Przegapiłem przy tym kilka widoków.
Skierowałem się na Ząbkowice Śląskie. W planach był Kamieniec Ząbkowicki, jednak już raz tam byłem, a tamtejszy zamek zobaczę kiedy indziej. Tak samo Góry Stołowe i Twierdzę Srebrnogórską. Może nawet przejdę trasę linową w Srebrnej Górze, bo zrobiła na mnie spore wrażenie.
Na mapie zauważyłem drogę dla rowerów na miejscu dawnej linii kolejowej. Z ciekawości chciałem się tamtędy przejechać. Nie dość, że przegapiłem jej początek, to okazała się zwykłą polną drogą. Prawie, bo brakowało jej normalności. Jakiś baran wypełnił dziury śmieciami, przez co mijanie się z innymi rowerami (o dziwo ktoś był chętny się tamtędy przejechać) to tragedia. W ogóle mijanie tych leżących śmieci to pomyłka. Zjechałem stamtąd czym prędzej i spotkałem dwóch kolarzy z Wrocławia. Nie byli pewni, czy jadą w dobrym kierunku, więc im pomogłem. Po krótkiej pogawędce pojechaliśmy w swoje strony. Zaliczyłem Ząbkowice Śląskie, Ziębice, a nawet deszcz. Na szczęście lekki. Potem kierunek na Strzelin. Z początku mozolnie kilometr za kilometrem, ale potem sprawdziłem rozkład pociągów i spiąłem się. Objechałem jak głupi centrum miasta, na stacji benzynowej zjadłem kanapkę, zaspokoiłem ciekawość ekspedientki, która ostatecznie stwierdziła, że 90 km to mało (domyśliłem się, że jest zagorzałą rowerzystką zmuszoną do siedzenia w pracy) i ruszyłem na północ. Miałem kroczyć bocznymi wioskami, ale ruszyłem z impetem po wojewódzkiej. Gdy zobaczyłem znak „Wrocław 27”, zacząłem pilnować, żeby licznik nie zszedł poniżej 27 km/h. Miałem 80 minut do pociągu. Potem jeszcze wiatr się wzmógł i jechałem 30-33 km/h. Na dworzec dotarłem na ponad pół godziny przed odjazdem. Kupiłem jedzenie, bilet, wsiadłem do pociągu, ochrzaniłem palacza za trucie mnie i po ochłonięciu przebrałem się, żeby nie zabić nikogo moim odorem, chociaż i tak nie znalazło się wolne miejsce siedzące, więc spędziłem podróż na podłodze. Czułem ogromne zmęczenie i lekki niedosyt.
Dokąd następnym razem? Może znów Bieszczady? Albo odłożę je na jesień. Idealna pora. Teraz wybiorę coś bliżej. W Sudetach już nie mam gmin do zaliczania, więc nie będzie tej spinki. Może wrócę pod Javorník? Tam było ładnie, choć za dużo kamieni na mój sprzęt. Jakby było dobrze jeździć zwrotnym i lekkim MTB po takich ścieżkach. Marzenie. Trzeba objechać ostatnie gminy pod Poznaniem i pomyśleć o zmianie miejsca zamieszkania. To jest pewne, ja nie potrafię siedzieć w jednym miejscu, stąd te coraz częstsze podróże w dalekie miejsca. Nudzi mnie Poznań, za długo w nim siedzę. Będę to powtarzał do skutku.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Gompa Drophan Ling

  127.40  07:31
Nie mogłem spać. Ośla Łąka w środku miasta nie dawała mi poczucia bezpieczeństwa. O godz. 5 wstałem, strząsnąłem robaki z ubrań, śpiwora oraz materaca i ruszyłem w drogę.
Znalezione wczoraj przypadkowe miejsce na nocleg okazało się być widocznym z ulicy zboczem. Mimo to nikt mnie nie niepokoił. Dzisiaj kolejny dzień w górach, a ponieważ wypadło też święto państwowe, to ze sklepami miało być ciężko. Skierowałem się do stacji benzynowej, którą zauważyłem wczoraj. Musiałem zaopatrzyć się w wodę, zjeść jakieś śniadanie i wypić espresso (ostatnio ograniczam nabiał, ponieważ wypłukuje on wapń z organizmu, więc piję tylko czystą kawę).
Posilając się przed stacją benzynową, obserwowałem słońce wschodzące zza gór. Wtedy też przekonałem siebie, żeby do Kłodzka ruszyć przez Złoty Stok. Domyślałem się po serpentynach na mapie, że będę miał do pokonania jakąś przełęcz. Nie była to jednak droga krótka, ale za to zjazd przyniósł kilka pięknych panoram. Część ledwie prześwitywała między drzewami, do części nie chciało mi się zatrzymywać na tak ciekawym zjeździe, ale do kilku zacisnąłem klamki hamulców. Czułem, jakbym mógł tam zostać. To był jeden z piękniejszych zjazdów, nawet pomimo złego stanu asfaltu.
Do Kłodzka pojechałem drogą krajową. Ruch nie był duży. Rozciąga się stamtąd kilka całkiem niezłych widoków. W Kłodzku akurat trafiłem na godzinę otwarcia sklepu, więc zjadłem drugi posiłek i pojechałem w dalszą drogę, zaliczając kolejne gminy. Tym razem ominąłem główne drogi. Choć do południa było wciąż daleko, to upał już dawał się we znaki.
Zjechałem z drogi do Dusznik-Zdroju, chociaż nie miałem tego w planie. Chciałem po prostu coś zjeść. Skusił mnie szyld reklamowy, który poprowadził mnie do restauracji U małego Belga serwującej zagraniczne potrawy. Największy był tam jednak wybór piw. Ja wziąłem specjalność szefa kuchni – pieczonego pstrąga z warzywami, a do tego wodę z cytryną dla ochłody.
W dalszej drodze miałem długi zjazd, podczas którego prawie przegapiłem skręt do głównej atrakcji, która mnie zaintrygowała. Atrakcję tę wypatrzyłem u Bożeny, a ponieważ mój plan przebiegał w okolicy, to i ja chciałem zobaczyć jedyną w Polsce świątynię buddyjską. Normalnie można tam dojechać tylko jedną drogą, ale na zdjęciach satelitarnych wypatrzyłem drogi nieistniejące na żadnej mapie. Potem na przydrożnym planie dowiedziałem się, że biegnie tamtędy szlak rowerowy. To mnie dodatkowo utrzymywało w przekonaniu, że nie będzie problemów z przejazdem. Szkoda, że obecnie tamtymi ścieżkami poruszają się wyłącznie rowerzyści, bo natura wkrótce zabierze, co do niej należy.
Gompa to tybetańskie określenie świątyni buddyjskiej. Do tej w Darnkowie prowadzi tylko jedna brama, o czym przekonałem się, próbując później wyjechać przez pole kempingowe. Zastałem tylko przepaść. Do środka świątyni nie odważyłem się wejść. Nie wiedziałem, czy można. Przez okna widziałem jednak, jak pięknie została urządzona.
Jadąc do Kudowy-Zdroju, słyszałem grzmoty, a na niebie widziałem ciemniejące chmury. Przez to zapomniałem o kolejnym przystanku – ogrodzie japońskim, który wypatrzyłem na wspomnianym wcześniej planie. Gdy dojechałem do centrum miasta, coś kazało mi udać się do parku zdrojowego. Tam, oberwawszy kilkoma grubymi kroplami deszczu, doszedłem do wielkiego zadaszenia. To pewnie łut szczęścia mnie tam zawiódł. Burza tym razem nie była tak silna, jak ta wczoraj. Także nie trwała długo, choć przez długi czas po ulewie kropiło. Zrobiłem sobie dłuższy spacer po parku i pojechałem w końcu do Czech.
Granicę przekroczyłem nie wiedzieć kiedy przez pieszo-rowerowe przejście. Dopiero czeskie znaki drogowe mnie uświadomiły o tym, że jestem w obcym kraju. Miałem do pokonania kilka pagórków, w tym jeden stromy – wjechałem na niego na własne życzenie. Plan go omijał, jednak na mapie zwróciła moją uwagę droga dla rowerów, więc zaliczyłem wygodny asfalt z nie najgorszym widokiem. Na swojej czeskiej drodze spotkałem wielu czeskich rowerzystów i wszyscy na moje machanie odpowiadali czeskim „ahoj”. Zastanawia mnie, skąd to zagęszczenie rowerzystów za granicą. I prawie wszyscy jeżdżą z sakwami.
Do Polski wróciłem przejściem turystycznym w Parku Narodowym Gór Stołowych. Miałem do pokonania kilkukilometrowy podjazd po bardzo starym asfalcie. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie wyprzedził mnie czeski kolarz na kolarce. Nie sądziłem, że szytki pozwalają na jazdę po takich dziurach.
Dochodził wieczór. Na szczycie pomyślałem, aby zatrzymać się tam na noc i z rana przejść szlakiem przez Wielki Szczeliniec. Zrobiłem zakupy, podczas których dowiedziałem się, że dzisiejsza burza przyniosła nawet 50 litrów deszczu na m². Przespacerowałem się pod wejście do parku narodowego, aby zrobić rozeznanie w cenach i zacząłem poszukiwania noclegu. Mgły przeszywające moje ciało sugerowały odnalezienie ciepłego schronienia. Obszedłem wszystkie ośrodki, pomijając 3-gwiazdkowy hotel i zrezygnowałem z mojego planu. Nie było miejsc. Zacząłem długi, zimny zjazd do Radkowa. Droga wyglądała na śliską, bo była mokra i leżało na niej wiele połamanych gałęzi. Nie mogłem się rozpędzić, jak w Górach Złotych, choć równiutki asfalt bardzo do tego zachęcał. Na ostatniej prostej zauważyłem ośrodek kolonijny i po ostrym hamowaniu znalazłem się w ciepłym pokoju. Mogłem się w końcu bez obaw wyspać.
Kategoria kraje / Polska, kraje / Czechy, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, setki i więcej, terenowe, za granicą, mikrowyprawa, rowery / Trek

Nocą pod gwiazdami

  109.52  07:10
Wziąłem wolny piątek, do telefonu do nawigacji wgrałem plany, które wyrysowałem ponad rok temu i wczoraj po pracy zacząłem moją podróż na południe. Pociągami, aby znaleźć się tam jak najszybciej i od samego rana napawać się widokiem gór.
Po pracy pojechałem na dworzec. Dowiedziałem się, że mój pociąg jedzie do Szklarskiej Poręby. Kojarząc, że stacją pośrednią jest Jaworzyna Śląska, kupiłem bilet właśnie do niej. We Wrocławiu trudno jest znaleźć nocleg, a miałem ciekawszy plan. Będąc w pociągu, odnalazłem przez internet najbliższy kemping. Było po zmroku, gdy dotarłem do Jaworzyny. Ruszyłem na południe – do Świdnicy. Całkiem dobre miejsce, bo po 16 kilometrach znalazłem się jeszcze bliżej gór. Musiałem tylko objechać miasto po obwodnicy, bo nie miałem mapy, a główna droga do centrum została zamknięta. Zatrzymałem się na polu namiotowym, z tym że zamiast namiotu miałem materac i śpiwór. Zasnąłem pod gwiazdami.
Chociaż noc była ciepła (temperatura minimalna nieco ponad 15 °C), to komfort termiczny był ociupinę zaburzony, przez co kilka razy się obudziłem w nocy. Mimo wszystko wstałem wcześnie i pojechałem w kierunku dworca. Tam, wystawiając się na światło wschodzącego słońca, ogrzałem się i przesuszyłem ręcznik. Następna stacja: Kłodzko.
Podczas poprzedniej wizyty w Kłodzku myślałem o obejrzeniu twierdzy. W pociągu zdecydowałem, że to najlepszy moment. Dojechałem do budowli, kupiłem bilet na główny obiekt oraz chodniki minerskie (lub labirynt, jak turyści je nazwali) i po ponad dwóch godzinach mogłem ruszać w dalszą drogę. Polecam przejść się chodnikami. Lubię takie bezkresne tunele.
Niestety nastało południe, a na mnie czekało nieco ponad 100 km, tylko że po górach i z dodatkiem terenu. Niezwłocznie zjadłem obiad i ruszyłem do Stronia Śląskiego. Było ciężko, bo pod górę, a upał dawał się we znaki. Najgorsze, że woda szybko schodziła, a sklepów było jak na lekarstwo. W Bielicach wjechałem w teren. Na mojej drodze pojawił się zakaz wstępu z powodu wycinki. Zignorowałem go, a jedyne co mnie spotkało, to drewno ułożone równiutko i oczekujące na zwózkę.
Jechałem wysoko, aż w końcu dotarłem do Przełęczy Suchej (1002 m n.p.m.). Od czasu do czasu słyszałem grzmoty. Na szczęście miałem w dół, choć było bardzo stromo. Zaczęło kropić, jednak po kilku minutach dojechałem do zadaszenia. Chwilę się wahałem, czy nie jechać dalej. Nie padało mocno. Wjechałem jednak pod dach. Jakie miałem szczęście, ponieważ deszcz przerodził się w ulewę, zacinając nawet gradem. Widoczność momentami zmniejszała się do kilkunastu metrów. Temperatura też spadła o kilkanaście stopni. Ku mojemu zaskoczeniu znalazłem półlitrową butelkę wody – nieodkręconą i nieuszkodzoną. Stała pod moim schronieniem, zupełnie jakby czekała na moje przybycie. Wziąłem ją, bo bałem się, że nie będę miał nic do picia.
Pół godziny później deszcz ustał. Znów zawahałem się nad kolejnym celem podróży. Myślałem o powrocie do Kłodzka drogami asfaltowymi, ale wiedziałem, że żałowałbym tej decyzji. Skierowałem się więc do granicy z Czechami, przekroczyłem ją, a potem zatrzymałem się na rozdrożu. Droga asfaltowa biegła dalej w dół, aż do Starégo Města pod Sněžníkem. Druga droga, terenowa, prowadziła ciut pod górę i nie miałem do niej pewności ze względu na minioną ulewę. Mimo to zaryzykowałem. Jechało się wolno, jak to w terenie, ale nie było błota. Region jest bardzo popularny wśród czeskich rowerzystów w przeróżnym wieku. Spotkałem łącznie kilkanaście osób jadących na MTB.
Przy kolejnej mapie przerobiłem plan. Chciałem zaliczyć jak najmniej podjazdów, więc zwracałem szczególną uwagę na układ poziomic. Drogi okazały się bardzo ładne, choć jedna skończyła się ścieżką. Momentami był to wygodny singiel, ale czasem pojawiały się korzenie. Najgorsze jednak okazały się rośliny otaczające szlak. Mokre od deszczu fundowały mi prysznic bez końca. Po pewnym czasie nie zwracałem już uwagi, że raz po raz byłem pokrywany kroplami wody czy błotem. Chciałem się stamtąd tylko wydostać, zwłaszcza że ścieżka robiła się śliska, a w dodatku prowadziła w poprzek stromego zbocza. Raz przewróciłem się w dół, ale skończyło się tylko na kilku rysach na ciele. Na szczęście nie zsunąłem się.
W końcu wydostałem się na szeroką drogę, a nawet trafiłem na asfalt, ale nie cieszyłem się nim długo, bo dalej był teren z ostrym podjazdem na szczyt Smrka (1126 m n.p.m.). Dotarłem tylko do skrzyżowania Smrk-Hraničník (1109 m n.p.m.), bo nie było mi po drodze jechać na samą górę, a zaczęło się ściemniać. Miałem za to drogę w dół, jednak szutrowa nawierzchnia nie pozwalała mi na rozpędzenie się. W dodatku obawiałem się, żeby żadne zwierzę mnie nie potrąciło. Do Javorníka miałem 35 km po szlaku. Po kilkunastu kilometrach zacząłem jednak szukać drogi do Polski. Trafiłem na dawne przejście graniczne Bielice-Nýzerov. Na mapie było oznaczone jako ścieżka i tak też było. Leśnicy zaorali przejazd, ale co to dla mnie? Wróciłem do Bielic i zacząłem zjeżdżać po własnym śladzie w dół w poszukiwaniu noclegu. Było tak późno, że w wielu miejscach noclegowych wszyscy spali, a co aktywniejsi nie mieli miejsc.
Ostatecznie dojechałem do Lądka-Zdroju i z dala od ludzi oraz świateł, na Oślej Łące, w cieplejszej jej części rozłożyłem swoje rzeczy w ciemnościach, coby nie zwrócić niczyjej uwagi. Na kolację miałem tylko porcję daktyli, banana i resztki wody. Chyba pierwszy raz zatrzymałem się na nocleg w miejscowości zdrojowej. I za nic nie musiałem płacić.

Kategoria kraje / Polska, kraje / Czechy, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, za granicą, mikrowyprawa, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery