Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

góry i dużo podjazdów

Dystans całkowity:47994.90 km (w terenie 3390.18 km; 7.06%)
Czas w ruchu:2824:21
Średnia prędkość:16.76 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:515919 m
Suma kalorii:35974 kcal
Liczba aktywności:531
Średnio na aktywność:90.39 km i 5h 24m
Więcej statystyk

Dzień 5. Bez planu do Rzeszowa

  221.91  11:34
Wstałem dzisiaj wcześnie i wyruszyłem, gdy słońce wyłaniało się zza gór. Miałem nadzieję wykręcić jak najwięcej kilometrów zanim pojawi się nieznośny skwar, jednak już w ciągu dwóch godzin od startu zdjąłem bluzę oraz spodnie.
Pojechałem do miasta Humenné, aby stamtąd rozpocząć jazdę w kierunku Polski. Chciałem wcześniej znaleźć jakiś bar i zjeść porządne drugie śniadanie. Potem zamieniło się to w obiad i ostatecznie nie zjadłem niczego porządnego na Słowacji.
Z Humennégo do Medzilaborec dostałem się drogami lokalnymi, ponieważ na głównej był zbyt duży ruch. Mój wybór przypłaciłem wieloma podjazdami (a główna droga biegnie spokojnie doliną wzdłuż rzeki) oraz walką o nogi. Jusznica deszczowa atakowała całą armią na każdym wolniejszym odcinku. Zrobienie zdjęcia widokom – będącym nagrodą za trud włożony we wtoczenie ponad stu kilogramów na wzgórza – było niemożliwe bez bolesnego ugryzienia.
Uświadomiłem sobie po pewnym czasie, że mogłem ze Sniny od razu przypuścić atak na podjazdy w stronę granicy (omijając Humenné).
Najgorszy podjazd, bo najdłuższy, chyba najbardziej stromy, najgorętszy i najbardziej serpentynowaty był ten do granicy. Dobrze, że parę widoków miałem za plecami. Zjazd po polskiej stronie z ograniczeniami do 20–30 km/h, bez widoków. Całkowite przeciwieństwo Słowacji. Potem wpadłem na roboty drogowe z ruchem wahadłowym; oczywiście miałem wszędzie czerwone.
W Rzepedzi zdecydowałem się zrezygnować z zaliczania gmin. Wiem, trudna decyzja, ale profil wysokości w moim planie wskazywał na kilka większych podjazdów, a i terenu miało być sporo. Skierowałem się na Zagórz, a potem na Sanok. Było tak strasznie dużo aut. Wpadłem na stację benzynową na kawę i obmyśliłem dalszy kierunek – Rzeszów. Aby maksymalnie uprościć sobie trasę, pojechałem wzdłuż Sanu. Było prawie bez podjazdów, ale jak tam jest ładnie. Niestety rzeka zmierza do Przemyśla, czyli całkowicie nie po drodze, bo pociągiem tak czy inaczej musiałbym wrócić do Rzeszowa, a prosto do Chełma? Też mnie nachodziły takie myśli, ale nie chciałem jechać nocą ze względu na mgły ani nazajutrz, bo dotarłbym późną nocą, a pociągiem – już po południu. Odkleiłem się więc od Sanu i, pokonując wieś za wsią, podjazd za podjazdem, znalazłem się na trasie, którą pokonałem pierwszego dnia. Byłem zaskoczony tym, ile podjazdów wtedy zaliczyłem. Zjeżdżało się za to niesamowicie. Tylko te mgły; za mocno wychładzały, nawet po tak upalnym dniu.
Dojechałem do dworca kolejowego w Rzeszowie, kupiłem bilety na piątą z minutami i zacząłem szukać noclegu. O godz. 22 nigdy nie jest to łatwe, a hotele żądały zbyt wiele. Tę noc spędziłem na spacerowaniu i drzemaniu, bo oczy mi się zamykały, gdy usiadłem do zapisków w dzienniku. Spałem tak po kilkanaście minut, klepiąc się nerwowo z każdym przebudzeniem w poszukiwaniu portfela z oszczędnościami i telefonu ze zdjęciami.
W ciągu tych pięciu dni zrealizowałem dwa plany w całości i dwa prawie w połowie. Pokonując prawie 600 km na rowerze, 13 km pieszo i niezliczony dystans prowadząc rower, zobaczyłem ułamek Bieszczad oraz odrobinę Słowacji. Jechałem tempem niedzielnego rowerzysty, ale była to w dużej mierze kwestia formy, bo ostatniego dnia już nie czułem ciężaru. Bawiłem się bardzo dobrze i chciałbym to możliwie szybko powtórzyć. Z utraconych rzeczy były to: woda, którą zostawiłem pod sklepem oraz rękawiczki, których momentu zgubienia po dziś dzień nie mogę sobie przypomnieć. Następnym razem wezmę dłuższy urlop, tylko dokąd by tu pojechać?
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, kraje / Słowacja, za granicą, z sakwami, setki i więcej, góry i dużo podjazdów, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 4. Snina, Słowacja

  87.63  04:47
Niespełna 9 °C w nocy nie pozwoliło mi się wyspać (komfort śpiwora wynosił 15 °C). Dopiero poranek dał odrobinę ciepła, dzięki czemu miałem chwilę na sen. Obudziło mnie 35 °C wewnątrz namiotu. Przynajmniej mogłem wszystko wysuszyć, bo w nocy była taka rosa, że niebywałe. To pewnie obecność rzeki Wołosaty, nad którą na skarpie znajdowało się pole namiotowe.
W barze zjadłem ubogą jajecznicę, wypiłem kawę i mogłem ruszać, ale nie z kapciem w przednim kole. Całe szczęście, że po dopompowaniu powietrza wszystko trzymało. Miałem nadzieję, że tak będzie do końca tej podróży.
Po pokonaniu dwóch długich podjazdów z serpentynami miałem dłuższą drogę w dół. Jak zawsze mnie to martwiło, bo zaraz trzeba odrobić różnicę wysokości na podjeździe. Zatrzymałem się w barze, aby coś zjeść, bo wiedziałem, że do granicy ze Słowacją będę się wspinał. Zamówiłem specjalność kuchni – pierochy. Były to przerośnięte pierogi: smażone z farszem grzybowym i surówkami. Cóż, będę miał odrobinę trudniej.
Po drodze zauważyłem bacówkę. Wydawało mi się, że to o niej opowiadali Krzysztof Gonciarz i Łukasz Konatowicz, ale się pomyliłem. Szkoda, bo miałem nadzieję, że mam przyjemność z jedyną w Polsce kobietą-bacą. Wybrałem więc 2 sery do kolekcji i miałem nadzieję, że dowiozę wszystko w całości do domu. Jeszcze trzeba znaleźć prawdziwy dżem z żurawin i będzie smaczny prezent z gór.
Wymieniłem w banku trochę pieniędzy na euro po nie najkorzystniejszym kursie, chociaż wydawało mi się, że wczoraj w radiu słyszałem o spadku wartości euro. Zajechałem potem do ostatniego po polskiej stronie sklepu i zostawiłem wodę podczas pakowania. Dopompowałem jeszcze koło i zaczęły się problemy. Najpierw co kilka kilometrów, potem co kilkaset metrów musiałem się zatrzymać na uzupełnienie powietrza. Gdy dotarłem do granicy ze Słowacją, wkroczyłem na teren Parku Narodowego Połoniny. Skończył się asfalt i zaczęła droga szutrowa. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie powietrze uciekające coraz częściej z przedniego koła. Po kilkunastu postojach miałem dość. Rozebrałem koło i wyciągnąłem kolec. Wydawałoby się, że to pamiątka z Bieszczad, ale powietrze powoli uciekało od kilku tygodni. Założyłem zapasową dętkę i pojechałem dalej. Cały ten zjazd jest idealny dla MTB, a ja musiałem zaciskać klamki hamulców, żeby podskakujący tył z sakwami nie rozwalił koła.
Gdy wjechałem do Sniny, postanowiłem zatrzymać się. Akurat zauważyłem znak namiotu. Pojechałem najpierw do centrum z nadzieją na ładny widok, potem zrobiłem zakupy w samoobsługowym i wróciłem, aby znaleźć miejsce na nocleg. Na Słowacji symbol namiotu ma chyba szersze znaczenie. Dotarłem do ośrodka dla dzieci z Ukrainy i spróbowałem dogadać się z kimś w recepcji – po polsku i po słowacku. Nie mieli pola namiotowego, więc dostałem domek za 10 euro. Saunę gratis – tak można określić temperaturę panującą wewnątrz. Cyrylica wydrapana i wymazana na wszystkim świadczy o intensywnym użytkowaniu obiektu przez wschodnich sąsiadów zza granicy.
Podjąłem decyzję dotyczącą mojej dalszej podróży. Nie przejechałem dzisiaj nawet połowy planu dnia trzeciego. Miał on prowadzić pięknymi szlakami górskimi, a potem przez Michalovce do Humennégo. Ten plan byłby dobry, gdyby nie sakwy. W takim razie dojadę do ostatniego ze wspomnianych miast i planem czwartego dnia spróbuję dostać się jak najdalej w kierunku rodzinnego domu. Chociaż pogoda ma być słoneczna, to wiatr z północy może uniemożliwić mi realizację szalonego pomysłu przejazdu do Chełma z Ustrzyk Dolnych, na co przewidziałem prawie 300 km. Jest to nierealne, dlatego pewnie wsiądę w pociąg. Jak mi się nie chce. Mogłem wziąć dłuższy urlop i na spokojnie dojechać na rowerze.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, kraje / Słowacja, z sakwami, terenowe, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, za granicą, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 3. Do źródła Sanu

  71.23  04:29
Wczorajszy deszcz trwał tylko chwilę, ale nie ma w pobliżu pola namiotowego, więc tak czy inaczej hotelik był najlepszym wyjściem. Było tak cicho i spokojnie, że przespałem całą noc i połowę poranka. Na śniadanie zjadłem najzwyklejszą jajecznicę w barze przyhotelowym i mogłem ruszać.
Poza mną na szlak dostały się dwa auta i grupka pieszych. Nie było zatem tłoczno. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że mogłem zostawić sakwy w hotelu. Gdzie ja miałem głowę? Kupiłem w Bukowcu bilet wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i kontynuowałem podróż szlakiem rowerowym do Beniowej. Tam obleciałem zauważone pozostałości po dawnych mieszkańcach, poczytałem trochę informacji z tablic i pojechałem dalej. Niestety źle. Właściciel hoteliku wskazał mi, jak mogę się przemieścić rowerem i widocznie wskazał złą drogę. Ta, którą ja pojechałem była przepełniona kładkami i stopniami. Szlak rowerowy odbił przy cmentarzu. Niestety chyba dawno ktokolwiek się nim przemieszczał, bo nie pozostał żaden ślad na łące, którą przecinał i przez to przegapiłem go.
Dojechałem do ostatniej wiaty, zostawiłem rower i wyruszyłem pieszo na szlak. Było ciężko (moja druga piesza wędrówka po górach, a że dawno to robiłem, to i mięśnie musiały ciężej popracować), ale w 2 godziny doszedłem do miejscowości oddalonej najbardziej na południe w granicach Polski, a potem aż do źródła Sanu i wróciłem do mojego roweru. Po śladach było widać, że jacyś rowerzyści próbowali przedostać się tamtym szlakiem, ale to byli słabeusze, bo ślady szybko się urwały. Był też pewnie motocross, którego ślad pojawił się, gdy byłem na szlaku. Nie zmącił jednak ciszy, którą mogłem się delektować podczas spaceru.
Wróciłem do Bukowca, omijając Beniową. Na parkingu pojawiło się kilka nowych aut, kilka innych ciut dalej; tak jakby bali się dojechać do końca. Na drogę powrotną wybrałem drogę leśną. Nawierzchnia nie pozwalała na rozpędzanie się na prostych, a na zjazdach szczęki hamulców były zaciśnięte non-stop. W dodatku ta wycinka drzew. Znów zakaz na środku szlaku. Leśnicy są tacy samolubni. Dbają tylko o własny interes.
Wróciłem do Tarnawy Niżnej. Nie musiałem, bo nie była mi po drodze i nie zostawiłem tam bagażu, ale po śniadaniu nieroztropnie poinformowałem kucharkę, że wrócę na pierogi łemkowskie. Nie chciałem mieć goprowców na głowie, więc znów pojawiłem się w barze przy hoteliku i zjadłem z apetytem cały talerz.
Gdy tak siedziałem, najpierw jedząc, a potem robiąc te zapiski, za oknem zaczął padać deszcz. Wyruszyłem wraz z jego końcem. Miałem długą drogę w dół i byłem pod wrażeniem tego, że wczoraj pokonałem taki podjazd. Cóż, wieczór zbliżał się szybko, więc daleko zajechać nie mogłem. Na szczęście dalsza droga do Ustrzyk Górnych była tylko lekko pod górę i zaraz tam dojechałem. Potem zachciało mi się jeszcze zobaczyć Wołosate, bo wyszło słońce i miałem wciąż sporo czasu przed jego zachodem, i powróciłem do Ustrzyk, aby odwiedzić sklep i kemping. Sklep był już zamknięty, ale na szczęście na kempingu znalazł się czynny bar. Pole namiotowe było straszne – śledzie wchodziły tylko do połowy (głębiej była lita skała), ale przynajmniej było równo. Mogli jednak zebrać siano po skoszeniu trawy.
Było jeszcze trochę czasu do zmierzchu, a już robiło się chłodno. W barze zamówiłem placek po bieszczadzku. Po pół godzinie czekania w tym zimnie zobaczyłem panią z pustymi rękoma. Poinformowała mnie, że wynikły komplikacje i zaproponowała pierogi z jagodami. Co tu robić? Zmierzch za pasem, a ja głodny. W dodatku to same węglowodany. Trudno, przydadzą się nazajutrz.
Jestem cały jeden dzień do tyłu z planami. Powoli zaczynam obliczać sobie, jak okroić moją podróż po Słowacji. Chciałbym spędzić ze 2 dni z rodziną, ale żeby to zrobić, musiałbym albo skrócić wizytę na Słowacji do jednego dnia, albo wsiąść do pociągu, który będzie jechał nie wiadomo ile godzin. Nie lubię takich dylematów.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, z sakwami, terenowe, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 2. Czy to już Ukraina?

  109.79  06:45
Chmury spowijały całe niebo. Nie zdążyłem się spakować, a już zaczynało dżdżyć. Najpierw myślałem, że to opadająca mgła, ale opad się nasilał. Trzeba było niezwłocznie ruszać. Przede mną dystans do odrobienia z wczorajszego planu, a schować się mogłem chyba wszędzie.
Na początek musiałem zjeść śniadanie. Niełatwo było znaleźć sklep, bo zachciało mi się jechać z drugiej strony Sanu. Po kilku kilometrach wypatrzyłem budynek, który okazał się być sklepem. Przydałby się szyld albo chociaż znak przy drodze. Przemiła sklepowa zasugerowała zrobienie kanapek, które wsunąłem z apetytem.
Mżawka, która raz po raz zamieniała się miejscem z drobnym deszczem, hulała na całego, aż dotarłem do stacji benzynowej w Lesku. Wypiłem kawę i gdy wyszedłem, już nie padało. Niebo jednak nadal było bez słońca. Mogłem odtąd zdejmować i zakładać bluzę odpowiednio na podjazdach i zjazdach, a tych było mnóstwo.
Zatrzymałem się w Solinie na obiedzie. Pstrąg i regionalny napój o smaku jabłkowym. Zastanawiam się, czy uda mi się zjeść jakieś regionalne danie.
Zjechałem do zapory w Solinie. Ludzi tam strasznie dużo, a zaraz na końcu tamy – bazar rupieci – od kapci po plastikowe pierścionki. Ja się skusiłem na ser owczy. Zapomniałem tylko zapytać, czy to aby na pewno mleko od owcy (niecertyfikowane oscypki mogą być robione z mleka krowiego).
Bateria w mojej ładowarce solarnej to jakaś podróbka, bo nie sądzę, żeby 5 godzin słońca wczoraj nie mogło jej naładować do pełna. Nie udało mi się uzyskać nawet połowy naładowanej baterii w telefonie. Na szczęście rano znalazłem kontakt elektryczny i podczas pakowania się podniosłem trochę procent naładowania w urządzeniu. Przy dzisiejszej pogodzie nie udało mi się nawet na chwilę wyciągnąć panelu, aby dać mu jeszcze jedną szansę.
Żeby drogę sprawić jak najkrótszą, plan pokierował mnie na szlak rowerowy wzdłuż rezerwatu Krywe. Dużo pagórków i kamienno-szutrowa nawierzchnia drogi spowalniały mnie na tyle, by stwierdzić, że mogłem jechać na około. W dodatku te bezmyślne wycinki drzew. Czemu leśnicy nie mogą informować o nich przed wjazdem na szlak?
Dalej było już tylko nabijanie kilometrów na liczniku, bo wiedziałem, że dzisiejszy plan nie wypali. Chciałem po prostu dostać się jak najdalej na południe. W sklepiku w Mucznem dowiedziałem się, że w następnej miejscowości znajdę nocleg, więc tam też pojechałem. Zaczęło padać, gdy dotarłem do Tarnawy Niżnej, a tym samym do Bieszczadzkiego Parku Narodowego (przynajmniej tak mnie poinformowały znaki). Zatrzymałem się w hoteliku rodem z PRL-u, a moja sieć komórkowa powitała mnie na Ukrainie.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, setki i więcej, pod namiotem, góry i dużo podjazdów, z sakwami, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Dzień 1. W Bieszczady ruszyć czas

  93.17  05:03
Przygody nigdy się nie kończą. Urlop, ja z rowerem i pociągi to nie najlepsze połączenie. Kłopoty zresztą zaczęły się dużo wcześniej, ale może po kolei.
Bieszczady chodziły za mną już od kilku lat. Tradycyjnie chciałem spędzić urodziny na rowerze. Co roku wjeżdżałem na coraz to wyższe szczyty, ale dwutysięcznika próżno tutaj szukać, więc moją jedyną uciechą pozostawały góry. Za to jakie góry! Oglądałem je na dziesiątkach filmów i zdjęć, a teraz zmierzałem w ich kierunku. Na pewno nikogo nie zaskoczy to, że mam w planach także wizytę na Słowacji. To już czwarta podróż przez ten kraj, jednak będzie zdecydowanie krócej niż rok temu.
W czasie ostatniej wycieczki zacząłem czuć bicie na tylnej obręczy, a właściwie sądziłem, że hamulec się rozregulował. Okazało się potem, że winna była pęknięta szprycha. Wymiana wydawała się prosta. Odpowiedni serwis znalazłem za drugim razem (w pierwszym kazaliby mi czekać tydzień). Następnego dnia odebrałem jednak telefon ze złymi wieściami. Obręcz nie była w najlepszym stanie – serwisant znalazł kilka pęknięć wynikających z intensywnego użytkowania. Kapslowane otwory nie dały rady. A chciałem wymienić obręcz dopiero po zniknięciu rowków na powierzchni bocznej. W dodatku dwie zębatki kasety są bardzo zużyte. Przecież dopiero 7 tys. km przejechałem, więc jak to? Wypatrzyłem oznaczenia: na zębatce HG41, a na łańcuchu HG71 – czy to jest twardość stopu? Co dalej robić? Przecież w tym tempie zużywania się napędu nie dojadę do końca roku. Wybrałem obręcz Swift Arriv, którą mi polecili w serwisie, do tego mocne szprychy – krótsze niż zwykłe z racji stożkowej obręczy, pozostawiłem piastę i kasetę, i to musiało wystarczyć. Aha, jeszcze potrzebna była nowa dętka z dłuższym wentylem. Czy taki zestaw nie będzie problematyczny na kilkudniowej trasie?
Nie byłem pewien wyjazdu do ostatniej chwili. Wahałem się każdego dnia, obserwując nerwowo prognozy pogody. Ostatecznie zaryzykowałem. Co więcej, nie porzuciłem pomysłu zabrania namiotu. Bilety na pociągi kupiłem po promocji przez internet. Oczywiście nie udało się kupić biletu na rower, ale to nic. Pan w informacji kolejowej zapewnił mnie, że będę mógł dokupić bilet w kasie. Jaka szkoda, że InterCity jest zacofanym przewoźnikiem i ograniczył liczbę miejsc na rowery do zaledwie kilku sztuk. Gdy w końcu udało mi się dojść do porozumienia z panią w okienku kasowym, która nie potrafiła zrozumieć, jak mogłem kupić bilet przez internet, kupiłem bilet na duży bagaż, co wyszło taniej niż przewóz roweru.
Kolejny problem to znalezienie kartonu. Po wizycie w kilku sklepach rowerowych udało się – miałem szansę na przetransportowanie roweru. Najpierw do Warszawy. Chciałem zobaczyć wystawę pt. „Arcydzieła sztuki japońskiej w kolekcjach polskich” w Muzeum Narodowym. Pobudka o 3 rano, aby zdążyć ze wszystkim. Rower rozłożyłem na peronie prawie bez problemów. Pedały zajęły mi najwięcej czasu. Pudło okleiłem taśmą i w samą porę skończyłem, bo nadjechał pociąg. Wewnątrz wagonu nawet znalazła się wnęka idealna dla mojego pakunku.
Z Warszawy do Krakowa pojechałem tym nowym Pendolino. Bez rewelacji, choć miałem objawy choroby lokomocyjnej – po raz pierwszy w pociągu. Niestety zabrakło miejsca na duży bagaż i musiałem się nagłowić, aby bezpiecznie ustawić mój ładunek, bo obsługa pociągu marudziła. Obwiązałem go linkami i jakoś wytrzymał.
Złożenie roweru w Krakowie, choć pracochłonne, to bezproblemowe. Nie dostrzegłem uszkodzeń. Dopiero pozbycie się kartonu zabrało mi niepotrzebnie czas, a nie chciałem go bezczelnie porzucać na peronie. Pomogli mi pracownicy Służby Ochrony Kolei. Ponieważ była noc, nie pozostało mi nic innego, jak odnaleźć hostel, w którym zatrzymałem się w zeszłym roku. Było ciężko go odnaleźć bez planu miasta.
Dzisiaj zaś pozostało dotrzeć do Rzeszowa i wsiąść na rower, kierując się na południe. Remonty na linii kolejowej bardzo psuły komfort i szybkość jazdy. W większości połączenia odbywają się za pomocą busów, ale znalazł się jeden pociąg, co mnie dowiózł bez przesiadek w południe. Zza okna w pociągu martwiły mnie granatowe chmury, ale na dworcu przywitało mnie ostre słońce (i rowerzysta w cywilu, który zaczepił mnie, pytając o plany).
Rzeszów nie jest wygodnym miastem. Buspasy, beznadziejne skrzyżowania czteropasmowe (kilka razy wjechałem na pas do skrętu tylko w prawo, bo trzeba wiedzieć, że aby za zakrętem jechać prosto, należy ustawić się na środkowym pasie), drogi dla rowerów z wysokimi krawężnikami co 10 metrów. Przynajmniej asfalt wygodniejszy niż na zachodzie miasta.
Jechało się nie najłatwiej. Podjazdy były ciężkie, ale przynajmniej zjazdy szybkie (nawet 70 km/h). Widoki od czasu do czasu też się trafiały, choć aparat kiepsko sobie radził z ich chwytaniem.
Miałem ze sobą ładowarkę solarną Sunen SC17B, więc mogłem wykorzystać prażące słońce. Prąd był dla mnie pewnym ograniczeniem podczas wypraw rowerowych, dlatego miałem nadzieję, że się to jakoś zmieni. Diody wskazywały pełną moc działania. Miałem tylko nadzieję, że wbudowany akumulator 1200 mAh nie okaże się podróbką.
Podróż pociągiem mnie wykończyła. A może to ciężar roweru z sakwami tak spowalniał moją podróż? Dzisiejszy dystans mnie nie satysfakcjonował, ale mimo to zacząłem się rozglądać za polem namiotowym. Przed wyjazdem wypatrzyłem jedno takie w Sanoku. Przy akompaniamencie muzyki disco-polo poszedłem spać moim w świeżo zaimpregnowanym namiocie. Miałem ogromną nadzieję, że pogoda nazajutrz będzie wyglądać inaczej niż w prognozie.
Kategoria Polska / podkarpackie, kraje / Polska, góry i dużo podjazdów, pod namiotem, z sakwami, dojazd pociągiem, wyprawy / Bieszczady 2015, rowery / Trek

Z gór w pogórze

  65.56  03:31
Plan na dzisiaj był prosty. Zjechać z gór i dotrzeć na Pogórze Kaczawskie, aby wziąć udział w imprezie urodzinowej. Niby prosta rzecz, a jednak sprawiła mnie trudność.
Po chłodnej nocy nastał ciepły poranek. Od razu zastałem przepiękny widok na Góry Czarne. Najpierw musiałem zjechać do doliny Bystrzycy, która rozdziela Góry Wałbrzyskie i Góry Sowie. W dół miałem do Jedliny-Zdroju, a potem długi podjazd do Wałbrzycha, żeby potem już całą drogę mieć z górki. Przez Świebodzice i Dobromierz dojechałem do Wiadrowa.
Popełniłem wielki błąd, próbując uciec przed wiatrem bocznym. Wybrałem polne drogi, które po pewnym czasie stały się uciążliwe. Kilka razy zatrzymałem się, żeby wydłubać błoto, a zapychały się nie tylko błotniki, ale także klocki hamulcowe i nawet napęd. Błąd powtórzyłem w Paszowicach, bo miałem nadzieję, że jednak będzie lepiej. Nie było. Gdy dotarłem do Myśliborza, już nie myślałem o terenie. Pojechałem do Myślinowa, szukając po drodze czynnego sklepu, żeby zabrać ze sobą coś na imprezę. Ostatecznie przejechałem przez całą wieś i niczego nie znalazłem. Pozostała już tylko jedna opcja – Chełmiec. Szybko zjechałem z widokowego wzgórza i dotarłem do sklepu. Nie był dobrze wyposażony, ale zawsze coś. Pozostał ostatni podjazd do chaty „Pod lipą” i mogłem odpocząć po błotnej kąpieli. Nie wiem kiedy doczyszczę rower.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, Park Krajobrazowy Chełmy, z sakwami, góry i dużo podjazdów, rowery / Trek

Tajemnice projektu Riese

  79.77  04:46
Minęło kilka miesięcy od mojej wizyty w górach. Dostając zaproszenie na imprezę urodzinową Bożeny, pomyślałem o dobrej sposobności na górską wycieczkę. Wpadły mi w ręce informacje o Osówce – podziemnym mieście w Górach Sowich. Obmyśliłem plan i wziąłem się do jego realizacji.
Wczoraj, tuż po pracy, wyszedłem na pociąg do Wrocławia. Po noclegu w Hostelu Wratislavia (rower był przechowywany w pralni; ciekaw jestem, jak to wygląda w sezonie), ruszyłem do Kamieńca Ząbkowickiego pociągiem, ponieważ wiało z południa. Z początku planowałem to odrobinę inaczej – wyruszyć późniejszym pociągiem, dotrzeć do Osówki i potem dojechać do noclegu. Gdy jednak zacząłem się wczytywać w szczegóły hitlerowskiego projektu Riese, dowiedziałem się także o innych dostępnych do zwiedzania obiektach. Dlatego też do pociągu 2 godziny wcześniej.
Tuż przed godz. 8 znalazłem się w Kamieńcu Ząbkowickim. Żałowałem, że nie miałem więcej czasu, bo pałac na Zamkowej Górze wyglądał wspaniale w promieniach słońca na bezchmurnym niebie. Kolejnym punktem na trasie było Bardo, w którym również znajduje się kilka ciekawych miejsc, ale dojazd do nich znów zabrałby mi zbyt wiele czasu. Podjazdy i tak zaczęły robić się coraz bardziej strome.
W końcu dojechałem do drogi wojewódzkiej, co było wybawieniem, a miałem już dość wiatru bocznego. Do Nowej Rudy było łatwo, ale potem zaczął się długi podjazd, aż do Gór Sowich. Było mi tak gorąco, że przy niecałych 3 °C zacząłem się rozbierać. W Sokolcu przestałem się spieszyć. Wiedziałem, że nie uda mi się dotrzeć do Włodarza przed południem, a że zwiedzanie trwa tam półtorej godziny, to nie chciałem czekać na kolejną turę. Skierowałem się do Osówki.
Przed wyjazdem przeczytałem na stronie internetowej jednego z noclegów, że zimą nie ma możliwości dostania się do Rzeczki z Sierpnicy. Dzisiaj przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy wjeżdżając na jedną z takich dróg, na której była tabliczka informująca o nieutrzymywaniu drogi zimą, natrafiłem na grubą warstwę śniegu. Próbowałem jechać po wydeptanej ścieżce, potem znalazł się też ślad auta, które kilkadziesiąt godzin wcześniej próbowało tamtędy jechać. Niestety śnieg był tak duży, że pedały się zatapiały, skutecznie mnie hamując na podjeździe. Nawet pchanie roweru było wykańczające. Na moje szczęście, gdy dotarłem na szczyt, powróciła cywilizacja i odśnieżona droga. Na nieszczęście było z górki. Długi zjazd, a ja nie miałem w pełni sprawnych hamulców. Od tygodnia nie mogę znaleźć klocków w żadnym sklepie w Poznaniu. Czy zimą jeździ się wyłącznie z hamulcami tarczowymi?
Na zjeździe nie zabiłem się, nawet nie przegapiłem podjazdu do Osówki. Tam byłem na ponad pół godziny przed wejściem, zostawiłem w biurze kasowym bagaż, rower przypiąłem do ogrodzenia i poszedłem do podziemi. Przewodnik mówił dużo, nawet w trakcie spaceru między przystankami, ale wtedy nie wszyscy go słyszeli. Nie wiem jednak, czy przez lata wypracował sobie brak intonacji podczas mówienia, czy może recytował same wyuczone regułki. Dla samych podziemi warto jednak tam się wybrać. Należy pamiętać, że we wnętrzu jest duża wilgotność i temperatura ok. 7 °C. Wyższa niż na zewnątrz, ale w stroju kolarskim czasami się telepałem z zimna.
Po gorącej herbacie pojechałem w kierunku Włodarza. Najpierw leśną drogą, potem ulicą nieutrzymywaną zimą, wszystko oczywiście pokryte śniegiem zbitym w lód. Dopiero na zjeździe do Walimia mogłem cieszyć się asfaltem. Jadąc maksymalnie 40 km/h, udało mi się zjechać do samego dołu, choć na jednym zakręcie niegroźnie wypadłem z drogi. Dojazd do Włodarza był zdecydowanie prosty. Co kilkadziesiąt metrów wielkie tablice informowały o kilometrażu, który i tak został zaniżony. Dojechałem na 5 minut przed wejściem, ale zdążyłem. Rower pozostawiłem bez opieki, bagaż wniosłem do baru, choć i tak mogłem go zostawić wyłącznie na widoku przed ladą.
Bilet był drogi, a przewodnik podchmielony, bez kasku, ale nie był taki sztywny, jak tamten w Osówce. Dużą frajdą było przepłynięcie zalanego wodą tunelu łódką. Najbardziej mnie ciekawi, co znajduje się za zabetonowaną ścianą. W grudniu został wyemitowany w telewizji reportaż o tamtej blokadzie (trochę szkoda, że nie mam telewizora). Ponieważ sztolnie są własnością Skarbu Państwa (albo innego podmiotu państwowego) i dodatkowo znajdują się na terenie Parku Krajobrazowego Gór Sowich, to należy przejść szereg procedur biurokratycznych, aby przewiercić się przez tamtą ścianę, a następnie utorować przejście do prawdopodobnie ukrytych korytarzy. Będę z zaciekawieniem śledził postęp prac.
Pozostało mi dostać się do umówionego noclegu w Głuszycy. Nie chciałem oczywiście jechać drogami leśnymi, bo zaspy mogły nie być dla mnie zbyt łaskawe. Wybrałem drogę wokół Masywu Włodarza. Najpierw zjazd do Jugowic, a potem długi podjazd do Głuszycy i poszukiwanie pokoi gościnnych „Pod Soboniem”, w których miałem się zatrzymać. W pokoju nie było zbyt ciepło, więc mogłem zacząć się przyzwyczajać do warunków, które miały panować następnej nocy.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, z sakwami, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Ślimaczym tempem na Okole

  94.85  04:56
Wczoraj zdecydowanie przesadziłem. Chciałem zbyt dużo w zbyt krótkim czasie. Dzisiaj nie miałem sił. Ponieważ mój pociąg powrotny był po godz. 18, to nie miałem też za dużo czasu na jazdę. Wczoraj, zjeżdżając z Kapeli, zauważyłem tabliczkę kierującą do punktu widokowego Okole. Ponieważ jeszcze mnie tam nie było, to pomyślałem, aby zdobyć ten szczyt. Zdawało się – proste zadanie.
Wyruszyłem nieświadomy zmiany czasu. Doszło to do mnie dopiero po ponad godzinie. W sumie te dodatkowe 60 minut wyszło mi na dobre, bo wyspałem się. Mimo tego początek jazdy nie był łatwy. Nie dość, że wiało z południa, to miałem osłabione mięśnie. Jechałem więc ślimaczym tempem – najpierw do Stanisławowa. Ominąłem radiostację, żeby zaoszczędzić sobie trochę czasu. W Rzeszówku skusił mnie znak kierujący do punktu widokowego na Dworskiej Górze. Jest ona niższa od wzgórza między Stanisławowem i Kondratowem, jednak widok gór zawsze na plus.
Ze Świerzawy dojechałem do Lubiechowej, a potem zaczął się długi podjazd. Dopiero w jego trakcie zorientowałem się, że przejeżdżałem obok Okola 2 lata temu. Wtedy był to straszny podjazd, dzisiaj tylko męczący. Na jego szczycie, na rozstaju dróg, wkroczyłem na drogę leśną. Nie była ani trochę wygodna. Leśniczy ją mocno zniszczyli. Na tyle mocno, że na zmianę 100 metrów jechałem, 100 szedłem i w ten sposób dotarłem na sam szczyt. Najlepsze widoki psuło niestety ostre słońce, ale to nic – satysfakcja bycia tam wystarczyła.
Planowałem zjechać z Okola do Rząśnika, jednak gdy zacząłem się przedzierać szlakiem i zobaczyłem, jak trudne będzie zejście z rowerem, zawróciłem. Zresztą pozostały mi 3 godziny na powrót, więc musiałem się sprężać. Tak się spieszyłem, że na zjeździe do Lubiechowej osiągnąłem prędkość ponad 70 km/h, i to bez pedałowania. Tam to dopiero można bić rekordy.
Znów zdecydowałem się pojechać pojechać przez Złotoryję, mimo że chciałem pokonać większy dystans przez Pielgrzymkę i Zagrodno. No ale niestety, nie mieszkam już w Legnicy, a pociągi nie czekają na każdego pasażera. Udało mi się dostać do Legnicy na pół godziny przed odjazdem pociągu. Na moje nieszczęście dostałem się do puszki sardynek, bo nawet nie mogłem się ruszyć, a co dopiero przebrać się, a nie byłem najczystszy po błotnej kąpieli, której zażyłem podczas zjazdu z Okola. Chciałbym częściej jeździć w góry.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, terenowe, Park Krajobrazowy Chełmy, rowery / Trek

Rudawy Janowickie

  147.63  07:34
Powrót do rowerowych korzeni. Była to niespodziewana wizyta w Legnicy, jednak z małym pechem. Już od dawna chciałem odwiedzić znajomych i wybrać się z nimi w góry. Niestety choroba Bożeny pokrzyżowała moje plany.
Od razu po pracy ruszyłem na dworzec kolejowy, aby następnego dnia móc wcześnie wyjść na rower. Spotkałem się z Bożeną i Jarkiem, jednymi z najlepszych rowerzystów, którym obecna pogoda nie była straszna. Niestety nie mieli możliwości wyjścia na rower, a że byli jedynymi osobami, które w takiej pogodzie mogły mi towarzyszyć, to pozostało mi pojechać samemu. Plan był spontaniczny, bo nie rozważałem takich okoliczności. Z początku chciałem udać się pociągiem do Kłodzka i wrócić rowerem, jednak zaspałem i zmieniłem plan na Rudawy Janowickie. Chciałem wjechać na Krzyżną Górę, która stoi obok zdobytego Sokolika.
Na początku musiałem odwiedzić uczelnię, ponieważ dzisiaj dowiedziałem się, że mam odebrać suplement do dyplomu. Cóż za zbieg okoliczności. Potem zaczęła się właściwa część wycieczki. Wydostanie się z Legnicy było odrobinę problematyczne, bo nie było mnie tam już ponad pół roku i prawie pojechałem na Chojnów. Chwila zastanowienia, przypomnienie sobie planu miasta i znalazłem się na ul. Jaworzyńskiej. Już się cieszyłem, że ją wyremontowali, ale nowy asfalt położyli wyłącznie na skrzyżowaniu z Gwarną. Potem jeszcze w dwóch miejscach zatrzymał mnie ruch wahadłowy i znalazłem się na starych, znanych drogach.
Pojechałem zaproponowaną przez Jarka drogą. Najpierw przez Chroślice, Pomocne, Muchów do Lipy po zamglonych leśnych drogach, które wyglądały niesamowicie w blasku promieni słonecznych. Pomyśleć, że kiedyś nie lubiłem tych podjazdów, bo były męczące, ale dzisiaj to sama przyjemność. Dalej przez Kaczorów do Radomierza, skąd zacząłem jechać niebieskim szlakiem pieszym do Gór Sokolich.
W Trzcińsku zaczęła się prawdziwa przygoda w górach. Na początek ściana do podejścia z rowerem. Pomyślałem, aby kontynuować podróż niebieskim szlakiem, przez co kilkaset metrów musiałem pokonać pieszo. Potem już były leśne drogi, z czego jedna została zamknięta z powodu wycinki drzew. Zawsze byłem przekonany, że leśnicy w weekendy nie pracują, ale tym razem się pomyliłem. Na szczęście zamiast wycinki spotkałem się z wypalaniem ściółki (tak można?). Im bliżej Krzyżnej Góry, tym podjazd robił się technicznie trudniejszy. Zrzuciło mnie kilkakrotnie z roweru, ale jechałem. Nie dojechałem na szczyt, bo jest trudny do zdobycia z moimi umiejętnościami. Zostawiłem rower pod drzewem i wspiąłem się na samą górę. Widok był na pewno piękny, jednak mgły oraz przeraźliwe słońce utrudniały obejrzenie całej panoramy, a co dopiero sfotografowanie jej.
Zjechałem do schroniska Szwajcarka. Wśród tłumów dopchałem się do mapy i wpadłem na (nie)zły pomysł zdobycia najwyższego szczytu Rudaw Janowickich – Skalnika (945 m n.p.m.). Na początku zacząłem kombinować z dojazdem wzdłuż łańcucha górskiego, jednak uznałem, że nie jest to najmądrzejszy pomysł, gdyż było daleko po południu. Zjechałem więc do Strużnicy (kiedy ostatnio przez nią przejeżdżałem, wtedy to postanowiłem zdobyć Skalnik) i zacząłem podjazd. Najpierw spokojny, potem coraz bardziej stromy. Na jednej z dróg zawrócił mnie pieszy. Droga była strasznie zabłocona, myślałem, że to minie, ale turysta mnie nie pocieszył. Powiedział, że jest tak zniszczona daleko w górę. Nie słyszał jednak o Skalniku, co mnie nie pocieszało. Zawróciłem i wjechałem na żółty szlak pieszy, na którym nawet znalazł się prawie kilometrowej długości podjazd. Był tak stromy, że położyli na nim asfalt. Według map jego nazwa to Łopata. Na szczycie tego podjazdu, gdy skręciłem, miałem po prostej do celu. Prawie, bo musiałem ominąć wielką kałużę na drodze, przez co zjechałem spory kawałek ze szlaku. Po powrocie na właściwą ścieżkę wszelka wygoda się skończyła. Nie mogłem jechać. Było ślisko, mokro i ogólnie niedostępnie. Ułożyłem w miarę wygodnie rower na ramieniu i zacząłem iść po mokrej ściółce, gałęziach, kamieniach, omijając strumienie, dziury i pnąc się coraz stromiej w górę. Ostatnie metry pokonałem na rowerze, ale pomysł zdobycia Skalnika od tej strony nie był najmądrzejszy.
Na szczycie stała kiedyś wieża. Obecnie jej tam nie ma. Trochę zawiedziony, ruszyłem w kierunku domu, ale nie chciałem zawracać, tylko pojechałem szlakiem dalej, w kierunku Kowar. Na rozstaju dróg kierunkowskaz poprowadził mnie do Ostrej Małej (935 m n.p.m.) z widokiem na Karkonosze, a także na Skalnik spowity chmurami. Już wiedziałem, dlaczego było tam tak chłodno. Po takim widoku miałem zapał do powrotu. Nie zsiadając z roweru, zacząłem zjeżdżać, starając się wybierać bezpieczne drogi, a te przeplatały nawierzchnię z szutru i asfaltu. Na dole, gdy zrobiło się bardziej płasko, mogłem się zatrzymać i rozgrzać. Zacząłem martwić się o stopy, bo przede mną było 70 km jazdy, a one zaczęły przemarzać. Ruszyłem więc, starając się jechać na tyle szybko, na ile pozwalały mi pozostałe siły.
W Jeleniej Górze zatrzymałem się na szybkim jedzeniu, aby potem ruszyć w złym kierunku, bo na Bolesławiec. Swoją pomyłkę spostrzegłem w Jeżowie Sudeckim i wybrałem możliwie najkrótszą drogę, aby pokonać podjazd na Kapelę. Potem zjazd do Starej Kraśnicy i decyduję się na drogę w dół do Złotoryi. Nie miałem już ochoty na powrót z długimi podjazdami. Co dziwne, przestałem czuć zimno w stopach. Nie zauważyłem jakiegoś znacznego wzrostu temperatury. Może powietrze stało się mniej wilgotne? Do Legnicy dotarłem po 22. Byłem mocno wykończony.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, rowery / Trek

Tatry, dzień 7. Powrót

  183.99  08:12
To już koniec mojego pobytu na Słowacji. Dzisiaj wyjeżdżam, a jutro już będę w domu, w Polsce. Zaplanowałem przejechać dzisiaj dystans z Popradu do Krakowa, wydłużając go odrobinę, aby pokonać jakąś mniej znaną trasę i przy okazji zaliczyć kilka gmin. W prognozie pogody był deszcz.
Wyruszyłem drogą krajową do Białej Spiskiej (słow. Spišská Belá), aby stamtąd zacząć długi podjazd na Przełęcz Magurską (Magurské sedlo, 949 m n.p.m.). Po drodze zatrzymałem się na kilka zdjęć, a na samym szczycie zaczęło straszyć deszczem. Nie był na szczęście silny, dlatego postanowiłem szybko zjechać i znaleźć schronienie. Po drodze opad ustał, a w Hanuszowcach (Spišské Hanušovce) ujrzałem Pieniny. Z początku nie zatrzymałem się, mając nadzieję na widok z mniejszego dystansu, ale góry przepadły przesłonione wzgórzami. Dojrzałem je ponownie w Starej Wsi Spiskiej (Spišská Stará Ves), za którą wjechałem do Polski. Przywitał mnie podjazd przez Pieniński Park Narodowy, a następnie zjazd aż do Krościenka nad Dunajcem. Stąd już miałem bardzo wygodną drogę o lekkim spadku biegnącą wzdłuż Dunajca.
W Zabrzeżu musiałem zjechać z tej wygodnej drogi, aby dotrzeć do Krakowa. Miałem przed sobą ostatni długi podjazd na przełęcz obok Gorczańskiego Parku Narodowego. Bałem się, że mnie on zmęczy, ale stopień nachylenia na całym tym odcinku był na tyle mały, że wjechałem na szczyt na średnim biegu. Zjazd był za to tak stromy, że bez pedałowania osiągałem prędkości powyżej 60 km/h. Gdybym tak się przyłożył, to mogłem pokonać swój rekord szybkości podczas zjazdu.
Miałem całą drogę z górki, aż do Lubienia, a potem w dół rzeki Raby do Myślenic. Początkowo planowałem pojechać bocznymi drogami przez Świątniki Górne, ale skręciłem w złym miejscu, a potem się rozmyśliłem i ruszyłem drogą krajową. Pobocze ma na szczęście szerokie, więc mimo sporego ruchu mogłem dojechać spokojnie do Krakowa. Zapomniałem w ogóle, jak wysokie są wzniesienia na tej drodze. Udało mi się rozpędzić do 72,1 km/h, bijąc tym samym mój poprzedni rekord z lutego. Gdybym się tak rozpędził w Lubomierzu, wtedy dopiero miałbym wynik.
Chociaż nie byłem w Krakowie od roku, to wyleciały mi z głowy niektóre ulice. A może nigdy nie potrafiłem zapamiętać ich układu? Pojechałem pod dworzec PKP na plac Jana Nowaka-Jeziorańskiego, gdzie zacząłem rozglądać się za noclegiem, ponieważ o tej godzinie (było po 19) nie dojechałbym nigdzie pociągiem. Trafiło się wolne miejsce w hostelu Juvenia i tam też spędziłem noc, aby następnego dnia wrócić do Poznania.

Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, setki i więcej, z sakwami, za granicą, kraje / Polska, kraje / Słowacja, wyprawy / Tatry 2014, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery