Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / kujawsko-pomorskie

Dystans całkowity:4279.06 km (w terenie 322.54 km; 7.54%)
Czas w ruchu:212:11
Średnia prędkość:20.17 km/h
Maksymalna prędkość:55.14 km/h
Suma podjazdów:20809 m
Maks. tętno maksymalne:125 (63 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:24792 kcal
Liczba aktywności:33
Średnio na aktywność:129.67 km i 6h 25m
Więcej statystyk

Spędzić sylwestra daleko

  104.64  05:59
Poranek wyszedł całkiem nieźle. W pensjonacie napełniłem termos gorącą herbatą, wyruszyłem po godz. 8. Tylko temperatura -8 °C nie napawała optymizmem. Liczyłem, że to się poprawi.
Postanowiłem na początek dnia przekroczyć Wisłę. Między mostami w Toruniu i Włocławku dostrzegłem przeprawę promową. Zjadłem więc śniadanie w jedynej otwartej restauracji, czyli McDonald'sie (raz na kilka lat nie zaszkodzi) i pojechałem... pod wiatr. Niestety nie ma prostej drogi do Aleksandrowa Kujawskiego, który był na mojej liście miast przejazdowych. Musiałem zacisnąć zęby i przeć przed siebie. Niska średnia i duże zmęczenie nie dodawały mi otuchy. Dojechałem tuż przed południem, a potem w Ciechocinku znalazłem smażalnię ryb. Zjadłem filet z sandacza i wypiłem grzańca na bazie... bezalkoholowego piwa. Tego mi było trzeba. Zagrzany i pełny energii mogłem kontynuować mój szalony plan. Przynajmniej temperatura wzrosła do -2 °C.
Skierowałem się na południe. Wiatr o dziwo nie dokuczał tak mocno. Trafiłem na Nadwiślański Szlak Rowerowy. Bardzo przypomina Green Velo na wschodzie Polski. Dlaczego? W obu przypadkach specjalnie wybudowano infrastrukturę drogową. Lub przekształcono istniejącą, co trafiło się mnie. Nie mogłem jednak narzekać, bo w tym wypadku kostka Bauma była wielokroć wygodniejsza od starego asfaltu.
Ostatni w tym roku prom z Nieszawy odpłynął w listopadzie. Mój plan powoli się sypał. Najpierw trudna droga pod wiatr, teraz to. Zawróciłem na Aleksandrów Kujawski. Chciałem przedostać się przez Wisłę w najbliższym mieście – w Toruniu. Moją uwagę przykuła droga krajowa wzdłuż autostrady A1. Ruch nie był duży, duże było pobocze. Dystans też był znacznie mniejszy aniżeli miałbym kombinować w Aleksandrowie. Niestety zmierzch mnie złapał na rogatkach Torunia. Pora była młoda, ale do następnego celu – Grudziądza – było o wiele kilometrów za dużo. Przy obecnym stanie moich sił nie dojechałbym, a nie miałem ochoty na spędzanie tego sylwestra w miejscowości, o której nigdy nie słyszałem. Toruń okazał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza z przepięknym widokiem na miasto znad Wisły.
Po drodze zajrzałem do campingu i dostałem namiar na lokalne miejsca noclegowe. Udałem się szybko do Starego Miasta, żeby kupić pierniki. Jakże się zawiodłem kartką informującą o zamknięciu sklepu firmowego Toruńskich Pierników aż na 3 godziny przed moim przyjazdem. Najgorsze że jutro będzie zamknięte przez cały dzień. Moja trzecia wizyta w tym mieście i pierwsza bez słodkich zakupów. Pozostało mi znaleźć nocleg. Wybór padł na najlepszą lokalizację – po drugiej stronie Wisły. Miałem to szczęście, że znalazłem wolny pokój po pierwszym telefonie. Pewnie usytuowanie Domu Sportowca w odosobnionym miejscu wpływa na jego niską popularność. Po drodze trafiłem na nabrzeże po stronie Starówki, na którym trwały przygotowania pirotechników. Coś przeczuwałem, że czeka mnie ciekawy pokaz z drugiego brzegu. To był dobry wybór, choć po tym męczącym dniu raczej nie było mowy o porządnym śnie.

Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, z sakwami, setki i więcej, po zmroku i nocne, wyprawy / Zimowa 2015/2016, rowery / Trek

Zimowa wyprawa

  123.39  07:02
Miałem wielkie plany na minione święta. Niestety coś mi zaszkodziło i musiałem ułożyć sobie wszystko inaczej. Wczoraj wróciłem z rodzinnych stron i dzisiaj mogłem wyruszyć w podróż. Daleko, rowerem i bez planu.
Pakowanie zajęło mi pół poranka. Potem jeszcze zmiana łańcucha i w drogę. Dzisiaj w końcu przyszedł przymrozek. W słońcu na bezchmurnym niebie 0 °C, ale w cieniu nawet -2 °C. Szkoda tylko, że wiało z południowego-wschodu. Nie chciałem jechać do Szczecina, bo miałem 5 dni wolnego. Wybrałem trudniejszy kierunek – północny-wschód. Wiatr mocno mi przeszkadzał. Na początek dałem się skusić drodze dla rowerów nad Wartą, którą zauważyłem podczas ostatniej wycieczki. Zwłaszcza że wzdłuż głównej ulicy strasznie śmierdziało spalinami. Ścieżka wygodna, bo nowa, a i zobaczyłem Poznań od innej strony. Gdy wyjeżdżałem z miasta, wszystkie sygnalizacje świetlne zostały wyłączone i na większości ślamazarnie zaczęła pojawiać się policja. Pobocza drogi do Gniezna są coraz bardziej zaśmiecone. W dodatku ruch był niespotykanie duży. Później zacząłem to tłumaczyć pogrzebem w Lednicy, ale nic się nie zmieniło, gdy minąłem zjazd do Pól Lednickich. Zatrzymałem się na Orlenie, żeby wypić kawę i napełnić termos herbatą, bo nie zdążyłem tego zrobić w domu. W międzyczasie zmieniłem rękawice rowerowe na narciarskie. Jakie one ciepłe! Miałem na sobie też zimowe buty, które kupiłem wiosną po przecenie. Wysoka cholewa nie była dobrym pomysłem, ale buty spisują się na medal. Założyłem też drugie spodnie, bo jedna warstwa nie dawała rady. Zima już nie jest mi straszna.
Nie mogłem trafić na czynny bar, a mijało coraz więcej czasu od mojego śniadania. Temperatura spadła do -5 °C, co odczułem na dłoniach, które przemarzły, mimo że siedziały w ciepłych rękawicach. Tłumaczyłem sobie, że to przez głód. Ostatecznie wylądowałem na kebabie w Gnieźnie. Zapadł zmierzch, gdy skończyłem jeść. Ze znaków drogowych wywnioskowałem, że czeka mnie długa droga. A jak jeszcze pomyślałem o wzmożonym ruchu, to odechciewało się wszystkiego. Spróbowałem najpierw lokalnymi drogami, a gdy dojechałem do krajówki, miałem dwa wyjścia – albo wjechać na nią, albo dalej lokalnymi. Jako że nie było ruchu, wybrałem krótszą trasę i pojechałem krajową piętnastką. Błąd, ponieważ ruch był, tylko wahadłowy. W dodatku brakowało pobocza. Świetnie. Szczęśliwie droga krajowa szybko mi poszła i dojechałem do Mogilna. Dalej mogłem dobrać się do dróg lokalnych. Ciut inaczej niż ostatnio, ponieważ chciałem dotrzeć jak najszybciej do Inowrocławia. Dalej nie dałbym rady. Za późno wyruszyłem. Trochę szkoda, że przyszedł mróz. Chciałem zobaczyć działające tężnie.
Kilka kilometrów od Inowrocławia zaczepili mnie panowie, zaciekawieni rowerzystą o tak późnej porze. Wtedy zorientowałem się, że jest po godz. 20, a ja jeszcze nie miałem noclegu. Moja średnia od kilku godzin wynosiła ok. 16 km/h. Nie wiem, czy to po świętach, czy przez zbyt małą ilość paliwa. Na pewno wiatr miał w tym swój udział. W mieście zrobiłem zakupy na kolację i zacząłem szukać czegokolwiek. Hostelów tutaj nie ma, a wszystkie hotele zaczynały się od trzech gwiazdek. Były też dziesiątki will, pensjonatów i dworków. Zatrzymałem się w czymś Księżycowym. Ciekawa nazwa, bo i właściciel niedaleko mieszka, więc mogłem o późnej godzinie dostać pokój. Prognoza pogody się zmieniła. Zapowiadają śnieg w Poznaniu. Nie będzie dobrze.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, z sakwami, Polska / wielkopolskie, setki i więcej, po zmroku i nocne, wyprawy / Zimowa 2015/2016, rowery / Trek

Mikołaj w Gdańsku

  161.33  07:39
Ups, nie chodziło mi o stolicę naszego kraju. Obcego też nie. Kierowałem się do rowerowej stolicy Polski. Tak przynajmniej mi się wydawało. Ale po kolei (o kolei też będzie).
Wstałem dopiero o 7, więc zanim się ogarnąłem, słońce zaczęło szykować się do wzejścia. Właściciel hotelu wybierał się na rower do lasu, a ponieważ zaparkowałem moją bryką w jego garażu, mógł on przyjrzeć się jej z bliska pod moją nieobecność. Zauważył luz w tylnej piaście. Niewielki, ale jednak. Może to jest powodem któregoś stukania (od dawna borykam się z różnymi dźwiękami stukania, trzeszczenia, a ostatnio nawet moje nowe pedały z maszynowymi łożyskami zaczęły piszczeć). W każdym razie wizyta w serwisie jest jutrzejszym obowiązkiem.
Rano temperatura wynosiła ponad 4 °C. Było prawie bezchmurnie i zapowiadał się słoneczny dzień. Pierwszym miastem na mojej trasie była Tuchola. Jaka szkoda, że Bory Tucholskie nie znajdowały się w pobliżu. Byłem ciekaw, czy mocno się różnią od innych lasów.
Czersk przyniósł niewielki kłopot. Powoli kończyła się prosta droga do Gdańska. Z początku udałem się do miejscowości Odry, w której przy okazji miały się znajdować kamienne kręgi. Nie zobaczyłem ich, bo są ogrodzone, a zimą z jakiegoś powodu nie ma wejść (co najwyżej po telefonicznym uzgodnieniu dzień wcześniej). Nie planowałem skakać przez płot, więc jechałem dalej. Znalazłem się na leśnej drodze, która była zaznaczona na mapie jako asfalt. Już nie mam sił do ciągłego poprawiania po tych nieukach. Mokry piach na szczęście łatwo poddawał się moim nowym oponom, ale oczywiście zajmowało to dużo więcej czasu niż mielenie po asfalcie.
Wraz ze Starą Kiszewą zaczęły się kolejne problemy. Wiatr, który z początku wiał z południowego-zachodu zmienił się w wiatr zachodni. Nie dość że zaczął uprzykrzać mi życie, to jeszcze temperatura odczuwalna spadła bardzo nisko. Na słońce za chmurami także nie miałem co liczyć. Ta niewygoda ciągnęła się kilometrami, aż do Nowej Karczmy. Zatrzymałem się tam w sklepie sieciowym, który rozreklamował się chyba w całym powiecie jako jedyna kaszubska Polska Chata. Zjadłem jakieś zrazy i ruszyłem w kierunku Gdańska.
Powoli zaczęło się ściemniać, ruch wzmagać, a chodniki dla rowerów pojawiać w swoim chaotycznym porządku. Wjechałem na nie dopiero, gdy jakiś blachosmród zaczął na mnie trąbić bez powodu. Zdenerwowany wolałem nie lawirowć wśród takich gnojków. Miałem wielką nadzieję, że w Gdańsku będzie inaczej. Tak nie było. Miasto przywitało mnie, co prawda, niespodzianką w postaci znaku rowerzysty, auta oraz metra odstępu między nimi, ale na kierowcach wrażenia to nie robiło. Drogi dla rowerów mnie też zawiodły, bo nie były przyjazne. Potem był problem remontu i dezinformacji z tego powodu. A jak już sobie poradziłem, to nie miałem bladego pojęcia jak dostać się – nawet pieszo – do dworca kolejowego. Po dwukrotnym okrążeniu jakiegoś budynku trafiłem na tajne przejście podziemne, dostałem się do dworca, kupiłem bilet do Poznania i ruszyłem do Starego Miasta. Miałem 2 godziny wolnego. Po pół godzinie udało mi się znaleźć drogę do Starówki, obejść kilka razy wkoło i uchwycić nocne ujęcia z różnymi ubogimi ustawieniami aparatu w telefonie. W Gdańsku byłem już dwukrotnie. Raz pieszo, ale wyleciało mi z głowy dużo dróg, jak ta łącząca dworzec ze Starym Miastem. Przynajmniej pamiętałem niektóre budynki. Drugim razem byłem tylko przejazdem i jak się później zorientowałem, z Oruni do centrum dojechałem po tej samej drodze.
Kraków oraz Gdańsk to jak do tej pory jedyne miasta, w których spotkałem się z dużą różnorodnością językową wśród turystów. Widziałem wiele czynnych lokalów i rozważałem, czy nie zjeść w którymś. Ograniczony czas wybił mi ten pomysł z głowy. Zastanawia mnie skąd wziął się ten boom na jedzenie typu sushi. I tak nie dorównują tym japońskim. Wolałbym zjeść teppanyaki albo omuraisu. Polskie sushi już mi się przejadło.
Odwiedziłem jarmark bożonarodzeniowy. Było dużo ludzi. Dużo więcej niż w Poznaniu, gdy tam byłem ostatnio. To pewnie weekend sprawiał takie wrażenie. Czas zleciał mi szybko. Z dotarciem do dworca miałem mniej problemów. Oddałem część mojej kolacji bezdomnemu, bo poprosił uprzejmie. Do pociągu zapakowałem się cudem, bo numerów wagonów oczywiście nie było, a peron był pełny ludzi czekających na nie wiadomo co. Typowy bałagan na kolei. A do domu dotarłem po godz. 23. Ale ze mnie dzisiaj malkontent. Jaki wiatr zawieje w przyszłym tygodniu?
Kategoria Polska / pomorskie, Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, rowery / Trek

W kierunku stolicy

  150.17  06:31
Koniec siedzenia. W ten weekend zapragnąłem pojechać gdzieś daleko. Najpierw myślałem o planie sprzed miesiąca – trawers przez Sudety. Wczoraj spojrzałem na prognozę pogody i stwierdziłem, że dużo lepiej będzie ruszyć do stolicy.
Wyjechałem późno, bo w południe. Przejechałem się przez las komunalny. Strasznie dużo w nim błota. Uznałem, że będzie lepiej trzymać się z dala od terenu. Najpierw dojechałem do Murowanej Gośliny przez Biedrusko, a potem skierowałem się na Rogoźno. Kolejny był Wągrowiec. Objechałem go po obwodnicy, bo nie miałem ochoty denerwować się na chodnikach dla rowerów. Obwodnica nie jest od nich wolna, jednak są o wiele lepsze. Dobrze, że mam nowe opony, bo krawężniki są tam niebezpieczne.
Zmierzch złapał mnie przed Kcynią, więc w Nakle nad Notecią zdecydowałem, że dojadę tylko do Sępólna Krajeńskiego. Chciałem dotrzeć do Tuchowa, może nawet dalej. Gdybym tylko wstał wcześniej i nie grzebał się z wyjściem.
Była godz. 21, gdy dojechałem do miasta. Plan był taki, aby wcześnie rano wyruszyć dalej, więc nie było mowy o kolejnych kilometrach. Niestety aplikacja Maps.me nie była pomocna. Nie wskazała żadnego noclegu. Zauważyłem za to reklamę hotelu. Mimo trzech gwiazdek skierowałem się w jego stronę. Nie zajechałem daleko, gdyż trafiłem na hotelik. Właściciel okazał się być rowerzystą, więc chwilę porozmawialiśmy i wymieniliśmy się doświadczeniem. Szkoda, że w moim pokoju nie było nagrzane. A opowieść dzisiaj krótka, bo drogi nudne. Mógłbym wiele napisać o kierowcach, jakie to barany. Znaczna większość z nich ma źle ustawione światła i oślepiają jadących z naprzeciwka. Już nie wspomnę o długich.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Radziejów

  178.77  08:30
Niedziela, dzień powrotu do domu. Jako że nie umiem pływać, planowałem wczoraj zrezygnować z wyjścia na kajaki z innymi, aby wykonać krótki plan przejażdżki do Radziejowa, który tworzył dziurę na mapie zaliczonych gmin. Dałem się jednak namówić na spływ (i, jak widać, przeżyłem), przez co dzisiaj musiałem połączyć dwa plany.
Wyruszyliśmy chwilę po południu. Moja grupa w autokarze na zachód, a ja rowerem na północ. Było upalnie i odrobinę wietrznie, ale wystarczyło dojechać do Radziejowa, żebym mógł zacząć rozkoszować się jazdą z wiatrem. Droga była bardzo prosta, a na jej końcu zatrzymałem się w restauracji na obiedzie. Zamówiłem jakieś mięso. Nic specjalnego.
Potem była nuda, zwłaszcza że wiatr ustał. Droga krajowa, wioski, szybka przeprawa przez Gopło, topienie się w piaszczystych drogach i znów asfalty. Zmierzch złapał mnie tuż przed Witkowem. Samo miasto przywitało mnie chorą drogą dla rowerów. Właściwie nikt nie wie, co to jest. Nawierzchnia z kostki Bauma, dwa kolory, które sugerują rozdzieloną drogę dla pieszych i rowerów, z czego część o kolorze beżowym (czy jak go tam nazywają) ma zaledwie 40 cm szerokości. Do tego brak znaków pionowych, a z tych poziomych są tylko przejazdy dla rowerów. Każdy wjazd do posesji dodatkowo ma obniżony profil, przez co jazda tym chodnikiem to gwarantowana choroba lokomocyjna. Gdy w końcu pojawił się pierwszy znak pionowy, musiałem wjechać na to cholerstwo. Ruch na drodze i tak zaczął się wzmagać.
Z początku miałem jechać do Gniezna, ale zrezygnowałem z tego pomysłu i skierowałem się na Pobiedziska przez Czerniejewo. Czas dłużył mi się bardzo, a zmęczenie dawało się we znaki. Do domu dotarłem o północy. Przynajmniej nie było zimno.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, z sakwami, rowery / Trek

Lednica, Czechy, Rzym, Wenecja i Biskupin

  161.82  07:22
Przemokłem w piątek podczas powrotu z pracy, dlatego wczoraj nie wybrałem się nigdzie. Prognoza pogody jest niezmienna od czterech dni, więc dzisiaj także ryzykowałem zimnym prysznicem z nieba. Cóż, z cukru nie jestem, a za tydzień zaczyna się mój urlop, więc chciałem zaliczyć jakąś gminę w okolicy.
Na niebie całkowite zachmurzenie, ale nie było chłodno. Lekka bluza wystarczyła. Nie miałem ochoty na starą krajówkę do Pobiedzisk, ale gdy lunęło, a ja byłem na przedmieściach Poznania, zmieniłem plan, wykluczając wszelki teren. Wolałem stabilny asfalt. Sporo na nim kałuż, ale zdecydowanie czyściej.
Lednica nie zaimponowała mi. Brama Ryba jest mniejsza niż sądziłem. Za to widoki chmur zmieniających się raz za razem bardzo mnie przyciągały. Takie pocieszenie w ten deszczowy dzień.
Przejechałem przez Czechy, a potem przez Rzym, który chciałem już od roku odwiedzić. Zobaczyłem tam nawet znak kierujący do dębu „Chrobry”, ale nie miałem pojęcia, gdzie go szukać i za ile kilometrów się ujawni. Zignorowałem pomnik przyrody i pojechałem dalej. Kolejny na drodze był Biskupin.
W Gąsawie przed Biskupinem spotkałem kolejkę wąskotorową Żnińskiej Kolei Powiatowej. Odjeżdżała w ciągu pięciu minut, ale czas jazdy zdecydowanie odradził mi tej przyjemności. W dodatku lokomotywą była spalinowa LYd2. W taborze mają ciekawszy okaz – parowóz Px38 z 1938 roku, ale chyba rzadko wyjeżdża w trasę.
W biskupińskim muzeum nie znalazłem parkingu dla rowerów. Szkoda, bo miałem nadzieję zobaczyć kawałek historii, o której kiedyś się uczyłem w szkole. Zaraz dalej wjechałem do Wenecji, a tam Muzeum Kolei Wąskotorowej. Ach, ależ ja mam czasu na zwiedzanie.
Deszcz prześladował mnie coraz częściej. Na szczęście ten bardziej ulewny wlókł się tak wolno, że z daleka było wiadomo, że za chwilę lunie. Czasem chowałem się pod wiatami przystanków, a czasem pod drzewami. Te iglaste chroniły najgorzej. Słońce pokazało się zaledwie kilka razy. Najczęściej zapowiadało deszcz.
W Żninie zacząłem się zastanawiać, czy nie zmienić planu i zamiast na Bydgoszcz, żeby pojechać na Inowrocław. Zdecydowałem się kontynuować podróż zgodnie z planem. Co prawda nie zdążyłbym na tańszy pociąg, ale w Bydgoszczy byłem zaledwie raz, a ponieważ dzisiaj jest przesilenie letnie, to mogłem wrócić później. Zawsze to więcej zdjęć.
Było strasznie dużo aut na drodze z Łabiszyna do Brzozy. Gdzie te wszystkie osobówki pędziły w tak niepogodne niedzielne popołudnie? Jeszcze nadciągnęła taka czarna chmura, że co chwila z niej kropiło lub padało. Już wiedziałem, że nie zdążę na kolejny pociąg i będę musiał czekać 2 godziny na TLK. Na szczęście bezpośredni do Poznania.
Niektórzy pomylili drogę ekspresową z prowadzącą wzdłuż niej drogą lokalną. Gdzie była drogówka? Wedle obecnego prawa ci mordercy nie powinni już mieć prawa jazdy. Nawet jeśli tylko na okres wakacji.
Złapał mnie deszcz, ale taki, że nie odpuszczał długo. Schroniłem się pod wiaduktem. Przejeżdżający rowerzysta rzucił: „Nie ma co czekać”. Rzeczywiście, nie przestawało ciapać. Włożyłem cieplejszą bluzę, bo robiło się chłodno, potem jeszcze kurtkę, bo jednak szkoda mi było przemoczyć bluzę i ruszyłem. Po chwili jazdy przestało padać, zrobiło mi się gorąco i zostałem w samej kurtce.
W Bydgoszczy miałem problem z odnalezieniem dworca głównego, bo nie został oznaczony na mojej mapie. Gdy już do niego trafiłem, okazało się, że jest w remoncie. Po odstaniu w kolejce do okienka po bilet pozostało mi niewiele czasu do odjazdu. Kupiłem coś do jedzenia i zacząłem długą wędrówkę po dworcowym labiryncie. Musieli się nieźle nagłowić w jaki sposób utrudnić życie podróżnym, bo droga na piąty peron jest długa i kręta. Już we Wrocławiu kilka lat temu było łatwiej.
Niestety do domu miałem dojechać późno, ale co tam. Wyprawa się udała. Żałuję tylko, że nie pojeździłem dłużej po Bydgoszczy. Pewnie jeszcze tam wrócę.

Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Na Mysią Wieżę

  184.39  09:07
Obudziłem się nawet wcześnie. Za oknem ani jednej chmury, ale temperatura wciąż niska. Liczę, że na długo. Upał nie będzie mile widziany. Dzisiaj chcę zobaczyć Mysią Wieżę. Jedziemy.
Wieniec, godz. 9.28
Bez planu miasta z zaznaczonymi ciekawymi miejscami nie jest łatwo zwiedzać. Zobaczyłem, co mogłem i zacząłem rozglądać się za sklepem, żeby zjeść śniadanie. Zjeździłem chyba cały Włocławek i nie znalazłem żadnego czynnego. Zielone Świątki. Mogły wypaść w poniedziałek. Na wszystkich Żabkach ta sama informacja – czynne od godz. 9. Zjadłem kilka wafli ryżowych, które zostały z wczorajszej kolacji i ruszyłem tempem turystycznym w dalszą drogę. Sklep dorwałem po 20 km. Słabo wyposażony.
Kruszwica, godz. 12.35
Upał zaczyna doskwierać. Jedynym ratunkiem jest chłodny wiatr z północy. Dodatkowe problemy sprawiają robaki, szczególnie taki jeden gatunek. Co chwila strącam jednego po drugim, bo zaraz się szamotają i łaskoczą.
Dotarłem do Mysiej Wieży. Pan sprzedał mi bilet ulgowy (taka zniżka dla cyklistów). Widoki na Gopło niczego sobie. W niewielkich podziemiach panuje przyjemny chłodek.
Trzemeszno, godz. 16.02
Upał przegonił prawie wszystkie owady. Ja wciąż się trzymam, ale drogi takie beznadziejne. Dojechałem do Trzemeszna, a dalej do krajówki. Nie mam już ochoty na polne drogi, przez co nie wiem jak dostać się do Gniezna. Ruch na krajowej piętnastce nie jest jakiś duży.
Pobiedziska, godz. 18.43
Ostatecznie przejechałem tylko część drogą krajową, a potem drogami lokalnymi wjechałem do Gniezna. Do Poznania ruszyłem po drodze gminnej (dawnej krajówce). Chyba nie każdy jeszcze zaktualizował swoje urządzenia do nawigacji, bo ruch jest spory. Upał nie odpuszcza.
Poznań, godz. 20.15
I jestem w domu. Nawet słońce wciąż na niebie. Widziałem na przedmieściach balon. Ciekawe jakby to było wznieść się wysoko. Szkoda, że nie ma tutaj gór, bo byłoby na co popatrzeć. Dawno w sumie oglądałem widoki z wysokości. Mysia Wieża mnie w tym poratowała. Ciekawe dokąd wybiorę się następnym razem. Może uda mi się zabrać namiot?
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Spóźniony do Włocławka

  187.15  08:38
Po raz kolejny zaplanowałem dwudniową wyprawę. Odrobinę bliżej domu i bez udziału pociągu. Postanowiłem odwiedzić Włocławek. Prognoza pogody przewidywała wieczorne opady w niektórych rejonach Polski, ale ja liczyłem na to, że szczęście z zeszłego tygodnia mnie nie opuściło.
Swarzędz, godz. 11.55
Pierwsze co poczułem po wyjściu z domu to upał przy całkowitym zachmurzeniu. W drodze termometr wskazał nawet 32 °C, ale musiało to być podczas jednego z przebłysków słońca spomiędzy chmur. Musiałem wyjechać z Poznania – zabłądziłem tylko raz, bo chciałem dostać się nad Maltę, ale pojechałem nieznanymi ulicami. Google poprowadził mnie później po chodnikach, jednak nie miałem ochoty szukać przejścia do przeciwnego pasa ruchu. Głupcy projektują miasta wyłącznie dla samochodów.
Drachowo, godz. 14.28
Zrobiło się jakoś chłodniej. Ciągle przeszkadzają przeróżne robale. Najwięcej jest meszek. Drogi terenowe mnie spowalniają. Jeden impertynent oblał mnie czymś z blachosmrodu (art. 75. k.w., zwłaszcza ust. 2). Nie zdążyłem nawet spojrzeć na rejestrację. W Drachowie spotkałem smoka.
Piotrków Kujawski, godz. 18.20
Co za nudna droga. Nawet nie mam o czym pisać. Widziałem jeden ślub, a po nim korowód aut, przejechałem po dziesiątkach dziur, które w Kujawsko-Pomorskiem są wyjątkowo zapowiadane stosownymi znakami na każdym skrzyżowaniu. Martwiłem się ciągle, o której godzinie dojadę do Włocławka i czy uda mi się go dzisiaj zwiedzić. Pewnie się też opaliłem, bo słońce w końcu wyszło zza chmur. Chyba jednak dzisiaj nie będzie padać.
Brześć Kujawski, godz. 20.35
Wiatr przez większość dnia nie był mi na rękę. Miało wiać w plecy, a gdy już wiało, to z boku. Dotarłem bez problemów do Brześcia, ale słońce zdążyło zajść za horyzont. Dzisiaj nie zwiedzę Włocławka. Mam już nocleg. Chciałem w hostelu, ale cena okazała się dwukrotnie wyższa od tej w internecie. Dzisiaj zatrzymam się w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym.
Włocławek, godz. 21.45
Zapadał zmrok, gdy wjechałem do mojego celu. Zostałem przywitany starą drogą dla rowerów o nawierzchni asfaltowej. Z początku jechało się wygodnie, a nawet chciałem pochwalić inżynierów za brak progów zwalniających. Niestety w tym samym momencie wpadłem na pierwszy krawężnik. Dalej nie było wcale wygodniej. Do tego zakazy wjazdu rowerem. A już zaczynałem lubić to miejsce.
Ponieważ recepcja była czynna do 22, to pomyślałem, aby zrobić sobie rundkę po Śródmieściu, żeby zapoznać się z miastem. Trochę za dużo szkła leżało tam na ulicach. Uznałem, że najbezpieczniej będzie dostać się szybko do schroniska. Droga, którą wybrałem nie wyglądała najlepiej, ale trafiłem na miejsce bez problemu. Recepcjonista myślał, że już się nie zjawię. Fakt, jakiś kwadrans zaoszczędziłbym, omijając centrum, ale przecież wszystko poszło dobrze. Pokój typowo schroniskowy, tylko huk od drogi krajowej za oknem jest drażniący. Jutro z rana biorę się za zwiedzanie i potem tylko powrót do domu na smaczną kolację. W sumie jutro ma być upał.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Pakość

  130.99  05:29
Wiatr zmienił kierunek, a po drodze do Inowrocławia czekało na mnie kilka gmin, dlatego pozostało tylko ruszyć na wschód. No, może północny-wschód. Wyruszyłem nieco za późno, ponieważ było chłodniej niż wczoraj. Jechałem cały czas w bluzie.
Najpierw skierowałem się na Kostrzyn, bo w jego okolicy źle pociągnąłem kreskę na ściennej mapie. Nie bardzo chciałem jechać drogą krajową, choć jazda 50 km/h za tirem była ciekawym doświadczeniem. Zjechałem na boczne drogi i nimi dotarłem do Glinki Duchownej, gdzie źle skręciłem i wylądowałem w Iwnie. Potem mniejszymi drogami wzdłuż drogi ekspresowej dojechałem do Łubowa, a dalej miałem po prostej do Gniezna. Prosta w sumie nie była, bo oczywiście postawili zakaz wjazdu rowerem tuż przed węzłem drogowym Gniezno Południe. Na szczęście są drogi serwisowe i lokalne, więc z wiatrem w plecy szybko znalazłem się w mieście. Chwilę się pokręciłem i ruszyłem dalej. Po raz kolejny miałem nadzieję zdążyć na wcześniejszy pociąg powrotny.
Wjechałem do lasów. Akurat wiatr zaczął się zmieniać na północno-zachodni, więc jedna przeszkoda z głowy. Po pewnym czasie trafiłem na asfaltową dróżkę, która prowadzi do osady leśnej Sarnówko. Minąłem grób żołnierza napoleońskiego narodowości francuskiej, zauważyłem też Amerykę nieopodal, ale nie była mi po drodze, toteż jechałem dalej, trafiając wciąż na asfaltowe drogi leśne. Zdecydowanie przydałaby mi się kamera, bo nie dość, że kretyni wjeżdżają do lasu blachosmrodami, to jeszcze jadą całą szerokością i tak wąskiej drogi. Ludzie potrafią być tacy kompromitujący.
Droga za lasem była mało ciekawa. Płasko, bez widoków. Jedną jedynie górę zobaczyłem, ale zastanawia mnie, czy ją usypują, czy może rozbierają. W pobliżu znajduje się kopalnia odkrywkowa, więc może jednak góra rośnie.
Do Inowrocławia miałem już z wiatrem, a ponieważ wiało 30 km/h, to z taką też prędkością się poruszałem. Na dworcu w Inowrocławiu znalazłem się na kwadrans przed odjazdem pociągu. Tym razem opaliłem nogi.

Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Z wiatrem do Inowrocławia

  135.67  06:03
Mawia się, że rowerzyści są szaleni. Cóż, nie chodzi mi o wariatów chodnikowych, a o charaktery. Dopadł mnie katar, a może to przeziębienie? Mimo tego nie siedziałem w domu. Szkoda mi było. Tak rzadko jeżdżę. Rower cierpi na krótkich dojazdach do pracy.
Rano ledwo żyłem, ale po kilku godzinach czułem się relatywnie dobrze. Wsiadłem więc na rower i ruszyłem przy 2 °C w kierunku Inowrocławia. Wybrałem drogę krajową, aby dostać się najpierw do Kostrzyna. Ruch zwyczajny, jak zawsze, gdy jeżdżę tamtą drogą. Słońce na niebie podniosło odrobinę temperaturę, ale na krótko. Gdy wjechałem na leśne drogi lasów czerniejewskich, gdzie śnieg zalega cienką warstwą, temperatura spadła poniżej zera. Szkoda, że miałem plan, bo było tam tak ładnie, że zatrzymałbym się tam na dłużej.
Jechałem drogami z wiatrem, aż dotarłem do kolejnego lasu, mniej bezpiecznego. Na prostej drodze wpadłem w poślizg. Winą obarczyć można blachosmrody, które śnieg leżący na drodze zbiły w lód. Na szczęście nie było to nic poważnego, bo upadłem na biodro. Szybko przestało boleć. Później uważałem, choć dalej już leśnicy „zaorali” drogę, która po zamarznięciu bez wątpienia mogłaby stać się polem doświadczalnym dla walców. Ja mogłem przećwiczyć jazdę techniczną.
Za Trzemesznem wjechałem na drogę krajową. Za plecami słońce czerwonym okiem łypało groźnie zza wysokich drzew. Trzeba było się sprężać, żeby szybko dostać się do Inowrocławia. Zwłaszcza że nie sprawdziłem rozkładu pociągów i nie wiedziałem, o której mam powrotny.
Wjechałem do województwa kujawsko-pomorskiego. Przez Mogilno dotarłem po zmroku do Janikowa. Zatrzymałem się pod sklepem, zjadłem kawałek kiełbasy jałowcowej, podobno kujawskiego specjału. Słaby ze mnie smakosz, bo nie czułem w niej niczego szczególnego. Potem zabrałem się w dalszą drogę, trochę bardziej na około, żeby zaliczyć kilka gmin więcej. Moja łapczywość się zemściła, gdy na ostatniej polnej drodze wpadłem w poślizg, znów na wyślizganym śniegu. Tym razem moja akrobacja była mniej efektowna i obtarłem sobie skórę pod kolanem. Na szczęście spodniom nic nie jest. W rowerze za to wykrzywiło się przednie koło, bo klocek zaczął lekko ocierać o obręcz. Zacząłem jechać bardzo wolno do końca tamtego terenowego horroru.
Do Inowrocławia dojechałem od dupy strony. Zakazy wjazdu roweru, chodniki z rozlatującej się kostki brukowej. Absolutnie nie polecam drogi krajowej w tym mieście. W ogóle dróg dla rowerów nie polecam. Jedna była pokryta takim lodem, że nie wiem, jak ją przejechałem. Na stacji przeczekałem niecałą godzinę. Na tymczasowym dworcu było zbyt gorąco, więc stanąłem z dala od wiatru. W pociągu ponownie nie było kontrolera biletów.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery