Przez rzeki można się przedostać wygodnie, mniej wygodnie lub niewygodnie. Mnie czekał ten mniej wygodny wariant – po chybotliwej kładce. Lepsze to niż wpław. Już raz przeprawiałem się tamtędy. Wtedy było lato i chaszcze rosły wyższe ode mnie. Tym razem miałem szczęście, bo pokrzywy miały tylko parę centymetrów. Ktoś wymienił kładki. Pierwsza stała się stabilna, ale straciła poręcz. Druga zaś nie wyglądała zaufanie, a kiedyś stał tam wygodny, szeroki mostek. Zastanawia mnie tylko, czemu nie zamienią dwóch kładek na jedną bliżej dawnego mostu. Ktoś, kto mieszka tuż za rzeką (jego pies się na mnie rzucił) korzysta z tych kładek dość często, sądząc po wydeptanych śladach. Ludzie potrafią być tacy niezaradni.
Dalszych dróg nie było na mapach, więc jechałem trochę na oślep, ale najczęściej udawało mi się zmierzać na północ. Przejechałem ponownie obok rezerwatu Bachus i wróciłem na chwilę na żółty szlak, który mnie wczoraj prowadził. Potem kolejne lasy i kolejne drogi w nieznane, aż dotarłem do wojewódzkiej, która doprowadziła mnie do Hańska lub Hańska Pierwszego. Kompletnie nie rozumiem, jak dane terytorialne mają się do znaków drogowych, bo na znaku miejscowości jest Hańsk, a w rejestrze TERYT jest Hańsk Pierwszy.
Dzisiaj jest jakieś święto, bo nie tylko znalazłem market po 50 km jazdy, ale był on otwarty, a dzisiaj niedziela. Absurd! Kto do tego dopuścił, by ktokolwiek pracował w niedzielę? Niedziela jest od tego, żeby leżeć brzuchem do góry i czekać na pieniądze z socjalu. (Jestem oczywiście przeciwny dawaniu ryby zamiast wędki).
Uznałem, że wystarczy ze mnie na dzisiaj. W dodatku prognoza pogody się zmieniła i zamiast wiatru z północy miałem wiatr zmienny. Ruszyłem na południe, by zdążyć przed burzą, której ostatecznie nie było.
