Po Poznaniu jechało się przyjemnie, noga podawała. Za miastem zjawił się wiatr. Wciąż było gorąco, więc dawał odrobinę ochłody. Przed Neklą pojawił się nieplanowany teren, a na nim jeszcze bardziej nieplanowane błoto. Aż szkoda, że jechałem kolarzówką. Za Neklą wjechałem do lasów. Zrobiło się chłodniej i zniknął wiatr.
Lawendę znalazłem już na czerniejewskich ulicach, ale to Pakszyn był moim celem. Dojechałem tam po kilku chwilach. Mimo godziny 20, było mnóstwo ludzi, ale jakieś zdjęcie udało mi się szybko zrobić. Kawiarnia również była zapchana ludźmi, więc nie wchodziłem do niej. Szkoda, że nie wpadli na pomysł wystawienia sklepiku na świeżym powietrzu, żeby ograniczyć możliwość zarażenia się wirusem.
Na drogę powrotną wybrałem kierunek na Pobiedziska, a potem prosto do Poznania. Zmierzch złapał mnie jeszcze przed miastem. Pojechałem standardowo Wartostradą. Była zawalona ludźmi, jak zwykle. Pojawiły się mgły. Zabrałem ze sobą bluzę, ale nawet jej nie zakładałem, bo było wciąż za ciepło. Do domu wróciłem zanim zrobiło się ciemno.
