Było pochmurno, nawet chwilę mżyło, ale późnym popołudniem wyszło słońce. Widziałem mnóstwo kałuż w połowie trasy, więc dobrze być wolnym. Planowałem jechać do Muir of Ord, a potem kawałkiem szlaku NC500 do Inverness, ale to dodatkowe 30 km, więc wybrałem powrót mostem z wczoraj. Tylko dojazd trochę inną drogą – po szlaku rowerowym wśród pól uprawnych.
Przeprawa przez Inverness trochę zajęła. Źle się jeździ po brytyjskich miastach. Japońskie metropolie są dużo lepiej zoriganizowane. Zwłaszcza śmieszki są wygodniejsze.
Jechałem dzisiaj wzdłuż linii kolejowej biegnącej z Inverness do Perth. Nawet coś tamtędy jeździ, bo słyszałem za drzewami przejeżdżające pociągi. Wybrałem dzisiejszą trasę ze względu na dwa piękne wiadukty. Po drodze trafiłem też na kilka mniejszych. Ten najsłynniejszy, za sprawą filmów o młodym czarodzieju, wiadukt Glenfinnan mógł być mi po drodze, gdybym ruszył na Skye od południa. Może w przyszłości.
Znów musiałem się spieszyć i w sumie zdążyłem. Przede mną była góra, za nią wyraźnie oznaczony szlak rowerowy oraz widoki próbujące przedrzeć się przez drzewa. Brytyjczycy są dziwni. Podczas całej podróży nie widziałem ani jednej wieży widokowej. Punkty widokowe albo zarastają, albo są obsadzane drzewami, aby utrudnić dostęp do widoków (głównie ze względu na powstrzymanie erozji na poboczach, ale także olbrzymie tereny znajdują się w rękach prywatnych). Nie wiem, jak można nie umieć wykorzystać takiego potencjału. Przecież pogoda jest tu czasem znośna.
