Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

dojazd pociągiem

Dystans całkowity:16080.80 km (w terenie 1940.89 km; 12.07%)
Czas w ruchu:787:13
Średnia prędkość:20.20 km/h
Maksymalna prędkość:70.30 km/h
Suma podjazdów:84274 m
Maks. tętno maksymalne:130 (66 %)
Maks. tętno średnie:150 (76 %)
Suma kalorii:73898 kcal
Liczba aktywności:157
Średnio na aktywność:102.43 km i 5h 06m
Więcej statystyk

Opowieści z Jaworzyny

  88.76  04:00
Dzisiaj postanowiłem wybrać się na wycieczkę pociągiem. Pogoda dopisywała, więc zaplanowałem ruszyć o godz. 16. Wsiadłem w ostatniej chwili, przez co bilet kupiłem w pociągu. Miła pani konduktor nie doliczyła mi dopłaty, ponieważ widziała, że się spieszyłem. Dzisiaj podrożał bilet na przewóz roweru...
Nie jeździłem kilka dni, ponieważ w piątek zdjąłem z roweru cały osprzęt. Chciałem oddać rower do przeglądu przedniego amortyzatora oraz centrowania kół. Nie mieli czasu, więc pojawiłem się ponownie w poniedziałek. Byłem przekonany, że centrowanie będzie w ramach kupna kół, ale sępy wyciągną ostatni grosz z człowieka. A amortyzator... bajka. Już zapomniałem jak wygodnie się z nim jeździ, gdy jest sprawny. Szkoda tylko, że serwis jest tak kiepskiej jakości, bo mogli wymienić popękane uszczelki.
Myślałem, żeby pojechać do Jaworzyny Śląskiej, ale zmieniłem plan na Świdnicę, żeby mieć dwie pieczenie na jednym ogniu. Z kilkoma nieznośnymi postojami w Jaworze i Jaworzynie Śląskiej dotarłem na miejsce. Po drodze zaczęły niepokoić mnie chmury. Dużo chmur. Jak wysiadłem, oberwałem jedną, grubą kroplą deszczu, która mnie przestraszyła, że to może być na tyle z wycieczki. Nie rozpadało się, więc kontynuowałem.
Czym różni się rozpoczęcie wycieczki w środku miasta od wjechania do niego? Tym, że w drugim wypadku wiem z daleka co chcę zobaczyć, bo widzę strzeliste wieże. Czułem się zagubiony, nie wiedząc od czego zacząć. Na szczęście (choć w ogóle zapomniałem o tym) przed większością dworców kolejowych znajduje się mapa miasta. Jak się okazuje cały Rynek jest zabytkiem, bo chyba każdy budynek wokół niego jest oznaczony na czerwono. Ruszyłem więc w kierunku tego skupiska historii.
Podoba mi się oznakowanie zabytków – wmurowane w chodnik granitowe płyty wskazujące kolejne interesujące obiekty. Docelowo płyt miało być 37, ale na oficjalnej stronie widzę informacje tylko o 10 przystankach. Cała trasa nazywa się Trasą Książęcą Citywalk. Mając więcej czasu można zobaczyć wszystkie miejsca, jednak ja po objechaniu Rynku i podążeniu za strzałką nie zauważyłem kolejnej tablicy. Widocznie trzeba iść chodnikiem, aby nie ominąć żadnej z nich.
Cóż? Moje zwiedzanie bez wcześniejszego planowania zwykle tak się kończy, że zobaczę parę obiektów i ruszam dalej. Tym razem dodatkowo gonił mnie czas, ponieważ moim kolejnym przystankiem miał być Żarów. Wyjeżdżając z miasta zauważyłem kierunkowskaz na Kościół Pokoju. Nie mogłem przegapić tego, aby go nie zobaczyć, więc podążyłem za znakami. Było po godzinach zwiedzania, ale budowla sama w sobie pokaźna.
Następny przystanek w Żarowie, choć po drodze miałem widok na Masyw Ślęży, który jest coraz to bliżej. Jeszcze trochę i zdobędę ten szczyt. W Żarowie chciałem zobaczyć zamek, ale nie wiedziałem gdzie się znajduje. Teraz wiem, że byłem bardzo blisko. Może kiedyś tam wrócę? Nie mogłem długo szukać i ruszyłem dalej. Niestety pogoda znów o sobie przypomniała i zaczęło kropić. Na szczęście niedługo i do końca dnia pozostało tylko zachmurzenie.
W Jaworzynie Śląskiej trochę się pokręciłem i zatrzymał mnie pewien jegomość. Bardzo związany z klubem PTTK, dlatego opowiedział mi trochę historii o nim. Pokazał mi też drogę do Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku, a ta nie jest dobrze oznaczona. Warto się wybrać kiedyś, bo spodobały mi się te maszyny, jeszcze gdy jechałem pociągiem do Świdnicy.
Chciałem przejechać przez Pastuchów, aby zobaczyć tamtejszy zamek, ale wyjechałem złą drogą i już nie zawracałem się. Trzeba było jadąc z Żarowa zahaczyć o tamtą miejscowość. Mimo to omijając Strzegom, dojechałem do Morawy, w której zobaczyłem pałac. Nie omieszkałem do niego zajrzeć. Wjazd przez park, tylko ta brama z kamerą wygląda jakby to był wjazd na teren prywatny. Dopiero tablica z mapą parku upewniła mnie o publicznym charakterze obiektu. W pałacu znajduje się przedszkole, ale bramka na dziedziniec była otwarta, więc zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem dalej.
Szukając optymalnej drogi powrotnej, z Jaroszowa chciałem dostać się do Lusiny, ale niestety moja mapa nie jest tak dokładna i dojechałem do Dębnicy. Słońce łypnęło do mnie swoim czerwonym okiem, że trzeba się pospieszyć. Pojechałem do Postolic drogą wojewódzką, a później po prostej do Legnicy, mijając przed Taczalinem kilkanaście skrzynek wypełnionych pachnącymi truskawkami. Że też nie boją się zostawiać tych owoców, gdy ich zapach tak uwodzi.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Zawiercie – Kraków

  71.89  03:20
Cała moja podróż powrotna skondensowana w ponad trzech godzinach jazdy. Niestety; pogoda nie pozwoliła mi na zwiedzenie Gór Świętokrzyskich, na które miałem chętkę już od kilku miesięcy. Wychodzi też na to, że plan ich zdobycia odkłada się o rok, może dwa, bo nie sądzę, bym potrafił upchnąć wszystkie moje plany w jedne wakacje, dzieląc to z obowiązkami. Trudno, ale plan był, aby jednego dnia dojechać do okolic Świętej Katarzyny (do Ostrowca Świętokrzyskiego zaplanowałem 170 km wykonać, aby zostało trochę sił na góry), a kolejnego dnia dać z siebie wszystko, zdobywając szczyty, a następnie wracając ostatkami sił do Krakowa. Może trochę szalony plan i odrobinę cieszę się, że się nie udał, bo lepiej byłoby to rozłożyć na 3 dni z dwoma noclegami w jakimś ładnym miejscu. W sumie to nawet jakiś plan. Powinienem zrobić dziennik planów, w którym spisywałbym wszystko to, na co mam ochotę się zdobyć w przyszłości. Hmm, to jest myśl. Chyba tak prędko dziś nie zasnę ;)
Wracając do mojej wycieczki. Nim mogła się odbyć, musiałem spędzić 6 godzin w pociągu z Chełma, który wyruszył w południe i po godz. 18 już był na miejscu. Pogoda na szczęście była łagodna i nie padało. Zachód słońca tuż po godzinie 19, więc musiałem się spieszyć. Plan jazdy był taki, aby ominąć główne drogi, więc jechałem tylko wojewódzkimi (choć to też ciut za dużo, bo ruch jednak był): 791, 790 i 794. No ale co komu mogą te numery mówić? Dlatego aby być bardziej konkretnym, to kierowałem się kolejno na takie punkty, jak Ogrodzieniec, Pilica, Wolbrom, Skała i w końcu Kraków.
W Zawierciu w miarę szybko się połapałem dzięki planowi miasta tuż przed dworcem PKP (czyli to, co w porządnych miastach lubię najbardziej, a miasta bez takiej mapy nie lubię z miejsca). Krajową drogą nr 78 dojechałem do drogi na Olkusz, a na tej drodze od razu ścieżka rowerowa. Nietypowa, bo mająca zaledwie 30 cm szerokości. Tak, ktoś się wyjątkowo postarał o to, by tam na siłę zrobić drogę dla rowerów z chodnikiem, także piesi mają drogę o szerokości 120 cm, a rowerzyści 4 razy węższą. Z początku myślałem, że ktoś po prostu poodwracał znaki, ale wandale na masową skalę działaliby, żeby na całej drodze tak zrobić? Można tak jednak pomyśleć, bowiem chodnik dla pieszych jest wyłożony kostką w kolorze typowym dla ścieżek rowerowych, a droga dla rowerów kostką szarą. Coś bardzo nielogicznego, w co nie mam ochoty się wtajemniczać, bo już nie jedne cuda na kiju widziałem.
Dotarłem do Ogrodzieńca, a dalej do Podzamcza, gdzie znajdują się ruiny zamku. Było zbyt ciemno na zdjęcia, toteż nawet się tam nie zatrzymałem. Nie są to też ruiny, w których dawno temu byłem. Może kiedyś trafię na tamten obiekt przypadkiem podczas jednej z podróży po polskiej ziemi?
Pilicy nie lubię, bo leży w dolinie i najpierw miałem zjazd, a później podjazdy. Wyjeżdżając stamtąd miałem jeszcze trochę światła na zachodzie, ale słońce już dawno było za horyzontem. Stąd też podróżowałem już w kompletnych ciemnościach, oślepiany światłami drogowymi przez beznadziejnych kierowców (w obszarze zabudowanym, o ile dobrze pamiętam, nie można tych świateł używać, prawda?). Jeszcze gdy wjechałem do centrum Pilicy, to pomyliłem się, sądząc, że jestem już w Skale, taki mają podobny Rynek. No ale do Skały jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, więc coś tu jest nie tak. Otrząsnąłem się i ruszyłem dalej. Patrzyłem jak liczba na tablicach o zielonym tle przy napisie "Kraków" maleje i coraz bardziej cieszyłem się, że dotrę do domu.
Po minięciu Skały, wiedziałem już, że droga będzie bardzo łatwa. Miałem cały czas z górki. Z licznika nie schodziło nic poniżej 30 km/h. Jeszcze ten widok na Kraków z wzniesienia w Brzozówce. Lubię takie miejsca, a jest ich trochę wokół Krakowa :)
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, z sakwami, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Rybnik – Kraków

  126.37  07:01
Dopóki nie wiesz dokąd dany szlak zmierza, nie wjeżdżaj na niego.
Wczoraj nigdzie nie wyruszyłem. Trochę szkoda, bo dzień wcześniej byłem w TOP 10 września na BikeStats.pl. Wolałem siebie oszczędzać, bo przeziębienie nie mijało, a ja mam ambitne plany na najbliższe 3 tygodnie. Dzisiaj poczułem poprawę, więc postanowiłem zrealizować – krótszy niż pierwotnie – plan. Zastanawiałem się nad podróżą do Krakowa z rozłożeniem tego na 2 dni i tym samym – noclegiem w okolicach Opola. Plan ten odpadł, gdy pojawiła się prognoza pogody na środę i czwartek, która przewidywała opad nad Dolnym Śląskiem w środę i nad Małopolską w nocy ze środy na czwartek. Mój plan skrócił się do jednego dnia, aby uniknąć moknięcia. Na początku znalazłem dobre połączenie z Nysą. Po przeanalizowaniu trasy, uznałem, że 200 km, to trochę za dużo jak na moje siły, dlatego wybrałem Rybnik. Pobudka przed 5, aby o 5:56 wsiąść do pociągu do Wrocławia. Tam miałem trochę przerwy, więc zwiedziłem odnowiony dworzec i ruszyłem ostatnim pociągiem w dzisiejszych planach.
Rybnik jest bardzo ciężkim do opanowania miastem, a przynajmniej jego centrum, wypełnione po brzegi jednokierunkowymi. Zjadłem tutaj zapiekankę, bo byłem głodny, a dawno jadłem takie cudo, i ruszyłem na wschód.
Po kilku nudnych kilometrach przez lasy i miejscowości, trafiłem na Orzesze, które zaproponowało mi zielony szlak rowerowy do Mikołowa, który z kolei był moim następnym celem. Najpierw zdecydowałem się nim podążać, gdy odbił w prawo. Zjechałem tylko do jakiejś dolinki, mając widok na nią i wracając znów na główną drogę, czyli nie do końca musiałem tędy jechać, ale co tam – widok chociaż był. Dalej szlak skręcił w lewo, obiecując mi dojazd do Mikołowa (praktycznie już w nim byłem, ale do centrum miałem 10 km). Dojechałem do Bujakowa, jednej z dzielnic i zaprotestowałem, że dalej nie jadę, bo szlak zaczął wskazywać Rudę Śląską, a znak – wartość 8 km. Zrobiłem tylko zdjęcie i pojechałem do centrum (znak pokazywał 10 km). Nie chciałem zwiedzać tego miasta ze względu na drogę, która się wydłużyła, ale przejechałem się. Spodobała mi się fontanna, która wygląda jak pęknięcie w ziemi.
Ponownie z lenistwa skorzystałem z Map Google, wyznaczając szlak dla trasy pieszej. Mógłbym to zrobić dla tras samochodowych, ale zawsze może mnie ominąć coś, co jest niedostępne dla aut. Tak było i tym razem – miałem okazję skorzystać z genialnej drogi, którą Google narysowało z palca. Wjechałem najpierw na pole, po którym przejechał parę razy ciężki sprzęt do pobliskiej budowy i dojechałem do ogrodzenia. Trasa pokazywała, bym szedł (już się przez to nie dało przejechać) przez wysoką trawę, w której czaiły się uschnięte, kłujące chwasty. Jakoś się przedarłem do polnej drogi, która mnie wyprowadziła na asfalt. Ostatecznie dowiedziałem się, że polna droga jest terenem prywatnym. Brawo dla Google.
Wjechałem do Katowic. Wow, nie miałem ich w planach. Duże są. W sumie może kiedyś zwiedzę Górny Śląsk, bo kojarzyłem go głównie z fabrykami, kominami, dymem i ogólnie szarością. A tutaj jest niewiele inaczej niż w Krakowie – jedynie więcej tych kominów. Wjeżdżam dalej do Tychów i znów do Katowic, by zacząć moje przygody w terenie. Tym razem miałem mniejszy bagaż, tylko doszedł śpiwór na trzecią część moich wakacji. Mimo to nadal uważałem na drogę, by nie wpaść na kamień (bardzo kamieniste były niektóre szlaki). Ładne lasy, tylko szybko się skończyły.
Imielin chciał pokazać się z dobrej strony, pozwalając mi wjechać na oznaczoną ścieżkę rowerową. Niestety wysokie progi dyskwalifikują nazwanie to prawdziwą drogą dla rowerów. Przejechałem przez Mysłowice, by znaleźć się w Jaworznie. Miasto ma dużą sieć ścieżek rowerowych, a ja wybrałem tę koloru przyrody. W pewnym momencie zgubiłem się, ale wróciłem (ślepa uliczka niestety) i, jadąc tym samym szlakiem, zobaczyłem piękną panoramę na jezioro pod Jaworznem. Przed krajową 79 skręciłem na południe do lasu, bo pierwotny plan zakładał jazdę drogą główną, ale skoro na Google Maps była ładna ścieżka, to czemu miałem nią nie pojechać? Droga asfaltowa, niekiedy ładnie, dalej bardzo zniszczona, z wieloma dziurami. Później wjechałem jeszcze na wygodną ścieżkę – będącą jednocześnie drogą dla rowerów – do ul. Oświęcimskiej w Chrzanowie. Nie miałem pojęcia gdzie szukać centrum, bo nie trafiłem na żaden znak, więc długo w tym mieście nie zabawiłem.
Znów odwiedziłem Rudno, przejeżdżając obok zamku Tęczynek, który mogłem tym razem podziwiać z innej perspektywy. I, jadąc drogą sprzed ponad tygodnia, dojechałem do Krakowa. Sądziłem w Rudnie, że będzie 130 km. Pomyliłem się niewiele, ale nie chciałem już dokręcać tej różnicy, by się oszczędzać przed zbliżającą się wyprawą do Chełma.
Kategoria Polska / małopolskie, setki i więcej, z sakwami, terenowe, kraje / Polska, Polska / śląskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Wrocław – Legnica

  68.43  03:43
Dziś będzie historia z morałem, jako że ci bezczelni rowerzyści mają swój własny świat i nie widzą niczego poza czubkiem własnego nosa :)
W końcu. Obudziłem się jakoś po 8. Na dworzec dotarłem pół godziny po 10. Z małym problemem przy płatności kartą – zabrakło 3 zł na koncie i musiałem zalogować się do banku przez dworcowe, niezabezpieczone Wi-Fi. W pociągu znalazłem swój wagon, rower powiesiłem obok rowerka pewnego pana. Ów rowerek zajął dwa wieszaki, bo pan nie miał pojęcia jak inaczej go zaczepić. W sumie ja też się obawiałem o swój rower, bo tak się strasznie gibał i sądziłem, że wygnie mi obręcz. Po końcu podróży nie zauważyłem zmian. Jedynie uszkodziłem odblask na szprychach, ale póki się trzyma, póty nie będę go ruszał.
Zaplanowałem, że do Legnicy dotrę rowerem. Ruszyłem spod dworca, aby dostać się na Legnicką. Wspomagając swoją podróż mapą z GPS-em, udało mi się. Ostatnim razem jechałem tą drogą w maju, gdy szykowałem trasę na konkurs na Euro w Polsce, ale w pamięci niestety nie utkwiły mi miejsca, w których należy zmienić stronę ulicy, by uniknąć końca drogi dla rowerów. Dotarłem pod stadion, a dalej jakoś na drogę krajową nr 94. Średnia w mieście – 13 km/h. Zacząłem w końcu rozwijać dobrą prędkość na poziomie 25-30 km/h, co było dla mnie czymś niesamowitym, ale myślę, że było to spowodowane ukształtowaniem terenu, który lekko opadał oraz kierunkiem wiatru, który wiał wciąż w plecy.
W Leśnicy jechałem szybkim tempem, póki nie zacząłem doganiać pierwszych rowerzystów na tejże drodze, bo jechałem asfaltowym chodnikiem pieszo-rowerowym. Bardzo ładny i równiutki, na nim mogłem rozwijać takie przyjemne prędkości. Wszystko byłoby pięknie, gdybym nie natrafił na pewną rodzinę. Tatuś jechał daleko na przodzie, a w tyle synek i zaraz za nim mamusia. Zacząłem wyprzedzać tę kobietę, gdy ona ni stąd, ni zowąd zaczęła wykonywać manewr wyprzedzania lub chciała jechać na równi z synkiem na tej jakże wąziutkiej ścieżynce, oddzielonej dodatkowo od jezdni ogranicznikami. Ja odbiłem się od nich, stuknęliśmy się kierownicami na powitanie, pani wykrzyknęła coś o prostytutce i zatrzymała się, a ja pojechałem dalej, by nie blokować drogi innym rowerzystom. O dziwo na moim liczniku pojawiło się 30 km/h – zostałem poczęstowany przez tę próbę zepchnięcia mnie na jezdnię sporą dawką adrenaliny, bo pedałowało mi się naprawdę lekko. Jakie było moje zdziwienie, gdy owa pani mnie dogoniła, a przejechałem raczej spory kawałek od miejsca naszego przywitania. Zaczęła ze mną rozmowę i przeszliśmy od razu na "ty". Pamiętam, że użyła w swojej wypowiedzi takich rzeczowników jak gej i pedał. Ciekaw jestem w ogóle czy wie co one oznaczają. Jest uprzedzona do długowłosych i najpewniej cierpi na homofobię. Ja tylko odparłem pytaniem: "Czy nauczysz się jeździć?" Nie wiem czy moje słowa dały coś do myślenia tej pani, czy może moja prędkość zaczęła ją wykańczać, ale zostałem sam. I morał na dziś: jeśli nie chcesz oberwać, zamknij dziób i naucz się Kodeksu Drogowego.
Do Środy Śląskiej dojechałem relatywnie szybko. Przejechałem się przez miasto, bo było krócej i zjechałem na drogę, którą wybrał dla mnie Google w swoich mapach. A mówiłem sobie, że nie będzie dziś terenu... Do Dębic był ciągle teren. O ile do Proszkowa dojechałem po ładnym gruncie, o tyle dalej już były ohydne kamieniska. Choć przyznam, że wolałem ten teren od tego, co było w centrach mijanych wsi. Dolnoślązacy umiłowali sobie brukowane drogi we wsiach, które mijałem chyba w każdej, przez którą przejechałem na mojej drodze do Legnicy.
Od Rogoźnika zaczęła się licytacja. Jak ja się z niej cieszyłem. Zaczęło się od prostego "Legnica 14" przez "Legnica 7" i "Legnica 6" do "Legnica", który okazał się moim faworytem. Jaką ulgę poczułem, że już prawie jestem w domu, że koniec tych okropnych dróg. Mijając supermarket, wstąpiłem do niego, by mieć coś do jedzenia na kolację i następny dzień. I tak prawie po czterech godzinach jazdy dotarłem do domu po zmroku. Zdaje mi się, że baterie w przedniej lampce wymagają wymiany, a są ze mną od stycznia. Długo :)
I jeszcze słowo o samej jeździe. Miałem ze sobą sakwy na bagażniku (4 i 4,5 kg), a do tego torbę sportową (8 kg) i plecak (3,5 kg). Stąd też dzisiejsze moje zmartwienia, które były obecne przez całą podróż. Od Krakowa, gdzie każde zagłębienie traktowałem jako moja klęska przez złapanie kapcia i nie zdążenie na pociąg po całą drogę, której trasę opisałem. W Krakowie kilka razy naprawdę myślałem, że będzie koniec, ponieważ są tam większe progi i bardziej zadeptane kamienie brukowe. We Wrocławiu zaś jechało się wygodnie. Może nie zawsze, bo bałem się złapać snake'a czy w ogóle nie chciałem, aby dętka nie wytrzymała ciężaru. Najbardziej jednak przeraziło mnie to, gdy wjechałem na terenową drogę. Ale się myliłem, jechało się po niej tak lekko jakby była z gumy ;D Później jednak pojawiła się pierwsza kostka brukowa. Zacząłem przeklinać chwilę, gdy wjechałem na tę drogę. I jeszcze na dokładkę teren po drobnych kamieniach. Dałem radę, ale strasznie się bałem, że będę musiał wymieniać dętkę, a w zapasie mam tylko taką, która ma kilka łatek na sobie. Przy okazji ważenia, dowiedziałem się, że ja w garderobie mam 66,5 kg, a rower z półlitrową wodą, telefonem i bagażnikiem 17 kg. Margines błędu, to jakiś kilogram-półtora.
Kategoria Polska / dolnośląskie, po zmroku i nocne, z sakwami, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Rowerem po Wrocławiu

  27.21 
Dziś ponownie wybrałem się do Wro, by stworzyć kolejną fotorelację na konkurs. No, może nawet dwie :) Dużo jeszcze Wrocławiowi brak w kwestii dobrej infrastruktury dróg i ścieżek rowerowych, ale taka ich ilość jest zadowalająca. Szkoda tylko, że ciężko jest poruszać się po nich, gdy nie zna się Wrocławia odpowiednio dobrze...
Przetestowałem dodatkowo aplikację iMapMyRIDE na mój telefon. Dokładność czasem dobra (i tak ręcznie później przesuwałem punkty), jednak aplikacja wstawia punkty pośrednie, gdy sygnału nie odebrała, dlatego nie podoba mi się. Szukam dalej.
Kategoria Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Przejażdżka po Wrocławiu

  22.64 
Wycieczka planowana na weekend, lecz odbyła się dzisiaj. Mogłem sobie pozwolić zaledwie na 2 godziny jazdy po Wrocławiu. Pociąg zatrzymał się we Wrocławiu Leśnica i stał zbyt długo, więc upatrzyłem na mapie trasę i wyruszyłem. Troszkę się pomyliłem, bowiem chciałem ruszyć na wschód, a nie południe, lecz i tak na dobre wyszło.
Plan mojej wizyty w tym mieście był taki, aby zrobić fotoreportaż na konkurs. Sfotografować i opisać infrastrukturę rowerową w jednym z miast, gdzie będą odbywały się rozgrywki Euro 2012. Planowałem opisać trasę z Dworca PKP do stadionu, lecz przez małe komplikacje odbyło się to inaczej.
Dotarłem do lotniska i postanowiłem, że opiszę drogę, świeżutką drogę, właśnie z lotniska na stadion. Niestety nie wiem jakim sposobem (może to moja mapa Wrocławia z 2007?) dotarłem do stadionu Śląska Wrocław. Ponieważ została niecała godzina do mojego powrotnego pociągu, skierowałem się do dworca, błądząc wielokroć po ulicach, gdy odnajdywałem strzępki infrastruktury dróg rowerowych. Myślę, że jeszcze wrócę do Wrocławia, by stworzyć ciekawszą trasę, już tym razem do stadionu :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Majówka: dzień 5

  127.84 
Plan dnia piątego został całkowicie wymyślony na spontanie, bowiem miał przebiegać w zupełnie inny sposób. Odrę miałem przekroczyć we Wrocławiu, ale przekroczyłem w Oławie, by móc znaleźć nocleg we Wrocławiu. Niestety moją podróż przerwał deszcz, który dyskwalifikował mnie z noclegu w namiocie, a noc w pokoju cenowo była zbyt duża oraz drobny wypadek, który kazał mi wracać czym prędzej do domu. I tak po pięciu dniach, zamiast planowanych sześciu, zakończyła się moja szalona majówka po Dolnym Śląsku. Wybrałbym się ponownie w taką podróż ;)
Kategoria Polska / dolnośląskie, pod namiotem, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, wyprawy / Dolny Śląsk 2012, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery