Pozostało mi dostać się do Białegostoku. Najprostszą drogą były polne i leśne drogi. W większości dobre, chociaż parę piachów musiałem pokonać. Nawet znalazłem kolejnego kleszcza na sakwie. Tym razem leśnego, bo te z wczoraj były głównie polne z wyglądu (chociaż w Polsce jest z 20 gatunków, więc nie mam pewności).
Niebo pociemniało, nawet chwilę pokropiło, ale nic strasznego. Dotarłem do Supraśla i znów zrobiło się słonecznie, choć nie na długo. Ruszyłem po prostej do celu. Jakiś kwadrans przed nim rozpadał się deszcz i śnieg na przemian. Schroniłem się na przystanku autobusowym. Dokończyłem jazdę, gdy się uspokoiło. Ostatecznie deszcz prognozowany na wieczór nie przyszedł. Najpewniej ostatni opad był tym zapowiadanym.




