Był piękny poranek, gdy wylądowałem. Wszystkie procedury poszły niesamowicie szybko. Byłem wręcz zdumiony. Jako że wylądowałem na lotnisku położonym na wyspie, trzeba było przedostać się na ląd, a niestety były tylko dwie drogi – pociąg i autostrada. Wpakowałem się w pociąg i podjechałem dwie stacje. Złożenie roweru poszło w miarę szybko. Kłopot ze śmieciami rozwiązałem w taki sposób, że znalazłem serwis rowerowy i dogadałem się z facetem po japońsku i angielsku, że chcę zutylizować karton. Wziął za to 500 jenów, czyli tyle samo, za ile kupiłem pudło. Za przyjemności niestety się płaci.
Ruszyłem na północ. Pierwsze metry w ruchu nieco sprawiły kłopotu, bo odzwyczaiłem się od jazdy po lewej. Pamiątki strasznie obciążyły sakwy, bo nie mogłem złapać balansu i przyczepka często kołatała się na boki. Nie jechało się za przyjemnie. Przynajmniej temperatura była przyzwoita, bo zaledwie 16 °C, co w porównaniu do upałów na Tajwanie było zbawieniem.
Nie trafiłem zbyt wielu atrakcji po drodze, więc dostałem się do Ōsaki i zostawiłem rzeczy w hostelu, aby już pieszo ruszyć na miasto z aparatem i głodnym brzuchem. Temperatura spadła do 12 °C, ale bluza wystarczyła. Obszedłem wszystkie uliczki Dōtonbori, czyli jednego z najbardziej turystycznych obszarów w Ōsace. Nie po raz pierwszy, bo trochę poszedłem po własnych śladach z innej wizyty. Spróbowałem kilku ulicznych przysmaków i zmęczony wróciłem do hostelu.
