Po drugiej stronie Wisły było mniej przyjaźnie dla rowerów. Pokonałem wszystkie przeciwności, błądząc chyba tylko raz. Dojechałem nad jezioro, zrobiłem parę zdjęć i mogłem wracać. Planowałem wybrać drogi lokalne, ale zauważyłem obiecującą drogę dla rowerów. Była świetna i przejechałem całą, aż dotarłem do Warszawy, gdzie wygoda zamieniła się w dziurawą gruntówkę. Całe szczęście krótką.
Na przejazd przez Wisłę wybrałem tym razem inny most. Dużo bardziej kręty, nieintuicyjny, bez znaków, ale z pomocą mapy nie zgubiłem się. To teraz zostały mi jeszcze 2 mosty warszawskie do pokonania. Przejechałem się wzdłuż Wisły, skoczyłem pod PKiN i wróciłem do miejsca noclegowego.
