Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

setki i więcej

Dystans całkowity:61323.98 km (w terenie 5379.79 km; 8.77%)
Czas w ruchu:3181:59
Średnia prędkość:19.03 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:413759 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:175271 kcal
Liczba aktywności:462
Średnio na aktywność:132.74 km i 6h 58m
Więcej statystyk

Łańcut – Chełm

  246.16  11:57
Dzień drugi mojej podróży w rodzinne strony. Obudziłem się obolały. Po wczorajszym dystansie i tak krótkiej nocy nie było łatwo wstać. Planowałem wyruszyć o godz. 6, jednak śniadanie wliczone w cenę pokoju można było dostać dopiero od godz. 7, dzięki czemu obudziłem się choć odrobinkę później.
Śniadanie miało być stołem szwedzkim, ale nie było. Miałem do wyboru parówki lub jajecznicę. Wybrałem drugą opcję. Do tego było kilka pokrojonych warzyw, jakaś sałatka, pieczywo, dżem. Zjadłem wszystko poza masłem, którego w całości nie udało mi się zużyć na pieczywie. Taki posiłek regeneracyjny był strzałem w dziesiątkę.
Wyjechałem chwilę po ósmej. Pomyślałem, żeby na początek przejechać się po Łańcucie. Nie dojechałem do zamku, ponieważ po parku jest zakaz ruchu. Zatrzymałem się tylko w sklepie na niewielkie zakupy na drogę i skierowałem się na wschód.
Pogoda poprawiła się i nie było tak pochmurnie, jak wczoraj. Brakowało tylko wyższej temperatury, ale wiadomo, że jesień się zbliża i poranki są coraz chłodniejsze. Wielki plus dla płaskich terenów. Podjazdów prawie nie było, a te, które spotykałem nic nie znaczyły. Cieszyłem się, ponieważ po wczorajszej walce nie miałem wiele sił, a mięśnie wołały o przerwę. Nie miałem wyjścia, musiałem to przetrwać.
Jechałem przez małe wsi, których rozległości niestety nie potrafiłem dokładnie określić ze względu na równinę ciągnącą się, gdzie nie spojrzeć. Z pewnością byłby pomocny wiadukt nad autostradą. Jeden taki spotkałem za Wisłokiem, ale tylko go ominąłem, ponieważ był w budowie.
Była akurat taka pora, że co chwila mijałem ludzi spieszących do kościoła lub wracających zeń. Dopiero za Sieniawą wjechałem na stary, leśny asfalt i zacząłem mijać grzybiarzy. Setki, w każdym krzaku ktoś się czaił. Nawet nie było się gdzie zatrzymać za potrzebą. Ale las pachniał pięknie. Stanowczo za mało lasów było na mojej drodze. Gdyby nie to, że chciałem dojechać do Hrubieszowa, to wyznaczyłbym drogę jakoś przez Roztoczański Park Narodowy. W sumie byłem kiedyś w tym parku lub w Parku Poleskim i pamiętam jak chodziło się ścieżkami po drewnianych kładkach. Trzeba sobie przypomnieć gdzie to było i wybrać się po raz kolejny.
W Cewkowie widziałem starą cerkiew z 1844, która rozpada się w oczach. A w następnej wsi, Starym Dzikowie, kolejna sypiąca się cerkiew, już młodsza, bo z 1904. Obie niszczeją, ponieważ w latach 1944-46 wysiedlono stamtąd Ukraińców i nie pozostał nikt, kto mógłby się opiekować tymi budowlami. Jako ciekawostkę napiszę, że w styczniu 2007, w drugiej z wymienionych cerkwi, były kręcone zdjęcia do filmu "Katyń" A. Wajdy.
Za Ułazowem wjechałem w pierwszy teren – polną drogę o nierównej nawierzchni. Jak zawsze bałem się, że ciężar bagażu może spowodować jakieś uszkodzenie, które w najlepszym wypadku udałoby mi się naprawić w ciągu pół godziny. Przejechałem cało, mijając opuszczone budynki PGR-u.
Moją trasę wyznaczyłem z Mapami Google, a te stwierdziły, że będzie mi wygodniej jechać drogą leśną aniżeli położoną kilka kilometrów obok drogą asfaltową prowadzącą przez Rudę Różaniecką. Cóż, nie przejmowałem się tym za bardzo przed podróżą, bo droga rzeczywiście tam była zaznaczona, nawet na OpenStreetMap.org. W Nowym Lublińcu zacząłem nierówną walkę po piaszczystej drodze. Szczęśliwie nie musiałem się podpierać nogą zbyt często – sakwy dodawały pewnej stabilności. W końcu, gdy wjechałem do lasu, wszystko się zmieniło. Droga szutrowa, prawdopodobnie niedawno oddana do użytku, była bardzo wygodna, o wiele lepsza od asfaltu. Nie chciałem stamtąd wyjeżdżać.
Jak wiadomo – wszystko, co dobre, szybko się kończy. Po kilku kilometrach skończyła się przyjemność i zaczęły kamienie. Mocno trzęsło. Jechałem możliwie po ujeżdżonych odcinkach, ale nie zawsze takie spotykałem. Jak mi się spodobał ten las na początku, tak teraz miałem go dosyć. Gdy w końcu udało mi się stamtąd wydostać, słońce wyszło zza chmur i zaczęło przypiekać, akurat w momencie, gdy pojawił się dłuższy podjazd. Za to na szczycie miałem ładny widoczek za plecami na ten ogromny las, który pokonałem. Trochę szkoda, że to wzgórze takie niskie, bo widok z wysokości na pewno robi wrażenie.
Dojechałem do Suśca, gdzie wprawiły mnie w zdumienie pasy rowerowe wyznaczone ze skrajni jezdni, po jednym dla każdego kierunku ruchu. A ciągnęły się przez kilkanaście kilometrów, póki nie dojechałem do Tomaszowa Lubelskiego. Po drodze minąłem wielu rowerzystów. Od razu widać, że inwestycja choć prosta, to bardzo użyteczna.
W Tomaszowie Lubelskim znów zatrzymałem się w sklepie, żeby kupić coś na drogę. Przez te dwa dni wypiłem stanowczo za dużo napojów energetycznych, bo czułem się mocno pobudzony. Niestety nic ponadto, bo nie przynoszą one żadnej dodatkowej energii. Zatrzymałem się na jakimś placu obok ronda i odpocząłem kwadrans. Może nawet za długo, bo mięśnie zaczęły wysyłać sygnał o zmęczeniu, gdy ruszyłem w dalszą drogę.
Była godz. 16. Miałem przed sobą obrzydliwą ilość podjazdów – dziesiątki wzgórz. Do tego wiatr wiał w twarz i było chłodno. Jak nic, pogoda mi nie sprzyjała. Bałem się, że mogę nie zdążyć przed zmrokiem z dotarciem do Hrubieszowa. Starałem się jak mogłem, ale opadałem z sił, a do tego po tylu godzinach w siodle zaczynałem odczuwać dyskomfort.
Plan dnia drugiego także musiał ulec zmianie. Chciałem jak najbardziej omijać drogi krajowe, ponieważ ta oznaczona numerem 74 jest drogą tranzytową, po której porusza się z pewnością duża ilość tirów. Stąd też w Adelinie chciałem przedostać się do Modrynia kosztem wydłużenia drogi. Niestety czas mnie ograniczał, dlatego zrezygnowałem z tego planu i zaryzykowałem jazdę jak najkrótszą drogą. Tak oto dotarłem do Hrubieszowa, punkt 19.00.
Przede mną jazda w mroku, a do domu jeszcze prawie 70 km. Drogi dziurawe, ulice nieoświetlone, fatalny wybór, ale nie miałem czasu na jakiekolwiek przeplanowanie. Jechałem najprostszą i najbezpieczniejszą drogą w kierunku Chełma.
Kolejne przeszkody szybko się pojawiały. Pierwszą były oczywiście Pagóry Chełmskie. Kilkadziesiąt podjazdów i mroźnych zjazdów mocno spowalniało mnie na drodze do spoczynku. Kolejną przeszkodę stanowiły mgły, które pojawiały się najpierw tylko w dolinach rzek, a później zaczęły rozkładać się na całej długości mojej drogi. Nie mogłem się zatrzymać nawet na moment, bo tak przeraźliwie było zimno, a każdy postój mógł się skończyć nieprzyjemnymi dreszczami i jeszcze większym wychłodzeniem. Starałem się więc przyspieszać jak tylko mogłem tam, gdzie mgieł nie było, a jak się pojawiały, wtedy jechałem sprawnie, ale bez nadmiernego wysiłku, żeby się nie pocić.
Gdy byłem kilka kilometrów od Chełma i widziałem na niebie blask świateł ulicznych, cieszyłem się, że jestem już niedaleko. Ostatnie kilometry w ciemnościach i znalazłem się w mieście, wyludnionym miejscu, przez które prowadziła moja droga do domu. Zostały ostatnie kilometry, które pokonałem, kończąc swoją dzisiejszą podróż po godz. 23. Nareszcie w domu!
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

Kraków – Łańcut

  226.03  10:04
Dzień nie zaczął się dobrze. Na początek zaspałem. Bałem się, że cały mój dzisiejszy plan legł w gruzach. Nie poddałem się i spakowałem cały bagaż plus nadbagaż (to historia na inny dzień), zwlekłem się po schodach przed kamienicę i tuż przed południem zacząłem moją długą i niepewną podróż w kierunku, w którym słońce wschodzi.
Na początek Wieliczka, do której dostałem się ruchliwą drogą krajową. Szerokie pobocze było po mojej stronie, jednak pagórki już nie. Ruszanie z takim bagażem nie jest łatwe, a co dopiero podjeżdżanie. Robiłem to powolutku, a auta omijały mnie na 2 metry.
Było późno, ale nie zrezygnowałem z planu i skrócenia sobie drogi poprzez dalszą jazdę drogą krajową. Wolałem spokojniejsze tereny, zwłaszcza, że prognoza pogody przewidywała przelotne opady. Tuż za Wieliczką – w Biskupicach – zatrzymałem się w sklepie na jakieś zakupy, bo przede mną daleka droga – ponad 440 km w planie 2-dniowym. Po wyjściu zorientowałem się, że goni mnie przeolbrzymia, czarna chmura. Obawiałem się jej, dlatego dawałem z siebie wszystko. Liczba podjazdów zaczęła się zwiększać, ale na zjazdach pędziłem ile sił w nogach. Z bagażem osiągałem prędkości rzędu 70 km/h.
Temperatura coraz bardziej spadała, poczynając od 22 °C w Krakowie, na 16 °C za miastem kończąc. Nie było odwrotu, więc jechałem dalej, zachwycając się widokami na wzniesieniach i zabudowaniami w dolinach. Jechałem drogami znanymi i nieznanymi, aż dotarłem do Bochni i stąd, robiąc kolejne podjazdy, do Nowego Wiśnicza.
Już z daleka widziałem zamek, jednak duży ruch uniemożliwiał mi zjechanie na drugą stronę jezdni i pstryknięcie fotki. Dojechałem więc do centrum miasta i zacząłem szukać drogi do budowli. Fragment widoczny z drogi wjazdowej nie jest tak okazały, jak cały zamek, dlatego postanowiłem wjechać drogą prowadzącą w górę, mając nadzieję na uchwycenie całej fortecy. Nie udało mi się to, jednak pokonałem bardzo spokojną drogę. Ostatnia dolina w Lipnicy Murowanej, za nią podjazd i dalsza droga – wzdłuż Dunajca – ciągnęła się daleko.
Z Gromnika do Tuchowa znów jechałem wzdłuż rzeki, tym razem Białej. Po drodze zatrzymałem się w napotkanym sklepie. Staram się zatrzymywać tam, gdzie nie kręci się zbyt duża grupka osób i jak na razie mam szczęście, że mnie nikt nie okradł. Pod względem bezpieczeństwa jest lepiej mieć kompana, który popilnuje sprzętu, ale z drugiej strony kto porywałby się na próbę ruszenia tak ciężkiego roweru o przesuniętym środku ciężkości?
W Tuchowie natknąłem się na wystawę, którą kiedyś oglądałem w Brzesku – wystawę pt. "Małopolska – przemiana". Jadąc dalej dojrzałem bazylikę i klasztor, ale nie chciałem szukać miejsca na najlepsze ujęcie. Czekał mnie bowiem morderczy podjazd, na którym piłowałem korbą, aż musiałem się kilka razy zatrzymać. Na szczęście dalej droga była mniej pagórkowata. Jechałem przez las, od czasu do czasu zatrzymując się, żeby zadzwonić w sprawie noclegu, ale nie mogłem złapać zasięgu. Myślałem z początku, że las mi w tym przeszkadza, więc cisnąłem dalej.
Kolejna zmiana wysokości w Woli Lubeckiej – zjazd z ok. 350 m n.p.m. do 220 m. Dalej, mimo kilkuset innych podjazdów, wysokość zmieniała się nieznacznie.
W Jaworzu Górnym miałem skręcić w teren i jakimiś wioskami dostać się do Rzeszowa. Niestety słońce schowało się kilkanaście minut wcześniej, co dyskwalifikowało ruszenie tamtą trasą. Chciałem się jak najszybciej znaleźć na miejscu, przedtem próbując złapać jakikolwiek sygnał w telefonie, co wciąż mi się nie udawało. Ubrałem się cieplej i ruszyłem w kierunku drogi krajowej nr 4, aby z nadzieją na jakikolwiek nocleg dojechać prosto do Łańcuta.
Pobocze było bardzo skąpe, więc jazda wymagała dużego skupienia. Starałem się omijać wszelkie obwodnice. W Dębicy jechałem jakąś marną drogą dla rowerów, ale bynajmniej nie mają najgorszych krawężników. Na jednym z przystanków zatrzymałem się, wyłączyłem i włączyłem telefon, i w końcu mogłem się gdziekolwiek dodzwonić. Ponieważ na tanią agroturystykę było już za późno (było po godz. 20, a przede mną jeszcze 2-3 godziny jazdy), to zadzwoniłem do alternatywnego miejsca – motelu.
Od kilkudziesięciu minut jechałem ciemną nocą, pośród pędzących aut. Tam, gdzie pobocze było, mogłem jechać spokojnie, ale na przykład w Lubzinie ktoś się na łby z pustakami pozamieniał. Jadę uważnie poboczem, a tam metalowe słupki. Nie dość tego – droga dwujezdniowa o jednym pasie ruchu, rozdzielona pasem z kostki brukowej i co kilkadziesiąt metrów na tym pasie znaki nakazu jazdy z prawej strony znaku. Tym sposobem kierowcy nie mieli możliwości mnie wyprzedzić.
Na szczęście więcej nie spotkałem się z takimi przeszkodami. W Ropczycach przegapiłem zjazd z obwodnicy, więc w sumie niepotrzebnie później się pchałem do centrum. W Sędziszowie Małopolskim już nie mogłem jechać obwodnicą ze względu na zakaz. Wyjeżdżając z miasta napotkałem na zamkniętą drogę, więc znów wydłużyła mi się droga. Od Trzciany prowadzi droga dwupasmowa, więc w Świlczy przeraziłem się, gdy przed placem budowy drogi ekspresowej nagle droga zwęziła się, a za mną jechał rządek blachosmrodów.
Spodobały mi się napisy w Rzeszowie na drogach wylotowych – informowały o miastach, do których prowadzą. Taka pozioma wersja tablicy informacyjnej E-1. Nie trzeba wytężać wzroku, żeby zobaczyć co jest napisane na tych poziomych znakach.
Rzeczą, która mi się nie spodobała są drogi dla rowerów. O ile tam, gdzie nie było zakazu ruchu jednośladem, to ignorowałem zjazd, ale jak tylko się pojawił, wskoczyłem na... no właśnie, na co? Rzeszowskie drogi dla rowerów są pomyłką. Nie wiem kto kładł tak nierówny asfalt, ale musiał chcieć zrobić na złość rowerzystom. Nie chciałbym mieszkać w tym mieście. Gdy tylko mogłem, to ignorowałem zakazy i jechałem jezdnią. Jeszcze te krawężniki, ale skucha.
Była 22:30, gdy zostało mi niecałe 20 km do Łańcuta. Udało mi się w godzinę pokonać tę drogę, bo byłem bardzo zmęczony. Podczas szukania noclegu skorzystałem z jakiegoś marnego portalu, który wskazał mi niewłaściwą drogę i musiałem się trochę namęczyć. Kilka godzin wcześniej, gdy dzwoniłem do motelu, powiedziano mi, że jest tam wesele i można po muzyce trafić. Tam, gdzie ja dojechałem była kompletna cisza. Nawet panowie policjanci cicho łapali piratów.
Zadzwoniłem ponownie do motelu i w końcu którejś z rzędu osobie udało się nakierować mnie na właściwą drogę. Tanich pokoi niestety nie mieli, zniżek także – jedyną możliwością był dwuosobowy ze śniadaniem za 80 zł. Rower wprowadziłem do jakiegoś zaplecza zamykanego na klucz, więc nie musiałem obawiać się kradzieży. Pokój luksusowy – telewizor, prysznic. W sumie pierwszy raz w takich warunkach nocowałem. Jedynie wesele za oknem oraz nocny DJ na korytarzu przeszkadzali. Byłem wykończony. Może trzeba było to rozbić na 3 dni?
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

Kazimierza Wielka

  161.72  07:15
Wyjazd zaliczeniowy. Pogoda piękna, niebo bezchmurne, tylko wiatr silniejszy niż wczoraj. Wyruszyłem do Niepołomic drogą z wczoraj. Ze względu na silny wiatr nie pojechałem przez Ispinę, a skręciłem na Puszczę Niepołomicką. Przez nią szybko przejechałem asfaltową drogą i znów zmagałem się z wiatrem.
Aby skrócić sobie drogę, skierowałem się na Wolę Drwińską. Natknąłem się na dziesiątki szybów wydobywczych ropy naftowej. Wyglądają jak miniaturki tych amerykańskich, które widziałem na filmach. Pobłądziłem trochę po tej wsi zanim zdecydowałem się na jazdę jakąś drogą (mapa była mało dokładna). Najpierw wygodny asfalt, później płytki betonowe, które od czasu swojej świetności zniosły już wiele, aż w końcu droga terenowa. Przegapiłem skręt i z całego mojego skrótu nic nie wyszło.
Znalazłem się w Szczurowej. Ta nazwa coś mi mówiła, jednak nie miałem czasu na zwiedzanie miasta. Było mi nijak po drodze. Jechałem teraz na północ, już nie pod wiatr. Najpierw przez Wisłę, a później po pagórkach.
W kierunku północnego-zachodu miałem łatwiej, bo wiatr nie męczył tak bardzo, choć czuć było jego zmieniający się kierunek. Droga była równa, więc dojechałem do Kazimierzy Wielkiej, natykając się na zamkniętą drogę. Szybko objechałem miasteczko i ruszyłem do Skalbmierza. Stąd ruszyłem na południowy-zachód, zostawiając za plecami płaską drogę. Czekało mnie kilka podjazdów, ale nie bezcelowych, bo z widokami na okoliczne wzgórza.
Z Proszowic wyjeżdżoną przeze mnie drogą wróciłem do Krakowa. W Nowej Hucie ciut się zagubiłem, ale na szczęście bez zbędnego błądzenia dojechałem nad Wisłę. Stąd ścieżką rowerową przez Kazimierz do domu.
Kategoria Polska / małopolskie, setki i więcej, kraje / Polska, Polska / świętokrzyskie, rowery / Trek

Via Regia Antiqua

  102.66  04:45
Zapowiadał się piękny i ciepły weekend. Mogłem więc wybrać się do Bochni, żeby przejechać szlak Via Regia Antiqua, który odkryłem kilka dni temu.
Poranek chłodny, ale było bezchmurnie, więc słońce po pewnym czasie zaczynało przypiekać. Wiało ze wschodu, czyli początek nie najłatwiejszy. Dojechałem szybko do Niepołomic przez znane mi wsi. Stamtąd spod parkingu ruszyłem na wschód terenem i asfaltami. W lesie jest chłodniej, więc w każdym miejscu, gdzie tylko wyglądało słońce od razu czułem promienie na ciele.
Nawierzchnia dróg w Puszczy Niepołomickiej jest bardzo zróżnicowana. Najpierw jechałem ujeżdżoną drogą szutrową, później wygodną leśną, po kolejnym skręcie kamienista i w końcu asfalt. Szybko przejechałem przez cały las. Kiedyś wydawał mi się większy.
W Damienicach zrezygnowałem z jechania do Bochni i ruszyłem niebieskim szlakiem rowerowym zwanym Rowerowym Pierścieniem Solnym "Salina Cracoviensis". Przez Rabę przedostałem się po kładce dla pieszych (zakaz jazdy rowerem ignorowany przez 80% rowerzystów), pod torami kolejowymi przejechałem tunelem o wysokości 1,3 m i... zgubiłem szlak. Nie chciało mi się już zawracać, więc w ciemno skierowałem się na południe. Dojechałem do szlaku, ale czarnego – mojego celu. Chciałem sprawdzić gdzie się zaczyna i dojechałem do mojej zguby – szlaku niebieskiego.
Via Regia Antiqua jest jednym ze szlaków Rowerowego Pierścienia Solnego "Salina Cracoviensis". Jest nazywany szlakiem łącznikowym i zaczyna się na skrzyżowaniu ze szlakiem niebieskim, a kończy w Chełmie. Prowadzi śladami solnego traktu kupieckiego. Droga jest wyłączona z ruchu za wyjątkiem mieszkańców miejscowości oraz rowerzystów. Idealna dla niedzielnych turystów. Droga wiedzie po wzniesieniu, z którego rozciągają się niesamowite widoki. Najpiękniejsze od strony północnej – panorama Puszczy Niepołomickiej. Tylko ta autostrada taka szpetna.
Po dotarciu do Chełma postanowiłem znaleźć jakiś most i dostać się do Niepołomic omijając drogę krajową. Dobrze, że szybko porzuciłem ten zamiar, bo nic bym nie znalazł (wnioskując po braku mostu na zdjęciach satelitarnych). Pojechałem do Dąbrowy, z której przez zachodnią część puszczy i Niepołomice dostałem się na wały nadwiślane. Z początku wygodna droga z reliktami asfaltu, ale później trawa. Do tego przejście przez tory z tabliczką, że przejście zabronione. No co mogłem zrobić? Wrócić się i wydłużyć jazdę okrężną drogą. Nie dzisiaj – oszczędzałem siły.
Dojechałem do Nowej Huty. Stąd chodnikami, drogami dla rowerów (nie wszystkie zostały logicznie stworzone) i kontrapasem wróciłem do domu. Odwiedziłbym jeszcze raz puszczę. Strasznie lubię jazdę po lesie, ale niestety do najbliższego lasu nie mam blisko. Lasek Wolski mnie nie ciekawi i takie najładniejsze miejsca, to dopiero za Niepołomicami czy Frywałdem. Tęsknię za lasami lubińskimi.
Kategoria Polska / małopolskie, setki i więcej, kraje / Polska, rowery / Trek

Trzciana

  114.67  04:56
Pogoda zapowiadała się tak dobra, że szkoda mi było kręcić się po samym Krakowie. Postanowiłem pojechać do Trzciany i zrobić coś z dziurą na mapie zaliczonych gmin, która to powstała po moim powrocie z Nowego Sącza rok temu.
Wyjątkowo zabrałem ze sobą tylko jedną sakwę, bo nie chciałem plecaka, a do pasa nie zmieściłaby się kurtka. W Krakowie 21°C, za miastem już tylko 18. Silny wiatr, jednak słonecznie. Z początku wykręciłem ładną średnią, ale gdy zaczęły się podjazdy, to i tempo spadało. Za to po wjechaniu na pierwsze wzgórze – w Zborczycach – mogłem się napawać niesamowitymi widokami. Myślałem, że po wizycie w Tatrach takie panoramy przestaną mnie urzekać, ale jednak tak się nie stało.
Od Chrostowej zacząłem jechać doliną Stradomki. Ładna dolinka, tylko jej wzniesienia zasłaniały słońce i było bardzo chłodno. Dopiero w Trzcianie się poprawiło.
Kolejny podjazd, dłuższy – do Leszczyny, i kolejne widoki na Beskid Wyspowy. Pięknie to wygląda. Szkoda, że mam tak daleko do tych miejsc i po pracy trzeba spędzić przynajmniej 2 godziny na dojeździe, co przy coraz krótszym dniu jest problematyczne.
Szybki zjazd stromą drogą i kolejna dolina. Następny – i ostatni – podjazd za Zawadą. Mniej stromy, ale widoki najpiękniejsze. Chyba dlatego, że było po zmroku i całe to piękno czerwonego nieba, świateł ulicznych latarni i zieleni krajobrazu nadawały uroku tamtemu wzgórzu.
Zaplanowałem, aby podczas drogi powrotnej przejechać przez Chełm w powiecie bocheńskim. Czwarta miejscowość o tej nazwie. Przez wieś przebiega szlak Via Regia Antiqua i spróbuję go przebyć, ponieważ prowadzi z Bochni do Chełma.
Została mi jeszcze długa droga powrotna. Ponieważ nie chciałem jechać Wielicką, przy której dobrych chodników jest jak na lekarstwo, a co dopiero mówić o drodze dla rowerów. Pojechałem ulicą bardziej na północ od Wielickiej, przy której już jest droga rowerowa, choć tutejsze krawężniki projektował ktoś nienormalny.
Chciałem przejechać aż do Ronda Mogilskiego, jednak zmieniłem zdanie i wybrałem krótszą drogę. Pomyślałem, żeby przejechać przez Kazimierz, ale zamyśliłem się i zjechałem na bulwary wiślane. Ominąłem Rynek, żeby nie robić niepotrzebnego slalomu.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Polska, rowery / Trek

Niedźwiedź

  192.12  10:24
Pomysł wycieczki powstał bardzo dawno temu, gdy męczyła mnie dziura na mapie zaliczonych gmin. W tytule nie chodzi bynajmniej o zwierzę – żaden niedźwiedź mnie nie gonił. Jest to nazwa miejscowości w powiecie limanowskim. Ponieważ gmina Niedźwiedź była po drodze donikąd (wszystkie drogi tam się kończą), to musiałem skierować się prosto do niej. Jednak jako że znajomi niespodziewanie odwiedzili Gorce, wjeżdżając na szczyt Turbacza, to postanowiłem iść ich śladem, przejeżdżając przez park narodowy szlakami rowerowymi, które skrupulatnie wybrałem z pomocą kilku map. Chciałem osiągnąć ten cel jak najmniejszym wysiłkiem.
Wyruszyłem rano, bo na wieczór zapowiadali opady i chciałem przed nimi zdążyć wrócić. Trasa do Myślenic oczywiście standardowa. W Swoszowicach martwił mnie brak przejazdu, a okazało się, że drogowcy kładą nowy asfalt. Wreszcie! Boczkiem jakoś przedostałem się, choć i tak ktoś do mnie coś mówił. Gdyby przynajmniej tam chodnik zrobili.
Zapowiadał się gorący dzień. Szybko dojechałem do Świątnik Górnych, a później Myślenic. Przepiękny jest widok na Jezioro Dobczyckie podczas zjazdu do Myślenic. Miałem pecha, bo zawiesił mi się telefon w Świątnikach i 12 km trasy nie nagrało się. Na szczęście nie była to duża strata, bo droga jest mi dobrze znana i później ją dorysowałem na mapie.
W Myślenicach jakoś źle pojechałem, bo znalazłem się po niewłaściwej stronie drogi ekspresowej. Na szczęście ślepy zaułek, który napotkałem nie był przeszkodą dla pieszych, więc przecisnąłem się wąskim chodnikiem i zaoszczędziłem sobie niepotrzebnego zawracania.
Dopiero na drodze z Lubienia do Niedźwiedzia zacząłem odczuwać niewielki podjazd, który rozpoczął się jeszcze w Myślenicach. W Niedźwiedziu zatrzymałem się w sklepie, a potem ruszyłem do Poręby Wielkiej. Tam niestety zastał mnie drobny deszcz. Martwiłem się, że się rozpada na dobre, ale kropiło ledwo 10 minut.
Przed wjazdem do Gorczańskiego Parku Narodowego kupiłem bilet ulgowy za jedyne 1,50 zł. Nie miałem ze sobą dokładnej mapy, ale osoba sprzedająca bilety powiedziała mi, że gdzieś dalej znajduje się punkt informacji. Nie mam pojęcia gdzie, bo zjeździłem i schodziłem teren, i nie zauważyłem niczego takiego. Pozostały mi mapy schematyczne, których jest kilka, ale są one dla bardzo niewyedukowanych turystów, bo szlaki narysowane są schematycznie, nie ma poziomic i w ogóle nie wiedziałem w którą stronę ruszyć.
W końcu znalazłem szlak rowerowy. Musiałem jechać przez Tobołczyk. Była to bardzo łatwa droga. Teraz wiem, że dobrze zrobiłem, bo jakbym miał jechać ścieżką, którą zaplanowałem, to nie wiem czy dałbym radę.
Jechałem czerwonym szlakiem rowerowym. Co chwila mijałem miejsca postoju, jednak w większości były to stojaki na rowery zamiast ławek. Jak już znalazłem ławkę, to zatrzymałem się na małe co nieco, zresetowałem telefon, który znów zgubił kilkaset metrów trasy i ruszyłem dalej. Co jakiś czas kropiło, ale nie przeszkadzało to tak bardzo. Na szlaku było pusto, a końcówka drogi przed Tobołczykiem robiła się coraz bardziej stroma. Spotkałem dwóch downhillowców, którzy od rana wjeżdżali wyciągiem i pakowali się na sam dół. Jest tam niebezpieczne miejsce, bo szlaki przecinają się wśród drzew, stwarzając zagrożenie dla życia.
Kawałek za koleją linową napotkałem drogę zrytą przez wycinkę drzew i dalej samych leśników. Ani wyminąć jadący wolno ciągnik – musiałem się wlec za nim. Nie narzekałem za to na widoki. Na kolejnej polanie szlak rowerowy skręcał. Jazda na wprost była niemożliwa z dwóch powodów: wzniesienie było strome oraz jest tam zakaz wjazdu rowerem.
Na Kopanej Drodze, w którą skręciłem było trochę błota, ale też sporo turystów. Jedna dziewczyna chciała, żebym ją podwiózł, zaś gdy omijałem inną grupkę turystów przed sporą kałużą, jeden z nich podjudzał mnie, żebym przejechał przez środek bajorka. Nie dałem się, bo nie planowałem żadnych błotnych kąpieli na dzisiaj.
Jak pogoda z rana była przepiękna, tak teraz prawie całe niebo pokrywały chmury. Przejrzystość powietrza stawała się coraz gorsza, ale widok na Tatry mimo wszystko przepiękny. Od czasu do czasu kropiło, co mnie martwiło przy takim zachmurzeniu – czy się nie rozpada na dobre.
Szlak zaczynał się robić wymagający. Kamienie, błoto, ich połączenie – czyli mokre kamienie, na których ślizgało się koło. Gdy turystów nie było, to jakoś jechałem, ale gdy się pojawiali, to nie dało rady ich wyminąć, bo albo szli całą szerokością, albo akurat po bardziej przejezdnej części ścieżki. Wtedy przystawałem i czekałem aż podejdą kawałek i zrobi się szerzej lub po prostu wprowadzałem na bardziej stromych odcinkach rower, żeby znaleźć się jak najszybciej na szczycie.
Od pewnego czasu zastanawiało mnie czemu szlak jest oznaczony na czerwono i różowo – czasem na zmianę, a czasem dwa piktogramy na tym samym drzewie. Jechałem jednak dalej, bo skoro szlak był, to znaczyło, że jadę dobrze. Znalazłem się na południe od Turbacza, na polanie Długie Maki. Zaraz za mną wyjechało kilku motorzystów, którzy prawie poturbowali mijanych turystów, a gdybym tak ja zatrzymał się na dłużej na zdjęcia, to pewnie i mnie spotkałby przymus ucieczki. Szkoda, że walka z takimi idiotami jest walką z wiatrakami, bo o ile byłoby bezpieczniej bez nich na świecie.
Jechałem dalej, już w kierunku schroniska, ale zaczęło mocno padać. Najsilniejszy opad tego dnia. Na szczęście trwało to tylko kilka minut, a ja w końcu dostałem się pod schronisko. Chwilę odpocząłem, zjadłem coś z plecaka, obejrzałem mapę i zdziwiłem się, że pokazuje inny szlak niż ten, którym jechałem. Niestety na sam Turbacz nie można wjechać rowerem. Nie chciałem zostawiać swojego sprzętu na pastwę losu, więc wystarczyło mi zdobycie schroniska, które znajduje się 30 metrów niżej od szczytu.
Było zaledwie 16 °C, więc zabrałem się w drogę powrotną. Nie była ona prosta. Dziwnym trafem dojechałem do miejsca, w którym już byłem, czyli okrążyłem Turbacz. Dopiero teraz zrozumiałem, że dziwne oznaczenia na drodze były tak naprawdę dwoma różnymi szlakami rowerowymi: czerwonym i różowym. Tak się złożyło, że do schroniska pojechałem tym drugim, a w drogę powrotną udałem się czerwonym (pod prąd, patrząc na mój plan), docierając do tamtego skrzyżowania. Zawróciłem do schroniska i spróbowałem jechać w kierunku wschodnim. Tym razem udało mi się, jak plan zakładał.
Droga prowadzi przez Rezerwat Dolina Łopusznej. Jest tam wiele suchych i groźnie wyglądających drzew. Dodatkowo tabliczki zabraniają wkraczać do tego lasu podczas silnych wiatrów. Na szczęście wiało lekko, toteż szybko przejechałem to straszne miejsce.
Szlak się nieoczekiwanie rozdzielił. Czytałem gdzieś, że od drogi, z której zboczyłem zaczyna się niebieski szlak rowerowy. Administracja parku narodowego zamieniła go na szlak czerwony, także teraz jedynymi szlakami rowerowymi są czerwony oraz różowy, który prawie pokrywa się z czerwonym. Teraz pomyśl którędy chcesz jechać, gdy wszędzie są czerwone. Na szczęście zauważyłem, że jadę nie tam, gdzie chciałem. Skorygowałem drogę, wchodząc na ścieżkę edukacyjną i podprowadziłem rower, od czasu do czasu jadąc jak na hulajnodze (stałem się konsekwentny w przestrzeganiu zasad). Odnalazłem szlak rowerowy i ruszyłem w długą podróż w dół. Na początek dużo błota, bo szlak jest w przebudowie. Prawdopodobnie dlatego zboczyłem z drogi. Potem droga zamieniła się w typowo leśną, choć mokrą, jak po deszczu.
Co mnie zdumiało, to ostrzeżenie o wycince drzew i grząskiej drodze. Nie był to żaden zakaz wjazdu, jak to zawsze bywa podczas wycinki. Myślę jednak, że jest tak tylko dlatego, ponieważ wycinka znajduje się gdzieś dalej w lesie, a drogą jedynie jest transportowane drzewo. Nie zmienia to jednak faktu, że mogłem legalnie tamtędy przejechać.
Pojawiło się więcej błota, a temperatura podczas zjazdu wahała się od 12 do 14 stopni. Nie zatrzymywałem się jednak, bo zjazd był świetny. Cieszę się, że zjechałem tamtą drogą. Niebawem Kamienica Gorczańska zaczęła szumieć obok mnie coraz to głośniej, aż dotarłem na sam dół, do jakiejś starej drogi asfaltowej, a następnie do drogi wojewódzkiej.
Drogę powrotną planowałem na oko. Nie sądziłem, że będzie ona przebiegać przez Beskid Wyspowy. Niestety ktoś narysował fikcyjną drogę na mapie i miałem nie lada kłopot. Próbowałem na początek znaleźć drogę, kierując się po zielonym szlaku pieszym. Wydawało mi się, że wjechałem na drogę podjazdową do jakichś zabudowań, jednak po powrocie do domu zobaczyłem na mapie, że jechałem prawidłowo i niepotrzebnie zawróciłem. Spróbowałem wjechać w jeszcze jedną drogę, a jako że była tam też polna droga na północ, to ruszyłem w nieznane z nadzieją na przejechanie tych gór. Droga skończyła się między łąką i lasem, więc wjechałem do lasu. Tam już tak dawno nikt nie jeździł, że droga stała się rowem odpływowym dla deszczówki. Wspinając się wyżej, przedostałem się do leśnej drogi, nowej i widocznie często użytkowanej.
Byłem bardzo zmęczony. Nierzadko zamiast jechać, to wbiegałem z rowerem pod bardziej strome odcinki. Nie zatrzymywałem się jednak przez komary. Dotarłem w końcu do szlaku – czerwonego szlaku rowerowego. Według mapy prowadził on na jakiś szczyt na zachodzie, czyli absolutnie mi nie po drodze. Zaryzykowałem i wjechałem na drogę tuż obok szlaku, drogę pokrytą grubą warstwą liści, czyli bardzo dawno używaną. Robiło się coraz stromiej, a gdy zacząłem się wywracać, to zsiadłem z roweru i ostrożnie stoczyłem się po kamieniach, znów docierając do normalnej leśnej drogi. Na następnym skrzyżowaniu zauważyłem niebieski szlak rowerowy. Byłem coraz bliżej cywilizacji.
Podczas dalszego zjazdu w dół zerwał się wentyl w przednim kole. Nie miałem pojęcia jakim cudem. Spędziłem kilkanaście cennych minut na zmianie dętki. Plusem był brak komarów, które nękały mnie wyżej. Niestety było coraz ciemniej, więc musiałem się spieszyć. Pośpiech sprowadził mnie na dróg, które zostały zorane przez leśników – albo przez ciągnięte drzewa, albo najzwyczajniejsze pługi. Nie dało się po tym jechać na moim rowerze, zwłaszcza po tym, jak kilkanaście minut wcześniej urwałem wentyl. Na dodatek co jakiś czas mijałem rozstaje dróg i nigdy nie byłem pewien czy zmierzam we właściwym kierunku. Szczęśliwie cierpienie niemożliwości jazdy nie trwało długo, bo zaczęły się bardziej przejezdne drogi. No, może w bardziej suche dni, bo jechałem po błocie, omijając drobny strumyczek, który płynął sobie środkiem drogi. Rower zdecydowanie będzie do czyszczenia.
W końcu wydostałem się! Wieś Półrzeczki, i koniec gór. Pokonałem ten masyw, nie poddając się. Mogłem przecież wrócić z Gorców do Mszany Dolnej, ale nie, uparłem się, żeby przejechać przez tamto wzniesienie. Pozostało mi już tylko dojechać do Krakowa. Niby prosto, ale zmęczenie dawało się we znaki. Miałem w sumie z górki, więc mknąłem przed siebie, z rzadka mijając auta. Za Stróżą wjechałem w terenową drogę przez sady i lasek. Obok płynął strumień, przez który kilka razy przejeżdżałem, czy to mostkiem, czy brodem.
Na mapę spoglądałem sporadycznie, żeby oszczędzać baterię, zapamiętując zbliżające się skręty. Doprowadziło to do niepotrzebnego, aczkolwiek krótkiego podjazdu w Raciborzanach, gdy zakręt okazał się być mniej łagodny niż na mapie.
Prawie że do samych Dobczyc miałem z górki. W mieście natknąłem się na zamknięty most. Spowodowało to, że zmieniłem plan. Zamiast przez Nową Wieś, Gorzków i Rzeszotary – jechałem drogą wojewódzką przez Wieliczkę. Nie podoba mi się ta opcja, bo ma kilka podjazdów, ale odechciało mi się badać w tak ciemną noc nowe miejsca.
Zaczęło padać, moja bateria w telefonie też się prawie wyczerpała. Musiałem zatrzymać się na przystanku i zacząłem kombinować. Zapasowe ogniwo zostawiłem w domu, ale ponieważ była noc, to wyciągnąłem baterię z drugiego telefonu, którym robię zdjęcia. Parametry techniczne ogniw w obu urządzeniach są takie same, więc spróbowałem. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że bateria jest za krótka. Całe szczęście, że nie za długa, bo wtedy miałbym twardy orzech do zgryzienia. Wcisnąłem w miejsce ubytku kawałki chusteczki higienicznej i wszystko działało jak należy. Deszcz też ustał, więc mogłem ruszać dalej.
Z Wieliczki jakoś udało mi się dostać do Starego Bieżanowa w Krakowie, dzięki czemu ominąłem ruchliwą drogę krajową. Później niestety wjechałem na Wielicką, ale nie było już tylu aut, co na krajówce. Później coś mi strzeliło do głowy, żeby skrócić sobie drogę na Zabłociu. Tak ją skróciłem, że niepotrzebnie się wydłużyła. Przejechałem się za to po bulwarach wiślanych. Miałem wrócić wieczorem, a dotarłem do domu o północy. Ja to mam szczęście do podróży.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

4 miasta, dzień 4: Czechy

  234.02  10:43
Dziś ostatni dzień i powrót do Krakowa. Przede mną długa droga, bo muszę się najpierw dostać do Ostrawy, której nie udało mi się osiągnąć wczoraj. Przewidywałem opóźnienie rzędu 50 km, czyli jak to było do Opola.
Obudziłem się ok. 6. Ta noc była cieplejsza niż minione, jednak od leżenia na twardym podłożu bolały mnie mięśnie. W przyszłym roku zaopatrzę się w materac. Różnicą między spaniem na odludziu i na campingu jest to, że w dziczy nie ma homo stupidus. Ze wszystkich stron do późnej godziny dobiegała muzyka. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie grało dziesięciu różnych DJ-ów.
Połączyłem się przed odjazdem z internetem, żeby sprawdzić drogę, bo nie miałem map terenów, przez które musiałem przejechać. Dowiedziałem się, że nie jest to górska droga i niepotrzebnie się bałem wjeżdżać do Czech od tej strony. Ruszyłem więc po godz. 7, podjeżdżając najpierw maleńkie wzgórze, a później zjeżdżając do Karniowa (czes. Krnov).
Pokręciłem się ociupinę pustymi ulicami i ruszyłem dalej po wygodnych ścieżkach rowerowych, zastanawiając się nad widokiem na pobliskie wzgórze. Wydawało mi się, że to pałac, ale oddalając się od miasta widok się zmieniał i domyśliłem się, że budynek o dwóch wieżach jest kościołem, a obok stoi wieża. W rzeczy samej jest to wieża Liechtensteinwarte na wzgórzu Cwilin (czes. Cvilín). Nieopodal zaś znajduje się może nie pałac, ale zamek, a właściwie ruiny zamku Šelenburk.
Jechałem w stronę Opawy (czes. Opava), mając obok rzekę o tej samej nazwie. Było trochę pagórków, ale jechało się wygodnie. Możliwe, że lekki spadek terenu dawał takie wrażenie.
Jak ja dawno widziałem trolejbusy. W Opawie miałem taką możliwość. Miasto ma dużo przestrzeni i jest takie zielone. Jaka szkoda, że nie zrobiłem więcej zdjęć. Gdzie ja miałem głowę?
Do Ostrawy kierowały mnie znaki. Niestety tak mnie pokierowały, że zamiast na drogę nr 56 wjechałem na drogę nr 11. Nie chciałem jechać tą drugą, bo znajduje się ona bliżej górzystych terenów. Szczęśliwie trafił się łącznik i dostałem się tam, gdzie chciałem, choć to kombinowanie wydłużyło mi podróż.
W Krawarzach (czes. Kravaře) zatrzymałem się na zakupy w markecie Penny. Dobrze, że samoobsługowy, bo przy kasie zrozumiałem tylko "dobrý den" i "pět korunek" :D Jako ciekawostka – miasto jest partnerem Lublińca, przez który przejechałem przedwczoraj.
W kolejnej miejscowości kierowca blachosmroda użył spryskiwacza do szyb, ale boczny wiatr zadziałał na moją korzyść. To chyba pierwszy raz, gdy spotkałem się z tego typu "bezmózgiem".
Droga do Ostrawy była smażeniem się na słońcu. Mało drzew, w ogóle brak lasów. Do miasta dojechałem przed południem, mając za sobą 70 km. Po drodze wyprzedzałem jakichś rowerzystów, którzy na podjazdach wyprzedzali mnie – wiadomo, sakwy dodają pędu na zjeździe, ale pod górę już nie jest tak łatwo. Przejechałem Odrę (jaka ona długa!), widziałem trolejbusy i tramwaje, jechałem drogą dla rowerów wydzieloną z jezdni.
Punktualnie o 12 dojechałem do jakiegoś rynku, na którym zawiesił mi się telefon. Szukałem jakiegokolwiek planu miasta, ale niczego w zasięgu wzroku nie dostrzegłem. Nie wiedziałem od czego zacząć zwiedzanie. Zaczepił mnie pewien młody Czech, mówiąc coś w swoim języku, ale odparłem swoją angielszczyzną, że nie rozumiem. Przyprowadził więc kolegę, który zna ten język. Dowiedziałem się, że chłopaki zaczepiają przechodniów i nagrywają ukrytą kamerą filmiki, które później trafiają na YouTube. Ja miałem paść ofiarą "drug prank", czyli narkotykowego żartu. Tym razem im się nie udało.
Nie znalazłem mapy, nie potrafiłem się odnaleźć w tym centrum, nie spotkałem żadnej otwartej restauracji, żeby coś zjeść. W ogóle mało ludzi na ulicach spotkałem. Niedziela jest chyba naprawdę czasem wolnym w Czechach.
Centrum miasta nie jest przyjazne rowerzystom. Dużo jednokierunkowych, ani jednej drogi dla rowerów. Czasem zdarzył się zakaz wjazdu pojazdami mechanicznymi, ale to mało. Z mojego kręcenia się po mieście wiele nie wyszło, więc zacząłem szukać drogi powrotnej do domu. Nie było to łatwe, bo trwał remont jednej z ulic, którą chciałem się przemieścić. Właściwie, to ulica zniknęła, a objazdu brak. Widocznie padł ofiarą wandali, bo odnalazłem dalej znaki i znalazłem się na drodze w kierunku Polski.
Było gorąco, przystanki robiłem co kilka kilometrów. Cieszyłem się z każdego cienia, choć nie było go zbyt wiele – słońce prawie cały czas świeciło w plecy.
Dotarłem do Karwiny (cz. Karviná). Na uroczym ryneczku zatrzymałem się pod restauracją Vanili i zasiadłem w ogródku. Jakoś dogadałem się z kelnerem i nawet dostałem polskie menu. Zamówiłem czeski specjał – placek węgierski. Po takim dniu bardzo smakował. Zjadłem bez pośpiechu i zapłaciłem, popełniając wielką gafę. Nie miałem pojęcia jak dać napiwek. W Polsce przyzwyczaiłem się, że zostawia się go w etui na rachunek, ale za rachunek służył tam kawałek kartki, na której kelner wpisywał ceny. Po zapłaceniu zabrał talerze i zniknął. Teraz wiem, że w Czechach napiwek jest niepisanym przymusem obyczajowym, ale w jaki sposób należy ów napiwek wręczyć, to nie mam bladego pojęcia.
Wjechałem do Polski. Najpierw trochę wzgórz, a później z wiatrem i słońcem w plecy w kierunku Pszczyny. Po drodze mijałem przepiękne Jezioro Goczałkowickie. Tak rozległe, że czułem się jak nad morzem.
W Pszczynie było bardzo dużo ludzi na Rynku. Było też bardzo gorąco, bo temperatura wynosiła 36 °C. Nie mogłem jednak robić przerw, bo przede mną było jeszcze wiele kilometrów drogi. Szkoda jednak, że nie zobaczyłem pszczyńskiego zamku, bo park leżący obok pięknie się prezentuje na mapie.
Podczas powrotu zaplanowałem zaliczyć gminę Osiek, bo miałem taką nieładną dziurę na mapie na zachodzie województwa. Ten rejon jest nazywany krainą karpia i minąłem sporą ilość stawów rybnych.
Miałem jechać przez Wadowice, ale ze względu na zmierzch oraz to, że jest tam więcej wzgórz, wybrałem drogę przez Zator. Do miasta dojechałem po zmroku. Mam to szczęście, że zawsze je zastaję zakorkowane.
Po zjechaniu z drogi krajowej spokojnie, w mroku, jechałem przed siebie. W Czernichowie pomyślałem, żeby pojechać przez Liszki i skrócić sobie drogę, było jednak zdecydowanie więcej podjazdów. Jeszcze tylko wizyta na Rynku i o 23 znalazłem się w domu.
To były piękne 4 dni. Nie sądziłem, że uda mi się w tym roku wybrać pod namiot, ale udało się. Nie było to prawda 5 dni, jak w zeszłoroczną majówkę (wtedy nawet planowałem 6-dniową wyprawę), ale przejechałem znacznie więcej kilometrów niż wtedy. Udało mi się też wykonać plan prawie w całości, a na pewno dojechałem do wszystkich docelowych miast i zebrałem setki wspomnień. Zobaczymy co przyniesie przyszłoroczna wyprawa.
Kategoria Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, za granicą, pod namiotem, kraje / Czechy, kraje / Polska, Polska / opolskie, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 3: kemping

  138.97  06:30
Kolejny dzień, kolejna noc spędzona na ściernisku, kolejne niewygody. Wstałem sporo przed szóstą, także widziałem wschód słońca o godz. 5.40. Temperatura w nocy znów nie sprzyjała, ale spałem dłużej niż poprzedniego dnia. Duża odległość od lasu spowodowała, że zwierzęta mnie nie straszyły. Nie te duże, bo myszy harcowały całą noc. Bałem się, że zaczną przegryzać się do namiotu, ale rano nie znalazłem żadnej dziury, więc chyba nawet nie próbowały.
Wyruszyłem punktualnie z dzwonami kościelnymi w pobliskim Pawonkowie. Po drodze minąłem jeszcze setki słomianych bel, przy których można było się rozbić. Gdyby jeszcze tak ściernisko było bardziej przyjazne namiotom. Po kilku kilometrach zatrzymałem się na gorącą kawę w spotkanym Orlenie. Zawsze można liczyć na tę markę.
Miałem przed sobą pół dnia opóźnienia, czyli nie było tak źle. Już wiedziałem, że zrealizuję plan i odwiedzę wszystkie 4 miasta. W stronę Opola jechałem ze średnią prędkością 24 km/h. Nie tak źle, zważając na sakwy i namiot. Teraz wiem, że zasługą tego był spadek terenu ku Opolu.
Zaskoczyły mnie 2-języczne nazwy miejscowości. Nie wiedziałem, że można takie w Polsce spotkać. Zastanawiałem się w jakim są języku, bo dla miejscowości Turza/Thursy w ogóle nie pasowało mi "th" do niemieckiego. Widocznie 6 lat nauki odleciało w niepamięć. W województwie opolskim bowiem wszystkie 2-języczne miejscowości posiadają dodatkową nazwę w języku naszych zachodnich sąsiadów.
Absurdalne dla mnie były chodniki pieszo-rowerowe, które od czasu do czasu mijałem. Wszystkie o tej samej, beznadziejnej nawierzchni z kostki. Rzuca na nich tak, że tylko raz spróbowałem i dalej cały czas poruszałem się po drodze krajowej. Dodatkowo szerokość takich chodników w ogóle nie nadaje się do jazdy rowerem.
W miarę zbliżania się do Opola zaczynały pojawiać się znaki zakazu ruchu rowerem. Tam już starałem się nie ignorować przepisów ruchu drogowego, bo i aut zaczynało przybywać. Już samo Opole zaskoczyło mnie asfaltową drogą rowerową, ale niestety nie dojechałem nią do centrum. Starają się jak każde inne miasto o infrastrukturę rowerową. Jest system rowerów miejskich, jest kilka dróg dla rowerów, ale to wciąż mało w porównaniu do innych miast.
Nie zatrzymywałem się na dłuższą wizytę, bo miałem jeszcze daleką drogę przed sobą, a zapowiadał się bardzo słoneczny dzień. Koniec z leśnymi drogami – teraz tylko asfalt. Trochę szkoda, no ale droga długa, mapy niedokładne, a ja miałem sakwy, więc nie było wyjścia. Zatrzymałem się jeszcze, żeby wymienić łańcuch, bo dostał dużą porcję piachu i zaczynał hałasować. Od teraz jazda była o wiele przyjemniejsza.
Jechałem na południe, pod słońce i pod wiatr. Po drodze żadnych drzew. Dopiero Bory Niemodlińskie dały ochłodę, jednak na krótko. Słońce zaczynało przypiekać.
Równo w południe usłyszałem dziwny pisk. Był to dźwięk uciekającego powietrza w przednim kole. Jeszcze ten upał. Zawróciłem się, żeby znaleźć odrobinę cienia pod najbliższym drzewem i zabrałem się do dzieła. Postanowiłem zakleić dziurę, ale ta się nie dała. Powietrze wciąż uchodziło. Nie mając już sił założyłem zapasową dętkę. Na domiar złego wyleciała mi sprężynka z szybkozamykacza. Cały czas szukałem jej w trawie, a ona leżała na chodniku. Bystrzak. Na całość poświęciłem 3 kwadranse. Wystarczająco dużo, żeby zrobiło się jeszcze goręcej.
W Białej zjechałem z wygodnej drogi wojewódzkiej na nierówny asfalt bocznych dróg. Temperatura dochodziła do 30 °C, a ja wkroczyłem na pagórkowate tereny. Dobrze przynajmniej, że wiatr był boczny. Zatrzymywałem się coraz częściej pod drzewami, żeby odpocząć od tego upału i odpocząć w ogóle, bo przez ostatnie 2 noce nie spało mi się najwygodniej.
Dojechałem do Głubczyc. W końcu jakieś miasto, a właściwie miasteczko. Chciałem znaleźć punkt informacyjny, żeby mi pomogli odnaleźć nocleg w Ostrawie (nawet nie sprawdziłem tego przed wyjazdem). Nic z tego, ale odwiedziłem (klimatyzowany) kantor. Kupiłem trochę koron i za informacją kasjera zmieniłem swoje plany. Zamiast jechać w kierunku Kietrza, skierowałem się drogą krajową do Pietrowic, bowiem tam miało być pole kempingowe.
Droga była okropna. Słońce świeciło prosto w twarz. Tyle drzew wokół i żadnego cienia. Jeszcze do tego jechałem pod wzniesienie. W połowie drogi dostrzegłem w oddali coś jak mgłę o zerowej widoczności. Okazało się, że to olbrzymia chmura pyłu niesiona wiatrem bocznym z pola, na którym pracowały maszyny rolnicze żniwiarzy. A gdy ten pył osiadł na skórze... jak to swędziało!
Przy okazji przypomniałem sobie czemu nie chciałem jechać przez Prudnik, a następnie w Czechach przez Karniów (czes. Krnov) i Opawę (czes. Opava). Droga wyglądała na górzystą, a po tylu kilometrach podróży nie chciałem dodatkowo się przemęczać. Nie miałem wyboru, zmieniając trasę swojej podróży.
Po godzinie dotarłem do celu. Olbrzymi kompleks. Choć była dopiero godz. 16, to postanowiłem zatrzymać się, odpocząć i zregenerować siły przed ostatnią podróżą niż znów martwić się o znalezienie noclegu, i to jeszcze zagranicą, bez znajomości języka. Naładowałem baterię w telefonie i nie musiałem się już martwić, że nie nagram całej trasy mojej wyprawy. Niestety pilnowanie telefonu (jedyny kontakt był w niestrzeżonej kuchni polowej) spowodowało, że zamknęli bufet i nie zdołałem zjeść niczego normalnego. Dobrze, że miałem ze sobą zapasy jedzenia.
Kategoria setki i więcej, z sakwami, pod namiotem, kraje / Polska, Polska / opolskie, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 2: północna część szlaku

  159.32  09:10
Piątkowy poranek dnia drugiego mojej wyprawy. Spało się ciężko, o ile można to nazywać spaniem. Przez to zimno co chwila się budziłem i rano miałem wrażenie jakbym spał maksymalnie godzinę. Komfort śpiwora, to 15 °C, w namiocie było tylko 13 i daleko do jakiegokolwiek komfortu.
Zebrałem się przed godz. 6. Słońce leniwie za chmurami się budziło, a ja przy 9 °C ruszałem w dalszą drogę po Jurajskim Rowerowym Szlaku Orlich Gniazd. Na podjazdach nie było lekko, bo mięśnie nie odpoczęły. Dowiedziałem się, że noc spędziłem w Zawierciu. Duże to miasto.
Dotarłem do zamku w Morsku. Obok widziałem mnóstwo domków, więc pewnie jest tam kemping. Cóż, zaoszczędziłem przynajmniej. Pod hotelem, który też znajduje się w tym kompleksie stało mnóstwo aut. Turyści jeszcze spali, gdy ja zwiedzałem.
W tym miejscu kończy się nowe, przejrzyste znakowanie szlaku i zaczyna stare, wyblakłe, oddalone od siebie o zbyt dużą odległość. Także nie dość, że wjechałem w kolejną piaszczystą drogę, to szlak gdzieś przepadł. Szczęśliwie przedostałem się do Podlesic, gdzie odnalazłem zgubę. Dalsza droga prowadzi obok Rezerwatu Góry Zborów. Minąłem kilka znaków zakazu ruchu rowerem, bo taki zakaz obowiązuje w rezerwacie. Wprowadza to w zamęt na rowerowym szlaku, którym się poruszałem.
Bateria w telefonie była na rezerwie. Musiałem się gdzieś zatrzymać, bo bałem się, że nie zapiszę całej swojej drogi przy takim zużyciu energii. Wypadło na sklep w Zdowie. Jak już się tam zatrzymałem, to przesiedziałem wszystkie chmury, że mogłem zrzucić z siebie ciepłe ciuchy. Choć sklep jest mały, to kolejki strasznie długie i jak już się ruszyłem, to wyszły prawie 2 godziny ładowania baterii. To musiało wystarczyć na dzisiejszą drogę.
W Bobolicach o mało nie przegapiłem zamku, bo nagle pojawił się za moimi plecami, ale że się dużo rozglądałem, to wleciał mi w oko. Dopiero dalej był wjazd z dużym parkingiem i polem namiotowym. Jak na złość dopiero gdy są niepotrzebne, to się odnajdują. Do dziś zastanawia mnie to czy jechałem drogą dla rowerów, czy ulicą, bo znak C-13 jednoznacznie określa typ drogi, jednak jej wygląd, brak chodnika i obecne zabudowania wskazują na zwykłą ulicę.
To był wysyp zamków. Ledwo nacieszyłem się jednym i już kolejny – w Mirowie. Piękne są. Nie żałuję, że wybrałem się w tę podróż. Miałem okazję zobaczyć to, co widziałem tylko w książkach. Kiedyś wybiorę się szlakiem pieszym i postaram się zobaczyć z bliska wszystkie Orle Gniazda.
Tuż za Moczydłem wjechałem na kolejną leśną drogę, która jest drogą dla rowerów, choć wątpię, żeby tędy ich dużo jeździło. Za dużo piachu. Jak zawsze starałem się balansować z moimi sakwami, a w miarę możliwości jechać ścieżkami obok drogi. Szlak wkrótce zamienił się w ścieżkę, a po pewnym czasie zaczął znikać pod pozostałościami po wycince drzew. Udało mi się dojechać do Przewodziszowic i nie zgubić szlaku. Odtąd jednak wracają standardowe oznaczenia szlaku, znane mi z jego początku, czyli prawidłowe wytyczne co kilkadziesiąt metrów. Nawet droga jest lepsza. Ktoś pomyślał, że jazda po piachu jest mozolna dla rowerzystów i na niektórych odcinkach powstała nawierzchnia szutrowa. Czasem ubita, czasem nie, ale przynajmniej nie był to piach!
Na drodze z Czatachowej do Ostrężnika poczułem się jak w średniowieczu. Kilkadziesiąt osób wzdłuż drogi, ubrani i posiadający rekwizyty jak sprzed kilkuset lat. Każdy odgrywał jakąś scenkę, nie zwracając uwagi na przechodniów. Widziałem między innymi proszenie o przejście przez bramę zamkową, zajmowanie się pacjentami w szpitalu polowym, kucie stali przez kowala, kobiety wracające z bazaru czy myśliwych niosących zdobycze. Znalazł się nawet skalny troll. Z początku myślałem, że to jakiś plan filmowy, ale nie było kamer, jakiejkolwiek ekipy filmowej, nawet zakazu wstępu na teren, więc ta myśl szybko się ulotniła. Do tej pory jestem ciekaw co to było i jak często się odbywa.
W Ostrężniku wjechałem pod rezerwat o tej samej nazwie. Wspiąłem się na skały z ruinami zamku, a także zobaczyłem krasnoluda strzegącego Jaskinii Ostrężnickiej. Szkoda było opuszczać tak widowiskowe miejsce.
Szlak co jakiś czas zmieniał częstotliwość i rodzaj oznakowania. Widocznie każda gmina odpowiada za swoją część. Szkoda, że nie ma jednolitego organu utrzymującego szlak.
Moim oczom ukazał się zamek w Olsztynie. Ostatnim razem byłem tutaj w podstawówce, chyba jeszcze za czasów, gdy nie pobierano opłat za wstęp. Z rowerem nie chciałem tam się pakować, więc tylko zrobiłem zdjęcie i ruszyłem dalej, bo byłem o rzut beretem od Częstochowy.
Miałem niestety pecha. Jechałem czerwonym szlakiem, aż dojechałem do Mstowa i... szlak się skończył (piktogram roweru z kropką oznacza początek oraz koniec szlaku). O co chodziło? Wjechałem na żółty szlak Przełomu Warty. Tak przynajmniej wynikało z mapy znajdującej się w tej wsi. Myślałem, że to nowy przebieg szlaku Orlich Gniazd. Coś mi nie pasowało, że ta czerwień wpadała w pomarańcz, ale na pewno nie był to kolor żółty! Wróciłem się do miejsca, gdzie mój szlak odbił – po prostu przegapiłem znak. Na pomyłce straciłem ok. 20 km.
Ostatni teren i w końcu dotarłem do Częstochowy. Miasto jest wielkim placem budowy. Nie znalazłem też żadnej mapy, więc nie zwiedziłem dużo. Zatrzymałem się w pizzerii na ciepłe jedzenie i podładowanie baterii w telefonie. Kurczak był suchy, ale głodny wszystko zje.
Po odpoczynku ruszyłem na Jasną Górę z nadzieją na znalezienie punktu informacji. Gdy już go odnalazłem, okazało się nim być urządzenie elektroniczne, które w dodatku nie działało! Niektórym się we łbach poprzewracało, żeby coś takiego uznawać za punkt informacji. Nie miałem wyjścia. Ruszyłem do miejsca, w którym miałem nocować wczoraj.
Ponieważ moje plany rzadko wychodzą jak należy, toteż nie szukałem noclegów dalej jak za Częstochową. Miałem się zatrzymać w Konopiskach, ale nie zapisałem sobie dokładnego adresu, a właściciele agroturystyk nie potrafią się reklamować. Byłem więc skazany na dalsze poszukiwania.
Dojechałem do Lublińca, w którym jest mapa. Na mapie zaznaczony jest kemping na południe od miasta, więc się tam skierowałem. Po drodze przypomniałem sobie, że w portfelu nie mam pieniędzy i zawróciłem się w poszukiwaniu bankomatu. Gdy go nie znalazłem, to zrezygnowany ruszyłem w dalszą drogę.
Mój plan na trzeci dzień kierował z Częstochowy do Opola drogami leśnymi i ogólnie okrężną drogą, bo zbyt szybko znalazłbym się na miejscu (zaledwie 100 km do przejechania). Był już zmrok, więc nie mogłem pozwolić sobie na błądzenie po lasach. Ruszyłem drogą krajową na Opole. Po drodze minąłem tylko gospodę, w której niestety nie było miejsc. Zacząłem się rozglądać za miejscem oddalonym od gospodarstw i lasów. Ponownie wypadło na ściernisko, bo nie minąłem żadnej łąki. Tym razem noc spędziłem przy drodze krajowej, więc ukryłem się za belami słomy, żeby wytłumić odgłosy aut.
Wyczerpała mi się bateria, więc została mi ostatnia zapasowa za kolejne dwa dni. Myślałem o ominięciu Opola lub Ostrawy, żeby wyrobić się w czasie. Nie wiedziałem wtedy, że byłem w połowie drogi z Częstochowy do kolejnego celu. Byłem przekonany, że się nie wyrobię z wykonaniem planu czterech miast.
Kategoria góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, z sakwami, pod namiotem, kraje / Polska, Polska / śląskie, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

4 miasta, dzień 1: południowa część szlaku

  130.69  07:58
Jest długi weekend, dzień zapowiada się słoneczny, więc czas zacząć mój plan z wczoraj. A zaplanowałem dojechać do czterech miast: Częstochowy, Opola, Ostrawy i Krakowa. Plan ten nie został jednak zrealizowany w sposób, jaki chciałem, ale do tego jeszcze dojdę. Dzisiaj bowiem miałem do pokonania Jurajski Rowerowy Szlak Orlich Gniazd. 190 km z Krakowa do Częstochowy.
Początek nie najlepszy, bo nie mogłem odnaleźć początku szlaku, a ten znajduje się tuż przy skrzyżowaniu ulic. Po oficjalnym początku rozpoczęły się problemy ze znakami. Musiałem zedrzeć kilka reklam, żeby odnaleźć kolejne wskazówki, ale i to nie uchroniło mnie przed przegapieniem skrętu. Niestety bez mapy ze szlakiem nie da się jechać, bo pod żadną reklamą nie znalazłem strzałki. Dalej też nie było najlepiej, gdy całą zabawę z jazdy psuły piktogramy ukryte w zaroślach, zdrapane, zaklejone reklamami, zamalowane czy w ogóle gdy zniknęły drzewa z tymi znakami. Zacząłem bardziej uważać i zerkać na plan, żeby nie zboczyć ze szlaku.
Dotarłem do Balic. Tutaj zaczął się prawdziwy teren – wąwóz. Jazda z sakwami dodatkowo utrudniała jazdę, więc kilka razy mnie zrzuciło z roweru. Jeszcze nie przywykłem do balansowania rowerem o zwiększonej masie.
Temperatura w słońcu wciąż rosła, ale szlak prowadził leśnymi drogami. Niestety na kilku był zakaz wstępu z powodu wycinki drzew. Szczęście, że dziś święto państwowe, więc nikt nie miał pretensji. Musiałem jednak jechać na wyczucie, bo niektóre piktogramy zostały zamalowane. Nie sądzę, żeby zrobili to leśnicy, bo usunęliby wszystkie na tej trasie. Zacząłem więc podążać za srebrnymi kwadratami. Oczywiście o ile było to możliwe, bo na asfaltowych drogach było tyle dziur, że nie wiedziałem czy je omijać, czy szukać szlaku.
Starym, znanym asfaltem dojechałem do Rudna, w którym stoi zamek Tenczyn. Ponieważ już go widziałem, to nie zatrzymywałem się – czekało na mnie jeszcze kilkanaście innych Orlich Gniazd.
Przez Krzeszowice i Dolinę Eliaszówki dojechałem do Racławic (ale nie tych związanych z insurekcją kościuszkowską). Tutaj znakowanie wprowadziło mnie w zakłopotanie. Sądziłem, że wjechałem na stary przebieg, bo mapa znaleziona w internecie prowadziła drogą obok. Okazało się, że szlak zmienił przebieg i prowadzi teraz obok starego, drewnianego kościoła zamiast wzniosłego, wapiennego szczytu. Jadąc dalej spotkałem się z problemem błędnego oznaczenia – na skrzyżowaniu starego przebiegu szlaku z nowym wjechałem na starą drogę. Dzięki temu zobaczyłem ów szczyt, ale też wydłużyłem sobie drogę.
Tym, co mnie teraz najbardziej martwiło były piachy. Zbliżałem się do Olkusza, który leży na terenach piaszczystych (wszak nieopodal znajduje się Pustynia Błędowska). Jechało się coraz mniej wygodnie, ale mijani rowerzyści mnie podziwiali za jazdę moim rowerem po takiej nawierzchni. Szkoda, że mój łańcuch cierpiał, otrzymując takie ilości pyłu.
Przed Olkuszem minąłem kilkudziesięciu rowerzystów, prawie wszystkich sakwiarzy. Jechali trochę moim szlakiem, trochę skracając sobie drogę, ale ich plan był podzielony na kilka dni, a ja chciałem tego dokonać w jeden dzień. Wątpiłem, żeby mi się udało, zważając na moją pozycję i czas – do Olkusza dojechałem po godz. 15, a przede mną jeszcze 120 km i to z dużą dawką terenu.
Dojeżdżając do Rabsztyna, zobaczyłem pierwszy zamek widoczny ze szlaku. Warto było jechać taki kawał dla tego widoku. To jednak dopiero pierwsze Orle Gniazdo, więc przez lasy dotarłem do Bydlina. Tutejszy zamek nie jest widoczny ze szlaku, jednak zauważyłem tablicę ostrzegawczą GOPR-u, dzięki czemu mogłem po krótkim podjeździe zobaczyć warownię.
Droga nie należy do najwygodniejszych. Piach, kamienie, piach i jeszcze trochę piachu. A! jeszcze trawa z piachem i piach z liśćmi. Ktoś zamawiał piasek rzeczny? Oto i kałuże pełna piachu. Powoli miałem dość, ale nie było wyjścia.
Smoleń. Kolejna trwała ruina. Niestety przyroda odbiera, co swoje i na zamek nie ma wstępu ze względu na możliwość zawalenia. Przynajmniej od strony ulicy, bo już po obejściu ogrodzenia takowych zakazów nie ma, a sama budowla cieszy się sporą popularnością.
Było coraz później. W sumie zbliżał się zachód słońca, gdy ujrzałem Ogrodzieniec. Postanowiłem zatrzymać się i coś zjeść. Zamówiłem jakiś kotlet z frytkami i surówkami. Zamek pięknie wygląda oświetlony czerwienią zachodu słońca. Szkoda, że nie mogłem tutaj dłużej zostać. Nie udało mi się dotrzeć do Częstochowy, więc trzeba było się rozejrzeć za kempingiem.
Słońce zaszło, temperatura szybko spadała, a ja nie znajdowałem żadnego miejsca do spania. Zacząłem się rozglądać za łąką, jednak wszędzie rozciągały się albo lasy, albo ścierniska. Tę noc spędziłem na polu pod namiotem. Szczęśliwie droga, przy której się zatrzymałem nie była ruchliwa, a nocą zbyt wiele zwierząt nie hałasowało. Problemem była tylko temperatura, która spadała do 13 stopni w namiocie i 9 poza nim.
Kategoria kraje / Polska, Polska / śląskie, góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, z sakwami, pod namiotem, wyprawy / Cztery miasta 2013, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery