Jazda nie była przyjemna, bo na niebie nie było ani jednej chmury. Z tego powodu rzadko się zatrzymywałem i mało fotografowałem. Trafiałem na drogi o mniejszym lub zerowym ruchu, aż dojechałem do jakichś wzniesień, które pokonałem po zatłoczonej drodze krajowej, aby potem zjechać do Sakai, gdzie chciałem zobaczyć upatrzony wcześniej zamek.
W Japonii częstym zjawiskiem jest łączenie się wsi i małych miasteczek w większe jednostki. Ten los spotkał miasteczko Maruoka, które zostało włączone do Sakai. Pozostały nazwy, takie jak zamek Maruoka. Ów zamek pochodzi z XVI wieku i do naszych czasów zachowała się główna wieża. Nie ma tam jednak niczego specjalnego. Za dużo zamków obejrzałem. Pozostało nasycić się klimatem i ruszyć w dalszą drogę.
W tej części Japonii uprawia się nie tylko ryż, ale jakiś rodzaj zboża. Co region, to jakaś niespodzianka. Muszę poznać całą Japonię. Tymczasem pojechałem w kierunku centrum Fukui, ale nawet nie wiem po co, bo nie miałem żadnego planu zwiedzania. Tak tylko się przejechałem i ruszyłem w kierunku Morza Japońskiego, bo tam czekał na mnie dom gościnny. Dotarłem tam po zmroku. Jak ja dawno jeździłem o takiej porze. A po upalnym dniu taki wieczorny chłód był zbawienny. 60-letni dom, w którym się zatrzymałem ma jeszcze starszy ołtarz buddyjski – stworzony przed trzystu laty. Zdobiony, z wieloma detalami, bardzo cenny; nie tylko materialnie. Od właściciela dowiedziałem się, że w Japonii ludzie modlą się każdego dnia o świcie i wiele domów ma przeznaczone do tego specjalne miejsce, ale tak cennego ołtarzu nie spodziewałem się zobaczyć.
