Zaczęło kropić, gdy ruszyłem. Opad nie był silny, choć w pewnym momencie zacząłem rozważać założenie kurtki. Z kolejnymi kilometrami słabło, aż ustało. Chciałem odwiedzić zamek, ale wszędzie były zakazy jazdy rowerem i żadnego parkingu. Ruch był bardzo duży, więc uciekłem na boczne drogi, jadąc nierzadko pod linią Shinkansena.
Poznałem nawet jezioro przecięte torami. Zwiedziłem dzielnicę garncarzy z mnóstwem glinianych detali. Po obiedzie na liczniku zastałem 48 °C, bo w międzyczasie wyszło słońce. Końcówkę pokonałem więc w upale i po wąskiej drodze krajowej.
