Ruszyłem na południe, odkrywając ładne rośliny, bawiąc się światłem i obserwując złowieszcze chmury. Pojechałem przez Wiry i stwierdziłem, że wystarczy, bo chmury zaczęły przesuwać się w moim kierunku. Powrót stał się kłopotliwy, bo oto wiatr, którego do tej pory nie czułem, bo mnie wciąż pchał, zaczął wiać w twarz. W Luboniu zaczęło kropić, a w Poznaniu, prawie przed domem, ciapało tak, że schroniłem się pod wiatą autobusową. Jak przeczuwałem, burza poszła bokiem i po kilku minutach mogłem wracać bez nadmiernego przemoczenia.
