Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

Polska / lubelskie

Dystans całkowity:9584.13 km (w terenie 1071.37 km; 11.18%)
Czas w ruchu:485:04
Średnia prędkość:19.76 km/h
Maksymalna prędkość:58.00 km/h
Suma podjazdów:41921 m
Suma kalorii:9227 kcal
Liczba aktywności:127
Średnio na aktywność:75.47 km i 3h 49m
Więcej statystyk

Rowerem po Chełmie 2013

  16.05  00:44
Po dwóch dniach jazdy z ciężkimi sakwami znów muszę przyzwyczaić się do lekkiego roweru.
Zapowiada się bardzo deszczowy tydzień. Postanowiłem skorzystać z przejaśnienia i pojechać do miasta, aby załatwić kilka spraw. Najpierw musiałem zdjąć łańcuch, na którym przejechałem ponad 470 km i założyć zapasowy. Dowiedziałem się, że prawie zgubiłem kółko tylnej przerzutki – śruba się wykręciła z niewiadomych powodów. Przecież zawsze dokręcam je z odpowiednią siłą.
Po wizytach w markecie oraz kafejce internetowej trzeba było wracać do domu. Niestety pogoda się zepsuła i od czasu do czasu kropiło. Postanowiłem wrócić jak najkrótszą, choć niestety nie najbezpieczniejszą drogą główną. Rozpadało się na dobre i do domu wróciłem mokry. Szkoda mi łańcucha, bo przecież nic biedny nie zrobił, żeby go tak deszczem traktować.
Kategoria Polska / lubelskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Łańcut – Chełm

  246.16  11:57
Dzień drugi mojej podróży w rodzinne strony. Obudziłem się obolały. Po wczorajszym dystansie i tak krótkiej nocy nie było łatwo wstać. Planowałem wyruszyć o godz. 6, jednak śniadanie wliczone w cenę pokoju można było dostać dopiero od godz. 7, dzięki czemu obudziłem się choć odrobinkę później.
Śniadanie miało być stołem szwedzkim, ale nie było. Miałem do wyboru parówki lub jajecznicę. Wybrałem drugą opcję. Do tego było kilka pokrojonych warzyw, jakaś sałatka, pieczywo, dżem. Zjadłem wszystko poza masłem, którego w całości nie udało mi się zużyć na pieczywie. Taki posiłek regeneracyjny był strzałem w dziesiątkę.
Wyjechałem chwilę po ósmej. Pomyślałem, żeby na początek przejechać się po Łańcucie. Nie dojechałem do zamku, ponieważ po parku jest zakaz ruchu. Zatrzymałem się tylko w sklepie na niewielkie zakupy na drogę i skierowałem się na wschód.
Pogoda poprawiła się i nie było tak pochmurnie, jak wczoraj. Brakowało tylko wyższej temperatury, ale wiadomo, że jesień się zbliża i poranki są coraz chłodniejsze. Wielki plus dla płaskich terenów. Podjazdów prawie nie było, a te, które spotykałem nic nie znaczyły. Cieszyłem się, ponieważ po wczorajszej walce nie miałem wiele sił, a mięśnie wołały o przerwę. Nie miałem wyjścia, musiałem to przetrwać.
Jechałem przez małe wsi, których rozległości niestety nie potrafiłem dokładnie określić ze względu na równinę ciągnącą się, gdzie nie spojrzeć. Z pewnością byłby pomocny wiadukt nad autostradą. Jeden taki spotkałem za Wisłokiem, ale tylko go ominąłem, ponieważ był w budowie.
Była akurat taka pora, że co chwila mijałem ludzi spieszących do kościoła lub wracających zeń. Dopiero za Sieniawą wjechałem na stary, leśny asfalt i zacząłem mijać grzybiarzy. Setki, w każdym krzaku ktoś się czaił. Nawet nie było się gdzie zatrzymać za potrzebą. Ale las pachniał pięknie. Stanowczo za mało lasów było na mojej drodze. Gdyby nie to, że chciałem dojechać do Hrubieszowa, to wyznaczyłbym drogę jakoś przez Roztoczański Park Narodowy. W sumie byłem kiedyś w tym parku lub w Parku Poleskim i pamiętam jak chodziło się ścieżkami po drewnianych kładkach. Trzeba sobie przypomnieć gdzie to było i wybrać się po raz kolejny.
W Cewkowie widziałem starą cerkiew z 1844, która rozpada się w oczach. A w następnej wsi, Starym Dzikowie, kolejna sypiąca się cerkiew, już młodsza, bo z 1904. Obie niszczeją, ponieważ w latach 1944-46 wysiedlono stamtąd Ukraińców i nie pozostał nikt, kto mógłby się opiekować tymi budowlami. Jako ciekawostkę napiszę, że w styczniu 2007, w drugiej z wymienionych cerkwi, były kręcone zdjęcia do filmu "Katyń" A. Wajdy.
Za Ułazowem wjechałem w pierwszy teren – polną drogę o nierównej nawierzchni. Jak zawsze bałem się, że ciężar bagażu może spowodować jakieś uszkodzenie, które w najlepszym wypadku udałoby mi się naprawić w ciągu pół godziny. Przejechałem cało, mijając opuszczone budynki PGR-u.
Moją trasę wyznaczyłem z Mapami Google, a te stwierdziły, że będzie mi wygodniej jechać drogą leśną aniżeli położoną kilka kilometrów obok drogą asfaltową prowadzącą przez Rudę Różaniecką. Cóż, nie przejmowałem się tym za bardzo przed podróżą, bo droga rzeczywiście tam była zaznaczona, nawet na OpenStreetMap.org. W Nowym Lublińcu zacząłem nierówną walkę po piaszczystej drodze. Szczęśliwie nie musiałem się podpierać nogą zbyt często – sakwy dodawały pewnej stabilności. W końcu, gdy wjechałem do lasu, wszystko się zmieniło. Droga szutrowa, prawdopodobnie niedawno oddana do użytku, była bardzo wygodna, o wiele lepsza od asfaltu. Nie chciałem stamtąd wyjeżdżać.
Jak wiadomo – wszystko, co dobre, szybko się kończy. Po kilku kilometrach skończyła się przyjemność i zaczęły kamienie. Mocno trzęsło. Jechałem możliwie po ujeżdżonych odcinkach, ale nie zawsze takie spotykałem. Jak mi się spodobał ten las na początku, tak teraz miałem go dosyć. Gdy w końcu udało mi się stamtąd wydostać, słońce wyszło zza chmur i zaczęło przypiekać, akurat w momencie, gdy pojawił się dłuższy podjazd. Za to na szczycie miałem ładny widoczek za plecami na ten ogromny las, który pokonałem. Trochę szkoda, że to wzgórze takie niskie, bo widok z wysokości na pewno robi wrażenie.
Dojechałem do Suśca, gdzie wprawiły mnie w zdumienie pasy rowerowe wyznaczone ze skrajni jezdni, po jednym dla każdego kierunku ruchu. A ciągnęły się przez kilkanaście kilometrów, póki nie dojechałem do Tomaszowa Lubelskiego. Po drodze minąłem wielu rowerzystów. Od razu widać, że inwestycja choć prosta, to bardzo użyteczna.
W Tomaszowie Lubelskim znów zatrzymałem się w sklepie, żeby kupić coś na drogę. Przez te dwa dni wypiłem stanowczo za dużo napojów energetycznych, bo czułem się mocno pobudzony. Niestety nic ponadto, bo nie przynoszą one żadnej dodatkowej energii. Zatrzymałem się na jakimś placu obok ronda i odpocząłem kwadrans. Może nawet za długo, bo mięśnie zaczęły wysyłać sygnał o zmęczeniu, gdy ruszyłem w dalszą drogę.
Była godz. 16. Miałem przed sobą obrzydliwą ilość podjazdów – dziesiątki wzgórz. Do tego wiatr wiał w twarz i było chłodno. Jak nic, pogoda mi nie sprzyjała. Bałem się, że mogę nie zdążyć przed zmrokiem z dotarciem do Hrubieszowa. Starałem się jak mogłem, ale opadałem z sił, a do tego po tylu godzinach w siodle zaczynałem odczuwać dyskomfort.
Plan dnia drugiego także musiał ulec zmianie. Chciałem jak najbardziej omijać drogi krajowe, ponieważ ta oznaczona numerem 74 jest drogą tranzytową, po której porusza się z pewnością duża ilość tirów. Stąd też w Adelinie chciałem przedostać się do Modrynia kosztem wydłużenia drogi. Niestety czas mnie ograniczał, dlatego zrezygnowałem z tego planu i zaryzykowałem jazdę jak najkrótszą drogą. Tak oto dotarłem do Hrubieszowa, punkt 19.00.
Przede mną jazda w mroku, a do domu jeszcze prawie 70 km. Drogi dziurawe, ulice nieoświetlone, fatalny wybór, ale nie miałem czasu na jakiekolwiek przeplanowanie. Jechałem najprostszą i najbezpieczniejszą drogą w kierunku Chełma.
Kolejne przeszkody szybko się pojawiały. Pierwszą były oczywiście Pagóry Chełmskie. Kilkadziesiąt podjazdów i mroźnych zjazdów mocno spowalniało mnie na drodze do spoczynku. Kolejną przeszkodę stanowiły mgły, które pojawiały się najpierw tylko w dolinach rzek, a później zaczęły rozkładać się na całej długości mojej drogi. Nie mogłem się zatrzymać nawet na moment, bo tak przeraźliwie było zimno, a każdy postój mógł się skończyć nieprzyjemnymi dreszczami i jeszcze większym wychłodzeniem. Starałem się więc przyspieszać jak tylko mogłem tam, gdzie mgieł nie było, a jak się pojawiały, wtedy jechałem sprawnie, ale bez nadmiernego wysiłku, żeby się nie pocić.
Gdy byłem kilka kilometrów od Chełma i widziałem na niebie blask świateł ulicznych, cieszyłem się, że jestem już niedaleko. Ostatnie kilometry w ciemnościach i znalazłem się w mieście, wyludnionym miejscu, przez które prowadziła moja droga do domu. Zostały ostatnie kilometry, które pokonałem, kończąc swoją dzisiejszą podróż po godz. 23. Nareszcie w domu!
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / lubelskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, z sakwami, kraje / Polska, Polska / podkarpackie, rowery / Trek

Błądzenie po Chełmskim Parku Krajobrazowym

  54.71  03:07
Nigdy nie wiadomo co może przynieść stary, nieprzetarty szlak. Nawet jeśli na taki nie wygląda.
Postanowiłem dziś odwiedzić Krobonosz i ruszyć za tę miejscowość w nieznane. Ruszyłem drogą, która jest mi znana z dzieciństwa za sprawą szkoły, do której chodziłem, robiąc sobie tędy skrót. Odwiedziłem wpierw zbiornik wodny "Staw", który mieści się w Stawie. Wcześniej wydawało mi się, że nosi nazwę "Parypse", ale może jest to nazwa sporna? Niegdyś plaża piaszczysta, teraz porasta zielem, jak brzegi tego zalewu. Pamiętam jak kiedyś zbieraliśmy szkła, aby później plażowicze nie przebijali sobie nóg. Dużo tego było, ja nie wykąpałbym się w takim miejscu.
Kolejnym punktem był Rezerwat Przyrody "Stawska Góra", na którym też dawno byłem. Sądziłem, że teren był bardziej zadrzewiony, ale zmienił się niewiele – tyle co tablicę zastąpili dwoma mniejszymi tabliczkami. Ogólnie można tam zobaczyć sporo rzadkich roślin, a teren porastają w głównej mierze krzewy. Postanowiłem przejechać się jedną ze ścieżek. Z początku ładnie wydeptana, dalej krzaki zaczęły przeważać, a ślad się zacierał – mało kto zapuszczał się tak daleko. Nie musiałem się na to zbierać, trochę się porysowałem. Na koniec przedzieranie się przez pole – zaorana i wysuszona przez słońce gleba jest jak piach, po którym w ogóle nie dało rady jechać pod górę, aby wrócić na drogę.
Droga do Krobonoszy zniszczona maszynami rolniczymi. W samej miejscowości już lepiej, choć poprzeczne zgarbienia przeszkadzały. Jechałem kiedyś tą drogą podczas szkolnej wycieczki rowerowej. Było to jeszcze na moim staruszku – Jubilacie. Pamiętałem drogę tylko do skrzyżowania. Dalej najpewniej jechaliśmy prosto, a ja skręciłem w prawo za drogą główną. Może jeszcze kiedyś będę miał okazję tam wrócić, bo w pamięci utkwiły mi ładne widoki.
Jechałem dalej, aż skończył się asfalt i zaczęła ubita droga, chyba betonowa, więc zapewne ten odcinek, na którym teraz nie ma asfaltu, zostanie dokończony. A asfalt znów zaczął się w kolejnej miejscowości – Sawinie. Poznałem, że tutaj jestem po czołgu, który stoi w centrum. Uznałem, że nie chcę jechać wojewódzką 812, dlatego zacząłem rozglądać się za inną drogą. Wpierw przywitał mnie pies, który próbował się ze mną ścigać po tym jak wjechałem na drogę leśną, przy której był znak wskazujący na leśniczówkę. Ruszyłem trochę na północ, gdzie, na skrzyżowaniu, skierowałem się na Rudę Hutę. Po drodze jednak zauważyłem szyld "Podlaski Szlak Konny", przy którym zatrzymałem się i, widząc dwie leśne drogi do wyboru, ruszyłem tą bez blokady drogi. Po drodzę przybłąkał się żółty szlak pieszy, którym ruszyłem mimo przeciwności. Pierwszym była tabliczka informująca o ostoi zwierzyny i tym samym zakazie wstępu – na szlaku pieszym. Szybko ta ostoja skończyła się, bo dotarłem do Uherki. Niestety most, który kiedyś tam był w czasach powstawania szlaku zniknął. Zauważyłem w oddali drugi most, więc przedarłem się przez pokrzywy i inne zielska, by jakoś po tych paru prowizorycznych kłodach przenieść się na drugą stronę. Uherka w tym miejscu nie była zbyt głęboka, ale tabliczka z kajakarzem sugerowała, że gdy poziom wody jest wyższy, to ktoś tamtędy mógłby pływać. Zastanawiam się w jaki sposób przedzierają się przez tę kładkę.
Po przedostaniu się przez rzekę, wróciłem na szlak. Drogą jeszcze ktoś tędy jeździł, więc nie było źle. Do czasu, bo skręciłem w lewo i zaczęły się schody. A to pajęczyny mnie atakowały, a to krzaki zasłaniały drogę, a to ciężkie maszyny podczas wycinki drzew rozjechały grunt, że się można było wywrócić. Jakoś jednak dojechałem na asfalt, na którym dołączył zielony szlak rowerowy, a po pewnym czasie zniknął szlak żółty. Dojechałem do Rudy. Do Chełma miałem prostą drogę, bo z tabliczką "Chełm 18". W ten sposób dojechałem do Okszowa, po którym kiedyś też jeździłem na rowerze. A do domu wrócić postanowiłem drogą, którą kiedyś pojechałem z instruktorem, gdy robiłem prawo jazdy. Droga nie jest oznaczona, więc szczęście miałem, że na nią trafiłem i dojechałem już prosto do domu.
Nasmarowałem ponownie łańcuch, bo ten smar w spray'u jest beznadziejny i łańcuch strasznie hałasuje. Później okazało się, że łatka na dętce rozszczelniła się, więc posiedziałem jeszcze trochę nad zmianą dętki i znalezieniem dziury. Chyba za mocno napompowałem ją. Przydałyby się nowe, szersze opony :)
Kategoria Polska / lubelskie, Chełmski Park Krajobrazowy, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Rowerem po Chełmie

  30.07  01:44
Ścieżki rowerowe są wszędzie. Przynajmniej do tego się dąży. Również Chełm się rozwija, choć ma dziurę w budżecie.
Nie miałem planu na dzisiejszy dzień. Po godz. 14 pojechałem do miasta po smar do łańcucha. Postanowiłem przejechać się na początek drogą rowerową, którą kilka lat temu rozbudowali i teraz ciągnie się ona na kilka kilometrów. Piesi, jak wszędzie, wchodzą na ścieżkę. Tylko jedno skrzyżowanie miało przejazd rowerowy, na reszcie trzeba prowadzić rower. Dojechałem do końca i pojechałem do sklepu rowerowego, w którym trochę poczekałem aż mnie obsłużą. Pokręciłem się po placu Łuczkowskiego, po którym rowerami można się poruszać i przespacerowałem się deptakiem, na którym już jest zakaz ruchu.
Jadąc pierwszą drogą rowerową, zauważyłem nowowybudowaną w Parku Miejskim i zostawiłem zbadanie jej po wizycie w centrum. Jeszcze rok temu była w trakcie budowy, teraz można z niej w pełni korzystać. Prowadzi ona wzdłuż Uherki. Choć jest to niewielka rzeczka, to przy obecnym poziomie wód, wśród zarośli prawie jej nie widać. Początkowa część ścieżki jest bardzo wygodna, równa. Są stoliki do gry w szachy z siedziskami, figury miśków wykutych z wapienia (biały niedźwiedź jest w herbie Chełma), nawet mostek ze zbyt dużym progiem. Za przejazdem przez drogę był licznik, który wskazywał na ponad 14 tys. Podejrzewam, że wynik został podbity przez miejscowe dzieci, które też zniszczyły pomnik na tej trasie. Za kolejnym przejazdem przez ulicę nie było ciekawie – kostka w niektórych miejscach ruszała się, a w innych jakby położyli ją na nieutwardzonym podłożu.
Dojechałem do końca, który jest przy zbiorniku wodnym "Żółtańce". Zakaz kąpieli, spożywania alkoholu czy połowu ryb nikogo tam nie rusza. To jak na Słupie, który dostarcza wodę pitną Legnicy, a i tak ludzie się w niej kąpią...
Kategoria Polska / lubelskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Wycieczka rowerowa (Zamość)

  138.00  07:22
Po każdym podjeździe może przyjść tylko jedno – albo kolejny podjazd, albo piękny zjazd :)
Planowana od dawna wizyta w Zamościu, w którym byłem już dwukrotnie na szkolnych wycieczkach. Nie domyślałem się tego, co mnie spotka na mojej drodze. Wyruszyłem po godz. 11 terenami i lasami do Zawadówki, gdzie kupiłem wodę, bo do najbliższego sklepu z domu mam... nawet nie wiem gdzie tutaj szukać sklepu ;P
Tym, czego nie przewidziałem były Pagóry Chełmskie. Olbrzymie tereny pofałdowanych widoków, ciągłe podjazdy i zjazdy, piękne panoramy i wiele pól.
Pogoda bardzo sprzyjała, jednak, jak zapowiedziała pani Omena w telewizji, wiał wiatr z południa. Męczący, bo nie pozwalał się rozpędzać na prostych (o ile jakieś były) i spowalniał na podjazdach nawet przy aerodynamicznej pozie. Razem z podjazdami stworzyli dawkę bardzo wyczerpującą, ale nie ugiąłem się i cierpliwie liczyłem zmniejszające się kilometry dzielące mnie od celu.
Pierwszym miastem, które chciałem dzisiaj zwiedzić był Krasnystaw, znajdujący się w połowie drogi do celu. Niewielkie miasteczko z dwiema rybami w herbie, słynące z Chmielaków Krasnostawskich, przez które przepływa Wieprz, rzeka o bardzo zawiłym korycie. Pokręciłem się chwilę, bo szukałem też smaru do łańcucha, który już błaga o litość, a ja jestem bezsilny (jeden pojemnik został w Legnicy, drugi w Krakowie).
Ruszyłem krajową drogą nr 17, która była o tyle wygodna (bardzo szeroke pobocze), że zrezygnowałem z jazdy przez wsi, aby dojechać bezpiecznie do celu (i jednocześnie wydłużyć drogę). Słońce nie prażyło mocno, może to wiatr był ulgą na spiekotę, bo ta była obecna i znów się opaliłem.
Na Stare Miasto dotarłem około 15:30, może wcześniej, bo wciągnęła mnie historia Zamościa na liście UNESCO, a Starówka jest właśnie na niej od 20 lat. Z tej też okazji (chyba, bo nie wgłębiłem się w to), mury obronne są odbudowywane, a bastiony rewitalizowane. Wygląda pięknie na projektach, ciekawe jaki będzie efekt końcowy, bo już po jakimś rewitalizowanym terenie się poruszałem i mimo że jest ładny, to długo taki nie będzie za sprawą wandali i nienormalnych "rowerzystów". Ogólnie podoba mi się w Zamościu. Dużo zieleni, ładnie, spokojnie, za kilka lat będzie jeszcze piękniej. Przynajmniej w tym centrum.
Skierowałem się na wojewódzką 843 do Chełma. Więcej podjazdów, ale widoki piękniejsze niż wcześniej; i te zjazdy :) Zdarzyło się w Woli Siennickiej, że przejechałem drogę, której od tej strony nie oznaczyli, a zrobili to od strony Siennicy Różanej, więc kilometr był nadmiarowy. Tutaj też zaczęło się ściemniać. Do Depułtycz Królewskich wjechałem w ciemnościach. Miałem okazję zobaczyć Lotnisko Akademickie oraz oddział chełmskiego PWSZ-u, w którym studenci uczą się do późna :)
Postanowiłem, że w Pokrówce skręcę w boczną drogę i minę centrum Chełma, jadąc starymi drogami. Chełm niestety zaczął oszczędzać na prądzie i oświetlenie działa teraz tylko w newralgicznych miejscach (skrzyżowania, szpital). Dziur nadal jest wiele, więc nie jechało się dobrze. Na szczęście po zmroku nie jechałem długo, więc szybko dotarłem do domu na ciepłą kolację, mniam ;)
Kategoria setki i więcej, po zmroku i nocne, góry i dużo podjazdów, Polska / lubelskie, kraje / Polska, rowery / Trek

Kumowa Dolina: terenowa jazda

  11.36  01:02
Od dawna miałem ochotę pojeździć po lesie w Kumowej Dolinie, bo pamiętałem, że są tam amatorskie trasy. Teraz sobie myślę, że to nie są trasy rowerowe.
Wpis miał być całkowicie terenowy, jednak trochę się zmieniło odkąd przemierzałem te drogi ostatni raz. Droga do Horodyszcz zaorana, Dziewicza Góra zarośnięta, Kumowa Dolina zapuszczona...
Ruszyłem na początek na Dziewiczą Górę, która była już zajęta przez imprezującą młodzież, toteż tylko przejechałem szczyt i wjechałem w krzaki. Kiedyś było tam tyle ścieżek, teraz wysoka trawa, krzewy i młode drzewa. A, i kopce kretów, przez które człowiek się wywraca – jak ja.
Później próbuję swych sił, wjeżdżając do lasu. Kiedyś ta ścieżka była odrobinę zarośnięta. Ani trochę się nie zmieniła. Dotarłem do celu. Ścieżki w miarę wygodne, ale myślę, że są pod crossa, a nie rower (nawet z jednym się minąłem, choć myślałem, że jechał na quadzie). Trochę się tamtędy pokręciłem, niektóre ścieżki rozjeżdżone (dużo piasku), ale tak, to przy dobrym rowerze można tam jeździć. Przydałyby sie szersze opony :)
Postanowiłem wrócić przez las starą ścieżką. Te strony nie są już popularne. Wszystko zarośnięte, oberwałem w policzek. Tylko raz zbłądziłem przez słabo przetarte szlaki, a tak, to całą drogę przejechałem, jak niegdyś robiłem to pieszo. Nie zmieniło się dużo, tylko przyroda pokazała kto w tym lesie rządzi.
Kategoria po zmroku i nocne, Polska / lubelskie, terenowe, kraje / Polska, rowery / Trek

Przez trzy województwa

  320.00  15:46
Podróż przez trzy województwa, pokonanie własnych rekordów, wiele pięknych panoram, przynajmniej tych za dnia, a i te nocą na oświetlone miasta nie były gorsze. Gonitwa za deszczem, który ze mną nie wygrał. Ucieczka przed wiatrem, który mnie nie pokonał. Piękny wschód słońca, choć widoczny jedynie za chmurami i odwiedziny miejsc, których nie widziałem od wieków.
Przyznam się od razu, że przeziębienie wciąż mnie trzyma od soboty i nie byłem w najlepszej formie, gdy wyruszałem. W czwartek prognoza pogody na najbliższe dni wskazywała na deszcze nad całą Polską, więc uznałem, że przekładam wyjazd o jeden dzień (z piątku na sobotę).
Piątek, 7 września, 9 rano. Uznaję, że nie ma co czekać i wyruszam dzisiaj. Plan był, aby wyruszyć po godzinie 18, lecz uznałem, że bezpieczniej będzie ruszyć od razu i prześcignąć deszcz. Wyrobiłem się z pakowaniem sakw i plecaka, robieniem kanapek i innymi drobnymi rzeczami do 12. Czekałem tylko na prognozę pogody, a korzystam z serwisu meteo.pl, który spóźniał się niestety o jakieś 21 godzin z aktualizacją. Nie doczekałem się i po 12:30 wyruszyłem w drogę.
Potrzebowałem dostać się na drogę krajową nr 79. Nie chciałem jednak jechać do ul. Opolskiej, ponieważ nie ma tam wyznaczonych ścieżek rowerowych, a ulica jest tak ruchliwa, że jazda w poprzek może prowadzić do choroby lokomocyjnej. Zapomniałem przed wyjazdem spojrzeć na mapę Krakowa, więc ruszyłem w ciemno, by dotrzeć do krajówki. Oczywista rzecz, że mi się udało, nawet wjechałem na ścieżkę rowerową i tym sposobem minąłem Nową Hutę.
Za Krakowem jechałem z prędkością 30-32 km/h, a to dużo jak na mnie. Może wiał jakiś wiatr w plecy? A może i nie, bo z taką średnią jechałem jeszcze kilka razy podczas tej podróży. Z tego pędzenia moja średnia po 80 km wynosiła 25,5 km/h, jednak po 97 km spadła do 24,7 km/h. To dlatego, że po 49 km pojawił się pierwszy podjazd, serpentyna o 7-procentowym nachyleniu, a po dalszych 13 km wjechałem do woj. świętokrzyskiego, usłanego podjazdami, których nie polubiłem, ale za to jakie z nich widoki :)
Wiem gdzie jest miejscowość Łowicz, jakiś czas temu jechałem kilometr od Tymbarka, a dziś nawet przejechałem przez Winiary. Ciekawe ile jeszcze firm wzięło swoje nazwy od miejscowości.
W Ostrowcach w końcu zjechałem z drogi krajowej, która i tak od kilku kilometrów zaczęła być dziurawa jak sito. Dobrze było zjechać, bo droga asfaltowa przez las, równiutka, bez aut. To lubię :)
Zaczynało się ściemniać. Dojechałem do Bogorii, gdzie zatrzymałem się w ostatnim spotkanym otwartym sklepie. Pięknie się prezentuje tamtejszy cmentarz. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu świeczek na grobach jak tam. Naprawdę polecam tamtędy przejechać się po zmroku, najlepiej w kompletnych ciemnościach, bo podczas mojej jazdy nawet Księżyc chował się za chmurami.
W Gryzikamieniu (140 km), kilka minut po godz. 20 zaczęło padać. Schroniłem się pod przystankiem, co dodatkowo ochroniło mnie przed wiatrem, który to od kilkudziesięciu kilometrów przeszkadzał mi, psując moje statystyki i dodatkowo wychładzając podczas zjazdów. Deszcz padał przez prawie godzinę i przestał na dobre, że więcej ani razu nie spotkaliśmy się podczas mojej podróży. Plus – przestało wiać; nareszcie! A minusem były oczywiście kałuże, które moczyły mnie przez kilka ładnych kilometrów. Przestały dopiero, gdy zaczął się wiatr, który wysuszył asfalt, zostawiając widoczne kałuże.
Wjechałem w Opatowie na kolejną krajówkę – nr 74. Na niej też zatrzymałem się na stacji benzynowej na kawie. O 23:45 przekroczyłem Wisłę (190 km) i tym samym wjechałem do woj. lubelskiego, by za Annopolem zjechać z drogi głównej. Ponieważ było ciemno, to w ostatniej chwili dostrzegłem zjazd i nie sprawdziłem czy skręciłem w dobrym miejscu. Tak jechałem tym mokrym asfaltem (widocznie padało tutaj przed moim przyjazdem) i głowiłem się czy dobrze jadę. Zaczęła się droga gruntowa, po której można było jechać tylko środkiem, a reszta, to był piach. Tutaj też po pewnym czasie aż włączyłem Traseo, by sprawdzić, czy jestem na właściwej drodze. Byłem, więc brnąłem dalej. Nie zawsze dało się jechać, bo piach bywał czasem wszędzie (nawet w butach) i trzeba było pchać. Kolejna droga gruntowa – tym razem przejezdna w całości – spotkała mnie za Wilkołazem. Dojechałem tą drogą do Borkowizny, gdzie miałem pierwsze poważne problemy z rozeznaniem terenu i musiałem wracać się – na szczęście nie były to duże odcinki.
Tak dojechałem do Bychawy, gdzie zatrzymałem się na kolejnym z przystanków autobusowych, żeby chwilę odsapnąć i coś przegryźć. Tam też zaczepił mnie pewien człowiek, który spać nie mógł (4:40 była), ale powiedział mi jak dojechać dalej do Piasków, dzięki czemu zaoszczędziłem sobie zbędnego błądzenia po mapie. Aby zaoszczędzić sobie trudu, zrobiłem przed wyruszeniem kilkanaście zdjęć mapy z wyrysowanym szlakiem, wgrałem na drugi telefon (pierwszy mam tylko do nagrywania tras, a drugi funkcjonuje jako zwykły telefon) i tak, patrząc na którą miejscowość kierować się lub gdzie skręcić, jechałem. Trochę niewygodne, bo wybrałem zbyt duże oddalenie (mapy OpenStreetMap), ale miałem za to mniej plików do poszukiwania obecnej pozycji (następnym razem będę usuwał te, które przejadę).
Z Piotrkowa do Piasków prowadzi bardzo dziurawa droga przez wiele pagórków. Na szczęście łatwych do pokonania przy odpowiednim rozpędzie. I na tej też drodze raz wyjrzało na mnie szparą w chmurach czerwone oko wschodzącego słońca. Dopiero po kilkudziesięciu minutach chmury zaczęły znikać i zrobiłem udane zdjęcie.
Piaski, ostatnie miasto na mojej drodze. Już nie miałem ochoty go zwiedzać. Wjechałem na drogę krajową nr 12, która ma dobre, bo szerokie, asfaltowe pobocze i ruszyłem. Ponieważ stan baterii w urządzeniu rejestrującym trasę wskazywał na 30%, to znów moja prędkość wynosiła 30-32 km/h. Niestety nie zawsze, bo droga jest bardzo pofałdowana.
Dojechałem do Stołpia, którego nie poznałbym, gdyby nie stara wieża, a następnie przejechałem się przez Staw, aby zobaczyć co się zmieniło w miejscu, w którym się wychowywałem. Cała droga była bardzo męcząca. Teraz narzekam na staw kolanowy, który mniej więcej w 80. km zaczął mi dokuczać i na podjazdach nieprzyjemnie bolał. Cieszę się z dobrej pogody, choć narzekać mogę na wczesnojesienny wiatr. Dobrze też zrobiłem wyjeżdżając za dnia, a docierając do domu o poranku, bo w okolicach Piasków zaczynałem przysypiać, a co byłoby, gdybym miał tak spędzić jeszcze kilka godzin po nieprzespanej nocy? Już teraz myślę dokąd wybrać się na kolejną podróż, aby pobić mój obecny rekord.
Kategoria góry i dużo podjazdów, Polska / małopolskie, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / lubelskie, z sakwami, kraje / Polska, Polska / świętokrzyskie, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery