Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

setki i więcej

Dystans całkowity:61323.98 km (w terenie 5379.79 km; 8.77%)
Czas w ruchu:3181:59
Średnia prędkość:19.03 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:413759 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:175271 kcal
Liczba aktywności:462
Średnio na aktywność:132.74 km i 6h 58m
Więcej statystyk

Rudawy Janowickie

  147.63  07:34
Powrót do rowerowych korzeni. Była to niespodziewana wizyta w Legnicy, jednak z małym pechem. Już od dawna chciałem odwiedzić znajomych i wybrać się z nimi w góry. Niestety choroba Bożeny pokrzyżowała moje plany.
Od razu po pracy ruszyłem na dworzec kolejowy, aby następnego dnia móc wcześnie wyjść na rower. Spotkałem się z Bożeną i Jarkiem, jednymi z najlepszych rowerzystów, którym obecna pogoda nie była straszna. Niestety nie mieli możliwości wyjścia na rower, a że byli jedynymi osobami, które w takiej pogodzie mogły mi towarzyszyć, to pozostało mi pojechać samemu. Plan był spontaniczny, bo nie rozważałem takich okoliczności. Z początku chciałem udać się pociągiem do Kłodzka i wrócić rowerem, jednak zaspałem i zmieniłem plan na Rudawy Janowickie. Chciałem wjechać na Krzyżną Górę, która stoi obok zdobytego Sokolika.
Na początku musiałem odwiedzić uczelnię, ponieważ dzisiaj dowiedziałem się, że mam odebrać suplement do dyplomu. Cóż za zbieg okoliczności. Potem zaczęła się właściwa część wycieczki. Wydostanie się z Legnicy było odrobinę problematyczne, bo nie było mnie tam już ponad pół roku i prawie pojechałem na Chojnów. Chwila zastanowienia, przypomnienie sobie planu miasta i znalazłem się na ul. Jaworzyńskiej. Już się cieszyłem, że ją wyremontowali, ale nowy asfalt położyli wyłącznie na skrzyżowaniu z Gwarną. Potem jeszcze w dwóch miejscach zatrzymał mnie ruch wahadłowy i znalazłem się na starych, znanych drogach.
Pojechałem zaproponowaną przez Jarka drogą. Najpierw przez Chroślice, Pomocne, Muchów do Lipy po zamglonych leśnych drogach, które wyglądały niesamowicie w blasku promieni słonecznych. Pomyśleć, że kiedyś nie lubiłem tych podjazdów, bo były męczące, ale dzisiaj to sama przyjemność. Dalej przez Kaczorów do Radomierza, skąd zacząłem jechać niebieskim szlakiem pieszym do Gór Sokolich.
W Trzcińsku zaczęła się prawdziwa przygoda w górach. Na początek ściana do podejścia z rowerem. Pomyślałem, aby kontynuować podróż niebieskim szlakiem, przez co kilkaset metrów musiałem pokonać pieszo. Potem już były leśne drogi, z czego jedna została zamknięta z powodu wycinki drzew. Zawsze byłem przekonany, że leśnicy w weekendy nie pracują, ale tym razem się pomyliłem. Na szczęście zamiast wycinki spotkałem się z wypalaniem ściółki (tak można?). Im bliżej Krzyżnej Góry, tym podjazd robił się technicznie trudniejszy. Zrzuciło mnie kilkakrotnie z roweru, ale jechałem. Nie dojechałem na szczyt, bo jest trudny do zdobycia z moimi umiejętnościami. Zostawiłem rower pod drzewem i wspiąłem się na samą górę. Widok był na pewno piękny, jednak mgły oraz przeraźliwe słońce utrudniały obejrzenie całej panoramy, a co dopiero sfotografowanie jej.
Zjechałem do schroniska Szwajcarka. Wśród tłumów dopchałem się do mapy i wpadłem na (nie)zły pomysł zdobycia najwyższego szczytu Rudaw Janowickich – Skalnika (945 m n.p.m.). Na początku zacząłem kombinować z dojazdem wzdłuż łańcucha górskiego, jednak uznałem, że nie jest to najmądrzejszy pomysł, gdyż było daleko po południu. Zjechałem więc do Strużnicy (kiedy ostatnio przez nią przejeżdżałem, wtedy to postanowiłem zdobyć Skalnik) i zacząłem podjazd. Najpierw spokojny, potem coraz bardziej stromy. Na jednej z dróg zawrócił mnie pieszy. Droga była strasznie zabłocona, myślałem, że to minie, ale turysta mnie nie pocieszył. Powiedział, że jest tak zniszczona daleko w górę. Nie słyszał jednak o Skalniku, co mnie nie pocieszało. Zawróciłem i wjechałem na żółty szlak pieszy, na którym nawet znalazł się prawie kilometrowej długości podjazd. Był tak stromy, że położyli na nim asfalt. Według map jego nazwa to Łopata. Na szczycie tego podjazdu, gdy skręciłem, miałem po prostej do celu. Prawie, bo musiałem ominąć wielką kałużę na drodze, przez co zjechałem spory kawałek ze szlaku. Po powrocie na właściwą ścieżkę wszelka wygoda się skończyła. Nie mogłem jechać. Było ślisko, mokro i ogólnie niedostępnie. Ułożyłem w miarę wygodnie rower na ramieniu i zacząłem iść po mokrej ściółce, gałęziach, kamieniach, omijając strumienie, dziury i pnąc się coraz stromiej w górę. Ostatnie metry pokonałem na rowerze, ale pomysł zdobycia Skalnika od tej strony nie był najmądrzejszy.
Na szczycie stała kiedyś wieża. Obecnie jej tam nie ma. Trochę zawiedziony, ruszyłem w kierunku domu, ale nie chciałem zawracać, tylko pojechałem szlakiem dalej, w kierunku Kowar. Na rozstaju dróg kierunkowskaz poprowadził mnie do Ostrej Małej (935 m n.p.m.) z widokiem na Karkonosze, a także na Skalnik spowity chmurami. Już wiedziałem, dlaczego było tam tak chłodno. Po takim widoku miałem zapał do powrotu. Nie zsiadając z roweru, zacząłem zjeżdżać, starając się wybierać bezpieczne drogi, a te przeplatały nawierzchnię z szutru i asfaltu. Na dole, gdy zrobiło się bardziej płasko, mogłem się zatrzymać i rozgrzać. Zacząłem martwić się o stopy, bo przede mną było 70 km jazdy, a one zaczęły przemarzać. Ruszyłem więc, starając się jechać na tyle szybko, na ile pozwalały mi pozostałe siły.
W Jeleniej Górze zatrzymałem się na szybkim jedzeniu, aby potem ruszyć w złym kierunku, bo na Bolesławiec. Swoją pomyłkę spostrzegłem w Jeżowie Sudeckim i wybrałem możliwie najkrótszą drogę, aby pokonać podjazd na Kapelę. Potem zjazd do Starej Kraśnicy i decyduję się na drogę w dół do Złotoryi. Nie miałem już ochoty na powrót z długimi podjazdami. Co dziwne, przestałem czuć zimno w stopach. Nie zauważyłem jakiegoś znacznego wzrostu temperatury. Może powietrze stało się mniej wilgotne? Do Legnicy dotarłem po 22. Byłem mocno wykończony.

Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, rowery / Trek

Do Bydgoszczy z wiatrem

  178.81  07:19
Ten tydzień nie należał do najpogodniejszych. Dopiero prognoza pogody na tylko dzisiejszy dzień skontrastowała się z deszczami i chłodem, co trwało od wtorku i pewnie będzie trwać jeszcze przez kilka najbliższych dni. Doceniam nawet takie przebłyski pogody.
Miało wiać z południa, a do wieczora kierunek miał się zmienić na południowo-zachodni. Planowałem z początku pojechać pociągiem do Rawicza i zahaczając o kilka miast (czyt. gmin), dojechać do Poznania. Niestety zostałem zarażony przeziębieniem i nie mogłem wstać wcześnie na pociąg. Może w przyszły weekend odzyskam siły. Pomyślałem, aby pojechać do Piły i wrócić pociągiem, jednak nie mogłem zaplanować żadnej drogi tak, aby wiatr mi nie przeszkadzał. Przyszedł mi do głowy lepszy pomysł – Bydgoszcz. Tak oto przed godz. 11 udałem się z wiatrem na północny-wschód. Chociaż było ok. 16 °C, to pojechałem w krótkim rękawku, bo słoneczko tak przyjemnie grzało. A miałem nadzieję wypróbować nową bluzę z pobliskiego sklepu rowerowego.
Z początku miałem wrażenie, że wiatr wieje z północy, ale zapomniałem o oporach powietrza, bo wiatr pchał mnie z prędkością zaledwie 18 km/h, a ja pędziłem czasem ponad 30 km/h. Może nawet za szybko, bo po prawie tygodniu bez roweru mogłem łatwo zmęczyć mięśnie. Sama jazda nie była ciekawa. Było najwyżej kilka urozmaiceń. Kawałek przed Skokami zaczęły się przeszkody w postaci ruchu wahadłowego na remontowanej drodze. Musiałem spędzić po kilka minut na pięciu czerwonych światłach. Jeden plus, że robią kawał równej drogi. Minus – chyba nie będę miał okazji, aby ją wypróbować – wszystkie gminy w okolicy zaliczyłem.
Wjechałem potem na pierwszą drogę terenową (drugą, jeśli liczyć ze ścieżką obok mojego osiedla). Dojechałem nią do Wągrowca i zjadłem obiad – kabanosy z wiejskim serkiem i bułą. Potem nawierzchnia przeplatała się między asfaltem i terenem, aż dojechałem do drogi krajowej nr 5. Pamiętam ją z 2012 roku, gdy jechałem do Żmigrodu. Brak pobocza i duży ruch – to cechy tej drogi. Szubin nie pozwolił mi na wjazd na obwodnicę i musiałem udać się dłuższą drogą przez jego centrum. Minąłem Paryż i Szkocję, ale tylko minąłem, bo żadne z nich nie było mi po drodze.
Do Bydgoszczy dojechałem, gdy słońce chyliło się ku horyzontowi. Właściwie to nie zauważyłem, gdy zaszło, bo miałem je wciąż za plecami. A jak zjechałem z takiego sporego wzniesienia, to już nawet nie mogłem dostrzec czerwonego horyzontu. Samo miasto przywitało mnie przedziwną drogą dla rowerów. Najpierw zastanawiałem się, czemu tylu rowerzystów porusza się po chodniku (zero znaków drogowych na skrzyżowaniach), ale potem wjechałem na 1,5-kilometrowy odcinek drogi dla rowerów. Nie mam pojęcia, co ta droga miała połączyć, ale słabo im to wyszło, gdy spojrzeć na liczbę chodnikowców.
Nie miałem dużo czasu. Objechałem kawałek Starego Miasta i tak bardzo mi się ono spodobało, że na pewno tam jeszcze wrócę, już za dnia, aby mieć więcej czasu na oglądanie tych wszystkich pięknych budynków. Pomyślałem jeszcze, aby rzucić okiem na Wyspę Młyńską. Nie było tak prosto tam trafić ze względu na remonty ulic i mostu. Na wyspie, na trawniku było mnóstwo ludzi. Nie wiem nawet kiedy zapadł zmrok i musiałem ruszać dalej. Dokąd? Jeden z planów zakładał powrót do Poznania pociągiem. Jako że było kilkanaście minut po 18, to miałem prawie 3 godziny do tańszego pociągu z Inowrocławia. Jedyną przeszkodą był wiatr z południa. Zaryzykowałem, bo to jedynie około 40 km.
Wydostanie się z miasta było średnio trudne. Wydaje się ono rozległe, ale przemieszczałem się po nim nawet szybko. Na tyle szybko, że na jednym skrzyżowaniu przejechałem skręt. Drogę ekspresową za Bydgoszczą musiałem ominąć leśnymi drogami, a tak dokładnie – ścieżką rowerową, do której doprowadziły mnie znaki. Nawet czytelnie zrobione. Szkoda, że jest to moje pierwsze w życiu miasto z takimi znakami kierującymi rowerzystów na drogi objazdowe. Inne miasta powinny się uczyć, bo jest to przykład przemyślanej infrastruktury. No, może nie do końca, bo drogi leśne nie były w całości wygodne. Zaczęło się od szutrów, ale potem wylądowałem na starych, betonowych płytach chodnikowych. Zrobili tę drogę ekspresową, ale rowerzystów potraktowali po macoszemu.
Na drodze krajowej z początku było łatwo. Mogłem jechać poboczem, wiatru prawie nie było czuć. Później jednak, w połowie drogi do Inowrocławia, gdy skończyły się zalesione połacie, jazda stała się bardzo męcząca. Już nawet podmuchy powietrza mijających aut nie były w stanie mi pomóc. Wiatr szczęśliwie nie wiał prosto w twarz, a prawie że z boku. Zabrakło mi jednak sił. Nawet 2 banany niczego nie zmieniły. To był skutek nadmiernego wysiłku w drodze do Bydgoszczy. Z lichą średnią 20 km/h dojechałem do dworca w Inowrocławiu na pół godziny przed moim pociągiem. Kasy biletowe były zamknięte, więc przejechałem się jeszcze po jakąś kolację, a potem ruszyłem pociągiem do domu. W sumie nic mnie to nie kosztowało, bo konduktor się nie pojawił. Szkoda, bo przyznam się, że kolekcjonuję bilety kolejowe z moich wszelkich podróży.
Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, Polska / wielkopolskie, terenowe, setki i więcej, po zmroku i nocne, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Pierścień dookoła Poznania

  187.20  09:13
Kończą mi się pomysły na wycieczki. Wczoraj przypomniałem sobie o planie przejechania szlaku rowerowego wokół Poznania, więc wstałem dzisiaj wcześnie. Niepotrzebnie piłem tę kawę, bo zanim się zorientowałem, zaczęła dochodzić godz. 9. Po rozgrzewce ruszyłem na północ, szlakiem łącznikowym do drogi na poligon Biedrusko. (W weekendy przejazd rowerem jest możliwy w godzinach 8–22).
Po prawie 8 km znalazłem się na szlaku, a że poligon był otwarty, to rozpocząłem jazdę wokół Poznania zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Znanymi i nieznanymi drogami dotarłem do Murowanej Gośliny. Za jej centrum musiałem przy kilku słupach spędzić trochę czasu, rozrywając śmieci, które zasłaniały oznakowanie szlaku. Byłoby zdecydowanie łatwiej ze scyzorykiem czy nożyczkami. Może następnym razem będę pamiętał, aby się zabezpieczyć, gdy zechcę ruszyć znakowanym szlakiem. Ograniczałem spoglądanie na mapę w telefonie, żeby mieć lepszą zabawę.
Zielonkę przemierzyłem przeróżnymi drogami – piaszczystymi, zarośniętymi trawą, z wybojami w asfalcie czy po betonowych płytach. W terenie jechało się najwygodniej. Jadąc na południe, miałem pod wiatr, ale i tak przemieszczałem się szybko. Na jednym zjeździe, jedynym, na którym było błoto, minąłem taliba (tak jest, wyglądał jakby się urwał z Afganistanu) ustawiającego kamerkę skierowaną ku szczytowi wzniesienia, z którego zjeżdżałem. Nie potrafiłem tego ogarnąć.
W Kostrzynie po raz pierwszy zgubiłem szlak, który został poprowadzony ulicami jednokierunkowymi. Trafiłem na niego z powrotem, korzystając z mapy w telefonie. Zrobiłem też zakupy, żeby zjeść jakiś obiad i pojechałem dalej, aby czym prędzej pozbyć się wiatru w twarz. W Gądkach znów zgubiłem szlak. Podejrzewam, że projektanci dali wolną rękę w pokonaniu drogi ekspresowej – albo schodkami po kładce, albo pod wiaduktem, odbijając z trasy kilkaset metrów. Wybrałem dłuższą drogę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem szlak tamtędy nie wiedzie.
W Kórniku po raz pierwszy natrafiłem na szlak poprowadzony drogą inną niż na mapie. Poleciał drogą dla pieszych i rowerów, tylko że można się tam dostać albo po chodniku (wdrapując się wcześniej na wysoki krawężnik), albo przeskakując przez łańcuchy rozdzielające ulicę od drogi dla pieszych i rowerów. Widok na Jezioro Kórnickie jest jednak warte tej niedorzeczności. Odtąd miałem boczny wiatr.
Przed Rogalinem wydawało mi się, że szlak gdzieś zboczył, bo nie spotkałem ani jednego oznakowania, aż dojechałem pod pałac Raczyńskich. W tym miejscu szlak chyba się zmienił, bo w telefonie miałem wgrany ślad innego rowerzysty, który ten szlak pokonał i ów rowerzysta ominął terenowy odcinek przez Rogaliński Park Krajobrazowy. Niestety zmieniony szlak prowadzi przez park pałacowy, a ten został zamknięty wiosną na czas remontu muzeum. Chociaż wjechałem tam bez fizycznych przeszkód (jedynie znakowanie na drzewach zostało zamalowane), to wyjazd z parku uniemożliwiła mi furta zabezpieczona łańcuchem i kłódką. Na szczęście kawałek obok w ogrodzeniu ktoś zrobił dziurę i nie musiałem przerzucać roweru przez siatkę. Potem musiałem na czuja przedostać się po łąkach. Nie było widocznych dróg czy ścieżek, ale znaki na odległych drzewach mnie poprowadziły we właściwym kierunku. W końcu zobaczyłem słynne dęby rogalińskie. Są takie potężne, ale przykro się robi, patrząc na liczbę martwych okazów.
W Mosinie znów trafiłem na jednokierunkową. Próbowałem znaleźć oznakowanie szlaku, ale bezskutecznie. Dopiero gdy udałem się chodnikiem wzdłuż jednokierunkowej (pod prąd), zobaczyłem oznakowanie szlaku. Bezmyślne rozwiązanie. Ja zasugerowałbym pociągnąć szlak ulicami Poznańską i Hugona Kołłątaja – dla bezpieczeństwa i wygody.
Znanymi drogami terenowymi dotarłem do Stęszewa, a potem jechałem prosto po szlaku bez jakichś większych niespodzianek. To była raczej walka ze zmęczeniem i próba szybkiego zakończenia wycieczki. Zmrok zapadł bardzo szybko, czego się nie spodziewałem. Jesień coraz mniej sprzyja wycieczkom. Na szczęście nie miałem daleko do domu.
Za Sadami szlak przebiega po niedawno wybudowanym wiadukcie nad drogą ekspresową. Wiadukt niestety jest jeszcze zamknięty dla ruchu, a znaki nakazywały mi objazd. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, więc pokonałem przeszkody i przedostałem się na drugą stronę. Potem jeszcze kawałek asfaltu, trochę kamienistej drogi, ścieżka od Złotnik przez Morasko, aż dotarłem wymordowany do domu. To chyba za dużo terenu, jak na mnie.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Puszcza Zielonka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Z Konina wzdłuż Warty

  169.55  07:53
Tym razem udało mi się wsiąść do właściwego pociągu. Wydawało mi się, że jest chłodniej niż poprzedniego dnia. Najgorzej było w Koninie, do którego dotarłem po godz. 8. Gdy ruszałem, byłem ubrany tak samo, jak wczoraj, ale marzłem w ręce. Pewnie dlatego, że było tak wcześnie. Po szybkiej kawie w Żabce założyłem rękawice i ruszyłem nad Wartę.
Zastanawiałem się, czy nie pojechać wałami, jednak obecność trawy na drodze mnie zniechęciła. Pojechałem innymi drogami terenowymi, potem asfaltami, aby w końcu wjechać – wydawałoby się – na odludne polne drogi wzdłuż Warty. Co chwila mijałem rybaków lub biwakowiczów. Tych, którzy pojechali tam na rowerach była zaledwie garstka. Gdzieś w połowie drogi musiałem przekroczyć Czarną Strugę, sporej szerokości kanał. Najbliższy most znajdował się jednak prawie 2 km od ujścia do Warty. Na szczęście droga była wyjeżdżona i dużo czasu mi ten manewr nie zajął.
Przez Zagórów skierowałem się na Pyzdry. Nie chciałem jechać asfaltami, więc znalazłem jakieś polne drogi. Jedne lepsze, inne gorsze. Na wałach wiał chłodny wiatr, a gdy jechałem dołem po zawietrznej stronie, to przypiekało słońce na bezchmurnym niebie. Tak niewiele tej pogodzie brakowało do ideału.
Trochę piachu, więcej trawy i dotarłem do Pyzdr. Miasto ładnie się prezentuje z drugiej strony Warty, ale przez ostre słońce nie uchwyciłem tego na zdjęciu. Od Pyzdr był sam asfalt i w sumie nic ciekawego. Raptem kilka wzgórz z ciekawszymi widokami, jednak pod słońce. Żeby dostać się do Nowego Miasta nad Wartą musiałem pokonać odcinek drogi krajowej. Akurat było jakieś zwiększone natężenie ruchu, a pobocza próżno tam szukać. Dalej musiałem dostać się do Śremu przez Książ Wielkopolski. Wiał paskudny wiatr boczny. Nie mogłem się doczekać, aż będzie on mi pomagał, wiejąc w plecy w drodze na północ.
Wiatr mi nie pomógł albo tego nie odczuwałem. Przejechałem za to przez piękne lasy Rogalińskiego Parku Narodowego, za którymi złapał mnie zachód słońca. Nie zrezygnowałem z jazdy po Wielkopolskim Parku Narodowym. Nie było co prawda łatwo, jednak przejechałem szlak w jednym kawałku i prawie bez problemów. Jedynie gdzieś w jakimś lasku wszystkie drzewa wydały mi się takie same i nie mogłem znaleźć pod liśćmi ścieżki, ale chyba intuicyjnie (bo jechałem tamtędy już nie pierwszy raz) pokonałem cały mrok, docierając do lamp ulicznych. Moje oświetlenie już nie radzi sobie w takich warunkach.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Puszcza Notecka

  147.42  07:35
Od dłuższego czasu planowałem wycieczkę do Konina. Wstałem dzisiaj o 5, pojechałem w świetle gwiazd na dworzec, zdążyłem kupić bilet, a nawet wsiąść do pociągu... ale nie mojego. Zamiast relacji na Kutno o 6.35, wsiadłem do pociągu do Krotoszyna o 6.36. Dopiero pani konduktor mnie o tym poinformowała podczas sprawdzania biletów. Wsiadłem do pociągu powrotnego w Środzie Wielkopolskiej. Byłem półtorej godziny w plecy, a nie opłacało mi się już jechać do Konina, bo najbliższy pociąg był przed południem. Wymyśliłem, że pojadę do Puszczy Noteckiej. Tak intensywnie o niej myślałem, że będzie moim kolejnym celem, a wyszło dużo szybciej. Wsiadłem w pierwszy pociąg i pojechałem do Krzyża Wielkopolskiego.
Do Krzyża dojechałem bez przeszkód. Pod dworcem zrobiłem zdjęcie wyblakłej mapki okolicznych dróg dla rowerów (chociaż żadnego z tych szlaków nie znalazłem) i głównych dróg leśnych. Od razu ruszyłem do Drawska, a potem jeszcze dalej na południe, już po drogach leśnych. Przyjemnie się jechało, choć minąłem się z kilkoma blachosmrodami. Z jednej strony wchodzi się do lasu, aby od tego odetchnąć, a z drugiej częściowo dzięki nim droga nie zarasta zielenią. Sam nie wiem.
Na chwilę wjechałem na drogę asfaltową, potem źle skręciłem, wjechałem na jakąś podmokłą łąkę bez możliwości przejazdu dalej. Po wydostaniu się stamtąd było z górki. Droga najczęściej wygodna, pomijając jedną taką wyłożoną kamieniami. Żeby było zabawniej, jeździłem po puszczy zygzakiem. Tak dla większej przyjemności.
W Piłce trafiłem na zakaz wjazdu rowerem, a obok drogę dla rowerów. Mimo że była stara, to na szczęście nieutwardzona i nawet dobrze się jechało, choć rośnie na niej stanowczo za dużo chwastów. Gdy zjechałem ze ścieżki, aby dostać się do Marylina, źle skręciłem i zatrzymałem się na jakimś gospodarstwie rolnym. Na szczęście powrót na trasę nie był trudny i po chwili byłem w Marylinie. Doprawdy przedziwna wioska. Szukając właściwej drogi, trafiłem na drewniany drogowskaz, którego tabliczki były wypełnione imionami. Obok imion był podany czas w sekundach. To prawdopodobnie czas dojścia do domów, jednak tabliczka z podpisem „Las” nie naprowadziła mnie dobrze. Może i trafiłem do lasu, jednak droga się tam urwała, a ja zabłądziłem. Gdy w końcu znalazłem drogę, to okazało się, że skręciłem zbyt wcześnie i nie powinienem był nawet zobaczyć tamtego drogowskazu.
Na południe jechałem jakąś drogą pożarową, ale jaka to była droga! Tyle pagórków i ładnych drzew minąłem, że mam teraz apetyt na więcej. A skoro mowa o apetycie, to zrobiłem się głodny. Wjechałem na jakąś starą pół asfaltową drogę, którą pokrywają łaty z ziemi, więc była to prawie że droga terenowa, jednak dużo wygodniej było poruszać się poboczem. Dojechałem nią do Mokrza. Miałem nadzieję znaleźć tam sklep, ale się pomyliłem. Sklep w kolejnej wiosce był otwarty na klucz – wywieszona plakietka „Otwarte”, a drzwi zamknięte. Głód zaspokoiłem dopiero po ok. 30 km w którejś z kolei wsi. Drogi leśne, które pokonałem nie były najwygodniejsze, ale w końcu dostałem się do Obornik. Po drodze, gdzieś pod Wronkami, myślałem o tym, aby przerwać jazdę i wrócić do domu pociągiem, ale na szczęście wyleciało mi to z głowy. Wiatr nie był szczególnie silny, choć słońce mogło zajść trochę później. Kilka kilometrów za Obornikami zapadł zmrok. Na szczęście aut nie było wiele. Zatrzymałem się jeszcze w sklepie osiedlowym po śniadanie. Planowałem następnego dnia spróbować ponownie, tym razem wsiadając do właściwego pociągu.
Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, Puszcza Notecka, rowery / Trek

W kierunku Szczebrzeszyna

  128.10  06:09
Ten wyjazd był nie do końca planowany. Na ten urlop miałem co prawda plan trzeciej wycieczki, jednak nie chciałem go realizować ze względu na ilość czasu, jaki musiałbym poświęcić na podróż, co wiązało się z nieprzyjemną jazdą po zmroku. Chciałem pojechać pociągami do Zamościa, a stamtąd – co jest oczywiste – zaliczyć kilka gmin, w tym Krasnobród, Zwierzyniec i Szczebrzeszyn. Choć prognoza przewidywała przelotne opady oraz mgłę, to zdecydowałem się gdzieś pojechać i wypadło na odcinek wspomnianego planu. Kierunek – Szczebrzeszyn.
Gdy wyruszałem przed południem, lekko mżyło. Tak lekko, że na przetarcie okularów mogłem zatrzymać się co kilka kilometrów. Pojechałem na skróty lasami. Trochę błota, jak zwykle. Trafiłem na odcinek Maratonu Kresowego. Jest to jeden z najbardziej wymagających maratonów MTB w Polsce. Przejechany kawałek był rzeczywiście ciężki. Szkoda, że maraton nie jest proekologiczny. Wskazówki na trasie miały zostać usunięte po imprezie, czyli prawie 3 miesiące temu.
W Zawadówce kupiłem wodę i zaryzykowałem, wjeżdżając w las. Jechałem leśną ścieżką wyjeżdżoną rowerami przez mieszkańców pobliskich domostw. Taki ładny singiel, choć krótki. Nie było go na mapie, ale dostałem się tam, gdzie chciałem, skracając sobie drogę choć odrobinę. Skrót to jednak nie wszystko. Gdy zatrzymałem się na przystanku, aby przetrzeć okulary, lunął deszcz. Minęło kilkanaście minut zanim uznałem, że pada na tyle słabo, aby ruszyć dalej. Gdy opad znów się nasilił, pomyślałem nawet o zawróceniu. Byłem przemoknięty, gdy znalazłem się na kolejnym przystanku. Szczęśliwie, przestało padać. Pozostały tylko kałuże.
Będąc w Rejowcu, nie myślałem już o zawracaniu. Zjechałem z drogi wojewódzkiej na stare, wiejskie, asfaltowe drogi. Z początku płaskie, ale potem zaczęły się podjazdy. Widoki były piękne, jednak taka liczba podjazdów mocno mnie wymęczyła.
Po pewnym czasie pokazało się słońce, a moje ubrania prawie wyschły od wiatru. Kałuże powoli zaczynały znikać z dróg. Szkoda mi było roweru, bo cały był szary, oblepiony zaschniętym błotem. Wiedziałem, że będzie go trudniej wyczyścić niż po ostatnich trzech wycieczkach razem.
Staw Noakowski stał się celem tej wycieczki. Stamtąd do Krasnegostawu miałem mieć z górki, wzdłuż biegu rzeki Wieprz. Im dalej jechałem, tym miałem większe wrażenie, że jadę wciąż w górę. To wrażenie było zacierane przez pagórki, które się co chwila pojawiały. Najciekawsze było to, że jechałem niedaleko swego rodzaju klifu wznoszącego się kilkadziesiąt metrów nad płaską doliną Wieprza. Szkoda, że drzewa i zabudowania przeszkadzały mi w zrobieniu jakiegokolwiek zdjęcia. Myślę jednak, że kiedyś uda mi się tam wrócić i może wtedy znajdę dobry punkt widokowy.
Kilka kilometrów za Krasnymstawem zapadł zmierzch. Dzisiaj także nie było jakoś przeraźliwie zimno, nawet mimo tej deszczowej pogody. Mgły odrobinę mnie postraszyły nieopodal Rejowca, ale nie było tak źle, jak prognozował meteo.pl. Za rok chcę przyjechać na Lubelszczyznę w środku lata, ponieważ zaliczyłem już wszystkie gminy w pobliżu Chełma i teraz będę musiał uzbroić się w ciepłe noce lub bilety na pociągi.
Kategoria kraje / Polska, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, rowery / Trek

Poleski Park Narodowy

  113.09  05:35
Już rok temu pomyślałem, aby pojechać ponownie do Poleskiego Parku Narodowego. Dzisiaj było dużo cieplej niż wczoraj, więc nawet nie włożyłem bluzy. Wyruszyłem do Krobonoszy, ale już wiedziałem, że teren nie będzie lekki. Błoto od początku trzymało się moich opon.
Wjechałem na kilka wzgórz z ładniejszymi widokami, zobaczyłem stary, prawosławny cmentarz, przejechałem po błocie, piachu i betonowych płytach-telepkach, zobaczyłem z niewielkiej wieży widokowej wschodnią część parku narodowego, przedostałem się po drogach, które są w budowie, aż w końcu – po 60 km jazdy – wjechałem na teren parku. Od razu pojawił się szlak rowerowy, do którego zmierzałem – Mietiułka. Nazwa wzięła się od rzeki, a szlak prowadzi po przepięknych rejonach, choć aby zobaczyć wszystkie uroki parku, musiałbym spędzić tam dużo więcej czasu.
Zaraz za wyjazdem z obszaru chronionego znajduje się cmentarz wojenny z czasu II wojny światowej z pomordowanymi żołnierzami Korpusu Ochrony Pogranicza, a kawałek za Wytycznem – cmentarz ewangelicki kantoratu Wytyczno z XIX-XX wieku.
Łąkami i polnymi drogami dojechałem do dróg asfaltowych. Wtedy zrobiło się ciemno, ale wielkie szczęście, bo było dzisiaj dużo cieplej i nie musiałem męczyć się we mgłach.
Kategoria kraje / Polska, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Chełmski Park Krajobrazowy, Poleski Park Narodowy, rowery / Trek

Zosin

  168.52  08:03
Rower wyczyszczony, opony napompowane, deszcz ustał, więc mogę ruszać. Po dwóch dniach odpoczynku, aby nie narazić organizmu na przeciążenie, a także abym mógł bezboleśnie siedzieć na siodle, postanowiłem zrealizować pierwszy z planów (drugi, gdy liczyć z ostatnią wyprawą) zaliczania gmin na Lubelszczyźnie.
Poranek był chłodny, chmury zakrywały południową część nieba, podczas gdy część północna była przesycona błękitem. Wiatr wiał z północnego-zachodu, więc nie tak źle, jak na początek. Ruszyłem do Dorohuska, ale nie drogą krajową, bo domyślałem się, że nie będzie zbyt bezpieczna (tiry jadące na wschód i te sprawy). Przedostałem się lokalnymi drogami, wzdłuż których prawie nie ma nowych budynków. Widać, że ludzie wiodą tam skromne życie. Za Wólką Okopską wjechałem do jakiegoś prywatnego lasu. Nie wiem, jak to możliwe, ale ponieważ biegnie tamtędy znakowany szlak rowerowy, to droga zamknięta być nie może. Wjazd był niby na własne ryzyko, ale nic mnie się nie stało.
Tuż przed Husynnem zauważyłem kaplicę grobową Rulikowskich z 1880 r., a obok niej równie stary, choć zapomniany cmentarz. Niestety ostatnie opady deszczu zepsuły mój plan. Błoto mnie pokonało i za Husynnem musiałem zjechać ze szlaku R-3, zawracając do drogi wojewódzkiej. Dobrze, że nie było ruchu. Po drodze minąłem 2 kopce – Kościuszki oraz unii horodelskiej. Oba pochodzą z 1861 roku. W Horodle za to trafiłem na horodelskie grodzisko z X-XIII wieku, na miejscu którego w XIV w. postawiono drewniany zamek. Po zniszczeniu zamku przez Szwedów, stanął w jego miejscu dwór. Do dzisiaj pozostało tylko wzniesienie otoczone fosą.
W końcu dotarłem do drogi prowadzącej do najdalej wysuniętego na wschód punktu w Polsce. No, może prawie, bo do tamtego miejsca trzeba jeszcze przejechać po polu. Nie miałem na to ochoty, więc pozostała satysfakcja z dojechania do granicy. Czyli pozostały jeszcze Osinów Dolny oraz Sianki.
Powrót był ciężki. Najpierw wjechałem na zabłocone polne drogi leżące na wielkich pagórach. Zawsze myślałem, że są to Pagóry Chełmskie. Wyobrażałem je sobie jako wielki makroregion, a teraz, gdy opisuję tę wycieczkę, dowiedziałem się, jak mały skrawek powierzchni zajmuje ów mezoregion. W każdym razie, po przedostaniu się do dróg asfaltowych, zaczynało robić się coraz chłodniej. Nie pomagało nawet słońce, które w końcu znalazło się na bezchmurnym niebie. Zmierzch zapadł na 40 km przed końcem wycieczki. Miałem zatem 2 godziny jazdy po zmroku, bardzo zimnej jazdy, ponieważ pojawiły się mgły. Ani odrobinę mnie nie bawił ten powrót. I jeszcze te zakazy wjazdu rowerem w Chełmie. Aż się nie chce tam wracać.
Kategoria kraje / Polska, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Chełmski Park Krajobrazowy, rowery / Trek

Przez pół Polski

  424.08  20:47
W końcu dostałem urlop. Planowałem go na sierpień, ale zrobiłem to zbyt późno i góra nie zgodziła się. Może to i dobrze, raptem w lipcu miałem poprzedni urlop, choć z drugiej strony potrzebowałem odpoczynku. Żeby jednak odpocząć, musiałem nakręcić się sporo, jadąc do domu najlepszym transportem na świecie. Przygotowałem się na pobicie swojego rekordu życiowego w dystansie wyprawy. Zaplanowałem pokonanie ponad 500 km, jednak coś mi w tym przeszkodziło.
Prognoza pogody była bardzo sprzyjająca. Ciepło, niewiele chmur. Mgły tylko rano, choć mogły pojawić się ponownie nocą. Po prostu nie można było nie skorzystać z okazji. Po wyspaniu się, a potem długim pakowaniu i rozgrzewce, rozpocząłem jazdę na kwadrans przed sobotnim południem. Chciałem przed zmierzchem przejechać jak najdalej drogami krajowymi, bo było nimi najkrócej. Z Poznania wyjechałem spokojnie drogą nr 92, kierując się na Wrześnię. Może spokojna jazda, to złe określenie, bo miałem średnią nierzadko ponad 30 km/h, ale jechało mi się bardzo lekko. Widocznie miałem dużo energii, jednak jechałem trochę bezmyślnie, bo ta prędkość miała się później zemścić.
Na początku droga była nudna, więc zrobiłem zaledwie kilka przystanków na kanapki, które przygotowałem przed wyjazdem, no i na parę zdjęć. Od węzła drogowego przy drodze ekspresowej S6 do Wrześni było szerokie pobocze, potem brak, ale chociaż ruch zmalał. We Wrześni rowerzyści omijali drogi dla rowerów, jak tylko mogli, bo jakość tych dróg była daleka od jakichkolwiek standardów. Po 100 km jazdy, w Koninie, w którym byłem pierwszy raz na rowerze, nie pozwoliłem sobie na zwiedzanie. Miałem to miasto w kolejnych planach. Za Koninem wjechałem na pagórkowaty teren, z którego rozciągał się niekiedy nie najgorszy widok. Pagórki były aż do Koła, w którym zatrzymałem się na hot-doga, a kawałek dalej zjechałem z głównych dróg. Słońca od jakiegoś czasu nie było widać przez zachmurzenie i nie wiedziałem kiedy dokładnie zapadł zmierzch, ale było to kilka kilometrów za Kołem. Droga w nie najlepszym stanie nie zapowiadała komfortowej podróży nocą. Nie była to jedyna niewygodna. Tuż przed Łęczycą, gdy było naprawdę ciemno, wjechałem w pierwszą, wielką mgłę. Z początku byłem przekonany, że powstała nad pobliskim ciekiem wodnym, bo kawałek drogi dalej zrobiło się czysto. Nic bardziej złudnego. Mgły – choć z przerwami – dręczyły mnie przez calutką noc.
Minęła północ, sen zaczynał męczyć mnie coraz mocniej. Potrzebowałem kofeiny. Musiałem zatrzymać się kilkakrotnie, bo zasypiałem na rowerze. Dobrze chociaż, że auta na drodze spotykałem co kilkadziesiąt minut, bo jadąc w tamtej coraz gęstszej mgle, nie czułem się zbyt bezpiecznie. 200 km weszło powoli. Pierwszą czynną stację benzynową spotkałem tuż przed Rawą Mazowiecką. I tak, jak w zeszłym roku, był to Orlen. Najpopularniejsza sieć, która prawie zawsze jest pod ręką. Zamówiłem gorącą kawę, wziąłem też puszkę zimnej na drogę, zapłaciłem majątek i po ogrzaniu się ruszyłem dalej.
Widziałem tysiące gwiazd na czystym niebie. Gdzieś w oddali były błyskawice, ale bez grzmotów. Miałem nadzieję, cokolwiek by to nie było, że mnie minie. Coraz bardziej brakowało mi słońca. Kolejna setka weszła bardzo wolno gdzieś po 5 nad ranem. Gdy zaczynało się przejaśniać, gdy mgły jeszcze nie odpuszczały, a chmur tylko przybywało, wjechałem na piaszczystą drogę, mimo że miał to być pewny asfalt. Laicyzm początkujących maperów jest straszny. Nie miałem ochoty zawracać, więc brnąłem dalej z nadzieją na koniec tej męki. Tak właściwie to szedłem, bo jechać się absolutnie nie dało. Rosa z trawy zamoczyła mi buty, a piach oblepił je od czubka po nogawkę. Dobrze, że trwało to tylko 2 kilometry.
Czułem straszne zmęczenie i nawrót senności. Dowlekłem się do Białobrzegów, pewnie było już po wschodzie słońca, ale nie dało się tego odczytać z nieba. Drogi dla rowerów, którymi musiałem jechać, pozostawiam bez komentarza. Kupiłem jakieś proste śniadanie i z odrobinę większą ilością energii ruszyłem drogą krajową w kierunku Puław. Mgły zaczęły przechodzić po godz. 9. Jechałem ślamazarnie. Zmęczenie organizmu dawało się we znaki coraz bardziej. Podejrzewam, że winą była zbyt szybka jazda przez pierwsze 150 km. Gdybym wtedy oszczędzał siebie, to z pewnością mięśnie dawałyby radę. Tak sądzę.
12 godzin po wyruszeniu z domu byłem na 16. kilometrze za Kozienicami. Do celu zostało ok. 150 km. Druga bateria w telefonie do nagrywania sygnału GPS była na wyczerpaniu. Na szczęście mój niedawny zakup telefonu o bardzo pojemnej baterii przybywał mi na ratunek. Naprędce ściągnąłem mapę, plan trasy i byłem pewien tego, że uda mi się zachować cały ślad bez potrzeby późniejszej zabawy z odtwarzaniem go z pamięci.
400 km wskoczyło o godz. 13. Pomyślałem sobie, że zdążę na kolację. Po wjechaniu do województwa lubelskiego zaczęło lekko kropić. Martwiło mnie to o tyle, że prognoza pogody zapowiadała przelotne deszcze. Do Puław musiałem dostać się starym mostem, ponieważ nikt nie pomyślał o kładce rowerowej wzdłuż drogi ekspresowej. Przestało padać, więc Puławy zatrzymały mnie na dłużej. Najpierw zacząłem szukać sklepu, żeby uzupełnić zapasy, a później chciałem wrócić do piekarni, którą zauważyłem w trakcie poszukiwań sklepu. Niestety zabłądziłem i zrobiłem większą pętlę, niż mogłem sobie na to pozwolić, jednak drożdżówka ze śliwkami była tego warta.
Puławy, choć nie są miastem w pełni przyjaznym rowerzystom (drogi dla rowerów wyłożone dziurami, nierzadko prowadzące donikąd, wysokie progi zwalniające), to wróciłbym tam choćby po to, żeby je normalnie zwiedzić. Za miastem spełniła się moja największa obawa – po 417 km podróży lunął deszcz. Zatrzymałem się przy pierwszej napotkanej wiacie przystankowej, przebrałem się i zacząłem zastanawiać się, czy mogę kontynuować bicie rekordu. Po godzinie przestało padać i zdecydowałem. Ponieważ na drogach były kałuże, a ja nie miałem przeciwdeszczowych ubrań, to zawróciłem do Puław i spróbowałem odszukać dworzec kolejowy. Udało mi się nawet kupić bilet z promocją na przewóz roweru za złotówkę. Szkoda, że to tylko promocja. Szkoda, że spadł deszcz.
Co prawda rekord życiowy udało mi się pobić, jednak nie zrobiłem tego z rozmachem. Moim wnioskiem z tej wyprawy jest koniec bicia rekordu dystansu. Uważam, że nie jest to ani zdrowe, ani bezpieczne. Noc bez snu niekorzystnie wpływa na organizm, a taka jazda w stanie półsennym może się źle skończyć. Pokonywanie takich dystansów nie wydaje się czymś trudnym. Trzeba po prostu odpowiednio rozkładać energię i odnawiać ją wraz z odpowiednimi posiłkami. Aaa, trzeba też znać dobre sposoby na pokonanie snu podczas monotonnej jazdy nocą. O wiele lepiej jest pojechać do bazy w górach.

Kategoria Polska / łódzkie, Polska / mazowieckie, kraje / Polska, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, z sakwami, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Poznań Bike Challenge

  100.00  03:05
Mój pierwszy wyścig kolarski. Zarejestrowałem się kilka miesięcy temu, w czwartek odebrałem pakiet startowy, a dzisiaj wziąłem udział. Był to piękny wyścig. Poszło lepiej, niż przewidywałem, choć mogło być dużo lepiej.
Pakiet startowy zawierał kilka papierków, koszulkę, czapeczkę, jakiś żel, pastylki energetyczne no i numery startowe na rower, ubiór oraz kask. Miały być też agrafki i zaciski do przymocowania numerów startowych, ale w moim pakiecie zabrakło – musiałem je przyszyć nićmi. Sam odbiór pakietu (chciałem to zrobić przed pracą, więc pojechałem w godzinie otwarcia biura zawodów) polegał na tym, że w chaosie, nad którym organizatorzy nie umieli zapanować, po półtorej godzinie poznałem wyłącznie swój numer startowy i, zniechęcony całym zamieszaniem, wyszedłem. Szkoda mi jednak było pieniędzy, które wyłożyłem na opłatę startową, dlatego spróbowałem po pracy i, co było bardzo dziwne, odebrałem pakiet w ciągu dwóch minut. Szkoda, że zmarnowałem tyle czasu o poranku.
Pogoda była bardzo dobra. Jeszcze wczoraj prognozowano mgłę do godz. 10, ale ostatecznie zniknęła ona kilka chwil po wschodzie słońca. Temperatura podczas startu wynosiła ok 19 °C i rosła aż do 30. Wiał lżejszy wiatr z południowego-wschodu. Mógł dmuchać bardziej z północy zamiast z południa, ale nie było najgorzej.
Boksy mieli zamykać o 8.45, start został zaplanowany na 9.00. Boksów nie zamknęli, bo źle obliczyli liczbę rowerzystów, która może się w takich boksach zmieścić i dużo osób stało przed wejściami do sektorów. Samych sektorów było 10, ja w sektorze F. Start obsunął się o pół godziny z powodu wolnych pojazdów służb porządkowych, które sprawdzały całą trasę. A może gdyby tak wyruszyły wcześniej, to start nie przesunąłby się tak bardzo? Mięśnie zdążyły wystygnąć po rozgrzewce, ale nie było jakoś mocno źle. Mój sektor wyruszył o 9.43. Z początku ślamazarnie, ale potem już szybciej. Dla mnie to było mało. Nieważne, że nie byłem dobrze rozgrzany. Starałem się przesuwać do przodu, wyprzedzając powoli swój sektor (nieszczęśliwym trafem byłem na jego końcu). Poza miastem była lepsza zabawa. Wiatr wiał na tyle paskudny, że bez jazdy na kole nie mógłbym daleko zajechać. Starałem się co jakiś czas usiąść na kole kogoś jadącego średnim tempem, ale powoli uczyłem się, żeby uczepiać się grup pościgowych. Nie dość, że nie musiałem sam walczyć z wiatrem, tym samym oszczędzając energię, to dodatkowo taki pościg jechał nierzadko ponad 40 km/h. Jadąc samemu zacząłbym „umierać” przy tej prędkości już po kilometrze.
Dzięki jeździe na kole wyprzedziłem kilka sektorów. Przejechałem wiele kilometrów na kole kolarzy z sektora G. Oni to mieli moc. A ja? Po 25 km dopadł mnie pierwszy kryzys. Na szczęście nieznaczny, bo poważny kryzys pojawił się na 45 kilometrze. Zjechaliśmy wtedy z równego asfaltu i pędziliśmy po wiejskich drogach. Nie zawsze równych. Znów trzymałem się na kole jakiejś mocnej ekipy, ale gdy dojechaliśmy do większej grupy, to nie wytrzymałem tempa i oderwałem się. Nie mogłem dogonić pościgu, chciałem odpocząć, chciałem się zatrzymać. Powiedziałem sobie jednak, że skoro dotarłem tak daleko, to nie mogę. Spiąłem się i przycisnąłem mocno w pedały. Udało się dogonić peleton, a potem nawet przegonić. Dalej jeszcze kilka razy się mijaliśmy nawzajem, aż w końcu nie wiem na jakiej pozycji skończyliśmy.
Były 3 strefy żywieniowe co ok. 25 km. Wolontariuszki (chyba widziałem też kilku wolontariuszy) w wyciągniętych rączkach trzymały butelki z wodą, izotoniki, połówki bananów i batoniki czekoladowe. Z pierwszego przystanku nie skorzystałem, bo miałem bidon pełny wody z izotonikiem. Na drugim przystanku wziąłem banana, a na trzecim czekoladki. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów to była zdecydowanie samotna jazda. Nie było do kogo się przyczepić, więc dawałem z siebie wszystko. Starałem się przyjmować aerodynamiczne pozycje, aby tylko zmniejszyć straty energii, aż w końcu wjechałem do Poznania. Ostatnie kilometry, ostatnie zakręty, aż na półtora kilometra przed metą opadłem z sił. Nie potrafiłem nacisnąć mocniej na pedały. Nie był to kryzys, nie miałem już sił. „Doczłapałem” się ślimaczym tempem i w końcu, na ostatnich kilkuset metrach wróciła mi energia. To było zło, ale nie poddałem się. Mięśnie również wytrzymały, chociaż nieodpowiednia rozgrzewka dawała mi się we znaki na początku.
Na strefie finiszera dostałem pamiątkowy medal, a potem czekała niewielka wyżerka. Trochę owoców, hamburgery, napoje, próbki naturalnych lodów. Na ogłoszenie wyników trzeba było sporo wyczekać. Nie było mnie na liście, którą wywieszono w trakcie oczekiwania na wręczenie nagród. Znając swój czas, wiedziałem jednak, że nie dostanę nic, ale i tak doczekałem do samego końca rozdania nagród i wróciłem do domu.
Rower spisał się nawet dobrze. Jechałem na ostatnim łańcuchu, który nie hałasował i nie przeskakiwał. Może kilka razy zazgrzytał w trakcie całego maratonu, ale mogłem cisnąć ile sił, bez obawy, że będą problemy. Uciekające powietrze w tylnym kole także nie zepsuło mi zabawy. Zdjąłem wszystko od błotników po oświetlenie, aby tylko zmniejszyć ciężar pojazdu. Nie miałem przy sobie także żadnych narzędzi, więc jakikolwiek problem uniemożliwiłby mi ukończenie wyścigu. Bez ryzyka nie ma zabawy.
Na całej trasie ruchu pilnowała policja, byli także wolontariusze. Trafiali się również widzowie, którzy oklaskami i okrzykami dopingowali nas. To mi się bardzo podobało, bo czasem uśmiech nie schodził z twarzy przez długi czas, gdy mijałem raz za razem wiwatujących ludzi. Nie zawsze jednak było kolorowo, bo zdarzały się auta, które ignorowały bezpieczeństwo (jak czytam różne komentarze w sieci, to zastanawiam się, czy rzeczywiście w dniu imprezy wszystko zostało po prostu zamknięte bez żadnej informacji na kilka dni wstecz o utrudnieniach na trasie wyścigu). Raz byłem świadkiem, jak kierowca jadący z dużą prędkością, na styk wyprzedził nieświadomego rowerzystę. Także rowerzyści robili sobie dużo krzywdy. Widziałem zarówno samotnych wilków z rozległymi ranami, jak i grupki rowerzystów, których pojazdami zdecydowanie nie dało się dalej jechać. Minąłem również kilkudziesięciu rowerzystów zmieniających dętki w kołach, najwięcej w kolarzówkach. Rowery szosowe królowały w klasyfikacjach. W kategorii open znalazłem się na miejscu 682. z 1722 (w dniu imprezy, bo organizatorzy mieli problem ze zliczeniem pewnej liczby zawodników). Przejechałem cały dystans w czasie 03:05:48,86, gdy najlepszy kolarz zajął pierwsze miejsce z czasem 02:22:49,30. W klasyfikacji rowerów innych zająłem miejsce 256. na 901, a wśród mężczyzn w wieku 25–29 lat – 23. na 184. To i tak wielki sukces, bo gdyby nie drafting, to miałbym dużo gorszy czas. W ogóle to w czwartek złapałem przeziębienie. Dodatkowo miałem zakwasy po wizycie w parku linowym, więc może nawet poszłoby mi lepiej, gdybym był w formie. W trakcie jazdy nawet przyszło mi do głowy, aby zamknąć wyścig w trzech godzinach, jednak musiałbym mieć średnią ponad 33,3 km/h. Może za późno o tym pomyślałem.
Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery