Rano coś popadało, więc ruszyłem się dopiero po południu. Wiało z południowego-zachodu. Stąd postanowiłem pojechać do Krasnegostawu i wrócić z wiatrem. Wilgotne powietrze dodawało głębi pejzażom. Szkoda tylko, że nic ładnego nie wpadało w oko.
Pojechałem przez Zawadówkę, żeby przed wiatrem schronić się między drzewami. Potem po ciasnej wojewódzkiej dojechałem do Rejowca. Dalej chciałem jechać bocznymi drogami. Rozpoznałem, że kiedyś jechałem niemal tą samą drogą prawie do Szczebrzeszyna. Na przejeździe kolejowym rozmarzyłem się, że miło byłoby zobaczyć pociąg, ale jeździ tamtędy zaledwie parę pociągów dziennie. Byłem w połowie drogi między dwoma przejazdami przez tory, gdy usłyszałem dźwięk sygnalizatorów. Natychmiast zawróciłem i udało mi się sfotografować odjeżdżający szynobus. Szkoda, że nie pojechałem do drugiego przejazdu, bo tam były aż dwa piękne łuki, na których pojazd prezentowałby się dużo ciekawiej.
Zmieniłem plan jeszcze ociupinę, żeby zobaczyć rzekę Wieprz. Wciąż mam nadzieję znaleźć jakiś ładny punkt widokowy, ale nie udaje mi się. Na pewno na południe od Krasnegostawu taki jest, bo pamiętam z poprzedniej wycieczki. Szkoda, że nie ma atlasu punktów widokowych.
Krasnystaw był mocno zadymiony. Ludzie palą jak nie w piecach, to w bezsensownych ogniskach. Wyjechałem stamtąd jak najszybciej i ruszyłem na wschód. Wiatr niemal ustał, bo czułem opory powietrza, a dym w wioskach opadał z wolna na sąsiednie chałupy. Tam sąsiedzi muszą się bardzo lubić.
Końcówkę przed Chełmem pokonałem po starej drodze dla kaskaderów. W Chełmie zaczęło kropić i nie przestało do końca. Dzisiaj przynajmniej nie przemarzłem.