Zaczęło mżyć, ale wyjechałem z miasteczka i uciekłem spod chmury. Czekała mnie za to gehenna w postaci silnego wiatru w twarz i kumulacji morderców w puszkach. Islandia to niebezpieczny kraj.
Wiele postojów dalej, za „morzem” mchu, który rozciągał się po horyzont, skręciłem na drogę do odważnego celu. 10 lat temu zupełnie przypadkiem wjechałem na drogę F225 najeżoną brodami. Wszystkie drogi F wymagają na pewnym etapie przeprawy przez rzekę w bród. Moja ostatnia taka przeprawa była w Szkocji. Wszystkie takie drogi są zamykane na zimę. W tym roku otwierały się dość późno, jak obserwowałem na stronie Islandzkiego Zarządu Dróg, więc dobrze było zostawić sobie to na deser.
Naczytałem się trochę o trasie, którą wytyczyła nawigacja. W dużej mierze były to drogi 208 i F208. Naliczyłem 22 brody różnej wielkości. Większość powinna pójść bez potrzeby zmiany butów. Nie byłem do końca pewny tego planu, ale psychole za kierownicą mnie przekonały.
Droga szybko zmieniła się w szutrową. Ruch niewielki, ale kurzyło się strasznie. Podjazdy były strome, a górek pojawiało się sporo. Wyjrzało słońce, a wiatr wiał w plecy, więc zrobiło się gorąco. To również oznacza wezbrany nurt rzek, które powstają z topniejącego lodowca. Było południe, a do celu miałem jeszcze sporo godzin. Zdecydowałem, że zatrzymam się na kempingu. Najdroższy, jak do tej pory. Trawę kosiły naturalne kosiarki, więc pachniało owczym moczem.
Ponieważ wciąż było wcześnie, to wybrałem się na wędrówkę. Zobaczyłem wodospad, który tworzył mżawkę i tym samym tęcze, jedną za drugą. Przeszedłem szlak do jeszcze jednego wodospadu i wróciłem się zregenerować.




