Trafiłem na drogę wzdłuż wybrzeża, używaną przez nielicznych mieszkańców, którzy jakimś sposobem tam jeszcze mieszkają. Kręto, wąsko na jedno auto, ale jakie widoki! Gdyby wyciąć chaszcze zasłaniające morze, to nie wiem, czy dojechałbym do celu przed wieczorem.
Tylko przejechałem przez centrum Nagato, aby znaleźć się w dolinie, skąd wiodła droga do mojego celu. Musiałem zrobić zakupy, bo zmierzałem do odosobnionego miejsca. Przy okazji natknąłem się na informację o turystycznym chramie. Byłem rozerwany pomiędzy dotarciem do marketu i tym samym wydłużeniem dystansu oraz wydostaniem się z doliny bez jedzenia. Na pomoc przyszedł konbini (sklep typu Żabka), więc mając co jeść, skierowałem się do chramu.
Na mojej drodze stanęła wielka góra. Dodając upał, nie było lekko. Dojechałem cały spocony. Miałem jeszcze drogę w dół, ale powiedziałem sobie dość i zostawiłem rower przy murku, samemu schodząc do chramu. Było dużo ludzi, więc zrobiłem kilka zdjęć, odwiedziłem kilka sklepików i wróciłem do jazdy. Ostatnie kilometry pokonałem po wzgórzach i dotarłem do domku nad morzem. Aż mi się przypomniał domek nad polskim morzem.
