Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

setki i więcej

Dystans całkowity:62379.21 km (w terenie 5495.19 km; 8.81%)
Czas w ruchu:3240:57
Średnia prędkość:19.01 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:420450 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:175271 kcal
Liczba aktywności:471
Średnio na aktywność:132.44 km i 6h 58m
Więcej statystyk

Wycieczka rowerowa (Jemielno, Wińsko)

  120.87  05:10
Miało być na krótko, bo nazajutrz zaliczenia, ale czasem tak mam, że lubię zaryzykować. Myślałem o Jaworzynie Śląskiej, żeby pojechać do niej pociągiem i wrócić do Legnicy, ale przypomniałem sobie o coraz to dłuższej liście moich planów i wyszło zaliczanie gminy Jemielno.
Znanymi drogami ruszyłem na północ, przedzierając się najpierw przez korki, a później już swobodnie snując się w terenie. Wolę jazdę leśnymi ścieżkami, więc do Miłogostowic dostałem się drogami pożarowymi. Teraz widzę na mapie, że mogłem nawet tę wieś ominąć. Nie musiałem też jechać do Buczynki... Były to niestety ostatnie kilometry w terenie.
Dojechałem do Ścinawy, gdzie przed przejazdem kolejowycm zatrzymał mnie pociąg Kolei Dolnośląskich. Gdyby nie on, to nie musiałbym jeszcze czekać na przejazd pociągu towarowego.
Do Krzelowa miałem pod wiatr, więc nie jechało się szybko. Plusem była równiutka droga. Szkoda, że droga wojewódzka już nie była taka ładna.
Jemielno jest małą wsią, ale korzystającą z pomocy Unii Europejskiej w dużej mierze. Minąłem zadbany ogród z sadzawką, mostkiem i ławkami – publiczny oczywiście. Później jeszcze coś w rodzaju amfiteatru, ale przedstawienia tam mogą się odbywać najwyżej rano lub po zmroku, bo scena jest ustawiona w kierunku wschodnim.
Za Jemielnem teren zmienił się w pagórkowaty. Dodatkowo wjechałem na najgorszą drogę jaką kiedykolwiek jechałem. Nie ze względu na dziury, a materiał, którym je załatano. Mimo pięknych widoków w Łęczycy do moich opon kleił się żwir. Na domiar złego oberwałem od jednego wariata drogowego jadącego z naprzeciwka. Teraz mam siniaka od kamienia, który wystrzelił spod koła blachosmroda.
Droga przez las, czyli to, co uwielbiam. Szkoda, że tak krótko, ale ostatnim podjazdem dojechałem do Wińska. Później miałem z wiatrem i, co zauważyłem dopiero teraz, jechałem z górki. Nie widać było tego, więc sądziłem, że mam po prostu przypływ energii. Nagle uderzyła we mnie pszczoła, która po chwili upadła mi na udo. Zrzuciłem ją, ale niestety bez żądła, które zdążyła we mnie wbić. Nie bolało tak jak kiedyś, ale może dlatego, że użądliła mnie w udo. Dopiero po kilkunastu minutach ból zaczął się nasilać.
Dojechałem do Ścinawy, wygodna droga krajowa się skończyła i ponieważ nie przepadam za jazdą tą samą drogą jednego dnia, to skierowałem się na Prochowice. Mijałem po drodze drogi leśne, ale niestety nie ma ich na mapie, więc nie chciałem ich badać. Raz, że nie zabrałem ze sobą pieniędzy i kończyła mi się woda, a po drugie miałem już 90 km na liczniku i byłem zmęczony.
Krajowa 94 jest w dobrym stanie, więc w Lisowicach skręciłem na Prochowice i dalej już prosto do Legnicy. Myślę, że w środy zacznę zaliczać gminy i będę przeznaczał te dni na takie długie i wyczerpujące wyprawy. Choć i tak pozostało już tylko kilka tygodni nauki na uczelni, to zawsze jest jakiś wolny dzień do wykorzystania do pasji podróżniczej :)
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, setki i więcej, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Brzeg Dolny)

  111.82  04:37
Piękny dzień wykorzystany na zaliczanie gmin. Dzisiaj za cel obrałem Brzeg Dolny. Było bardzo ciepło, bo ponad 30 °C, ale wiatr wiał w twarz, więc nie narzekałem. Plan w sumie spontaniczny, bo zapomniałem o tym, że wcześniej zaplanowałem trasę tej wycieczki. Ale tamte rejony na pewno jeszcze odwiedzę, więc nic straconego.
Miałem jechać wolnym tempem, ale coś mnie porwało i jechałem znacznie szybciej. Na początek z przyzwyczajenia skręciłem w drogę na Stare Piekary. Na szczęście szybko to zauważyłem. Później było prosto. No, może pomijając dziurawe drogi. Do Lubiąża dotarłem po godzinie. Droga do celu zaczęła mi się ciągnąć. Stanowczo za mało lasów przejechałem. Ciekawe jak mi się spodoba podróż do Węglińca, gdy już ją zaplanuję i postaram się o dużą dawkę leśnych dróg.
W Brzegu Dolnym nie wiedziałem od czego zacząć. Skręciłem na pierwszym skrzyżowaniu, wjeżdżając tym samym na drogę dla rowerów i dojechałem nią do końca. Dalej obok linii kolejowej aż dojrzałem mapę. Wjechałem na ścieżkę, która jednocześnie jest szlakiem Odry. Po paru chwilach szlak się zgubił, a ja minąłem parę oczek wodnych i dojechałem do pałacu. Jaka szkoda, że nie przetrwał wojny w pierwotnej postaci, bo na starych widokówkach wygląda niesamowicie. Nie do końca wiedziałem gdzie dalej, ale pojechałem za ów pałac, co dziwnie przypomniało mi pałac w Żaganiu. Nie skojarzyłem w pierwszej chwili, ale znalazłem się nad Odrą. Przewertowałem mapę, zrobiłem parę zdjęć i zauważyłem prom, którym rozważałem przedostać się na drugą stronę rzeki. Właściwie planowałem pokonać Odrę przez Wrocław z możliwym zahaczeniem o Oborniki Śląskie. Dobrze, że plan dnia skróciłem, bo nie dałbym rady.
Dojechałem na przystań, miejscowi na rowerach już rozjeżdżali się, a ja badałem tablice informacyjne. Z oddali zaczął machać mi pan z obsługi promu, więc podjechałem, żeby zapytać gdzie się płaci. Powiedział, żebym wchodził na pokład, więc tak zrobiłem. Kiedyś taka podróż kosztowałaby mnie 30 zł, ale cennik się zmienił i zapłaciłem jedynie 2 zł. I przyznam się, że to była moja pierwsza podróż po wodzie :P
Dojechałem do Głoski, z której mogłem skrócić sobie drogę przez Lubiatów i Szczepanów, jednak z powodu budowy mostu na Odrze droga jest zamknięta i zrobiłem dodatkowe kilometry. No ale przejechałem przez Miękinię – wieś, do której prowadzi dziurawy asfalt i wieś, w granicach której droga jest gładka jak pupa niemowlaka.
W końcu wjechałem na równą drogę krajową, aby później standardowo wsiami dojechać prosto do Legnicy.. Za Proszkowem wyprzedziłem skuter i przez to pojechałem nie tak, jak zaplanowałem, bo po kamienistej drodze. W Rogoźniku musiałem wymienić baterię w smartfonie, bo zapomniałem dzień wcześniej ją naładować. Dobrze jest mieć zapasową na wszelki wypadek.
Do Legnicy dojechałem wykończony. Nie wiem co mnie wzięło na tę wysoką średnią. Spróbuję podczas kolejnej setki jechać wolniej, żeby rozłożyć energię na całą podróż.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, setki i więcej, rowery / Trek

Przełęcz Okraj

  180.42  08:31
Ponieważ majówka się nie udała, to miałem okazję dołączyć do wyprawy na Przełęcz Okraj. Wcześnie rano, bo o godzinie 7 na skrzyżowaniu stawili się – Bożena, Łukasz, Jarek, Piotrek i Ania. Starą trasą ruszyliśmy do Bielowic, a później przez Stary Jawor na drogę krajową nr 3, na której prędkość nie schodziła poniżej 30 km/h (Bożena narzekała przez to na nudę). Później parę podjazdów i do Kamiennej Góry prowadziłem ja, trzymając się stałej średniej 29,5 km/h :P
W Kamiennej Górze przerwa i obieramy kurs przez wioski aż do Jarkowic, w których Jarek ustala, że wjeżdżamy na czarny szlak rowerowy. Nie była to najlepsza pora, bowiem jest tam wycinka drzew i droga kompletnie nie nadawała się do jazdy rowerem, także ponad kilometr drogi raz prowadziliśmy rowery, raz wjeżdżaliśmy.
Na rozdrożu znów trafiamy na "Szlak Liczyrzepy" ER-2 (ciągle wydawało mi się, że to ER-4). Jedziemy nim ciągle w górę, mijając liczne strumienie. Od czasu do czasu zaczynają pojawiać się zapierające dech w piersi widoki. Najpierw tylko przez drzewa, a później – już na wykarczowanych zboczach – widać piękną panoramę. Oczywiście robimy sobie często przerwy. Zbaczamy ze szlaku rowerowego, żeby ścieżką na granicy polsko-czeskiej zjechać prosto na przełęcz. Było dużo wody, kamieni i trochę śniegu, ale wszyscy dotarliśmy do celu, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia.
Czekał na nas ponad 10-kilometrowy zjazd do Kowar. Myślałem, że przemarznę, ale tak się nie stało. Mam problemy z zakrętami i na jednym się nie wyrobiłem. Na szczęście skrajnia była duża i na niej się zatrzymałem. Później już zwalniałem jak tylko mogłem.
Od Kowar były piękne widoki na Śnieżkę, na której nadal zalega śnieg. Ja tradycyjnie zaczynam odstawać od grupy. W Jeleniej Górze peleton nie jedzie przepisowo, a ja żeby nie odstawać od reszty i przede wszystkim nie zgubić ich – robię to samo...
Po postoju pod sklepem ruszamy z powrotem do Legnicy. Na początek Kapella, którą zdobywam jako ostatni. Dalej zjeżdżam sam, bo peleton na mnie nie poczekał. Spotykamy się dopiero w Starej Kraśnicy. Stąd jedziemy przez Górzec, zjeżdżając szutrami. Po wycieczce z Bożeną, Jarkiem i Łukaszem jedziemy na pizzę (a w sumie cztery pizze), która po całym dniu wyczerpującej jazdy wynagradzała wysiłek.
Kategoria kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, po zmroku i nocne, setki i więcej, ze znajomymi, terenowe, rowery / Trek

Szlakiem dookoła Legnicy

  101.14  05:19
Planowałem pokonać tę trasę już od kilku tygodni i w końcu udało się zrobić to w całości, choć nie do końca po kolei. Chciałem przejechać ją odwrotnie do ruchu wskazówek zegara, ponieważ uznałem, że w tym kierunku jest lepiej oznaczona. Nie obyło się bez kosztownej omyłki czy wątpliwości na trasie. Postaram się szczegółowo opisać jak spędziłem dzisiejszy dzień.
Skorzystałem z mapki dostępnej w internecie (jest niedokładna) oraz ogólnego opisu przebiegu trasy. Szlak jest pieszym szlakiem żółtym podzielonym na 5 odcinków. Można go pokonać na rowerze, choć od powstania trasy niektóre odcinki zarosły roślinnością. Nie wiem gdzie szlak ma swój początek. Jedne źródła podają stację PKP w Jaśkowicach Legnickich, inne, że jest to stacja PKP Pawłowice Małe. Jazdę zacząłem od najbliższego miejsca od mojego domu, czyli od Lipiec. Podczas podróży nie zauważyłem żadnego fizycznego początku szlaku (żółta kropka z białą obwódką).
Wygląda na to, że zacząłem od najtrudniejszego odcinka, bo najwięcej na nim terenu. Na początek zjechałem ze szlaku, bo znak na drzewie już prawie znikł. Gdy się zorientowałem i spojrzałem na GPS, to zawróciłem i dostrzegłem starą, nieuczęszczaną od kilku lat, zarośniętą drogę. Spróbowałem się przez nią przedrzeć, ale miejscami trzeba było szukać obejścia. Na szczęście nie trwało to długo i dotarłem do drogi, którą w styczniu wydostałem się z Lasku Złotoryjskiego.
Do Czerwonego Kościoła dostałem się drogą sprzed dwóch dni, a dalej spod kościoła terenem do kolejnego asfaltu. Tutaj bez mapy nie wiadomo czy w prawo, czy w lewo. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej na drzewku znalazłem znak.
Przez Szymanowice i Smokowice dojechałem do wiaduktu nad autostradą. Moje zawierzenie mapie dostępnej w internecie poskutkowało temu, że nie spojrzałem na znak na drzewie i dojechałem do Dunina asfaltem. Całą drogę jednak nie pasowało mi to, że brakowało jakiegokolwiek oznaczenia szlaku. Dopiero pod muzeum odnalazłem żółte piktogramy, ale nie pasowało mi, że idą inną drogą. Zamiast jechać w kierunku Janowic Dużych pojechałem na zachód i trafiłem na zarośnięte trawą wały nad Kaczawą (niewygodne do jazdy). Dotarłem nimi do autostrady i niestety szlak się urwał. Dojechałem do drogi asfaltowej. Teraz wiem czemu wcześniej nie widziałem tutaj drogi – służby drogowe usypały górę ziemi, aby zablokować przejazd. Powodem była najpewniej zbyt duża ilość śmieci tam zalegających. Mimo wszystko zrobiłem jeszcze małe kółeczko, żeby przejechać się szlakiem i znów trafiłem na zarośla, witając się z dziką różą... A szlak się urwał, więc jeśli jechałbym prawidłowo, to nie wiedziałbym którędy udać się dalej. Nie chciałem wracać tym wałem, żeby przejechać cały szlak w jednym kierunku ze względu na nierówne podłoże. Nie chciałem też ponownie jechać asfaltem i sądziłem, że wybierając drogę terenową na wprost, dojadę do Dunina. Myliłem się i dojechałem do Janowic Dużych, a ponieważ chciałem zdobyć cały szlak, to wróciłem się do Dunina. Droga wygodna, choć na pewnym jej odcinku wysypywali drobny żwir, więc jechało się trochę jak po piachu.
Droga do Warmątowic Sienkiewiczowskich czytelna, jednak już na szlaku do Koiszkowa napotkałem przeszkodę w postaci terenu prywatnego. Ktoś wymyślił sobie, że skoro posiadł teren tamtejszego stawu, to może też przywłaszczyć sobie drogę dojazdową do pól uprawnych. Na szczęście nikt nie miał do mnie pretensji, że tamtędy przejeżdżam.
Przed Raczkową trafiłem na kolejną zarastającą drogę. Dla odmiany droga do Gniewomierza była wygodna. Tuż przed tą wsią miałem problem, bo szlak wskazywał drogę prosto, a tam był znak zakazu ruchu. Zdecydowałem, że zignoruję znak i okazało się, iż jest za nim drewniany most, co wyjaśniało ograniczenie. Ponieważ przez Gniewomierz jeszcze nie przejeżdżałem, to postanowiłem zobaczyć zabytkowy kościół.
Wygodną drogą terenową dotarłem do Koskowic, żeby wjechać w coraz bardziej zarośnięty teren. W końcu jechałem po polu, bo droga tonęła w bagnach. Jeszcze miałem problem na skrzyżowaniu z kierunkiem jazdy i po paru chwilach robiłem podjazd. Gdyby nie pewne dziewczę podziwiające widoki, to nie dowiedziałbym się, że minąłem kawał jeziora.
Rozpocząłem odcinki asfaltowe przez Rosochatą, Jaśkowice Legnickie do Kunic, gdzie prawie przegapiłbym skręt (słabe oznaczenie szlaku). Jednak ponieważ pamiętałem tamtą drogę i wiedziałem, że jest tam zakaz ruchu z wyłączeniem rowerów, to skręciłem, zapominając, że jadę po szlaku pieszym, więc niekoniecznie musiała trasa przebiegać tędy. Trafiłem dobrze, a nawet wjechałem dzięki temu na ścieżkę pieszo-rowerową. Dalej przez Szczytniki Małe i Bieniowice do Szczytnik nad Kaczawą, gdzie zaczęły się drogi leśne.
Dojechałem do Raszowy Małej, gdzie czekała mnie kolejna niespodzianka – teren prywatny z bonusem. Tabliczki ostrzegawcze przed psami, a tuż po wjeździe do lasu psia buda. Dobrze, że atrapa, ale właściciel terenu obok musiał się nieźle wycwanić, żeby odstraszyć turystów. Psów tam oczywiście być nie może, bo to nieogrodzony teren leśny z dziką zwierzyną.
Lasami przez Raszówkę do Głuchowic, a stamtąd drogą rolniczą do Grzymalina. Tutaj oznakowania były coraz rzadsze i nie wiedziałem czy jadę dobrze, czy powinienem zawracać i szukać zagubionego szlaku. Na szczęście jechałem dobrze całą drogę, aż wjechałem w kolejną, ostatnią już drogę terenową do Miłkowic. Już powoli byłem zmęczony i chciałem być w domu, ale zostały do pokonania Jezierzany, Ulesie i droga krajowa. Szybko to zleciało.
Szlak dobrze oznaczony, choć przydałoby się go odświeżyć. Większość miejsc już widziałem, ale część dróg przebyłem po raz pierwszy. Opłacało się, bo widoki miejscami piękne jak na region równinny. Kolejnym szlakiem będzie czerwony wokół Lubina.
Kategoria Polska / dolnośląskie, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Góry koloru jesieni

  209.99  11:18
Jeszcze tydzień temu wpadł mi do głowy ten wyjazd, ale ze względu na prognozę temperatury poniżej 5 °C w górach, zamieniłem plan na lasy lubińskie. Prognoza na dziś była optymistyczna (temperatura do 15 °C), więc uznałem, że jadę w góry! Dystans oscylował w granicach 170 km, więc trzeba było wstać wcześniej. Nie udało mi się to i zamiast wyruszyć o godz. 8, pospałem 2 godziny dłużej. Czułem, że brakuje mi energii i nie jechałem tak szybko, jak w trakcie ostatnich wypraw. Mimo że było już przedpołudnie, to na ulicach martwo. Przez cały dzień minęło mnie bardzo mało aut, dzięki czemu mogłem omijać dziury w asfalcie całą szerokością pasa.
Uznałem, że asfaltami przez Górzec jest najszybciej. Trwają tam jakieś prace. Ciekawe co budują. Wygląda mi to na fundamenty słupów elektrycznych. Jeśli rzeczywiście je tam postawią, to tak wiele pięknych drzew zniknie stamtąd... A momentami widok jesieni na Górzcu był olśniewający. Zwłaszcza w pewnym miejscu rośnie jeden gatunek drzewa (nie pamiętam jaki) i wszystko wygląda jak wyłożone złotem :)
Na szczycie wpadłem na pomysł, aby sprawdzić drogę, która teoretycznie mogła być skrótem. Nie miałem ochoty na zjazd do Pomocnego i ponowny podjazd. Pomyliłem się i dojechałem bardzo ładnymi, choć błotnymi drogami leśnymi do Jerzykowa. Przez tę omyłkę czekał mnie ponowny podjazd. Ale jeszcze tam wrócę i na upartego odnajdę ten skrót ;]
Standardowo do Jeleniej Góry przez Kapellę. Na szczycie już wiedziałem, że prognoza pogody sprawdziła się – Kotlina Jeleniogórska jest osnuta mgłą, na szczęście delikatną. W dole tego nawet nie widać, przynajmniej nie za dnia. Zrobiłem małe zakupy i chciałem dostać się na drogę krajową przez Cieplice i Sobieszów. Niestety niepotrzebnie skręciłem za dworcem w prawo i wydłużyłem sobie drogę. Od Piechowic droga była mi ciut znana, bo jechałem tędy kiedyś, choć autokarem.
Nie mam szczęścia do Szklarskiej Poręby. Nie wiedziałem jak ją ugryźć, więc nie było zwiedzania i ruszyłem dalej. Po drodze znalazłem dobrą mapę z wyznaczonymi drogami rowerowymi. Jest ich tutaj naprawdę dużo! I są nawet dobrze oznaczone, dzięki czemu kilka kilometrów dalej uniknąłem wjeżdżania na złą drogę (zrobiłem wcześniej zdjęcie mapy). Dojechałbym pewnie do kopalni "Stanisław" i tyle byłoby z mojej wycieczki.
Droga do Jakuszyc była mokra, ale to pewnie górski standard. Wjechałem na szlak rowerowy nr 13 (zaplanowałem przy mapie, że będę się trzymał 10. i 13.) i starym asfaltem dojechałem do Schroniska Turystycznego "Orle". Musiałem się zatrzymać, bo mostek miał luzy i potrzebowałem go wyregulować, a dodatkowo włożyć dodatkową bluzę. Podmuchy wiatru raz były ciepłe, a za chwilę chłodne i chciałem tych drugich unikać.
Drogą gruntową do Hali Izerskiej, skąd pięknie widać złotą jesień. Drzewa pięknie pokolorowane, aż chce się zatrzymać na dłużej. Jeszcze jak zachodzące słońce oświetlało drzewa, mmm... Dalej do Polany Izerskiej, na której widziałem zachód słońca. Nie wyobrażam sobie spacerować po tych górach, są zbyt płaskie jak na piesze wędrówki. Takie drogi, to tylko rowerem. Dalej kawałek asfaltem Nową Drogą Izerską i w dół Starą Drogą Izerską, którą rowerem można tylko w jedną stronę przejechać. Trzeba było od czasu do czasu zsiąść przez kamienie, kłody lub strumienie. Wjechałem na upatrzoną na mapie drogę asfaltową i nią zjechałem do drogi wojewódzkiej. Ale stąd rozciąga się piękny widok na Świeradów-Zdrój. Trzeba tylko dobrze się przyglądać, bo drzewa są tam wysokie ;)
Jadąc, zostawiałem za sobą nieodwiedzone miasto, nad nim płonący nieboskłon, a przede mną tylko mrok i światło lampki rowerowej. Dojechałem do Rozdroża Izerskiego. Tutaj to planowałem odbić jakimś sposobem na północ do Pilchowic. Nie miałem żadnego planu, gdy wyjeżdżałem z domu. Miałem nadzieję, że na tej polanie odnajdę mapę ze szlakami. Tak też się stało i zaplanowałem drogę przez jakąś przełęcz, czyli kolejny podjazd. Po założeniu drugiej pary skarpetek (wystarczyło na początek, później przemarzałem w stopy) miałem ruszać, ale zaczepił mnie facet w aucie. Zasugerował mi, żebym wybrał asfalt zamiast drogi terenowej, bo jeśli coś stałoby mi się, to pozbieraliby mnie dopiero rano. Zdecydowałem, że będzie to rozsądne wyjście i wybrałem asfalt do Szklarskiej Poręby. Nie lubię przemierzać tej samej drogi dwukrotnie, dlatego postanowiłem wrócić przez Złotoryję.
Bałem się, że w Jeleniej Górze o tej porze może być źle ze względu na mgły. Na szczęście nie było najgorzej, mgły dopiero się zbierały i pojawiały się w niektórych miejscach. Wyjechałem z Kotliny, tym razem jakoś miałem więcej energii, bo podjeżdżałem Kapellę na średnim biegu. Myślałem, że bardziej się zmęczę, ale nawet nie musiałem się przebierać, bo zjazd również był ciepły. Jedynie te stopy...
W Świerzawie zatrzymałem się jeszcze w otwartym sklepie, bo kończyła mi się woda. W drodze do Legnicy czas płynął szybko, ale nawet nie wiem kiedy uciekł, bo do domu dotarłem po północy. Ciepła herbata z miodem postawiła mnie na nogi :) Ja chcę jeszcze raz w góry!
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Polska, Góry Izerskie, rowery / Trek

Lubińskie lasy

  118.00  06:24
Wczoraj leniłem się cały dzień (no, może prawie cały), więc postanowiłem, że dzisiaj gdzieś wyjdę na rower. Myślałem o wycieczce zaliczeniowej, jednak plan Szklarskiej Poręby odpadł ze względu na niską temperaturę w górach. Z braku ciekawych pomysłów postanowiłem pojechać w teren i zrobić setkę w lubińskich lasach. Szkoda, że to jedyne takie lasy w okolicy, w których można pokręcić. Cóż, są jeszcze Chełmy, ale aby się tam dostać, potrzeba przejechać długą drogę przez otwartą przestrzeń, a tym samym zmagać się z nielubianymi przeze mnie wiatrami. A tak, jadę kawałek Pątnowską i jestem już w zalesionym terenie. Myślę, że trochę dziś przesadziłem z długością trasy, bo po tygodniu bez roweru jestem teraz obolały.
Trasę wyrysowałem przed wyruszeniem i nie zgadza się prawie wcale z tą, którą przejechałem. Najpierw potrzebowałem dostać się terenem do Chróstnika, czyli standardowa trasa przez lasy. Strasznie dużo grzybiarzy ze swoimi blachosmrodami. Tuż za Gorzelinem niepotrzebnie skręciłem i wylądowałem na krajówce za wcześnie. Próbowałem dostać się z powrotem na leśne ścieżki, jednak wciąż nie wszystkie zostały wyrysowane na mapie i musiałem jechać tą drogą. Z Chróstnika (pałac pięknieje) utwardzoną drogą pożarową do Liśca. Tutaj droga, której kurs chciałem obrać skryła się w zaroślach i zrobiłem kółko. Przy okazji liczna grupa rowerzystów o niezliczonej ilości log na koszulkach mnie wyprzedziła, bo jechałem wolniejszym tempem niż wcześniej.
Jechałem do Brunowa, gdzie napotkałem pierwszą piaszczystą drogę. Plan mój wiódł przez Górę Wędrowca oraz – podczas drugiej pętli, już nie wykonanej dzisiaj – Wzgórze Bilińskiego. Skręciwszy w złą drogę, minąłem górę obok. Uznałem, że pokonam ją podczas drugiej pętli i pojechałem przez Gorzycę i Zimną Wodę do Wiercienia, aby tam pomylić drogi. Żeby wrócić na kurs, wjechałem na coś, co przypominało drogę będącą jednoczesnym połączeniem pola, a już po minięciu tego miejsca byłem prawdopodobnie pierwszą osobą, która od kilku lat przedzierała się tą drogą. W końcu dojechałem do Karczowisk, a dalej Raszówki i ruszyłem drogą niegdyś przebytą. Tutaj podczas zjazdu z wzniesienia o mało nie wywróciłem się na piaszczystym podłożu. Jechałem z dużą prędkością, jak to z górki i nie wiedziałem, że ten piach tak grubo tam leżał. To mógł być koniec na dziś, ale nawet się nie zatrzymałem, żeby odetchnąć, bo wieczór się zbliżał, zaczynało robić się chłodno i trzeba było pędzić dalej.
Jakoś dostałem się do Głuchowic. Znów brak wyznaczonych dróg na mapie sprawił, że jechałem na oślep. Po lasach w sumie to nie problem, bo drogi zwykle się w końcu łączą. Problemem jest, gdy nikt tych dróg nie utrzymuje i zaczynają zarastać... Dojechałem do Bolanowa, wsi, której prawie nie ma. Znajduje się w środku lasu, prowadzi do niej tylko jedna droga z Gorzycy. No i może leśne drogi, którymi jednak ciężko dojechać bez odbiornika GPS. Po minięciu paru domów i pałacyku (teraz dopiero o nim przeczytałem, choć widziałem, że coś tam za drzewami stoi dużego :D), zauważyłem coś, co skierowało mnie na kolejną drogę, której próżno szukać na mapie. Była to najzwyczajniejsza rozdzielnia energetyczna (ale taka mała, 2 na 2), jakich wiele w tym województwie, tylko z cegły czerwonej. Nie chcąc wracać na drogę, pojechałem dalej i uznałem, że zakończę na tym moją dalszą podróż. Nie dojechałem do Wzgórza Bilińskiego, robiło się zbyt chłodno na wydłużanie jazdy. Skierowałem się do Zimnej Wody, dalej przez Wiercień i Pątnówek do domu. Wróciłem tuż przed zmrokiem.
Kategoria Polska / dolnośląskie, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Kowary, Lubawka, Kamienna Góra)

  172.94  09:03
Zaspałem. Miałem plan, aby ruszyć o wschodzie słońca, a wzamian tego ruszyłem o godz. 9. Do Świerzawy postanowiłem dostać się drogą, którą kiedyś jechałem nad Jezioro Pilchowickie. Nie miałem jakoś ochoty na wiele podjazdów. Domyślałem się, że będę miał wystarczającą ich dawkę, gdy dojadę do Kowar.
W Rzymówce rzeka miała wartki nurt, więc przejazd przez koryto rzeki odpadało. Dobrze, że jest tam jeszcze ten mostek. Z Łaźników do Prusic przedostałem się ponownie tą samą drogą – przez pole (tym razem rzepaku). Jakoś nie mogę trafić na drogę, która prowadzi do tej pośród pól. Chyba nie ma możliwości innej niż okrężna przez Łaźniki... Dobrze, że rolnicy wyjeździli ślad i nie miałem dużego problemu, bo rzepak urósł spory.
W Leszczynie most jest w remoncie, ale jako rowerzysta mogłem skorzystać z mostku obok. Dojechałem w końcu do Wilkowa, a stamtąd na wzgórze, z którego jest piękny widok na okolice. Jakoś nie miałem ochoty jechać na północny-zachód, aby dostać się na drogę do Świerzawy, więc postanowiłem wejść w las. Można tam znaleźć wiele ciekawych rzeczy, jak singletrack, który stworzyli amatorzy (ale dzisiaj nie wjeżdżałem na niego, bo jest kawałek dalej) czy wąwozy. Ja trafiłem na taki wąwóz, kamienisty z początku, a dalej już dobry do zjazdu, nawet widać było ślady, że ktoś poruszał się nimi. Niestety ślad się urywał, a ja jechałem dalej, aż w końcu i wąwóz skończył się, ja dojechałem do urwiska nad kamieniołomem i musiałem prowadzić rower przez dobrych kilkadziesiąt minut. W końcu spotkałem drwali, którzy mnie nakierowali, choć to już była końcówka i sam też dojechałbym. Szkoda, że nie trafiłem wcześniej na tę drogę, bo była przejezdna. Może za wcześnie zjechałem w dół, może trzeba było podjechać kawałek do drogi, którą kiedyś widziałem.
W Świerzawie pomyślałem, żeby nie jechać przez Kaczorów i do Radomierza dostać się bocznymi drogami. Nie udało mi się. Droga, którą chciałem jechać gdzieś przepadła. Może to i dobrze, bo zaliczyłbym kilka podjazdów, a tak ruchu na drodze do Kaczorowa nie było, asfalt był w miarę w dobrym stanie i widoki ładne mijałem. Niestety przejrzystość powietrza nie była dobra i na wzgórzu przed zjazdem do Radomierza panorama gór nie zachwycała tak bardzo, jak ostatnim razem. Ale i tak góry są piękne :D
Przez Janowice Wielkie, Przełęcz Karpnicką, Karpniki, Strużnicę, Gruszków i wreszcie Przełęcz pod Średnicą (myślę, że jeszcze tam wrócę), docieram do Kowar. Naprawdę malowniczo wyglądają z Wojkowa, choć widok też jest niczego sobie z drogi na Przełęcz Okraj, ale tutaj już drzewa przesłaniają widok. Kowary mnie nie urzekły w ogóle. Trwał jakiś festyn lub festiwal i zebrało się tam za dużo cyganów. Co za smród... Nie wytrzymałem tam ani chwili i uciekłem. Zresztą czas mnie gonił, więc przestudiowałem mapy i zacząłem wspinaczkę, a później długi zjazd, aby dostać się do Lubawki.
To miasteczko ma dziwny układ, w którym się pogubiłem. Wiele ulic jednokierunkowych i za dużo tych z zakazem ruchu. Spotkałem straż pożarną, która czekała na parę młodą. Kupiłem wodę na drogę i wydostałem się z miasta, żeby dostać się do następnego punktu głównego. Mój plan alternatywny przez Chełmsko Śląskie się okroił. Odwiedzę tę wieś, gdy zechcę zdobyć Przełęcz Okraj. Wtedy też spróbuję wjechać na Skalnik, czyli zaliczę za jednym zamachem 3 punkty :) No i pewnie punktem przelotowym będzie Wałbrzych, ale to wymaga dobrego planu i ciepłego dnia bez porywistego wiatru, a tego niestety ostatnio jest za dużo. Plan pewnie wykonam dopiero w nowym sezonie.
Z Lubawki do Kamiennej Góry, ze względu na wyrzucenie z planu wspomnianej wsi, dostałem się krajową piątką. Niestety nie miałem za dużo czasu na zwiedzanie miasta. Rynek nie wygląda na stary. 2 kamieniczki wyróżniały się zdobieniami, a reszta raczej w nowym budownictwie. Może tylko mi się tak wydawało?
Ponieważ zbliżał się zmierzch, to trzeba było gonić i to porządnie. Do Bolkowa jechałem 40-45 km/h ze względu na wiatr w plecy i zjazd. W Bolkowie już włączyłem światła i ruszyłem dalej, wjeżdżając na trójkę (plan jazdy przez wsi wypadł), utrzymując swoją wysoką prędkość, aż złapał mnie deszcz na 3 km przed Jaworem. Nie był może straszny, jednak przeszkadzał, więc zatrzymałem się na przystanku. Gdy się uspokoiło, ruszyłem, niestety w złym momencie, bo po chwili zaczęło lać. Dojechałem do Jawora, w którym zabłądziłem. Gdy w końcu znalazłem drogę i na nią wjechałem, okazało się, że wieje wiatr boczny. Na domiar złego porywisty. I o ile od Lubawki do Jawora minęło mnie raptem parę aut, o tyle do Legnicy jechał ktoś co chwilę, a to był dodatkowy minus, gdy rzucały mną podmuchy wiatru od rozpędzonych aut. Szczęście, że ta mordęga skończyła się szybko i dotarłem do domu zły, zmęczony i przemoczony. Zły, bo gdybym nie zaspał, to uniknąłbym deszczu. Zmęczony, bo wymęczył mnie wiatr boczny. A przemoczony w sumie nie byłem tak bardzo, bo od Jawora padało tylko momentami i wiatr zdążył wysuszyć część ubrań, ale mimo wszystko zmokłem.
Aaa, wczoraj zmieniłem w rowerze 2 rzeczy:
1. Przesunąłem siodło lekko do tyłu i przechyliłem je, aby nos leżał niżej. Komfort jazdy podniósł się bardzo. Planowałem to już dawno, ale Jarek mi ostatnio doradzał odnośnie bólu w moim prawym kolanie i zdecydowałem się w końcu pogrzebać przy tym.
2. Zwiększyłem ciśnienie w kołach. Teraz już się nie boję, że złapię snake'a. Jest jednak minus – czuję najdrobniejszą nierówność na drodze. Powinienem zmienić opony...
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, po zmroku i nocne, setki i więcej, kraje / Polska, rowery / Trek

Kolorowe jeziorka

  122.79  06:37
Bożena do mnie wczoraj pisze tuż przed północą, że nazajutrz jadą w Rudawy i pyta mnie czy dołączę. Po mojej wyczerpującej wycieczce jakoś nie byłem przekonany, ale gdy wyjaśniła, że tempo będzie wycieczkowe, bo wszyscy są zmęczeni, to zgodziłem się. Byliśmy umówieni na godz. 9, Jarek do mnie rano pisze, że Bożena zaspała i umawiamy się na 9:30, więc mogłem ślamazarnie kontynuować moje poranne czynności.
Wspólnie z Jarkiem, Olkiem, Bożeną i Anią wyruszyliśmy zwykłą trasą do Męcinki, spotykając nad Zaporą Słup dwóch rowerzystów z Jawora, którzy do nas dołączyli, ale nasze wycieczkowe tempo ich trochę zmęczyło, a zaczęliśmy podjazd pod Górzec szutrami, więc oni odpadli. Dalej przez Muchów i Lipę do Kaczorowa, gdzie odpoczęliśmy po zaliczeniu kolejnego dziś długiego podjazdu na wzgórzu, robiąc fotki chmurkom, pająkom i widokom, zajadając się ciastkami (Krakuski Duetki były bardzo smaczne) i czekając na Łukasza, który miał do nas dołączyć.
Ze wzgórza ruszyliśmy na drogę do Marciszkowa. Szlakiem, najpierw przez rzekę Bóbr, po kamienistych drogach do Wieściszowic, a dalej zaliczając kolejne podjazdy, sesję zdjęciową z pięknym widokiem, wspinaczkę z rowerami, zjazdy wieloma kamienistymi szlakami (nawet mnie się udało bez żadnej wpadki), dojechaliśmy do Błękitnego Jeziorka. Po kolejnym wspólnym zdjęciu pojechaliśmy dalej, gubiąc Anię, która chciała zobaczyć to jeziorko z dołu. Przy Purpurowym Jeziorku zatrzymaliśmy się na kolorowe pierogi. Ja dostałem ostatniego niebieskiego, a reszta moich frykasów była czerwona :P
Zbliżała się późna godzina, nie każdy miał oświetlenie, więc z rekreacyjnego wyjazdu zrobił się sprint. Na szczęście teraz w większości były to zjazdy, choć szybko się ochładzało. Powrót tym samym szlakiem z uproszczeniem, którym był przejazd przez Chełmiec. W Słupie zaliczyłem glebę, bo wjechałem w jakiś dołek przed szlabanem, ale na szczęście trawa była miękka. I na koniec przejazd wałem nad Kaczawą, którym jechałem pierwszy raz. Ładna alternatywa dla jazdy po dziurawych asfaltach :)
Wrzesień uważam za zakończony. Pobiłem nawet ilość przejechanych kilometrów z lipca, no ale jakie ja trasy robiłem w tym miesiącu! Szkoda, że od jutra zaczyna się uczelnia. Mam nadzieję, że będę miał równie dużo czasu, co w zeszłym semestrze, a pogoda będzie sprzyjać i nie będę musiał zaopatrywać się w cieplejsze ubrania na rower.
Kategoria Polska / dolnośląskie, góry i dużo podjazdów, Park Krajobrazowy Chełmy, setki i więcej, ze znajomymi, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Nad Żelazny Most

  127.94  07:05
Z Babą Jagą nie polubiliśmy się. Byłem u Kargula, ale u Pawlaka jakoś nie miałem ochoty zawitać. Szczerze wymęczyli mnie :)
Wczoraj, podczas powrotu busem ze Ścinawy przez Lubin, widziałem kilka dróg prowadzących w las. Wymyśliłem więc plan, aby zwiedzić tereny na północ od Lubina, bowiem na mojej mapie nie ma tam zbyt wielu odfajkowanych miejsc. Postanowiłem, że będzie terenowo i tak też było, w dużych dawkach ;)
Wyjechałem z domu niewcześnie, bo jestem śpiochem i o 10:30 ruszyłem. Najpierw włożyłem lekką bluzę, ale było ciut chłodno, więc zamieniłem ją na jakąś termoaktywną, którą niedawno dorwałem w promocji w Decathlonie i tak spędziłem w niej cały dzień. Jesienne słońce nie jest tak upalne, a że nie było go dużo (w większości siedziałem w lesie ;p), to nie było w tej bluzie za gorąco. Jedyny mankament jest taki, że długo schnie podczas noszenia, choć do domu wróciła sucha.
Skierowałem się na początek na Chróstnik. W Gorzelinie zauważyłem, że przyjechałem drogą, którą już znam, choć wydawało mi się, że jest bardziej zarośnięta. Kolejne drogi mijałem szybko, choć były to w głównej mierze drogi leśne, no i kilka polnych. Dostałem się do krajowej trójki, którą rozdziela pas zieleni z barierką, więc trochę gimnastyki i jadę dalej. Tuż przed Polkowicami (41 km) miałem średnią 20 km/h, co nie jest złą średnią jak na terenową jazdę.
Polkowice nie zachwyciły mnie. Kolejne miasto, gdzie jest za dużo dróg jednokierunkowych bez kontrapasów, a jedną drogą rowerową tam jechałem. No, krótką, ale zawsze to coś. Pojechałem do Guzic, aby dojechać do Dużej Wólki. Mniej więcej w połowie drogi zauważyłem znaczek: "MTB Obiszów Bike Park". Z ciekawości chciałem zobaczyć co to takiego. Wjechałem więc w wyznaczoną ścieżkę i tak jechałem i jechałem aż wpadłem na to, że jest to singletrack, a nazwa "Bike Park" nie oznacza żadnego parku ani parkingu. Cóż? Postanowiłem, że przejadę się do końca. W międzyczasie miewałem dość, ale parłem dalej. Wygrałem nawet z Babą Jagą, najgorszym podjeździe, jaki kiedykolwiek zrobiłem. Wyglądał jak Droga Kalwaryjska na Górzec, ale dał się podjechać. Według zarządców tej drogi, maks. nachylenie ma 16,5%, a średnie 9,5%, choć ja dałbym mu co najmniej 20% :P Przejechałem w sumie niewiele, bo końcówkę całej trasy. Nie mogę znaleźć informacji o jej długości, absolutnie nic poza dojazdem, ale patrząc na trasy organizowanych tam maratonów, jest to ok. 30 km. Nie sądzę, bym potrafił przejechać całość. Chyba że robi się to lżej na rowerze MTB. Ten tor kosztował mnie nawrotem bólu w stawie kolanowym.
Czas zmierzyć do Żelaznego Mostu, a konkretnie do jeziora o tej nazwie, bo wieś jest na południe od zbiornika. Nie sądziłem, że to jest takie duże i wysokie. W dodatku tak szybko ukończyli go. Ciekawe skąd tyle ziemi wzięli.
W Krzydłowicach dojrzałem ruiny pałacu, które mnie zaciekawiły, więc pojechałem rzucić na nie okiem. Obiekt nie wygląda na bezpieczny, ale ogrodzenia nie ma, a dużo śmieci mija się na drodze, więc myślę, że miejsce jest chętnie odwiedzane przez lokalną społeczność. W dalszej drodze minąłem kolejne wycinki drzew, których bardzo nie lubię. W środku lasu, na asfaltowej drodze, na odcinku 200 m jest zakaz ruchu z powodu wycinki. O dziwo zakaz jest tylko na tabliczce. Szlabanu żadnego, więc skoro wycinka w tej chwili nie trwała, to czym miałem się przejmować?
Miałem jechać przez Gwizdanów, ale przed Bytkowem zobaczyłem na mapie krótszą drogę. Byłem zmęczony po torze MTB, więc wybrałem krótszy odcinek przez Rudną. W Starej Rudnej trochę pobłądziłem, ale w końcu trafiłem dobrze, dojeżdżając do Kargula (182 m). Pawlak (171 m) nie był mi po drodze, więc go ominąłem, jak i Aleję "Samych swoich" (dziwne, bo nie ma nic o niej w internecie; może przekręciłem nazwę?).
Z Ręszowa do Niemstowa przejechałem się zarośniętą drogę, którą niedawno przedzierałem się do Ścinawy. W ogóle, to zauważyłem, że od jakiegoś czasu jadę czerwonym szlakiem pieszym. Jest to szlak dookoła Lubina i ma 85,5 km. Mimo że jest to szlak pieszy i trochę zarośnięty jak na mój rower, to chcę nim przejechać :)
Do domu dojechałbym już bez przygód, gdyby nie blondynka za kierownicą z Kenem w różowym aucie nie pomylili miejsca lub czasu swojej ewolucji. W Gogołowicach wyjeżdżaliśmy z przeciwnych stron drogi krajowej nr 36. Ja prosto, oni też prosto. Gdy w końcu można było przejechać, ja ruszam, oni też i co? Blondi skręca w lewo, choć tego po pierwsze nie zasygnalizowała, a po drugie nie ma najmniejszego prawa tego zrobić, gdy ja jadę prosto. Wnerwili mnie, ale miałem już blisko do domu. Ostatnia droga leśna, dalej parę wsi i po zmroku docieram, patrząc na zachód, gdzie niebo przepięknie się żarzyło. Aż szkoda było robić zdjęcie moim marnym telefonem. Pora odpocząć :)
Kategoria Polska / dolnośląskie, setki i więcej, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Zamość)

  138.00  07:22
Po każdym podjeździe może przyjść tylko jedno – albo kolejny podjazd, albo piękny zjazd :)
Planowana od dawna wizyta w Zamościu, w którym byłem już dwukrotnie na szkolnych wycieczkach. Nie domyślałem się tego, co mnie spotka na mojej drodze. Wyruszyłem po godz. 11 terenami i lasami do Zawadówki, gdzie kupiłem wodę, bo do najbliższego sklepu z domu mam... nawet nie wiem gdzie tutaj szukać sklepu ;P
Tym, czego nie przewidziałem były Pagóry Chełmskie. Olbrzymie tereny pofałdowanych widoków, ciągłe podjazdy i zjazdy, piękne panoramy i wiele pól.
Pogoda bardzo sprzyjała, jednak, jak zapowiedziała pani Omena w telewizji, wiał wiatr z południa. Męczący, bo nie pozwalał się rozpędzać na prostych (o ile jakieś były) i spowalniał na podjazdach nawet przy aerodynamicznej pozie. Razem z podjazdami stworzyli dawkę bardzo wyczerpującą, ale nie ugiąłem się i cierpliwie liczyłem zmniejszające się kilometry dzielące mnie od celu.
Pierwszym miastem, które chciałem dzisiaj zwiedzić był Krasnystaw, znajdujący się w połowie drogi do celu. Niewielkie miasteczko z dwiema rybami w herbie, słynące z Chmielaków Krasnostawskich, przez które przepływa Wieprz, rzeka o bardzo zawiłym korycie. Pokręciłem się chwilę, bo szukałem też smaru do łańcucha, który już błaga o litość, a ja jestem bezsilny (jeden pojemnik został w Legnicy, drugi w Krakowie).
Ruszyłem krajową drogą nr 17, która była o tyle wygodna (bardzo szeroke pobocze), że zrezygnowałem z jazdy przez wsi, aby dojechać bezpiecznie do celu (i jednocześnie wydłużyć drogę). Słońce nie prażyło mocno, może to wiatr był ulgą na spiekotę, bo ta była obecna i znów się opaliłem.
Na Stare Miasto dotarłem około 15:30, może wcześniej, bo wciągnęła mnie historia Zamościa na liście UNESCO, a Starówka jest właśnie na niej od 20 lat. Z tej też okazji (chyba, bo nie wgłębiłem się w to), mury obronne są odbudowywane, a bastiony rewitalizowane. Wygląda pięknie na projektach, ciekawe jaki będzie efekt końcowy, bo już po jakimś rewitalizowanym terenie się poruszałem i mimo że jest ładny, to długo taki nie będzie za sprawą wandali i nienormalnych "rowerzystów". Ogólnie podoba mi się w Zamościu. Dużo zieleni, ładnie, spokojnie, za kilka lat będzie jeszcze piękniej. Przynajmniej w tym centrum.
Skierowałem się na wojewódzką 843 do Chełma. Więcej podjazdów, ale widoki piękniejsze niż wcześniej; i te zjazdy :) Zdarzyło się w Woli Siennickiej, że przejechałem drogę, której od tej strony nie oznaczyli, a zrobili to od strony Siennicy Różanej, więc kilometr był nadmiarowy. Tutaj też zaczęło się ściemniać. Do Depułtycz Królewskich wjechałem w ciemnościach. Miałem okazję zobaczyć Lotnisko Akademickie oraz oddział chełmskiego PWSZ-u, w którym studenci uczą się do późna :)
Postanowiłem, że w Pokrówce skręcę w boczną drogę i minę centrum Chełma, jadąc starymi drogami. Chełm niestety zaczął oszczędzać na prądzie i oświetlenie działa teraz tylko w newralgicznych miejscach (skrzyżowania, szpital). Dziur nadal jest wiele, więc nie jechało się dobrze. Na szczęście po zmroku nie jechałem długo, więc szybko dotarłem do domu na ciepłą kolację, mniam ;)
Kategoria setki i więcej, po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, Polska / lubelskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery