Dzisiaj miało padać, ale prognoza się zmieniła i w słońcu ruszyłem do chramu, który jest jedną z wizytówek góry. Dojechałem po mokrych ulicach, a ponieważ założyłem spodenki, to łydki – ochlapane wodą śniegową i zmrożone wiatrem – cierpiały. Całe szczęście szybko dostałem się pod docelowe wzniesienie, a potem zostały tylko schody. Z powodu opadów śniegu sprzed dwóch dni wszystko było w błocie pośniegowym. Buty w sumie zamoczyłem dopiero na górze, ale i tak było mokro. Na szczycie schodów stała pagoda Chūrei-tō, która w towarzystwie Fuji przyciąga dużo ludzi. Dodatkowo Fuji-san był dzisiaj w dobrym humorze i nie okrywały go żadne chmury. Brakowało mi jednej rzeczy – kwitnących wiśni.
Prawdę mówiąc, zupełnie inaczej to sobie wyobrażałem. Do końca marca jest jeszcze tydzień, a okazuje się, że w tym regionie wiśnie kwitną zwykle w połowie kwietnia. Przyjechałem zdecydowanie za wcześnie. Dodatkowo śnieg pokrzyżował plany jakichś ciekawszych wycieczek (np. wokół wulkanu). Muszę stąd uciec i może uda mi się wrócić za kilka tygodni. Byłoby miło zrealizować w pełni plan obecnej wizyty w Japonii.
Zaczęło się chmurzyć na horyzoncie, więc przejechałem się po okolicy i wróciłem do hostelu. Prognozowany deszcz przyszedł, choć później. Mogłem jeszcze trochę czasu spędzić na rowerze.
