Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

terenowe

Dystans całkowity:44010.60 km (w terenie 10311.47 km; 23.43%)
Czas w ruchu:2350:37
Średnia prędkość:18.22 km/h
Maksymalna prędkość:71.10 km/h
Suma podjazdów:303686 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:120656 kcal
Liczba aktywności:544
Średnio na aktywność:80.90 km i 4h 27m
Więcej statystyk

Zielonka jesienią zielona

  47.49  02:34
Ostatnio jeżdżę tylko po mieście, więc tym razem wyrwałem się dalej, żeby nie zanudzić się na ulicach Poznania.
Poprawki do wytyczonych miesiąc temu dróg i pasów rowerowych w centrum Poznania wciąż trwają, ale mimo to wciąż się tam kręcę, aby obejrzeć i ponarzekać. Przejechałem się po Gdyńskiej, ale od pół roku nic nie ruszyli z drogą dla rowerów, więc pewnie będzie trzeba poczekać do wiosny, aż skończą wiadukt i łaskawie wezmą się za takie nic nie znaczące wykończenia.
Dojechałem do Zielonki, a tam jakoś tak zielono. Wciąż nie widać jesieni. Czekam zatem, aż jesień wyciągnie swoje farby. Trafiłem na ogłoszenie, w którym Policja oferuje 5 tys. zł za pomoc w złapaniu wandalów, którzy niszczą ambony myśliwskie. Ciekawe, czy to jacyś pseudo obrońcy zwierząt czy miejscowa patologia.
Ostatecznie nie dojechałem do serca puszczy i wydostałem się z niej. Ruszyłem inną drogą, żeby nie wracać się ponownie przez Koziegłowy. Znalazłem też odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, dlaczego jadąc ostatnim razem przez Wierzenicę, wylądowałem na starej krajówce. Właściciel kilku działek postanowił je ogrodzić (tylko po co, skoro nic na nich nie ma?) i zmienił się układ dróg, przez co przegapiłem właściwe skrzyżowanie.
To chyba tyle na dziś. W Poznaniu dzisiaj jakoś mało idiotów bez świateł, ale gdy już jakiś się trafi, to oczywiście czarny jak śmierć.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Puszcza Zielonka, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Wyprzedzić jesień

  131.59  06:35
Wydaje się, że niedawno kupowałem bilet na Islandię, a to już prawie 2 miesiące jak stamtąd wróciłem. Ale ten czas leci. Kilka dni temu zauważyłem, że w Poznaniu wiele drzew zrzuciło już liście. To na pewno toksyczne powietrze, dlatego musiałem się stamtąd wyrwać. Pojechałem do Puszczy Noteckiej.
Skwar był nieznośny już od początku podróży. Temperatura wynosiła 33–36 °C i nie było nawet odrobiny wiatru. Można było liczyć najwyżej na opory powietrza. Szukając jakiejś ciekawej drogi, wpadłem na pomysł dostać się najpierw do Kaźmierza, ale coś mi nie wyszło i dojechałem tam okrężną drogą przez Tarnowo Podgórne. Dalej do Szamotuł, skąd wymyśliłem, aby wyjechać inną drogą. Tak wpadłem na piaski, przez które się jakoś przedarłem. Myślałem, że wyjadę we Wronkach, a tu niespodzianka, bo dotarłem do Obrzycka. To nic, i tak moim planem była Puszcza Notecka.
Jazda przez las przynosiła dużą ulgę. Przynajmniej przez las liściasty. Na szczęście słońce powoli skłaniało się ku horyzontowi, więc już tak nie prażyło. Po wjechaniu na leśne drogi było z początku grząsko, ale potem znalazłem szutrową drogę, która biegła zygzakiem. Dalej znalazłem drogę asfaltową, którą dostałem się do Obornik. Było już po zmierzchu. Niestety nie udało mi się uchwycić żadnego ładnego zdjęcia przed zachodem, a wciąż tak mocno poluję na to, aby uchwycić coś cieszącego moje oko. Teraz będę miał coraz więcej czasu na to, bo zmrok przychodzi coraz szybciej. Dzisiaj zastał mnie po raz pierwszy od dawien dawna, bo już nie pamiętam, kiedy ostatnio jechałem po ciemku. Na Islandii się nie liczy, bo tam zawsze było widno.
Miałem do wyboru powrót do Poznania po krajówce lub przez wioski. Chyba się zamyśliłem i ostatecznie pojechałem po drodze krajowej. Strasznie duży ruch, auto na aucie. Musiałem czekać kilka minut, aby móc się włączyć do ruchu (porąbane chodniki dla rowerów po przeciwnej stronie drogi). Dobrze, że jest tam ociupina pobocza, to byłem spokojniejszy o siebie. Jedynie kierowcy tirów wydawali się agresywniejsi niż zwykle, ale przecież się mieścili. W każdym razie, ruch się zmniejszył (kierowcy zachowywali większy odstęp) dopiero za węzłem z drogą ekspresową. Tak jakby zabrać co drugi pojazd w porównaniu do tego, co było wcześniej.
Kategoria po zmroku i nocne, Puszcza Notecka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Biskupin

  103.95  05:21
I po imprezie. W tym roku brakowało mi atrakcji wymagających sprawności, ale i tak dobrze się bawiłem. Dodatkowo po raz pierwszy w życiu dostrzegłem Drogę Mleczną i zdałem sobie sprawę, że nie oglądałem gwiazd od 15 lat.
Wyruszyłem na ponad godzinę przed odjazdem autokaru, bo na dzisiaj nie było zaplanowanych atrakcji. Pomyślałem, że sam coś sobie urządzę i pojechałem do Biskupina. Słońce dawało się we znaki już od początku, ale na szczęście wiatr, który mnie wcześniej martwił, był wybawieniem. Wiało bardzo przyjemnie, podczas gdy słońce podsmażało na odcinkach bez drzew.
Ostatnim razem zrezygnowałem ze zwiedzenia muzeum archeologicznego ze względu na brak stojaków na rowery. Nic się nie zmieniło, więc zaryzykowałem i zostawiłem mojego kompana pod płotem obok innych rowerów. Zarząd muzeum, czy kto tam jest szefem, musi być ślepy, żeby nie widzieć rosnącej popularności rowerów. Chyba rowerzyści muszą zacząć wprowadzać rowery do środka muzeum, aby ktokolwiek kiwnął palcem. No chyba że kasa się zgadza.
Po zwiedzeniu muzeum mój rower nadal stał na swoim miejscu. Zatrzymałem się jeszcze na obiedzie w barze pod muzeum. Wybrałem opcję dania z kuchni pałuckiej. Jakie było moje zdziwienie, gdy dostałem to samo, co w Łowiczu. No, może tym razem zamiast smaku kebaba czuć było głęboki tłuszcz. Ciekawe, w jakim jeszcze regionie spotkam się z tym daniem „regionalnym”.
W kierunku Poznania wybrałem najprostszą drogę i przez dłuższy czas jechałem tą samą drogą, co rok temu, gdy odwiedziłem Biskupin. Potem jakoś tak zboczyłem, że wjechałem na drogę sprzed dwóch lat. Trafiłem na świeżutki asfalt, a do tego na kilka nielegalnych reklam, które szpeciły drzewa. Gwoździ gołymi rękoma wyjąć nie mogłem, ale przynajmniej przyczyniłem się do poprawienia wyglądu przestrzeni publicznej. Szkoda, że niektóre wizje Lema się nie mogą sprawdzić. Chyba tylko totalna inwigilacja byłaby w stanie zapobiec temu złu.
W końcu wjechałem do Zielonki, dzięki czemu mogłem odetchnąć od upału. O dziwo w tym roku jeszcze nie spotkałem jusznicy deszczowej, która po doświadczeniach z ostatnich lat zniechęcała mnie do odwiedzenia tej puszczy. Może znów zacznę tam jeździć? Tylko mogliby już skończyć Gdyńską w Poznaniu, żeby się lepiej jeździło. Z drugiej strony jednak szkoda mi roweru, bo zawsze gdy wjeżdżam w teren, to mój napęd chrupie od piasku. Mam wrażenie, że kiedyś mi to nie przeszkadzało.
W Murowanej Goślinie odszukałem otwarty sklep, bo skończyła mi się woda i pojechałem do Poznania przez Biedrusko, gdzie wyprzedził mnie rowerzysta (może miał z 50 lat) i jechał daleko w przodzie. Zatrzymał się niedaleko granic Poznania, ale znów ani be, gdy go mijałem. Gdy ruszył, dojechał do mnie i nawet nie wyprzedzał, tylko siedział w tunelu, więc zacząłem powoli zwiększać prędkość. 20, 30, 40, a on nic. Na szczęście upał zelżał, więc mogłem utrzymać takie tempo dłużej bez przegrzania się. Dopiero po kilku kilometrach dał sobie spokój. Jaka szkoda, że gdy dojechałem do domu, to się okazało, że bateria w Garminie wyczerpała się przed Biedruskiem. Nawet nie będę miał szansy sprawdzić, czy gość jest na Stravie.

Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, Puszcza Zielonka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

Zatrzymała mnie policja

  52.54  02:38
Miała być przyjemna przejażdżka po pracy, ale została przerwana. Może jednak wszystko po kolei.
Postanowiłem skorzystać z pięknego dnia. Chyba jeszcze nie wspomniałem, że zmieniłem godziny pracy i dzięki temu mogę wyjść po 16, mając dłuższy wieczór na przejażdżkę. Dzisiaj wybrałem się na północny-zachód. W mieście korki ciągnęły się w nieskończoność. Wypróbowałem nową drogę dla rowerów, która pojawiła się na ul. 27 Grudnia. Właściwie to ulica została przekształcona w drogę dla rowerów. Nie poznaję tego miasta.
Przejechałem się nad Maltę. Wzdłuż ul. Jana Pawła II nadal trwa przebudowa. Jeśli i tam trzasną nową drogę dla rowerów, to chyba zaniemówię.
Spod Malty pojechałem Piastowskim Traktem Rowerowym, aby się trochę ochłodzić w cieniu drzew. Kawałek za Poznaniem pojawił się w moim lusterku rowerzysta. Jechał tak kilka kilometrów. Zatrzymałem się przed znakiem stop i okazało się, że to dziewczyna, ale ona akurat złamała przepis ruchu drogowego. Dopiero potem spojrzała na mapę, więc ją wyprzedziłem, potem ona mnie, ale żadnego powitania, uśmiechu czy nawet wpatrywania się jak ciele, co potrafi znakomita liczba rowerzystów. Potem skręciliśmy w swoje strony i tyle wspólnej jazdy.
Do Poznania pojechałem przez Koziegłowy, aby zobaczyć postęp prac na Gdyńskiej. Może za często tam bywam, bo wszystko stoi. Aby dokręcić do 50 km, pojechałem wzdłuż Warty. Zdziwiło mnie auto policyjne, które jechało przede mną. Zajmowało dokładnie całą szerokość nawierzchni. Po jakimś kilometrze zatrzymali się, a gdy już miałem ich ominąć, zatrzymali mnie. Rutynowa kontrola, czy rower nie jest kradziony. A na pytanie dlaczego zamiast rowerami jadą autem (i to Alfą Romeo za grube pieniądze) odpowiedzieli, że im nie dają. Policja w Polsce jest taka biedna? Po co ja płacę podatki? W ogóle mam czasem obawy, że oni zamiast wyszukiwać numeru seryjnego w bazie skradzionych rowerów, to mogą przypadkiem dodać mój. Ciekawe ile byłoby śmiechu przy kolejnej kontroli.
Z jakiegoś powodu mój Garmin się wyłączył kilka kilometrów przed domem. Niby baterie były naładowane. Kawałek śladu musiałem dorysować.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 8

  57.42  03:16
Dzisiaj zapowiadał się upalny dzień, bez deszczu, choć z kilkoma chmurami. Wiał silny wiatr z zachodu, więc pojechałem na południe. Do parku, aby schować się od słońca i wiatru.
W parku Cytadela trafiłem na jakiś festyn, który został z niejasnego powodu nazwany targiem. Minąłem dużo straganów z ładnie wyglądającym jedzeniem, ale nie chciałem się objadać. Pojechałem Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Tak dawno nim nie jechałem (ostatnio to chyba wtedy, gdy wygiąłem widelec), że zapomniałem jak niektóre okolice wyglądają. Piasek był trochę bardziej piaszczysty, ścieżka trochę bardziej zarosła roślinnością, ludzi sporo mniej niż zwykle. Powoli szlak staje się zapomniany.
W Puszczykowie zawróciłem i pojechałem do Poznania przez Luboń. Zajechałem jeszcze na Rynek i wróciłem do domu. W międzyczasie wyczerpały się baterie w Garminie. Od kilku tygodni wskaźnik naładowania wciąż pokazuje brak energii, mimo że urządzenie działa prawidłowo jeszcze przez kilkanaście godzin od włożenia naładowanych ogniw. Nie wiem, o co mu chodzi. Muszę dorwać jakieś nowe akumulatory, żeby sprawdzić, czy to islandzki klimat źle wpłynął na baterie, które mam, czy może to Garmin jest uszkodzony.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Pod Poznaniem, część 7

  54.23  02:48
Wybrałem się na krótką przejażdżkę pod Poznaniem, bo jak tak dalej pójdzie, to ten rok będzie najgorszym ze wszystkich. Za mało czasu poświęcam na rower.
Z ciekawości pojechałem w kierunku Koziegłów, aby zobaczyć, jak posuwają się prace na Gdyńskiej. Jest słabo. Skupili się na budowie wiaduktu zamiast dokończyć i oddać do użytku drogę dla rowerów na Bałtyckiej, która czeka od kilku miesięcy. Nie mam zbyt dużej wiedzy w zakresie budowy dróg, ale jak na moje oko brakuje tylko wylania asfaltu i postawienia kilku znaków. Tak niewiele potrzeba, a tak dużo czasu im to zajmuje. Coś tu po prostu nie gra.
Letnie deszcze zostawiają po sobie dużo kałuż, więc nie zaglądałem wgłąb Zielonki. Przejechałem się kawałek drogą obok, ale tak było niewygodnie przez tarkę (Islandzka tarka była dużo przyjemniejsza), że zrezygnowałem z terenu. Pojechałem do Swarzędza, potem jakoś trafiłem do Poznania i wjechałem do lasów miejskich. Znów teren, ale kałuże dało się omijać. Trafiłem w dzięki temu nad Maltę, gdzie ludzi co nie miara. Zajrzałem na Ostrów Tumski, gdzie złapałem jedyne dzisiaj zdjęcie. Gdy wyglądałem za okno przed wyjazdem, widziałem wiele pięknych chmur, ale później już nie było do czego ich dopasować. Chyba Polska mi zbrzydła. Zajrzałem jeszcze do Cytadeli, ostatni kilometr poświęciłem na ucieczkę przed deszczem i to by było na tyle.
Kategoria kraje / Polska, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Jest Ok

  105.45  08:37
Udało mi się wyruszyć wcześnie. Było pochmurno, ale za gorąco, bo jechałem tylko w koszulce i spodenkach. Upał w Fiordach Zachodnich to było nic. No i miałem siatkę na głowie, bo inaczej się nie dało, tak dużo latało tych wstrętnych much. Miałem przed sobą dużo terenu, ale nie w głowie mi były lodowce (chociaż mijałem je dosyć blisko). Chciałem się dostać do obszaru metropolitarnego okrężną drogą obok góry Ok. Znów czekał mnie interior. Droga była usłana kamieniami i wyryta dołkami jak w tarce. Co kilkadziesiąt minut mijało mnie auto 4x4, a za nim ciągnęły się kłęby kurzu.
Podczas postoju na obiad zatrzymała się furgonetka. Brytyjka, która podróżuje od kilku lat po świecie z mężem, zaproponowała mi, że zrobi zdjęcie moim aparatem. Szkoda, że słońce wiszące nad lodowcem wyszło zza chmur. Przynajmniej miałem zdjęcie mnie na tle lodowca, bo sam nie wpadłbym, aby takie sobie zrobić.
Od początku dnia miałem pod górkę. Podjazd był jednak wyjątkowo łatwy jak na Islandię. Znalazłem się na ponad 700 m i był to, jak do tej pory, najwyższy szczyt na Islandii przeze mnie zdobyty. Ze zjazdem był kłopot, bo rozpęd miałem, ale kamienie i doły nie dawały mi żadnych szans. Kilkanaście razy poczułem, jak obręcz koła dobija do podłoża. Nie pompowałem kół od przylotu, ale z mniejszym ciśnieniem nie czułem drgań. Tak czy inaczej, kapcia nie złapałem.
Ruch nie był jakiś duży. Spotykałem różnych typków, włącznie z tymi bezmyślnymi, co jechali bez zwalniania. Strasznie się kurzyło. Mój rower na koniec dnia wyglądał jak po kąpieli w piachu. Nie wiedziałem nawet od czego mogłem zacząć, aby go wyczyścić.
Trafiłem na gorące źródło, ale woda w basenie nie wyglądała na najczystszą, więc zrezygnowałem. Z czarnych chmur, które zdążyły nadciągnąć zaczęło kropić. Miałem nadzieję, że umyję szybko rower, ale popadało tylko trochę, a pyłu niewiele ubyło. Potem i tak jeszcze zostałem wielokrotnie okurzony, bo dzisiaj prawie cały dzień był terenowy.
Byłem tak zmęczony, że ledwo robiłem kolejne podjazdy, a czekało na mnie jeszcze sporo. Niestety wieczór złapał mnie szybko, więc musiałem zatrzymać się na noc. Na obranym miejscu nie zastałem nikogo. Dosłownie, bo nawet jednej osoby na polu namiotowym. O ile to było pole, bo nie dopatrzyłem się żadnego znaku, ale trawa była przystrzyżona i na mojej mapie turystycznej obiekt oznaczony, więc się zatrzymałem. I tak byłem zbyt wykończony, aby jechać gdziekolwiek dalej. Jazda w terenie to mordęga na Islandii.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

W islandzkim upale przez góry

  115.56  09:04
Obudził mnie hulający wiatr. Było chłodno, więc ubrałem się ciepło. Zebrałem się wcześnie, aby nadrobić wczorajszy krótki dystans. Objechałem Flateyri, gdzie się zatrzymałem i ruszyłem w kierunku pierwszego podjazdu.
Po kilku kilometrach prostej drogi zacząłem umierać od gorąca. Choć ruch na drogach był znikomy, to jednak znalezienie odrobiny prywatności nie było łatwe. Przebrałem się pod mostem, ale i to niewiele pomogło, bo upał narastał. Po pokonaniu podjazdu słońce zaczęło prażyć jeszcze mocniej, brakowało wiatru, a pot lał się ze mnie pierwszy raz od miesiąca. Do tego dnia ciepłe buty nie pasowały kompletnie. Szkoda, że zgubiłem drugą parę, bo byłyby idealne.
Objechałem fiord i dotarłem do Þingeyri. Odwiedziłem kolejny sklep z pamiątkami, bo trzeba się powoli rozglądać za czymś i znalazłem tylko kawiarnię, żadnej restauracji. Na szczęście miałem zapasy, więc pojechałem dalej. Zaczęło się stromo. Wygodny asfalt zmienił się w drogę gruntową. W upale to nic przyjemnego, zwłaszcza gdy spod każdego auta się kurzyło.
Potem było mniej przyjemnie, bo trafiłem na serpentyny. Ciągnęły się niemiłosiernie. Na górze uwagę zwracała chata awaryjna. Znajdowała się zbyt blisko drogi, więc nie była w najlepszym stanie (wyglądała tak jakby ktoś się do niej włamał). Dalej czekały mnie długi zjazd po kamieniach i jeszcze dłuższa droga pod wiatr na koniec fiordu. Przynajmniej zrobiło się trochę chłodniej dzięki mgle, chociaż przy tamtym wietrze nie było to konieczne.
Dojechałem do wodospadu Dynjandi, pod którym znajduje się kilka ławek piknikowych, ale ktoś uznał, że to dobre miejsce na rozbicie namiotu i dołączyło do niego kilkanaście innych osób. Powinni zbierać jakieś opłaty, bo to chyba obszar chroniony. Ja tylko zjadłem podwieczorek i ruszyłem dalej – na kemping, bo miałem plany na kolejny dzień.
Ostatnia droga przez góry była chyba najdłuższa. Słońce już nie smaliło, ale pojawiły się muszki. Nie wiem, ile tych potworów zabiłem, ale nawet nie chciało mi się szukać siatki. Zresztą atakowały całe ciało. Krajobraz raz po raz zaczynał się przekształcać od islandzkiej zieleni, przez marsjańską czerwień do księżycowej szarości. Znów znalazłem się w interiorze. Ostatnia góra nie była ostatnią, ale udało mi się ją przejechać. Resztkami sił. Na zjazdach ryzykowałem prędkością 40+, a i tak nie wiem kiedy na liczniku pojawiła się prędkość maksymalna równa niemal 70 km/h.
Była północ, gdy dojechałem do kempingu. Pełno aut i kilka namiotów. Ciężko było się rozłożyć. Wiatr strasznie hulał, więc po raz pierwszy rozciągnąłem linki usztywniające konstrukcję. Gdy skończyłem, wszyscy spali. Poszedłem wykąpać się w gorącym źródle. Nie było tak ciepłe, jak japońskie łaźnie, ale miałem je całe dla siebie.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, setki i więcej, terenowe, z sakwami, za granicą, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Z kompanem w kierunku zachodnich fiordów

  82.27  08:33
Strasznie nie chciało mi się wstawać, więc się wyspałem i jako ostatni opuściłem kemping. Wiatr nie odpuszczał i ja też nie. Nachodziły mnie myśli o zawróceniu, ale tak bardzo chciałem zobaczyć fiordy zachodnie, że nie wiedziałbym co zrobić z resztą czasu przed wylotem. Mocno mnie frustrowało, że przez wiatr w twarz nie mogę szybko jechać. Do tego widoki były takie nijakie przez te nisko wiszące chmury. Po prostu zapowiadał się zły dzień.
Po jakimś czasie zniknął asfalt i każde przejeżdżające auto fundowało mi dużą dawkę islandzkiego pyłu. Pewnie sporo jego zabiorę do Polski. Po kilku godzinach podbiegł do mnie pies pasterski. Zachowywał się tak, jakby chciał, aby za nim iść. Myślałem, że po minięciu zabudowań odejdzie, ale on nadal biegł przodem, od czasu do czasu ganiając za ptakami. Pomyślałem, że właścicielowi coś się stało, bo psy potrafią być mądre. Jechałem dalej, niestety moim tempem pod wiatr, a było to zawrotne 8 km/h.
Po przekroczeniu góry wjechałem do słonecznego fiordu. W końcu trochę ciepła. Chciałem się zatrzymać i przyrządzić ciepły posiłek, ale ze względu na psa nie mogłem. Jechałem więc dalej. 10, 20, 30 km, aż w końcu przyjechało auto, do którego wskoczył pies. Właściciel okazał się zdrów, a pies po prostu głupi. Próbował zatrzymywać auta, więc głupio się czułem, gdy wyskakiwał przed maskę. Przecież to nie mój pies. On tylko mnie prowadził.
Chciałem pojechać maksymalnie, jak najbliżej Hólmavíku, aby następnego dnia zastać otwarty bank. Gdy zbliżała się godz. 23, musiałem szukać miejsca na namiot, bo robiło się coraz chłodniej. Upatrzyłem sobie jedno na plaży, więc po raz kolejny spałem nad oceanem. Tylko tej nocy wiatr nie hulał. Wybrałem sprawdzone miejsce, bo znalazłem szpilki od namiotu.
Kategoria góry i dużo podjazdów, kraje / Islandia, pod namiotem, z sakwami, za granicą, terenowe, wyprawy / Islandia 2016, rowery / Trek

Landmannalaugar od ładniejszej strony

  124.67  07:49
To miał być luźniejszy dzień. Powrót do Selfoss i odpoczynek po ekstremalnych warunkach z poprzedniego dnia. Wyszło jednak inaczej, niż się spodziewałem.
Wciąż padało, gdy się przebudziłem. Przeleżałem więc w śpiworze kawałek poranka, zjadłem niespiesznie śniadanie i nagle się przejaśniło. Wyszedłem z namiotu, aby rozejrzeć się za jakimś ciekawym ujęciem. No bo skoro już dotarłem tak daleko, to dlaczego mam wrócić z pustymi rękoma?
Nie wiedziałem do końca, co ze sobą zrobić. Nie dostrzegłem widoków z internetu i czułem się rozczarowany. Zauważyłem jednak ludzi wspinających się pod górę po wąskiej ścieżce. Pomyślałem, że mógłbym wybrać się na pieszą wycieczkę. To był strzał w dziesiątkę. Idealna pogoda, a i daleko nie trzeba było iść. Kilka kilometrów spaceru i widok zwalił mnie z nóg. Landmannalaugar to najpiękniejsze islandzkie góry.
Mogłem wybrać się na długą pieszą wyprawę, aby zobaczyć więcej kolorowych zboczy, jednak nie miałem wystarczająco prowiantu. Zawróciłem do bazy. Rozważałem wejście do gorącego źródła, które znajduje się tuż przy kempingu, ale przestraszyłem się zimna. Chociaż w słońcu było 17 °C, to w cieniu chmur temperatura momentalnie spadała do 8 °C. Dodając do tego deszcz – 6 °C. No i jeszcze ten przenikliwie chłodny wiatr. Brr, zachciało mi się Islandii.
Zeszło mi trochę czasu na robieniu zdjęć i na wycieczce, że aż nastała pora obiadu. Skorzystałem z mojej kuchenki, ale – tak jak wczoraj – nie współpracowała najchętniej. Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania udało mi się zjeść obiad. Zebrałem obóz, porozmawiałem jeszcze z ludźmi ciekawymi mojej wyprawy i pojechałem w drogę powrotną. Oczywiście inaczej niż wczoraj, bo drogą F225 (gdzie F oznacza drogę górską).
Gdy ruszałem, było bardzo ładnie. Jedynie od czasu do czasu spadło kilka kropel. Potem jednak się rozpadało i martwiłem się, że będzie jak wczoraj. To było liche zmartwienie. Miałem bowiem do pokonania bród. Brak mostu w zasięgu wzroku zmusił mnie do działania. Obserwując auta przeprawiające się przez wodę, wiedziałem, że się zamoczę. Podwinąłem nogawki, zmieniłem buty na te, w których przyleciałem z Polski (wciąż nie wyschły, odkąd je przemoczyłem pierwszej nocy) i przejechałem, zalewając odrobinę jeden z butów. Dobrze zrobiłem, przebierając je.
Spotkałem sakwiarzy zmierzających w przeciwnym kierunku. Mieli kwaśne miny, ale dobrym znakiem było to, że oni tę drogę pokonali.
Przy kolejnym brodzie nie miałem ochoty na zmianę butów w deszczu, więc czekałem. Poczekałem, aż przestanie padać, ponieważ dostrzegłem błękitne niebo na horyzoncie, które powiększało się w moim kierunku. Gdy przestało padać, powtórzyłem procedurę przekraczania brodu. I tak kilka razy, aż dojechałem do takiego kilkunastometrowego. Pojawił się w mojej głowie niepokój. Obserwowałem auta przeprawiające się przez wartki nurt i w końcu sam się odważyłem go przekroczyć. Aby zminimalizować ryzyko upadku, poprowadziłem rower. Prąd próbował mi go kilka razy porwać, ale utrzymałem równowagę i suchy od kolan w górę znalazłem się na drugim brzegu. Wydaje mi się nawet, że ktoś z auta robił mi zdjęcia albo nawet kręcił film. W każdym razie, dostałem kciuka w górę i uśmiechy na twarzach obserwatorów.
To był koniec brodzenia. Kolejne cieki oznaczone na mapie okazywały się być zaledwie strumyczkami. Pozostał mi tylko długi zjazd z księżycowym pejzażem. Mimo obaw o możliwość złapania kapcia na kamienistej drodze, sunąłem w dół z zawrotnymi prędkościami, jakich mój licznik nie widział od czasu wjazdu na islandzki interior. Wszystko szło łatwo, dopóki nie spadła mi sakwa. Trochę w tym mojej winy, bo była zawieszona tylko na górnych hakach (ale i przywiązana linką). Co było najgorsze, w tej sakwie miałem aparat. Na szczęście przetrwał upadek. Zorientowałem się za to, że zniknęły buty, w których przekraczałem rzeki. Miałem je wyrzucić, ale nie tak wcześnie i nie byle gdzie. Nie miałem sił na wracanie się pod górę, więc pozostała mi nadzieja, że ktoś je zauważy i zabierze. Wszystkiemu winne wyboiste drogi.
Skończyła się droga przez interior i miałem kilkadziesiąt kilometrów prosto do kempingu, na którym zostawiłem połowę rzeczy. Aby zaoszczędzić czas i pieniądze, chciałem je odebrać jeszcze dzisiaj. Droga była długa i przeszkadzał mi wiatr wiejący w twarz. Trafiłem też na przebudowę drogi. Warstwa grubych kamieni nie była łatwa do pokonania. O tyle dobrze, że za jakiś czas będzie można tamtędy pojechać po wygodnym asfalcie. Islandzkie drogi są w zaskakująco dobrym stanie. Szkoda, że nie budują takich w Polsce.
Wjechałem na krajową drogę nr 1, której odcinek dzielił mnie od Selfoss. To był dosyć nudny odcinek, nie cieszył mnie w żadnym stopniu. Chyba że byłem zbyt zmęczony, aby czerpać jakąkolwiek radość. Bądź co bądź, mijało mnie dużo aut, pomimo późnej godziny.
Nie udało mi się dotrzeć na czas na kemping, ale widziałem po drodze zachód słońca. Nie był jakiś efektowny. Może to nie ten dzień. Zjadłem, w końcu się umyłem i poszedłem spać. Zauważyłem jeszcze, że przednie koło mam skrzywione. Ciekawe co będzie następne.
Kategoria rowery / Trek, pod namiotem, kraje / Islandia, góry i dużo podjazdów, terenowe, setki i więcej, za granicą, z sakwami, wyprawy / Islandia 2016, mikrowyprawa

Kategorie

Archiwum

Moje rowery