Szlak rowerowy został oznaczony w jednym kierunku. Na moje szczęście jechałem w dobrą stronę (niektórzy nieszczęśnicy jechali pod prąd lewą stroną jezdni). Turystów było strasznie dużo, aut jeszcze więcej. Szlak był koszmarem, na tyle dużym, że zauważyłem krzywe koło. Pękła szprycha. Niestety już w Warszawie zorientowałem się, że zapasowe szprychy zostały w innych sakwach. Odwiedziłem kilka zamkniętych sklepów rowerowych. Mapa zabrała mnie nawet do sklepu z pamiątkami. Ten był otwarty, ale nie mieli szprych. Właściciel za to próbował mi pomóc, szukając lokalnych serwisów. Niestety na próżno i wrócę do problemu po weekendzie.
Jeju jest jak reszta Korei, a jednak ma klimat przypominający Okinawę. Wszędzie można zobaczyć skały przypominające pumeks. Zrobione są z nich liczne pomniki (choć w całej Korei jest ich do znudzenia) i mury rozdzielające pola uprawne. Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak turystyczna wyspa. Na szczęście im dalej od centrum miasta, tym było lepiej. Na bocznych ulicach nawet liczba aut spadała.
Zaczęło mocno wiać, więc droga się dłużyła. Zmrok złapał mnie szybciej niż się spodziewałem. Pojawiła się wysoka wilgotność, bo okulary mi zaparowały. Pod koniec nawet zaczęło mżyć. Trochę było mi szkoda widoków, bo kontury w mroku wydawały się interesujące.
