Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

setki i więcej

Dystans całkowity:61323.98 km (w terenie 5379.79 km; 8.77%)
Czas w ruchu:3181:59
Średnia prędkość:19.03 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:413759 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:175271 kcal
Liczba aktywności:462
Średnio na aktywność:132.74 km i 6h 58m
Więcej statystyk

Dzierżoniów

  149.24  06:33
Plan na dzisiejszą trasę był wynikiem pomyłki, jaką popełniłem podczas rysowania markerem na mapie poprzednio przejechanej trasy. Zamiast przez Pogorzałę pociągnęło mi się przez Modliszów i dlatego żeby usunąć tego byka stworzyłem taki oto plan.
Pociągiem dotarłem do Świdnicy, już typowo po południu, bo znów późno wstałem. Było tak ciepło (ponad 22 °C), że zdjąłem bluzę. Niestety zabrałem ze sobą pas biodrowy i nie miałem co zrobić z ubraniem. Po kilkunastu minutach kombinowania włożyłem bluzę na miejsce wiatrówki, którą miałem w kieszeni pasa, a z samej kurtki odpiąłem rękawy i założyłem ją jako kamizelkę. Nie było mi ani za gorąco, ani też wiatr nie przeszkadzał.
Przejechałem się po świdnickim Rynku w poszukiwaniu bankomatu i ruszyłem w drogę. Podjazd do samego Kamieńska, a później zjazd do Jedliny-Zdroju, gdzie rozejrzałem się po centrum. Chciałem dostać się w dalszą trasę na skróty, jednak droga okazała się prowadzić przez prywatny teren z szeregiem tabliczek, więc skręciłem w pierwszy lepszy asfalt. Na końcu zauważyłem znak informujący o blisko położonym pałacu, więc nie omieszkałem tam zajrzeć. Jest to Pałac Jedlinka, a pod nim stoi rekonstrukcja Fokkera Dr.1, samolotu Czerwonego Barona. Przeczytawszy trochę historii, ruszyłem w dół do Jugowic, a później w górę do Walimia.
Jechałem przez dolinę i zaczynało robić się chłodno. W samym Walimiu zobaczyłem mapę, a na niej Wielką Sowę. Pomyślałem, że mogę zboczyć z drogi, jak ostatnio, i zdobyć ten szczyt. Skierowałem się więc do Przełęczy Walimskiej. Po drodze, zapatrzony w kościół, przejechałem skrzyżowanie. Szybko to zauważyłem i zaczął się właściwy podjazd – po bruku, ale za to jakim! Bardzo wygodny, nie to, co w podlegnickich wsiach. Szybko się jednak skończył, zamieniając w asfalt.
Złota jesień, a do tego widoki w połowie drogi dały tyle frajdy, że na szczycie przełęczy zrezygnowałem ze zdobycia najwyższego szczytu Gór Sowich. Nie odpuszczę jednak sobie tej góry, jeszcze tu wrócę. Zbliżał się zmrok, więc ubrałem się i zacząłem długi zjazd. Szkoda, że są tam serpentyny, bo podobała mi się jazda ponad 50 km/h. Z drugiej strony na zakrętach można zobaczyć formacje skalne, więc tam warto pojechać ciut wolniej :)
Na dole znów wjechałem na bruk. Tyle kilometrów ułożonych kamieni i do tej pory są w tak dobrym stanie, coś niesamowitego.
Z Pieszyc do Dzierżoniowa wpadłem na wyasfaltowaną drogę dla rowerów, zaś w samym Dzierżoniowie minąłem jeszcze kilka innych. Miasto widocznie stara się. Niestety było zbyt ciemno, abym zobaczył wszystko, więc tylko przejechałem się po Rynku i ruszyłem w dalszą drogę. Przy świetle księżyca przejechałem obok Masywu Ślęży, Jeziora Mietkowskiego i autostrady. Z początku z wiatrem, później wiać przestało, jednak gdy zbliżałem się do Legnicy, wiatr nasilał się z każdym kilometrem i niestety wiało z zachodu. Na szczęście była to już końcówka podróży i tuż po godz. 22 dotarłem do domu. Była tak ciepła noc, że nie potrzebowałem rękawiczek i nic nie przemarzłem w stopy. Poniżej 13°C temperatura nie schodziła.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Wałbrzych

  105.39  04:47
Co zrobić, gdy z południa wieje silny wiatr? Pojechać z nim! Taki też plan mi dzisiaj przyszedł do głowy. Chcąc zapełnić lukę w nieodwiedzonych miejscach pod Wałbrzychem, wyruszyłem po południu pociągiem do Świdnicy.
Na miejsce dotarłem tuż po godz. 14 i od razu ruszyłem w stronę Wałbrzycha. Po drodze wyprzedził mnie jeden cyklista, ale nic poza tym. Ani się nie przywitał, ani nie jechał szybciej. Miałem do niego dystans kilkudziesięciu metrów. Momentami miałem ochotę go wyprzedzić, bo podjazdy strasznie wolno robił, no ale pewnie jakiś zawodowiec i nie forsuje się jak ja.
Po drodze zatrzymałem się na kilka widoków aż skręciłem w boczną drogę, żeby sobie jakoś skrócić drogę. Po rozlatującym się asfalcie, w towarzystwie czerwonego szlaku rowerowego, przez złoty las dojechałem do Starego Zdroju, dzielnicy Wałbrzycha. W spotkanym sklepie kupiłem coś na ząb i pojechałem na Rynek, żeby zjeść.
Do Boguszowa-Gorców droga była kręta i pięła się w górę. Na rynku w Boguszowie zatrzymałem się przed turystycznym znakiem drogowym informującym o najwyżej położonym w Polsce ratuszu. Źle go zinterpretowałem i ruszyłem w stronę góry Chełmiec, myśląc, że to gdzieś po drodze. Na rozstaju dróg wjechałem najpierw na wzniesienie, na którym znalazłem jedynie boisko piłkarskie. Zawiedziony postanowiłem zmienić mój plan i wjechać na szczyt Chełmca – początkowo miałem go objechać przez Gorce.
Droga bardzo łatwa do pokonania. Zatrzymywałem się tylko po to, aby nasycić się widokami, a były wspaniałe. Jechało się bardzo przyjemnie, aż wjechałem na szczyt. Tam wieża widokowa jest otwarta co pół godziny. Jak się dowiedziałem od opiekuna jest to związane z odbudową, która tam jest prowadzona i ów opiekun co pół godziny wychodzi sprawdzić czy ktoś nie chce się dostać na górę.
Panorama jest przepiękna, tylko wiatr hulał strasznie i nie mogłem tam za długo siedzieć, a przez brudne okna nie złapałbym tak dobrych ujęć aparatem w telefonie. Sam budynek jest jakimś jednym, wielkim centrum informatycznym pełnym kabli i różnych urządzeń. Serwery hałasują tam bardzo głośno, ale za to jak dużo ciepła wytwarzają!
Zanim doczekałem się wejścia do wieży opracowałem plan zjazdu do Szczawna-Zdroju. Niestety droga, którą wjechałem jest jedyną prowadzącą na sam szczyt, dlatego na zjazd wybrałem zielony szlak pieszy, bo niebieski wydawał mi się zbyt stromy. Po odnalezieniu drogi zacząłem... schodzić. Może downhillowiec dałby radę, ale ja się za bardzo ślizgałem. Gdy tylko dotarłem do jakiejś drogi, to nawet nie myślałem o dalszym schodzeniu. Choć jest zarośnięta, to prowadzi lekko w dół. Niestety kończy się na niebieskim szlaku. Ten zaś jeszcze bardziej stromy od zielonego. Zsuwanie się z rowerem nie było łatwe, ale w końcu się udało i dotarłem do drogi, po której prowadzi niebieski szlak rowerowy. Do niego właśnie zmierzałem i odtąd było prosto, pomijając duże ilości błota.
W Szczawnie-Zdroju, choć było już po zmroku, próbowałem znaleźć rynek, ale takowego tam widocznie nie ma. Niestety mój plan musiał ulec zmianie. Za Strugą miałem skręcić w teren i w końcu dojechać do Zamku Cisy, ale po raz kolejny plan się nie udał. Tym razem z powodu zbliżającej się nocy. Zacząłem więc szybko wracać do domu, zatrzymując się w Dobromierzu przy sklepie, bo byłem bardzo głodny. Wzdłuż Nysy Szalonej, przy świetle pełni księżyca do Jawora, a stąd przez Warmątowice Sienkiewiczowskie do Legnicy. Na koniec nadkaczawskimi wałami do parku. Rowerzyści tak wyjeździli tę ścieżkę, że ciężko się nią jedzie nocą.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Szlak Wygasłych Wulkanów, część 2

  110.85  05:47
Wypoczęty i pełen sił ruszam, aby dokończyć moją podróż Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Choć miałem pod górkę, to wiatr mi sprzyjał i w Sędziszowej byłem po nieco ponad godzinie ze średnią 26 km/h na liczniku. Niestety po wjechaniu w teren odczułem przeforsowanie po szosie i tempo szybko zaczęło spadać. Dodatkowo temperatura już od rana męczyła, przekraczając po południu 20 °C.
Widoczność nie była najlepsza, ale Ostrzyca, która była moim kolejnym celem, powoli zaczynała się wyłaniać z błękitu nieba. W Sokołowcu poznałem drogę, którą kilka dni temu wracałem ze Świeradowa-Zdroju. Później zjechałem znów w teren, ale tym razem ze sporą ilością kałuż oraz denerwującym babim latem. Pajęczyny były wszędzie. Już wolałbym potrojoną ilość kałuż niż ciągłe ściąganie niewidzialnych nici z twarzy.
Dojeżdżałem do Ostrzycy. Spory podjazd, stromy, ale nie poddawałem się. Minąłem grupkę nieletnich z marihuaną i myślałem, że to wagarowicze, ale im wyżej, tym więcej (już normalnych) uczniów. Z tego powodu, mimo zmęczenia, nie wypiąłem się ani razu. A na samym szczycie jeszcze 40-50 osób. Jednak to, co zrobili było... po prostu brak słów. Stali na drodze tak, że można było między nimi przejechać, a nim do nich dotarłem i jednocześnie osiągnąłem wzniesienie, zaczęli klaskać i wiwatować jak na jakichś zawodach. Dla mnie było to nieopisywalne uczucie. Ciekawe jak to jest na zawodach. Powinienem spróbować. Może ich nie wygram, bo wciąż daleko mi do profesjonalistów, ale dla samego siebie, satysfakcji, emocji – czemu nie? :)
Nie zostałem tam długo. Na Ostrzycy już byłem, a przy tylu turystach nie było mowy o odpoczynku. Wychwyciłem wzrokiem skręt w prawo i od razu zacząłem zjazd. Szkoda, że droga stara i nie dało się szybko zjeżdżać.
Przez Twardocice dostałem się do lasu, w którym ktoś usunął o kilka drzew za dużo podczas wycinki. Trochę się najeździłem zanim odnalazłem właściwą drogę i dotarłem do Czapel. Stąd po piachu i obok kopalni szlak znów się zaciera. Prowadzi na jakąś starą drogę, która kończy się na młodym lesie. Gdybym wiedział, to pojechałbym drogą obok, która nie zmusiłaby mnie do przedzierania się przez roślinność.
W Nowej Wsi Grodziskiej kupiłem coś na ząb (szukałem sklepu już od Proboszczowa) i skierowałem się do Grodźca, omijając maszyny wylewające asfalt. Nie planowałem wjeżdżać na sam szczyt, ponieważ byłem na nim już 2 razy, jednak trochę się zagubiłem. Chyba ktoś się rozpędził podczas malowania znaków szlaku żółtego, bo zauważyłem wyblakły piktogram na słupie daleko za miejscem, w którym szlak skręca. Może to był jakiś bardzo stary przebieg trasy?
Jeszcze raz zgubiłem szlak w Grodźcu, a później po błocie i przez las dojechałem do Uniejowic. W Wojcieszynie pomyliłem się, myśląc, że szlak prowadzi przez bród na Skorze, przez co znowu wykręciłem niepotrzebne metry. Została ostatnia prosta i już miałem znaleźć się w Złotoryi, ale tak prosto nie było. W lesie zabłądziłem, bo szlak prowadził prosto, ale więcej znaków nie znalazłem (drzewa były jeszcze w komplecie). Spojrzałem na mapę i wróciłem się do miejsca, w którym szlak powinien lekko skręcić. Jest to rozwidlenie, na którym również znajduje się piktogram żółtego szlaku. Zarówno ten po prawej, jak i po lewej wyglądają na tak samo stare, więc jak możliwe, żeby prowadziły w sprzecznych kierunkach? Ponieważ droga w prawo nie zawierała już żadnego znaku, to postanowiłem pojechać tą na lewo jako że szlak kiedyś tędy przebiegał. Droga z początku możliwa, ale skończyła się na zaroślach. Wygląda to jakby szlak został wyznaczony 20 lat temu i od tamtej pory nikt się nim nie zajmował. Droga zarośnięta przeróżnymi krzakami, a nawet drzewami. Niegdyś z całą pewnością jeździło tędy dużo pojazdów, bo w zarośniętej części szlaku odnalazłem rozpadający się murowany przepust.
Niestety z powodu nieprzejezdności drogi (nawet przejście jest niemożliwe) musiałem jechać po polu obok. Pod żwirownią odnalazłem żółte znaki, jednak prowadzące tylko do Złotoryi. W drugą stronę już nie, dlatego nie mam pojęcia czy jechałem prawidłowym przebiegiem trasy. Po drodze narzekałem na PTTK, że tylko tworzy szlaki, ale już ich nie utrzymuje. Przecież nie tak trudno jest wysłać kogoś, aby choć raz w roku pokonał trasę i sprawdził czy wszystko z nią w porządku.
Złotoryja mnie zatrzymała na dłużej. Nie mogłem odnaleźć dalszej drogi i na ślepo jeździłem po ulicach, próbując odczytać z mapy czy jadę dobrze. W końcu mi się udało odnaleźć szlak i dotrzeć do skrzyżowania nieopodal Rynku. Niestety nie był to koniec drogi. Szlak miał się skończyć na PKP, a biegnie dalej w nieznanym kierunku. Czy może to jest jakiś inny żółty szlak pieszy?
To był koniec mojej podróży. Już prawie zmierzchało, więc trzeba było pędzić do domu. Na szczęście z górki. Potrzebowałem aż dwóch dni na pokonanie całego Szlaku Wygasłych Wulkanów na rowerze, a co mają powiedzieć turyści poruszający się pieszo? Miło jest przebyć cały szlak, wiedzieć, że się go zdobyło, ale uciążliwe jest martwienie się o to, czy wciąż się tym szlakiem podąża, czy może gdzieś on nie skręcił. Taki problem rozwiązałaby baza szlaków aktualizowana na bieżąco, a nie raz na kilka dekad.
Kategoria Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Szlak Wygasłych Wulkanów, część 1

  104.02  05:24
Plan przejechania tego szlaku miałem jeszcze pod koniec wiosny. Przełożył się jednak na jesień. Trochę szkoda, bo chłód i krótki dzień nie były przychylne.
Wyruszyłem przed godz. 10, gdy temperatura rosła od 11 stopni w górę. Szlak zaczyna się w Legnickim Polu i tam się znalazłem. Akurat odbywało się jakieś święto policji i pełno było mundurowych. Możliwe, że przez dużą ilość radiowozów nie zauważyłem początku mojego szlaku, który znajduje się gdzieś na przystanku MPK. Za to na budynku przy drodze do Strachowic znajduje się tabliczka żółtego szlaku z kilometrażem i stamtąd oficjalnie rozpocząłem jazdę Szlakiem Wygasłych Wulkanów.
Do Mikołajowic szlak nie jest w ogóle oznaczony, więc już wiedziałem, że bez mapy przebycie całej drogi jest niemożliwe. Miałem ze sobą turystyczną mapę Gór i Pogórza Kaczawskiego ze szlakiem, także to była moja jedyna nadzieja – w internecie nikt nie udostępnił swojego przejścia trasy.
Za Snowidzą wjechałem na polną drogę, na której nie ma ani jednego znaku. Korzystając z GPS-a, ustaliłem jak należy jechać. Najpierw przeciętna polna droga, a później zarośnięta trawą i krzakami, zapomniana. Dalsza droga została zaorana, i to w bezczelny sposób, bo nawet słupek graniczny leżał wykopany.
Jest niby jesień, a jednak babie lato. Bardzo przeszkadzają te pajęczyny unoszące się w powietrzu. Miałem nadzieję, że nie będę miał z nimi wiele do czynienia.
Szlak Wygasłych Wulkanów jest szlakiem pieszym. Stąd też w Jaworze pojawiły się kolejne problemy, gdy trzeba było przedostać się jednokierunkową pod prąd. Dalej jeszcze na Rynku został zamalowany jeden znak, ale na plus jest możliwość poruszania się rowerem wokół ratusza.
Za Jaworem zaczął się porządny teren. Najpierw po żwirowej drodze, a później droga obok szczytu Rataj. Ponieważ na mapie są oznaczone w tym miejscu Małe Organy Myśliborskie, to postanowiłem na chwilę zboczyć ze szlaku, a gdy natrafiłem na niebieski szlak ścieżki spacerowej, to byłem pewien, że jestem na właściwej drodze. Trafiłem na sam szczyt bazaltowego wzniesienia, a później zsunąłem się po łagodniejszym zboczu, żeby zobaczyć całość z dołu. Niesamowity widok. Dowiedziałem się też, że znajdowało się tam grodzisko z zamkiem, jednak do obecnych czasów niewiele się zachowało.
Dojechałem do Myśliborza, a po wizycie w sklepie zatrzymałem się na Słonecznej Łące, żeby zjeść i odpocząć. Potem ruszyłem wzdłuż Wąwozu Myśliborskiego, zatrzymując się pod Skałką Elfów. Tyle o niej słyszałem, że sam chciałem zobaczyć jakie widoki się z niej rozciągają. Nie udało mi się wjechać, ale rower wepchnąłem aż na sam szczyt. Przepychając się w tłumie, udało mi się zobaczyć skromny widok na pałac w Myśliborzu i wioski leżące za Pogórzem Kaczawskim. Szkoda tylko, że jesień jeszcze nie zdążyła odwiedzić tego wąwozu, bo przydałoby się więcej koloru tym drzewom.
Dalej szlak wyprowadza z wąwozu, niestety znów na zaoraną drogę. Dobrze przynajmniej, że dało się jechać, choć ciekawi mnie jak turyści mają się przedostać po polu tuż przed żniwami. Na zdjęciach satelitarnych Google ta droga jest widoczna – tylko na zdjęciach.
Kolejnym celem była Czartowska Skała. Chciałem być jak najdokładniejszy w przejeździe po szlaku, dlatego spędziłem trochę czasu kręcąc się wokół góry, ale ostatecznie dałem sobie spokój. Szlak po prostu nie jest tam oznaczony. W dodatku dalej prowadził do Pomocnego po zapomnianej drodze i trochę się namęczyłem jadąc po grząskim gruncie.
Lubię lasy, ale ten szlak przydałoby się odświeżyć. Za Kondratowem wjechałem do kolejnego lasu, w którym wytyczenie głównych dróg spowodowało, że te boczne zostały zapomniane. Po gałęziach i różnych odpadach po wycince drzew, szlak pokierował mnie do głównej drogi leśnej, a następnie do Gozdna. Stąd między szopą i płotem dwóch gospodarstw prowadzi rzadko uczęszczana ścieżka, która ciągnie się skrajem lasu do polnej drogi. Niestety też rzadko kto ją odwiedza. Jakimś cudem udało mi się nie zjechać ze szlaku i znalazłem się na ścieżce wyjeżdżonej przez motocyklistów. W oddali było słychać pobzykiwanie ich maszyn, więc starałem się szybko przemieszczać.
Szlak kontynuował po zarośniętej drodze, o której już dawno zapomniano. Jak na złość zgubiłem mapę, a to była moja jedyna pomoc na tym szlaku. Musiałem się kilkaset metrów po tej trawiastej drodze wrócić. Mapa leżała, ciut ubłocona, ale przydała się zaraz za lasem. Tam spotkała mnie niemiła niespodzianka. Droga znów została zaorana, i to tak dawno temu, że nawet na zdjęciach satelitarnych jej nie widać. Spojrzałem na kompas i ruszyłem – niestety po przeoranym polu z dużymi bruzdami uniemożliwiającymi jazdę. Rower cały czas trzeba było ciągnąć. Jak dotarłem do lasu, to znalazła się droga, która teraz prowadzi donikąd (logicznie rzecz biorąc – do pola, ale dla turysty to jest ślepy zaułek). Nie odnalazłem jednak ani jednego znaku, więc zacząłem podjazd w górę tak, jak pokazywała mapa. Odnalazłem żółte znaki i jadąc, dopiero w połowie drogi zobaczyłem, że się wracam. Przebieg szlaku został zmieniony i to dobrych kilka lat temu, ale niestety nikt nie kwapi się do zaktualizowania map. Musiałem źle zinterpretować znak skrętu z wykrzyknikiem w miejscu skrętu starego przebiegu szlaku. Zawróciłem i zaintrygowała mnie ścieżka, którą podążało kilka osób. Prowadziła na szczyt Wielisławki, na której znajdują się ruiny zamku oraz schroniska, a także punkt widokowy, z którego – przy zachodzącym słońcu i miernej widoczności – nie było ładnej panoramy.
Na dole czekała mnie miła niespodzianka – Organy Wielisławskie. W końcu je zobaczyłem z bliska, i są olbrzymie. Poczułem się taki mały stojąc pod nimi. Nie mogłem jednak marnować czasu, bo zbliżał się wieczór. Gdy odjechałem i zniknął mi z oczu szlak, to zorientowałem się, że znów zgubiłem mapę. Odnalazłem ją i uznałem, że to koniec na dziś. Nie udało się zamknąć planu w jednym dniu, ale to wyłącznie ze względu na krótki dzień oraz trudności w poruszaniu się po tym szlaku. Tak samo przecież było na rowerowym szlaku Orlich Gniazd.
Droga powrotna bardzo prosta, bo nie dość, że miałem z górki, to jeszcze wiatr wiał w plecy. Niestety przez chmury szybko zrobiło się ciemno, ale do Legnicy dotarłem przed nocą, poprawiając średnią 16-17 km/h.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Zawidów, Olszyna, Świeradów-Zdrój

  165.88  08:07
Ruszam wcześnie na dworzec PKP, żeby po godz. 8 znaleźć się w Zgorzelcu. Poranek mroźny, temperatura poniżej 5 °C. O ile w lecie marzy się o cieniu w postaci lasów czy przydrożnych drzew, o tyle dzisiaj marzyłem o ich braku. W nocy był przymrozek, co widać po białej trawie. Wydaje mi się jakby ta jesień przyszła szybciej niż w zeszłym roku.
Równym asfaltem do Sulikowa, dalej terenem i wojewódzką, i nawet nie zauważyłem kiedy znalazłem się w Zawidowie. Wjechałem na sekundę do Czech, ale że podjazd nie miał końca, to zawróciłem. Próbowałem zrobić zdjęcie kościołowi, jednak tylko go objechałem drogami jednokierunkowymi i nie znalazłem wjazdu. Chyba jedynie mieszkańcom dane jest odwiedzanie tej świątyni. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć do Platerówki. Stąd do Lubańskiego Wielkiego Lasu. Początek dobry, bo jechałem po jakimś starym, rozlatującym się asfalcie, ale rozjeżdżony teren i droga, która nie nosiła już od kilku lat żadnego pojazdu nie były najwygodniejsze. W samym lesie więcej było prowadzenia roweru niż jazdy. W końcu, po pół kilometra przedzierania się, dostałem się na dobrą leśną drogę. Stąd już było z górki do Zaręby, gdzie zatrzymałem się na chwilę – w końcu znalazłem sklep.
Z Zaręby czekał mnie kolejny teren z kamieniami i wielkimi kałużami po jednej stronie lasu i szutrem po drugiej. Wyjechałem w Kościelnikach Średnich. Przedostałem się przez Kwisę po kładce dla pieszych i dojechałem do Olszyny. Miasto albo rozbudowuje się, albo nadal naprawia skutki zeszłorocznej powodzi, co zauważyłem na słupie powodziowym, który stoi obok kościoła.
Słońce grzało, ale mroźny wiatr nie pozwalał zdjąć z siebie bluzy. Temperatura dochodziła do 24 °C. Jechałem tak przez Gryfów Śląski do Mirska, a dalej do Świeradowa-Zdroju. Planowałem zobaczyć to miasto za dnia, jednak gdy zobaczyłem podjazd do centrum – zrezygnowałem. Jechałem dalej, jednak zatrzymała mnie smażalnia ryb. Pomyślałem, żeby coś zjeść dobrego. Niestety obsługa się gdzieś ulotniła i po odczekaniu kilkunastu minut odjechałem. Przed sobą miałem długi podjazd aż do Rozdroża Izerskiego. Z niego – leśnymi drogami przez góry. Planowałem to już w zeszłym roku podczas powrotu z Gór Izerskich, tylko tym razem robiłem to za dnia.
Dojechałem do Rozdroża Izerskiego. Nie sądziłem, że jest tutaj tak wysoko. Pod osłoną nocy podjazdy wyglądają inaczej. Leśna Chata, którą mijałem tutaj rok temu już nie istnieje. Ciekawe co powstanie w jej miejsce. Wjechałem na wygodną drogę leśną. Myślałem, że będzie to jakiś straszny podjazd, a po krótkiej chwili zaczynałem długi zjazd. Zauważyłem ciekawą rzecz, że przy znacznej prędkości nie odczuwa się rynien znajdujących się w drodze. Dostałem się do Chromca tak jak planowałem. Dalej przez Barcinek w stronę Siedlęcina. Jechałem asfaltem aż dojechałem do zakładu metalurgicznego. Nie przyjrzałem się szczególnie mapie przed odjazdem i myślałem, że to będzie droga do kolejnej miejscowości, a asfalt się kończył na bramie. Wjechałem na drogę terenową, którą zjechałem do zapory na Jeziorze Wrzeszczyńskim. A stąd już asfaltami do Siedlęcina.
Miałem przed sobą trochę podjazdów. Najpierw obok Góry Wapiennej, za którą czekał mnie dłuższy zjazd. Obawiając się, że będę musiał robić jakiś niepotrzebny podjazd w tej kotlince, wjechałem na drogę terenową. Myślałem, że to będzie skrót, ale był tak kamienisty, że szybciej pokonałbym ten dystans jadąc dalej po asfalcie.
Czernicę pamiętałem. Byłem tutaj podczas wizyty nad Jeziorem Pilchowickim. Pamiętałem też długi podjazd. Nie miałem wyjścia i zdobyłem po raz drugi Skałę albo raczej jej zbocze.
Z Rząśnika, mając po swojej lewej widok na Ostrzycę, dojechałem do Nowego Kościoła. Byłem coraz bliżej domu. Szybko dojechałem do Złotoryi. Słońce zniknęło za horyzontem, a wiatr, który miał wiać lekko w plecy przeszkadzał coraz mocniej. Kilometry leciały szybciej niż zwykle i do Legnicy dotarłem po godz. 19. Miałem nadzieję, że coś zrobili z ul. Złotoryjską, ale nie, nadal można na niej powybijać zęby.
Jesień jeszcze nie zdążyła pokolorować zbyt wielu drzew, ale te już dotknięte kolorowym pędzlem są bardzo piękne. Coś mi się wydaje, że będę miał dużo czasu, żeby napatrzeć się na zmieniający się krajobraz. Ciekawe dokąd mnie poniesie następnym razem.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, dojazd pociągiem, Góry Izerskie, rowery / Trek

Lasami z Węglińca

  105.07  04:55
Planowałem na dniach zrobić tę trasę i choć dzisiaj wstałem leniwie późno, to po godz. 13 pędziłem na pociąg do Węglińca. Legnica mnie nie lubi, bo miałem czerwoną falę na światłach i na schodach do peronu słyszałem jak zgrzytają koła pociągu – mojego pociągu. Nie zdążyłem. Zjadłem część obiadu, który miałem ze sobą i pomyślałem, żeby po prostu pojeździć po lubińskich lasach, bo do kolejnego pociągu była godzina. Zmieniłem zdanie i wolnym tempem ruszyłem w miasto. Wykręciłem 7 km i z dużym zapasem czasu wróciłem na dworzec.
Po prawie godzinie byłem w Węglińcu. Chwilę się po nim pokręciłem i leciałem dalej, żeby mnie zbyt wcześnie zmrok nie zastał. Na początek droga między lasem i linią kolejową aż do stacji w Zagajniku. Nie musiałem więc jechać do Węglińca, jednak był to też wyjazd zaliczeniowy, dlatego wolałem zahaczyć o to miasteczko.
Wjechałem do lasu. Prowadził mnie zielony szlak rowerowy oraz mapa. Plan wyznaczyłem z Mapami Google, a te niestety się nie popisały, bo znaleziona droga nie istnieje. Zacząłem kombinować z bocznymi dróżkami – czasem wygodnymi szutrami, czasem zarośniętymi i podmokłymi. Udało się dojechać do Osiecznicy – kolejnego celu. Dalej znalazłem się w Kliczkowie. Gdzieś czytałem o zamku w tej miejscowości. Obecnie znajduje się tam hotel, a wokół kompleksu rozsiane są budynki mieszkalne o interesującym wyglądzie.
Jadąc dalej widziałem ostrzeżenie o niewybuchach. Ja jednak nie miałem zamiaru jakichkolwiek szukać. Po drodze minąłem sporo grzybiarzy-saperów, ale widocznie nic sobie nie robili z tych ostrzeżeń. Gdyby jeszcze droga była mniej piaszczysta, to nie miałbym na co narzekać. Ominąłem szczęśliwie tereny wojskowe bez napotykania na jakiekolwiek zakazy i wyjechałem z lasu, mijając kolejną tabliczkę ostrzegającą o ryzyku śmierci.
Jeszcze jeden las, w którym musiałem ominąć tereny wojskowe – tym razem poradziecki skład amunicji. Droga wygodna, choć dużo kałuż. Miejscowi rowerzyści wyjeździli jednak szlak, dzięki czemu nie wybrudziłem tak bardzo roweru.
Do Gromadki dotarłem po zmierzchu. Robiło się coraz zimniej i jechało się coraz ciężej. Z Modły do Rokitek przedostałem się przez ciemny las. Dalej już było gorzej, bo dziurawy asfalt i mgły potęgujące przeraźliwe zimno, a to obniżało temperaturę do zera stopni.
Niestety wiatr miałem w twarz, dlatego skrócenie drogi nie wchodziło w grę. Z Jaroszówki pojechałem do Liśca, a później wjechałem w teren, bo miałem dość tego dziurawego asfaltu. Dalej do Zimnej Wody i znów dziurawym asfaltem do drogi krajowej. Pomyślałem, żeby stąd dostać się prosto do Legnicy, ale wiatr wiał w twarz i zrezygnowałem z tego zamysłu, wjeżdżając do lasu.
Byłem coraz bliżej domu. Cieszyłem się, że będę mógł się w końcu zagrzać, ale moje szczęście szybko się skończyło. Moja ulubiona droga dojazdowa do drogi pożarowej nr 11 została zastawiona kopcami z gruzu. Zaliczyłem glebę i zrezygnowałem dalszego omijania tych gór. Mam tylko nadzieję, że szybko skończą prace oraz że droga zostanie utwardzona, bo nie wiem gdzie ja będę jeździł w zimie.
Gdy dojeżdżałem do drogi z Miłogostowic do Dobrzejowa, przemknął przede mną rowerzysta. Było mi niestety zbyt zimno, żeby go dogonić, a jechał ponad 25 km/h i wciąż się oddalał. Może też marzł i marzył o szybkim powrocie do domu. Ja skręciłem na drogę do Pawic i co tam zastałem? Góry gruzu. Nie miałem ochoty jechać przez las, więc wróciłem się do asfaltu i dojechałem nim do Legnicy.
Zima zbliża się wielkimi krokami, a mnie do tegorocznego celu zostało jakieś 900 km. Mam nadzieję, że będę miał tyle sił, aby go spełnić.
Kategoria Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Kraków – Legnica

  334.71  15:24
Po wizycie w Warszawie nie byłem przekonany co do dzisiejszej podróży. Chłodno, pochmurnie, wietrznie. Do wyjazdu przygotowałem się w ostatniej chwili. Plan był taki, aby dostać się do Legnicy przed poniedziałkiem.
Wyruszyłem po godz. 15. Postanowiłem, że nie będę kombinował i pojadę drogą krajową. Od razu zaczęły się podjazdy. Dobrze, że pobocza były szerokie, to mogłem spokojnie sunąć pod górę.
Temperatura wynosiła na początku 15 °C, a z czasem spadła do 10. W nocy prognozowali nawet 5 °C, a mnie już było zimno w ręce. Tuż za Sławkowem zatrzymałem się na stacji benzynowej po wodę. Nawet spojrzałem na półkę z rękawicami roboczymi, jednak wszystkie wyglądały słabo, więc nie brałem żadnej pary.
W Dąbrowie Górniczej droga w remoncie. Szkoda, że nie skończyli tego przed moim wyjazdem. Jechałoby się z pewnością o wiele wygodniej. W ten sposób musiałem jechać wąską nitką, na której żadne auto nie odważyło się mnie wyprzedzić. A ruch zrobił się duży. Chyba nikt nie był zły na jednego rowerzystę?
Słońce zaszło za horyzont w Dąbrowie Górniczej. Planowałem jechać jak najkrótszą drogą i omijać obwodnice, jednak w tym mieście przegapiłem skrzyżowanie i jechałem za znakami zamiast spojrzeć na mapę. Od skrzyżowania dróg krajowych 86 i 94 do Bytomia auta pojawiały się sporadycznie.
Było coraz zimniej. Temperatura dochodziła do 6 °C. W Bytomiu i Zabrzu było trochę dymu. Na początku myślałem, że to mgła. Moja obawa wróciła niedaleko potem, bo momentami przejeżdżałem przez pola mgieł, a temperatura zaczęła spadać coraz niżej. Zaczynałem czuć zmęczenie. Zatrzymałem się na przystanku w Warmątowicach (ale nie Sienkiewiczowskich), a potem w Strzelcach Opolskich na stacji benzynowej, aby coś zjeść i wypić gorącą herbatę.
Droga do Opola także nie była przyjemna, ale znalazł się tam kolejny Orlen, więc znów mogłem ogrzać się i wypić gorącą kawę, aby nie zasnąć na rowerze. Oczywiście ominąłem obwodnicę w Opolu i przejechałem się nad Odrą. Ładnie mają tam oświetlone kamieniczki.
Za Opolem było najciężej. Mgły zaczęły skracać widoczność do tego stopnia, że nie asfalt był ledwo widoczny. Do tego temperatura bliska zeru. Ja zamarzałem, a na drodze było bardzo niebezpiecznie. Pocieszało mnie to, że od Opola do Brzegu nie minęło mnie ani jedno auto. Byłem zmarznięty i wyczerpany. Musiałem zatrzymać się na kolejnej stacji. Na ratunek przyszedł mi Brzeg. Nie chciałem się stamtąd ruszać, ale trzeba było pokonać resztę drogi.
Mgły trzymały do Oławy. Jak to dobrze, że zaczęło się przejaśniać. Zatrzymałem się na kolejnej stacji Orlenu, aby odpocząć, ogrzać się i napić, a potem ruszyłem do Wrocławia. Tam próbowałem się jakoś przedrzeć przez miejską dżunglę. Średnio, ale udało mi się. Słońce wzeszło i mogłem odżyć po tej okropnej nocy. Niestety jazda przestawała być komfortowa i co kilkanaście kilometrów robiłem postoje, aby rozprostować nogi i dać odpocząć siedzeniu.
Zaraz za Środą Śląską wjechałem w teren, bo nie potrzebuję jechać przez Prochowice. W Proszkowie planowałem, aby pojechać przez Kwietno, jednak zrezygnowałem ze względu na zbyt dużą ilość kałuż. Pojechałem najpierw kamienistą drogą, a dalej asfaltami prosto do Legnicy. Niestety poranek był upalny. Zupełnie niesprawiedliwe, gdy w nocy atakowały mnie mgły, a za dnia słońce.
Kategoria z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, Polska / małopolskie, Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, Polska / śląskie, Polska / opolskie, rowery / Trek

Chełm – Warszawa

  258.60  13:30
Koniec lenistwa, pora ruszać w długą drogę na Dolny Śląsk. Plan nie był prosty, bo składał się z kilku różnych kierunków podróży. Na sam początek Warszawa. Postanowiłem wziąć ten dystans na raz i to przy niekorzystnej prognozie pogody.
Dzień nie zapowiadał się dobrze. Wstałem o wiele za późno, przez co wyruszyłem na kilka minut przed godz. 8. Było przede mną około 250 km, czyli niecałe 12 godzin jazdy w normalną pogodę, jednak dzisiaj takiej nie było. Silny wiatr z północnego-zachodu bardzo chciał, żeby mój plan się nie udał. Jechałem z prędkością 15–17 km/h pod wiatr, czasem udawało się wyciągnąć ponad 20 w obszarze zabudowanym czy w lesie. Niebo było prawie bezchmurne, ale wiatr sprawiał, że temperatura oscylowała w granicach 9–11 °C. Postanowiłem robić jak najmniej przystanków, aby nie wychładzać się, a że miałem na sobie dużo ubrań, to nie chciałem się też spocić. To postanowienie dotyczyło także zwiedzania – nie zatrzymywałem się w żadnym mieście na dłuższą eksplorację.
Wydawało mi się, że będzie to nudna podróż, ciągła walka z wiatrem. Kilometry wpadały powoli, a ja chciałem być już na miejscu. Po drodze założyłem jeszcze jedną kurtkę, tak było zimno. Niestety nie miałem pełnych rękawic, toteż chowałem dłonie w rękawy. Mało wygodne, jednak chroni palce przed zimnem.
Przez Wierzbicę i Wólkę Cycowską dojechałem do Nadrybia, gdzie zaryzykowałem zmianą trasy. Nie wiedziałem co mnie czeka, chciałem tylko pokonać jak najkrótszą drogę. Przejechałem wśród pól, ale po asfaltowej drodze, wyjeżdżając w Uciekajce, przez którą prowadzi wyłożona kostką brukową droga dla rowerów. Wyjątkowo stara, bo na pewnym odcinku połowa szerokości została pochłonięta przez las – słabo utwardzone podłoże powoduje zsuwanie się kostki do rowu. Droga powstała oczywiście za pieniądze unijne.
Szybko przejechałem przez Ostrów Lubelski i miałem za sobą już ¼ dystansu, a raczej dopiero, bo dochodziło południe, a przede mną był jeszcze taki kawał drogi! Jeszcze na dodatek zachmurzenie zaczęło się zwiększać, także słońca prawie nie było widać. Jedynie momentami wychodziło, żeby ciut przypiec swoimi promieniami. Ja miałem na sobie kilka ubrań, żeby uchronić się od wiatru, a słońce to wykorzystywało. Podłe słońce!
Gdzieś koło Klementynowa zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby uzupełnić płyny i wziąć coś pożywnego. W Leszkowicach zagapiłem się i skręciłem w złą drogę, ale na szczęście zaraz za wsią była polna droga, którą wróciłem na swój szlak. Droga była bardzo piaszczysta. Chyba nie polubię jazdy terenowej po Lubelszczyźnie. Za Żurawińcem znów zboczyłem z planowanej trasy, bo ktoś oznaczył moją drogę jako asfalt, a okazała się być drogą polną. Droga, im głębiej w las, tym stawała się bardziej piaszczysta. Niestety jazda poza drogą nic nie dawała, bo piach był wszędzie. Grr, piachy, wszędzie piachy. Za to muchomorki się tutaj bardzo zadomowiły – las był nimi cały wyścielony.
W Kocku kombinowałem trochę żeby zobaczyć coś ciekawego do uchwycenia na zdjęciu, ale nic nie przykuło mojej uwagi. Zabłądziłem tylko, skręcając zbyt późno w moją drogę. Za Hordzieżą kolejna polna droga, ale już nie tak piaszczysta, jak poprzednie – o tyle dobrze, bo przy tym wietrze nie była zabawna jazda z ciężkimi sakwami. Dobrze, że nadbagaż, który zabrałem do rodziny, zostawiłem, odciążając tym samym rower do niezbędnego minimum. Inaczej szkoda byłoby mi dętek na niektórych wybojach.
Gdzieś za Adamowem byłem w połowie drogi. Czułem ulgę, choć dochodziła godz. 16. Czułem, że dotrę do Warszawy bardzo późno. Choć właściciel hostelu upewnił mnie, że nie będzie problemu, to nie chciałem nadużywać gościnności. Wszak to nie motel, który jest otwarty 24 godziny na dobę.
Droga do Krzywdy przebiegała przez lasy po drogach asfaltowych, co dało mi ulgę i pozwoliło przycisnąć, żeby dojechać do celu jak najszybciej. We Wnętrznem zatrzymałem się na dłuższą chwilę. Byłem coraz bardziej zmęczony, choć pokonałem dopiero 150 km. Ten wiatr bardzo dokuczał. Mieszkańcy wsi sprowadzali swoje krowy z łąk, i to był znak, że zbliża się wieczór, gdy ja miałem jeszcze tyle drogi przede mną.
W Stoczku Łukowskim zatrzymałem się na stacji Orlenu po kolejną wodę i kawę, a do tego skusiły mnie kawałki jabłka, które, jak uważam, są nieopłacalnym zakupem. Ale kuszą i dobrze im to wychodzi. Zaraz wjechałem do kolejnego lasu. Z początku droga kamienista, a później piaszczysta, jednak miejscowi obeszli tę niedogodność, robiąc ścieżkę pomiędzy drzewami i wyszedł im dobry singletrack. Za lasem czekała mnie upragniona zmiana województwa z lubelskiego na mazowieckie – w końcu. Od kilkudziesięciu kilometrów na to czekałem. Niestety zapadł zmrok, więc włączyłem światła i ruszyłem do przodu.
Zatrzymałem się w Wielgolasie w kolejnym sklepie, bo męczyła mnie ochota na coś słodkiego, a cały prowiant, który miałem pod ręką już prawie zjadłem. Powinienem bardziej o siebie zadbać, bo jedzenie łakoci pewnie nie wpływa pozytywnie na wysiłek.
Widziałem jasne niebo i wiedziałem, że to Warszawa. Była coraz bliżej. Cieszyłem się z każdym kilometrem. Trochę współczuję warszawiakom, że nie mogą widzieć gwiazd, chociaż gdy kiedyś stałem pod Pałacem Kultury, to widziałem te najjaśniejsze :D
W Grzebowilku zatrzymał mnie przejazd kolejowy, który zamknął się przed moim nosem. Krew mnie zalewa, gdy nie zdążam. Po pięciu minutach, gdy nie doczekałem się żadnego pociągu, ominąłem szlaban i przeszedłem przez tory, aby znaleźć się w ciemnym lesie. Moje światła ciężko sobie radziły, ale dziury na szczęście omijałem. Bałem się tylko dzikich zwierząt, żeby mnie jakieś nie potrąciło ze strachu.
Stało się to, czego się bardzo obawiałem – opad konwekcyjny, który wygrażał się w numerycznej prognozie pogody, pojawił się w Gliniance, daleko przed granicą Warszawy. Zatrzymałem się na przystanku autobusowym i czekałem. Na szczęście niedługo, bo po jakichś pięciu minutach ustało, czuć było tylko zapach świeżego deszczu. Kusił mnie jednak autobus 720, bo dochodziła godz. 21, a pół godziny później miał przyjechać. Nie wiedziałem jednak czy można wprowadzić rower do autobusu, toteż darowałem sobie takie kombinacje, wsiadłem i ruszyłem dalej.
Zmieniłem plan. Już nie chciałem jechać bocznymi drogami. Skierowałem się do drogi krajowej. Miałem nadzieję, że nic mnie tam nie zabije. Dobrze trafiłem, bo droga ma pobocza o ponad metrowej szerokości i jechało się bardzo bezpiecznie, choć śmieci, po których jechałem nie pozostawiały przyjemnych wspomnień. Było jednak ciemno, a ja się spieszyłem i nie mogłem narzekać, zwłaszcza, że znów zaczęło kropić. Miałem nadzieję, że nie będzie takiej pogody do samego końca. Szczęśliwie to był ostatni opad.
Zatrzymałem się na pamiątkowe zdjęcie przy znaku drogowym. Zauważyłem, że wielu tak robi, a że dotarłem aż do stolicy Polski, to nie mogłem nie zrobić pamiątkowej fotki.
Na krajowej dwójce było tak pusto, jednak im bliżej centrum, tym więcej aut zaczynało mnie mijać. W stronę centrum miasta jechałem coraz szybciej, choć na skrzyżowaniach nie za bardzo się orientowałem w tych wszystkich dzielnicach. Patrzyłem tylko za znakami do Śródmieścia i weryfikowałem drogę w telefonie, bo wiadomo, że znaki potrafią wydłużyć jazdę przez miasto. Czasem tylko ścigałem się z jednym tramwajem i wygrałem, zostawiając go gdzieś daleko za sobą, choć jechałem maksymalnie ze 30 km/h.
Na rondzie w Grochowie trochę przekombinowałem, bo nie chciało mi się stać na kilku różnych światłach (miałem czerwoną falę na rowerze), więc najpierw skorzystałem z przejścia dla pieszych, a potem wjechałem na moją ulicę, przejeżdżając wszystkie pasy wszerz. Pewnie ktoś powie, że karygodne, ale to Warszawa, ulice były prawie puste, a ja w tej dżungli musiałem się dostać do celu, choć po łebkach.
Przejechałem po Moście Poniatowskiego, a potem mknąłem po buspasie, który był o tej porze otwarty, i dostałem się bezpośrednio pod Pałac Kultury i Nauki. Zostało mi już tylko dostać się do hostelu, choć z tym już był drobny problem. Mój plan działał tylko do Śródmieścia, a dalej musiałem poradzić sobie z ręcznie rysowaną mapką, którą zrobiłem podczas poszukiwań noclegu. Szło mi całkiem nieźle, w dodatku byłem sam na drodze, ale chwila nieuwagi i skręciłem za wcześnie. Korekta nie była niestety taka prosta ze względu na Cmentarz Powązkowski, który ciągnie się daleko. Musiałem jakoś zawrócić, a że ulica jednokierunkowa i rozdzielona szynami tramwajowymi i pasami zieleni, to najpierw pojechałem nieładnie po chodniku, a potem przedostałem się na drugą stronę drogi i wróciłem na właściwy kurs.
Znienacka zaczęły pojawiać się drogi dla rowerów, toteż musiałem zacząć z nich korzystać. Są bardzo niebezpieczne o tej porze, bo nieoświetlone i w ogóle to prawo o obowiązku korzystania z nich, gdy ulica jest pusta to naprawdę poroniony pomysł.
Do hostelu dotarłem na chwilę przed północą, także 2,5 godziny zużyłem na postoje. Miałem już tylko ochotę wziąć prysznic i w końcu odpocząć. Jakie to łóżko wygodne po tylu godzinach spędzonych w siodle!
Kategoria Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / mazowieckie, rowery / Trek

Lublin

  203.08  09:15
Niedziela, minęła ósma, dziś nie pada, jest niewielkie zachmurzenie, jednak słońce nie może się przedrzeć przez chmury – wygląda tylko na kilka chwil o poranku. Wiatr wiejący z zachodu z siłą 18 km/h nie powstrzymał mnie. Plan drugiej zaplanowanej wycieczki musiał się odbyć. Kierunek: Lublin.
Jechałem na początek znanymi drogami. Czasem lepszymi, czasem gorszymi. Zdarzyło się kilka kilometrów nowego asfaltu, odrobina piachu. Miałem jednak całe drogi tylko dla siebie, jakby wszystkie mijane wsi stały się wymarłe.
Dojechałem do Rejowca Fabrycznego. Próbowałem odnaleźć jakieś centrum, ale miałem pecha. Niczego ciekawego nie zobaczyłem. Daleko Rejowcowi Fabrycznemu do miasta Reja. Widoki poza granicami miasta też nie są ciekawe, jak na miasto przemysłowe.
W Krasnem przystanąłem przy tablicy informującej o zespole pałacowo-parkowym, ale że czas mnie gonił, to nie kłopotałem się już – wystarczyło mi, że zrobiłem zbędną pętlę po Rejowcu Fabrycznym. W Leszczance skręciłem w drogę przez las i tak mi się przyjemnie jechało, że przegapiłem skrzyżowanie. W samym lesie dużo grzybiarzy. Ta pogoda sprawia, że więcej jest grzybiarzy niż grzybów :D
Postanowiłem zrobić zdjęcie kościołowi w Oleśnikach, bo spodobał mi się kolor dachu – żółty. Teraz widzę, że niepotrzebnie zawróciłem, bo mogłem jechać prosto przez wieś i dzięki temu odrobinę odpocząć od wiatru, który na odcinku do Fajsławic wyjątkowo dawał się we znaki. Dalej było ciut lepiej. Po drodze minąłem sporo sadów, ale ogrodzonych, więc nie mogłem się zatrzymać. Przystanek zrobiłem w Rybczewicach w lokalnym sklepie, do którego wejście trzeba było znaleźć, bo nie jest widoczne od drogi – można omyłkowo wejść do czyjegoś domu.
Drogę do Bazaru mogłem sobie darować i skręcić do Pustelnika, ale Mapy Google mają tak słabe pokrycie dróg, że niestety podczas korekty planu nie wypatrzyłem możliwości zrobienia skrótu polną drogą. Zaliczyłem przez to kilka podjazdów, ale nie narzekałem na widoki. W dodatku co jakiś czas mijałem dziwne oznaczenia pomarańczowego szlaku rowerowego. Niestety nie znalazłem żadnych informacji, aby potwierdzić istnienie tego szlaku.
Za Krzczonowem wjechałem w kolejny teren, aby skrócić sobie drogę. Z początku wyło dobrze, ale potem ubita ziemia zamieniała się w błotnistą masę, także trzeba było jechać po trawie, żeby nie uwalić roweru.
Dojechałem do Piotrkowa, przez który przejeżdżałem rok temu podczas wyprawy Kraków – Chełm. Za dnia i na trzeźwo ciężko to miejsce poznać (wtedy drogę do Piask pokonałem na wpół śpiąc). Gdy przejeżdżałem przez Jabłonną, kierowca blachosmrodu użył spryskiwacza do szyb o zapachu cytrynowym. Pierwszy raz, gdy któremuś z tych idiotów się udało. Dobrze, że nic nie jadłem, bo pewnie zdenerwowałbym się. Na szczęście zaraz zjechałem z tej drogi wojewódzkiej, odczuwając ulgę, bo miałem wrażenie, że lubelscy kierowcy są najgorszymi wśród tych, których spotkałem.
W końcu zmieniłem kierunek jazdy na północny, a ponieważ obok płynie Bystrzyca, to miałem z górki. W Lublinie wjechałem na nową drogę dla rowerów, którą dotarłem do samego Zalewu Zemborzyckiego i tym samym mojego celu, na którym mi najbardziej zależało. Tamtejszej drogi dla rowerów, która okazała się być pieszo-rowerową, w dodatku wyłożoną kostką – cóż za rozczarowanie. Za jakieś 2 lata przestanie się nadawać do jazdy, bo już odcinkami niewygodnie się jedzie. Po drodze minąłem sporo rowerzystów, zarówno amatorów, jak i tych w sportowych ubraniach.
Przejechałem całą drogę i nie mogłem z niej zjechać. Chciałem przekonać się dokąd prowadzi. Po drodze było kilka przejazdów pod mostami, ale tak nieprzyjaźnie zostały te połączenia stworzone, że prawie przejechałbym wszerz po ulicy zamiast bezpiecznie pod nią. Niby zostało uchwalone jakieś prawo dotyczące znaków drogowych dla rowerzystów, ale zanim ktoś się pokwapi, aby zacząć respektować rowerzystów, minie wiele długich lat.
Rzecz, która mnie zadziwiła w Polsce – rondo na drodze dla rowerów. Powstało niedawno i łączy ze sobą 2 krzyżujące się drogi albo raczej odcinki, bo skręcając w jedną z odnóg, dojechałem do chodnika i aby dostać się na drogę, musiałem przejść przez pasy dla pieszych. Nie miałem jednak ochoty jechać główną ulicą i wybrałem spokojniejszą, którą prawie wjechałem przez skrzyżowanie na ulicę jednokierunkową pod prąd. To mi się najbardziej w Lublinie nie spodobało, że wzdłuż głównej arterii, która ma po 3 pasy ruchu jest ograniczenie do 50 km/h i brak jakiejkolwiek drogi dla rowerów. No, ale idea zrównoważonego transportu jest pojęciem obcym dla wielu projektantów dróg w Polsce. Niestety będzie to niezmienne przez jakieś 20-30 lat, gdy do władzy dojdą młodzi, którym może będzie zależało na lepszym życiu.
Dotarłem do Placu Zamkowego, który był wyjątkowo zamknięty dla ruchu. Odbywało się tam bicie rekordu Guinnessa zorganizowane przez Caritas. Chcieli ułożyć najdłuższy szereg jednozłotówek. Ciekawe czy im się udało i ile taśmy klejącej na to poszło (poprzedni rekord wynosił ponad 75 km).
Przeszedłem się pod zamkiem, potem po deptaku przez Stare Miasto, po Krakowskim Przedmieściu i w sumie nie miałem co zwlekać, więc wsiadłem na rower i ruszyłem w kierunku Świdnika. Aby ominąć drogę krajową, skierowałem się na jakieś boczne ulice, na których i tak był ruch. Trafiłem jeszcze na jakąś drogę dla rowerów z kostki brukowej i miałem dość. Lublin ogólnie ma strasznie głupich architektów, bo co raz spotykałem ulice o trzech pasach ruchu. Jedna z nich prowadzi do portu lotniczego w Świdniku. Ile aut mieści się do jednego samolotu, że tyle asfaltu tam wylali?
Zaraz za miastem budowa drogi ekspresowej, a co za tym idzie – pozamykane drogi. Na szczęście udało mi się trafić na objazd i wjeżdżając do lasu, trafiłem na jakieś osiedle w Świdniku. Po kilkuset metrach trafiłem na zakaz wjazdu rowerem i wybrukowaną drogę dla rowerów – znikąd w sumie, bo nie wydaje mi się, aby to było jakiekolwiek strategiczne miejsce tego miasta. W centrum nie natrafiłem na nic ciekawego poza jakąś wycieczką rowerową składającą się z kilku głupich rowerzystów (czekając na światłach w innym kierunku, zablokowali mi przejazd). Ta droga, jak zaczyna się, tak i kończy – nigdzie. Pomyślałem, aby zbadać dokąd prowadzi i dojechałem do chodnika. Ciekawe ile pieniędzy dostał (wyłudził?) pomysłodawca.
Dalsza droga była generalnie nudna. Jechałem z wiatrem, zastał mnie zmierzch, potem zmrok. W Bezku, gdy wjeżdżałem na piaszczystą drogę terenową jechałem po omacku, bo moje światła jakoś słabo oświetlały drogę. Chyba pora wybrać coś o większej liczbie lumenów. Gdyby tak było bezchmurnie i przyświecał mi księżyc, ale niestety nic z tego. W tych ciemnościach prawie pojechałbym do Stołpia, ale coś mi nie pasowało i zawróciłem. Do domu dotarłem po godz. 19, czyli jakieś 2 godziny spędziłem na odpoczywaniu w trakcie wycieczki. Wyszło jedynie 15 km więcej niż zaplanowałem.

Kategoria Polska / lubelskie, setki i więcej, terenowe, po zmroku i nocne, kraje / Polska, rowery / Trek

Włodawa

  144.37  06:36
W przerwie między opadami deszczu warto było się gdzieś wybrać. Zaplanowałem dwie trasy na tę wizytę w rodzinnych stronach. Ze względu na silny wiatr z zachodu, dzisiaj wypadło na Włodawę. Martwiła mnie ilość terenu, bo nawet nie wiedziałem w jakim stanie będą drogi.
Ruszyłem przed siebie, przez Krobonosz i Sawin. Wiatr wiał porywisty i jazda była nieprzyjemna. Musiałem się zatrzymać w polu kukurydzy, żeby wytrzeć smar z łańcucha, bo na chwilę przed wyruszeniem naprędce wyczyściłem napęd i nasmarowałem łańcuch. To jest ciężki okres dla mojego roweru, tyle kilometrów w tak krótkim czasie i jeszcze ta pogoda.
Jechałem prosto przed siebie, po równinach, od czasu do czasu podjeżdżając jakąś górkę, jednak z żadnej nie był widoczny jakikolwiek zachwycający widok. Ponure niebo spowite szarością potęgowało myśli o zbliżającym się końcu lata. W końcu, za Kosyniem wjechałem na pierwszą drogę leśną, drzewa zasłoniły wstrętny wiatr, a ja parłem przed siebie po grząskim szutrze. Nie było tak źle, jak myślałem. Znalazł się nawet jakiś stary asfalt, a po drodze minąłem kilkunastu grzybiarzy.
Wyjechałem z lasu, dostając się do stacji kolejowej Sobibór. Zauważywszy tablicę informacyjną na peronie, więc postanowiłem zatrzymać się na trochę i poczytać kawał historii o tym miejscu. W tej chwili znajduje się tam muzeum, ale podczas II wojny światowej był to obóz zagłady. Życie straciło wiele narodowości, jednak największe liczby mówiły o Żydach. Niemcy byli na tyle przebiegli, że pasażerowie pociągów jeżdżących linią kolejową po drugiej stronie drogi od obozu, nie wiedzieli o charakterze całego miejsca. Teren między stacją kolejową i obozem był przegrodzony budynkami oficerów niemieckich. Pod koniec istnienia obozu wybuchło powstanie, po którym Niemcy zdecydowali się zrównać to miejsce z ziemią. Do dziś zachowały się jedynie relikty obozu oraz prochy pomordowanych.
Miałem mały dylemat, gdy dojechałem do skrzyżowania z drogą leśną. Przejazd był zablokowany przez koparkę, a obok była informacja o zakazie wjazdu. Nie żebym się czepiał, ale była po lewej stronie, a że nikogo w pobliżu nie widziałem, to ominąłem przeszkodę i ruszyłem przed siebie. Po pewnym czasie dojechałem do miejsca, gdzie stara droga łączyła się z nową – widać było z jakich materiałów i ilu warstw powstaje. Duża ilość piachu wymaga specjalnych siatek, które powstrzymują podkład przed rozchodzeniem się na boki. Sprytne.
Po drodze minąłem dziesiątki grzybiarzy, aż wyjechałem na drogę asfaltową, z której wypatrzyłem kolejne kilkadziesiąt osób śmiesznie chodzących jedna za drugą, jakby myśleli, że naśladowani przegapili jakieś grzyby. W Orchówku wypatrzyłem mapę regionu z zaznaczonymi przeróżnymi szlakami. Gdybym tylko miał tyle czasu, żeby zjeździć te okolice, lasy są tutaj takie piękne.
W końcu dojechałem do miasta trzech kultur, czyli Włodawy. Akurat od 19 do 22 września trwał XIV Festiwal Trzech Kultur, który jest związany z katolicyzmem, prawosławiem i judaizmem. Osobiście nie mam pojęcia na czym on polega, nie zauważyłem też większych szczegółów w mieście, dlatego tylko patrzyłem. Na początek próbowałem uchwycić na zdjęciu cerkiew, która jednak była na tyle ukryta pośród drzew, że poza dachem nie udało mi się więcej zobaczyć.
Przejechałem się po moście na Włodawce, który to został wybudowany kilka lat temu przez wojsko w ramach szkolenia. Rzuciłem okiem na zarośla po drugiej stronie Bugu i ruszyłem dalej zwiedzać miasto. Wjechałem na ulicę o znikomym ruchu samochodowym, zaprojektowaną przez idiotów. Zakazu wjazdu rowerem, a obok droga dla pieszych i rowerów metrowej szerokości, po pół metra dla każdego. Po kilkuset metrach droga jest przerwana, bo na ścieżce stoi dom, a zaraz za domem znów znak zakazu wjazdu rowerem i, wydaje się, jeszcze węższa droga dla pieszych i rowerów. Bezmyślność architekta jest naprawdę imponująca.
Nie miałem ochoty dłużej zostawać w tym nieprzyjaznym dla rowerzystów mieście. Skierowałem się jeszcze do centrum, żeby zrobić jakieś zdjęcie i już mnie więcej tam nie widzieli. Na jakimś rondzie znów spotkałem się z kalectwem projektanta, tylko tym razem na drodze jest większy ruch. Uważam zatem za kompletny kretynizm robić drogę dla rowerów, aby rowerzysta musiał jechać slalomem, jadąc raz lewą, a raz prawą stroną drogi. Znów pojawiły się znaki zakazu wjazdu rowerem, ale ze względu na brak pobocza i ruch musiałem zastosować się do prawa. Co śmieszniejsze – na kolejnym rondzie kolor chodników sugeruje drogę dla rowerów. Ciekawe ilu rowerzystów dało się nabrać i zapłaciło mandat.
Przejechałem kawałek drogi krajowej i szybko odbiłem na spokojną wojewódzką. Wiatr, który wiał mi w twarz nie był bezpieczny, dlatego dobrze było ominąć tamtą krajówkę. Liczył się każdy las, aby zminimalizować siłę wiatru, ale niestety nie było ich za dużo przy drodze na zachód. Dobrze, że chociaż pojawiały się zabudowania.
Zaczęło się przejaśniać. O tyle dobrze, bo mogłem się ciut ogrzać w słońcu. No, pod warunkiem, że nie jechałem przez las, a w Lubieniu miałem skręcić w taką leśną drogę. Jak się okazało – skręciłem w najzwyklejszą asfaltową drogę. Teraz wiem, że ktoś po prostu zdewastował mapę, z której korzystałem, zamieniając kilkadziesiąt kilometrów dróg różnej klasy w drogi terenowe. To jest niestety problem otwartości OpenStreetMap. Jechałem więc przed siebie, zastanawiając się czy w którymś miejscu zaskoczy mnie prawdziwy teren. Doczekałem się dopiero w miejscowości Gatyska. W dodatku podłoże było piaszczyste i mało wygodne. Niespodzianką było dla mnie wjechanie do Poleskiego Parku Narodowego. Co prawda nie jechałem przezeń jakoś długo, ale jednak. W dodatku prowadził mnie czerwony szlak rowerowy z Woli Uhruskiej do Lublina.
Zaczynałem odczuwać duże zmęczenie, a słońce powoli chowało się za horyzontem. Dotarłem do Wierzbicy, gdy zapadł zmrok. Miałem już ostatnią prostą i pomyślałem, żeby w Ochoży-Kolonii przejechać się na skróty polnymi drogami. Nie był to najlepszy pomysł, zważając na ilość błota, które tam zawsze było po opadach deszczu i lepiło się do wszystkiego. No cóż, obowiązkowe czyszczenie gwarantowane.

Kategoria setki i więcej, Polska / lubelskie, terenowe, kraje / Polska, Chełmski Park Krajobrazowy, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery