Rano miałem przygodę w hotelu, gdy się okazało, że mój pobyt nie był opłacony, jak mnie zapewniła recepcjonistka poprzedniego dnia (byłem przekonany, że pobrali płatność z karty). Koreańczycy są jeszcze słabsi w angielskim niż Japończycy (może to jakiś nacjonalizm, bo spotykani przeze mnie Koreańczycy mówią dużo o swoim języku), więc recepcjonistka dała mi telefon z mężem na linii, a potem jeszcze zadzwoniła do syna, który w końcu mówił płynnym angielskim i wyjaśniliśmy sprawę. Pierwsza recepcjonistka pomyliła się i jednak nie ściągnęli pieniędzy z karty, a ja patrząc na wyciąg z konta, nie przyjrzałem się uważnie i szedłem w zaparte, że płatność została wykonana.
Wydostałem się z miasta, aby powrócić do jazdy Szlakiem Czterech Rzek. Powoli ten szlak staje się nudny. Ma kilka widoków, jest spokojny, ale może to ten upał mnie tak zniechęca do podróżowania. Nie wiem, czy nie zmienię swoich planów. Przez brak odpowiedniej bazy noclegowej dodatkowo mam sporo kłopotów.
Wbiłem kolejną pieczątkę do paszportu rowerowego i zjechałem ze szlaku. Dalsza droga nie miała sensu, bo nie znalazłbym żadnego hotelu wzdłuż rzeki, a do kolejnego punktu z pieczątką mogę dotrzeć inną drogą. Może straciłem kilka widoków, ale pewnie jeszcze sobie to odrobię. Tymczasem dojechałem do Changnyeong-eup, gdzie odwiedziłem kilka motelów (stąd też nauczyłem się znaków oznaczających motel w alfabecie hangul) i albo brak wolnych pokoi, albo kosmiczna cena. Gdy już miałem wyjeżdżać z miasta, zauważyłem motel z angielskim napisem. Mieli pokój za akceptowalną cenę. W samą porę, bo upał dawał się już we znaki.
