Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / zachodniopomorskie

Dystans całkowity:5105.29 km (w terenie 780.94 km; 15.30%)
Czas w ruchu:267:18
Średnia prędkość:19.10 km/h
Maksymalna prędkość:52.00 km/h
Suma podjazdów:24203 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:154 (78 %)
Suma kalorii:26198 kcal
Liczba aktywności:42
Średnio na aktywność:121.55 km i 6h 21m
Więcej statystyk

W Lubinie prawie pod namiotem – dzień 3

  144.91  07:05
Dzisiaj pospałem sobie dłużej. Chyba dlatego, że było ciepło, bo zatrzymałem się w hostelu. Także dzień zapowiadał się ciepły i słoneczny. Miałem nadzieję, że ujrzę dzisiaj morze.
Zwiedzanie Szczecina nie jest najlepszym pomysłem, gdy nie ma się mapy ciekawych miejsc. W dodatku wszędzie tam pełno skrzyżowań ze światłami, na których rowerzyści muszą przejeżdżać na czerwonym, bo czekanie na zielone nie ma najmniejszego sensu. Zrobiłem zakupy w pierwszej napotkanej Żabce i w końcu ktoś miał nożyczki, więc pociąłem metrowej długości plaster na mniejsze kawałki, żebym miał czym chronić moje wczorajsze skaleczenie. Zatrzymałem się też na placu Grunwaldzkim, aby w końcu zjeść śniadanie kupione kilka chwil wcześniej w sklepie.
Nie da się zwiedzić tego Szczecina na rowerze. Zabytki, które widziałem były położone przy ruchliwej drodze krajowej, więc pozostawał spacer chodnikami. Przejścia dla pieszych mają tam liczniki, ale zielone światło czasem trwa tylko przez kilka sekund. Przespacerowałem łącznie 2 km drogi, ale czas mnie gonił, więc bez żadnego planu nie miałem tam czego szukać i zacząłem wyjazd z miasta. Było to trudne i niewygodne. Jechałem ruchliwymi ulicami, marnej jakości drogami dla rowerów, setką przejazdów rowerowych (także między stronami ulicy). W pewnym miejscu musiałem dostać się na wiadukt, ale za żadne skarby nie wiedziałem jak tego dokonać. To miasto nie dba o rowerzystów. Robią te drogi dla ciemnoty, aby zaspokoić ich potrzeby, ale co mają zrobić normalni rowerzyści, którzy wymagają jakości? Polskie prawo niestety rzuca kłody pod nogi z zapisem o nakazie jazdy drogą dla rowerów znajdującą się po stronie kierunku ruchu. Wiem na pewno, że do Szczecina już nie wrócę, bo to złe miejsce.
Szczecin opuściłem po przejechaniu 25 km. Strasznie daleko się to miasto ciągnie. Przynajmniej droga krajowa była dwujezdniowa o dwóch, czasami trzech pasach ruchu, a ruch na niej był średni. I jak w Szczecinie poboczy nie było w ogóle, tak za miastem miałem do dyspozycji aż 2 metry.
Kawał drogi przed Stargardem Szczecińskim pojawił się bezsensowny znak zakazu wjazdu rowerem. Bezsensowny, bo po prawej stronie ciągnie się droga dla rowerów, po której, zgodnie z prawem, rowerzysta ma obowiązek jechać. Ciągle miałem wrażenie, że za chwilę coś wyskoczy zza krzaków pod moje koła. Z początku nawierzchnia była równa, ale po kilku kilometrach asfalt wyglądał jakby zapomniano o nim eony temu. Cóż, gdy biedota bierze się za budowę, nigdy nie będzie to coś porządnego.
Stargard Szczeciński mnie wciągnął. Tyle olbrzymich zabytków mrugało do mnie z wysokości, że nie mogłem się oprzeć i przespacerowałem dużą część Starego Miasta. Znów poświęciłem na to więcej czasu niż mogłem. Na pewno ominąłem sporo zabytków, ale te, które rzuciły mi się w oczy – zobaczyłem.
Było tak upalnie, że, skuszony, zatrzymałem się, na lodach. Dostałem paragon za najtańszą wersję, choć zapłaciłem 4 razy więcej. Ktoś ma problemy ze wzrokiem lub z finansami. Nie wnikam, a lody takie sobie.
Na północ jechałem po przeróżnych pagórkach. Słońce miałem za plecami, więc odrobinę mogłem odpocząć od tego upału. Jedynie wiatr wciąż przeszkadzał, w którąkolwiek stronę nie jechałem. Do Maszewa dojechałem po godz. 15. Musiałem zmienić plan, aby się wyrobić. Wyciągnąłem mapę województwa i obrałem kierunek na Goleniów. Nowogard musi poczekać.
Tuż przed Goleniowem jest rondo, a przed rondem po prawej stronie droga dla rowerów. Niestety droga zrobiona tak bezmyślnie, że prowadzi tylko w prawo, a ja, głupi, dałem się oszukać i na nią wjechałem. Żeby pojechać do Goleniowa musiałem przejechać po pasie zieleni. Ta niewygoda została mi jednak wynagrodzona, bo oto Goleniów jest miastem kwitnącej wiśni! Taka mała Japonia, którą mogłem podziwiać, ponieważ drzewa wciąż kwitły (choć już nie tak imponująco, jak kilka tygodni temu). Sakura, bo tak nazywa się ta odmiana, będzie gościć w moim ogrodzie, jeżeli kiedykolwiek w życiu osiądę w jednym miejscu.
Z Goleniowa miałem ruszyć do Stepnicy, ale znalazłem na mapie jeszcze krótszą drogę, krótszą nawet od drogi krajowej – przez lasy. Cieszyłem się podwójnie z wyboru, bo las chronił mnie od wiatru i mogłem jechać szybciej. Niestety wysokie drzewa zasłaniały także słońce i po pewnym czasie zaczęło robić się chłodniej. Wspominam jazdę tamtą drogą bardzo dobrze. Droga była równa, aut żadnych, słychać tylko wiatr i śpiew ptaków; po pewnym czasie także szum turbin elektrowni wiatrowych. Na kilka kilometrów przed miastem Wolin, las skończył się i choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, to chłodny wiatr wiejący w twarz bardzo wychładzał. Temperatura spadała coraz niżej, aż momentami zaczęła dochodzić do 11 °C.
W Wolinie pokręciłem się dłuższą chwilę w poszukiwaniu sklepu. Znów trafiłem na Żabkę. Pomyślałem, że może zacznę tam jadać codziennie. Czas mnie gonił, a że nie miałem na dzisiaj upatrzonego celu, tylko kilka wybranych pól namiotowych, to pojechałem do pierwszego, najbliższego. Aby skrócić sobie drogę, wjechałem w teren, na rowerowy Szlak Odry należący do sieci szlaków Greenways. Na początku było nieźle, miałem nawet widok na Zalew Szczeciński. Potem zaczęły się piaszczyste drogi i las. W owym lesie kilka razy zbłądziłem, ale że miałem ze sobą mapę OpenCycleMap z lokalizacją, to trzymałem się zaznaczonego szlaku. W ten sposób dotarłem do Lubina, a las, który minąłem, był częścią Wolińskiego Parku Narodowego.
Szukanie pola namiotowego nie przynosiło skutków. Chociaż często korzystam z serwisu eholiday.pl, to dzisiaj okazał się on zawodny. Nawet numer telefonu do właściciela kempingu był nieosiągalny. Słońce zachodziło, więc wróciłem do skrzyżowania, na którym rzuciła mi się w oczy reklama agroturystyki. Musiałem spróbować... i udało się. Mieli wolny domek, ale za to jaki standard! Widok na zachodzące słońce (tym samym promienie słoneczne nagrzały pomieszczenie), cena nie wyższa niż w poprzednich miejscach, nawet telewizor się znalazł. Nie dało się narzekać, choć planowałem dzisiaj spać pod namiotem, ale jak nie dzisiaj, to na pewno wkrótce. Nie mogłem się doczekać widoku morza.
Kategoria setki i więcej, z sakwami, terenowe, Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, wyprawy / Świnoujście – Hel 2014, rowery / Trek

Z wizytą u Szwejka na drugi dzień

  155.57  07:53
Obudził mnie chłód. Nie sprawdziłem ile pokazywał termometr, ale gdy ruszałem było 12 °C. Żaby nad wodą nie przestawały nawet na chwilę rechotać. Kuranty w miejscowym kościele oznajmiły, że pora się zbierać. Właściciel kempingu już na mnie czekał. Chwilę porozmawialiśmy i jeszcze przed godz. 8 wyruszyłem, aby dostać się do Szczecina. Nie spieszyłem się, nie chciałem tracić sił, których i tak miałem mało po wczorajszej gonitwie z czasem. Chociaż liczba kilometrów w dzisiejszym planie była podobna do wczorajszego, to miałem dużo więcej czasu do rozdysponowania i byłem spokojniejszy.
W Słońsku, skuszony znakiem, zacząłem szukać ruin zamku. Ruina wygląda raczej na pałac, ale to dlatego, że w XVII w. zamek został zniszczony przez Szwedów i odbudowany już jako pałac. Zrobiłem zakupy w malutkim sklepie i zatrzymałem się, aby zjeść porządne śniadanie. Zdecydowanie nie było ciepło, do tego wiatr od czasu do czasu smagał podczas postoju. Trzeba było się porządnie rozruszać, żeby ruszyć dalej. Przy wyjeździe ze wsi kusiło 99 km do Berlina, ale nie był to mój dzisiejszy cel, zwłaszcza że miałem już zapewniony nocleg.
Przez kilka kolejnych kilometrów po mojej prawej stronie rozciągały się krajobrazy Parku Narodowego „Ujście Warty”. Zatrzymałem się pod wieżą widokową przy Czarnowskiej Górce. Mglisty poranek nadawał widokom nutę tajemnicy, jednak nadal jest to tylko płaski teren, który już nigdy nie zdobędzie mojego serca.
Dojechałem do Kostrzyna nad Odrą. Pierwsze, co chciałem tutaj zobaczyć, to twierdza. Udało mi się przypadkiem dojechać do bramy przy bastionie Filip. Widać, że trwają prace budowlane, ale ponieważ nie było żadnego zakazu, to przejechałem po moście przez fosę. Przeczytałem z tablicy informacyjnej, że niegdyś było tam miasto, które zostało prawie całkowicie zniszczone podczas II wojny światowej. Prawie, ponieważ fundamenty budynków oraz chodniki są wciąż widoczne. Jaka szkoda, bo to miejsce było niezwykłe i na pewno równie piękne, jak Zamość. Odnawiane mury przy tych wszystkich ruinach wyglądają bardzo nienaturalnie, ale prace trwają i za kilkadziesiąt lat to miejsce może się zmienić nie do poznania.
Miałem jakiegoś pecha, bo ześlizgnąłem się z pedału podczas wpinania w zatrzask i rozciąłem skórę na sporej powierzchni. Ból był straszny, bo trafiło na piszczel. Myślałem, że to koniec mojej podróży i że dalej nie pojadę. Na moje nieszczęście nawet nie miałem żadnego środka do dezynfekcji. Przemyłem ranę wodą, założyłem porządny plaster, rozchodziłem nogę i powoli zacząłem jechać w stronę centrum miasta, żeby znaleźć czynną aptekę. Z początku mocno bolało, ale z każdym kilometrem czułem coraz większą ulgę.
Nie znalazłem żadnej apteki, ale w sklepie dostałem plastry. Moje poprzednie, które miałem ze sobą, miały już 2 lata i powoli się kończyły. Miałem tylko nadzieję, że znajdę aptekę gdzieś dalej.
Gdzieś na przedmieściach, na drodze krajowej, pojawił się długi podjazd i był nawet stromy. Jaka szkoda, że przegapiłem fort Sarbinowo. Jest on częścią Twierdzy Kostrzyn i leży na tym samym wzniesieniu, na które wjechałem. Może następnym razem będę miał więcej szczęścia. Lubię oglądać takie obiekty.
Jazda szła mi strasznie wolno. Pokonałem zaledwie 30 km w 3 godziny. Miał być luźny dzień, ale nie aż tak. Do Szczecina było jeszcze ponad 110 km po drodze krajowej, ale ja nie planowałem po niej jechać daleko, bo chciałem przejechać przez kawałek Niemiec.
W południe miałem na liczniku 50 km i w końcu pokazało się słońce – chociaż na chwilę. Za Boleszkowicami wjechałem w kawałek terenu. Ładne tam były widoki z żółtymi polami rzepaku. A w Mieszkowicach poczułem się jak w średniowiecznym mieście. Droga z bruku, mury miejskie. Jedynie te domy takie nowe. Niestety na tym bruku tak trzęsło, że wypadł mi notes i prawie straciłem notatki z połowy dnia. Na szczęście przechodzień zauważył, że coś zgubiłem i dzięki temu odzyskałem notes zanim się zorientowałem jego zniknięcia.
Planowałem dojechać do Szczecina ok. godz. 16, aby móc zwiedzić to miasto i mieć więcej czasu w trzecim dniu podróży, jednak jechałem stanowczo zbyt wolno. Myślałem nawet o ominięciu Niemiec. Ostatecznie postanowiłem trzymać się planu. Niestety wiatr zmienił się z bocznego na czołowy, ale nie poddawałem się. Jeszcze moja podróż się nie skończyła.
Dojechałem do Chojny i w końcu znalazłem czynną aptekę. Pracował w niej obcokrajowiec i musiałem mówić naprawdę wolno, aby mnie zrozumiał. Udało mi się dostać spirytus salicylowy oraz szerokie plastry. Do nich niestety potrzebne były nożyczki, których już nie udało mi się uzyskać od sprzedawcy.
Na moim liczniku 100 km wybiło na chwilę po wjeździe do Niemiec. Od razu przywitał mnie chodnik z tabliczką „rower frei”. Choć nawierzchnia była z nierównej kostki, to jechałem. Rowerzyści są tam tak samo głupi, jak w Polsce, także kraj chyba nie ma znaczenia, jeśli chodzi o zapewnienie własnego bezpieczeństwa. A może to byli wszyscy Polacy mówiący po niemiecku?
Dotarłem do miasta Schwedt/Oder, które ma strasznie dużo przestrzeni. Wyznaczenie dróg dla rowerów nie było tam w ogóle problemem. Budynki są zadbane, jak w Görlitz (przynajmniej od reprezentatywnej strony, bo przy ulicach osiedlowych już nie jest tak ładnie). Rowerzyści mają dużo przywilejów. Podobają mi się też przejścia dla pieszych – żadna tam zebra, nawet znaku nie ma. Chodnik styka się z ulicą, a stąd pieszy może już przejść, oczywiście uważając na nadjeżdżające auta, ponieważ nie każdy kierowca umie się zatrzymać w odpowiednim momencie.
Chmury zaczynały się rozchodzić, a słońce od czasu do czasu przypiekało. Jedynie wiatr się nie zmieniał. Wyruszyłem na północ, ale trafiłem na kolejne drogi dla rowerów. Już mniej wygodne od tych w centrum, ale cóż zrobić? Jechać trzeba, chociaż jedyny ruch tworzyli tam rowerzyści. Dojechałem do drogi krajowej B2. Chociaż była wygodna, to pobocze miała mocno zaśmiecone piachem i żwirem. Jako że wjechałem do lasu i wiatr przestał mi ciążyć, to jazda była bardziej sprawna, a żeby nie marnować czasu, zacząłem podciągać nogi, aby jeszcze efektywniej wykorzystać energię. Naprawdę muszę sobie wyrobić nawyk takiej jazdy, bo jest o wiele łatwiej.
Gartz (Oder) – kolejne miasto niemieckie na drodze przed Szczecinem. Tym razem bez dróg dla rowerów. Miasto ciut zaniedbane, ale najwidoczniej jest biedne, co wszystko by tłumaczyło. Na wyjeździe z centrum ponad kilometr nawierzchni drogi jest z bruku, ale na szczęście z tego wygodnego. Dalej był asfalt... aż do Polski. Tutaj zaczął się ser szwajcarski – dziura na dziurze. Asfalt, jak można spostrzec, jest gorszej jakości, ale może to ma odstraszać Niemców przed wizytą w naszym kraju?
Do Szczecina dotarłem po prostej. Tutejsze drogi dla rowerów są takie sobie. Nierówna kostka, nierzadkie dziury, brak ciągłości (ostatecznie skończyłem na drodze dla pieszych) i ogólnie lepiej nimi nie jeździć. Także światła drogowe zostały tutaj postawione przez bałwanów. Aby dostać się do mojego hostelu, musiałem dojechać do jednego takiego skrzyżowania, które nie wykrywa cyklistów – przekonał się o tym rowerzysta przede mną, przekonałem się i ja.
Dzisiaj udało mi się dotrzeć do noclegu przed zmrokiem. Zatrzymałem się w hostelu Szwejk. Myślałem jeszcze o tym, aby wyjść na przejażdżkę zanim zrobiłoby się ciemno, jednak zrezygnowałem z tej myśli na rzecz odpoczynku przed kolejnym dniem. Czy jutro zobaczę morze?

Kategoria setki i więcej, z sakwami, za granicą, Polska / zachodniopomorskie, Polska / lubuskie, kraje / Polska, kraje / Niemcy, wyprawy / Świnoujście – Hel 2014, rowery / Trek, Park Narodowy „Ujście Warty”

Kategorie

Archiwum

Moje rowery