Trwa ładowanie…
Trwa ładowanie…

Widzisz podstawowy wygląd strony. Wystąpił problem z serwerem plików. Napisz do mnie, gdyby problem występował zbyt długo.

Andrzej na rowerze

Wpisy archiwalne w kategorii

setki i więcej

Dystans całkowity:61323.98 km (w terenie 5379.79 km; 8.77%)
Czas w ruchu:3181:59
Średnia prędkość:19.03 km/h
Maksymalna prędkość:72.10 km/h
Suma podjazdów:413759 m
Maks. tętno maksymalne:150 (76 %)
Maks. tętno średnie:160 (81 %)
Suma kalorii:175271 kcal
Liczba aktywności:462
Średnio na aktywność:132.74 km i 6h 58m
Więcej statystyk

Pamiętniki ze Szczecina

  176.76  08:40
Prognoza pogody przewidywała deszcze. Co roku w maju są deszcze, ale po minionym weekendzie wiedziałem, że nie chcę siedzieć bezczynnie. Wsiadłem wcześnie do pociągu i pojechałem jak najdalej. Za cel obrałem Szczecin. Kusił mnie od dawna. Byłem w nim rok temu, więc miałem łatwiej. Mogłem zrezygnować ze zwiedzania. Dalszy kierunek – Nowe Warpno. Do domu wracam jutro.
Police, godz. 11.28
Z lekkim opóźnieniem dotarłem do Szczecina przed godziną 10. Od razu zaskoczył mnie chłodny wiatr. Miałem nadzieję jechać dzisiaj w letnich ubraniach, ale nie dało się. Po drugim śniadaniu ruszyłem w trasę. To miasto jest tak bardzo rozwinięte, a Poznań? Stanął i koniec – żadnych inwestycji w centrum. Niestety wygodne drogi poprowadziły mnie lekko w złym kierunku. Przedmieścia już nie są takie kolorowe (nie dosłownie, bo gdzie nie spojrzeć są jakieś bohomazy z graffiti). Bałbym się po nich poruszać po zmroku. Na mojej drodze stała emanująca bardzo negatywnymi emocjami dzielnica. Po pokonaniu kilkudziesięciu pagórków wydostałem się do Postolic. Po dwóch godzinach miałem 20 km na liczniku. Z nieba zniknęło słońce.
Nowe Warpno, godz. 14.10
Wjechałem na wygodną drogę wojewódzką, ale niedługo się nią cieszyłem, bo w planie znalazł się teren. Nie zawsze wygodny, ponieważ pojawił się piach, czasem kilka kałuż, aż trafiłem na ogrodzenie. Mapom Google przydałaby się aktualizacja. Pojechałem do głównej drogi, ale zaraz w Warnołęce wróciłem na swój szlak. Nie było przyjemnie, bo na drodze leżały płyty betonowe.
Zalew Szczeciński ślicznie się prezentował, zwłaszcza wyspa Wolin na horyzoncie. W Nowym Warpnie trafiłem na wygodną drogę dla rowerów stworzoną na starym nasypie kolejowym. Samo miasteczko jest najbardziej zadbanym ze wszystkich, które kiedykolwiek odwiedziłem. Wywarło na mnie ogromne wrażenie. Zatrzymałem się w barze, zjadłem oczywiście pyszną rybę, choć rachunek mnie zamurował. Najedzony ruszyłem na południe.
Niedaleko granicy z Niemcami, godz. 15.17
Nie pojechałem na południe. No, przynajmniej nie od razu. Poruszałem się odcinkiem drogi dla rowerów stworzonej na starym nasypie kolejki wąskotorowej. Gdy się urwała, będąc zawiedzionym, uznałem, że pozostaje mi tylko droga przez Puszczę Wkrzańską. Trafiłem jednak na dalszą część tamtej drogi, tym razem z zezwoleniem na ruch pieszych (swoją drogą mogliby kiedyś połączyć te dwa odcinki). Rzuciłem okiem na mapę i po dłuższym namyśle zdecydowałem, że trzymanie się planu nie doda tej wyprawie przygody. Upewniłem się, którędy mogę jechać i pomknąłem do Niemiec.
Dobieszczyn, godz. 14.32
Po niemieckiej stronie nie było wygodnie. W dodatku się zagapiłem i pojechałem drogą okrężną. Okazało się, że Niemcy też zrobili drogę dla rowerów na nasypie starej kolei. Szkoda tylko, że nie połączyli swojego odcinka z polskim. Sama droga była gruntowa z odrobiną kamieni. Na pewno było wygodniej niż po bruku na drodze publicznej. Przy okazji zaczęło kropić. Wiedziałem, że tamte ciemne chmury nie wisiały na próżno. Na szczęście opad nie był uciążliwy.
Wróciłem do Polski, bo miałem do zaliczenia jedną Dobrą gminę. Od razu nawierzchnia dróg zmieniła się na mniej wygodną i pierwszy z brzegu polaczek pokazał jakim jest cwaniakiem, wyprzedzając mnie „na gazetę”. Mogłem darować sobie zaliczanie gmin i pozostać w Niemczech.
Blankensee, godz. 17.32
Potem jeszcze kilku innych polaczków po obu stronach granicy przyprawiło mnie o złość lub zawroty głowy. Nie wiem, czy to Pomorzanie są takimi kretynami (wszyscy cwaniacy na blachach województwa zachodniopomorskiego), czy ja miałem takiego pecha, żeby trafić na tyle bezmyślnych ciot.
W Stolcu (wymyślna nazwa) chciałem przekroczyć granicę, jednak przegapiłem drogę. Kolejna próba była dalej i udało się, gdy przeskoczyłem kamień zagradzający przejście. Chyba blokada dla konnych. Ponownie w Niemczech i zrobiło się jakoś przyjemniej. Ładne miejsca, nawet deszcz zacinający od czasu do czasu czy temperatura spadająca nawet do 10 °C nie przeszkadzały. Gdyby tylko nie polaczki, byłaby sielanka.
Nadrensee, godz. 19.04
Znalazłem się na głównej drodze, a właściwie obok, bo co chwila jakaś droga dla rowerów się pojawiała. Czasem jakości, której ze świecą szukać w Polsce, czasem było tak źle, że polskie dziurawe drogi stawały się przyjemnością. Były dziesiątki wzgórz, które pokonywałem powoli. Dopadło mnie zmęczenie. Nie pomagały ani banany, ani batony. Ciężko się kręciło. Zmierzch mnie gonił, więc zjechałem do lasu, tak na skróty, bo innej możliwości nie widziałem. Pomogłem też Polakom z zapasem paliwa na 30 km dojechać do Gryfina. Sam też się tam kierowałem, ale musiałem się dostać o własnych siłach.
Gryfino, godz. 20.33
Nagle poczułem przypływ energii i od razu prędkość zaczęła wyglądać normalnie. Zmodyfikowałem swój plan, żeby jak najszybciej znaleźć się w Polsce. Jak przez całą podróż po Niemczech widziałem raptem kilka aut, tak na drodze krajowej B2 były ich tuziny. 90% na polskich blachach. Dokąd oni wszyscy tak pędzili?
Wjazd do Polski znów nie był komfortowy, ale to szczegół. Pojawił się inny problem. Miałem 30 km do następnego miasta, a godzina nie była już młoda. Bałem się o nocleg.
Pyrzyce, godz. 23.20
Zapadł zmrok, gdy wjeżdżałem na leśną dróżkę. Zachciało mi się zaliczyć jedną gminę, do której nie było i pewnie nie będzie mi po drodze. Niby jestem już duży, ale im głębiej w las, tym bardziej mnie ciarki przechodziły z każdym napotkanym zwierzem. Po pewnym czasie zaczęły mnie piec ręce od klaskania, tak obawiałem się, że zaraz wyskoczy reszta stada napotykanych saren i trafią akurat we mnie. Czasem dokuczała też wyobraźnia. Potrafi być bujna.
Gdy wyjechałem z lasu, pojawiły się wysokie trawy i kolejne zmartwienia. Obawa przed kleszczami przede wszystkim. Drugie było pytanie – czemu ta latarka się sama przełącza na inne tryby? Przy poziomie 10% niewiele widziałem, a droga nie była równa. Kiedy już dotarłem do asfaltu, przegapiłem skręt i wydłużyłem sobie dystans. Gdy w końcu dotarłem do Pyrzyc, zastałem tylko jeden hotel (i dwie kwatery prywatne, ale o takiej porze nie wypadało dzwonić). W hotelu pojawił się bezdomny, który się na mnie rzucił, gdy wcisnąłem przycisk wzywania recepcjonistki. Ciekawe jak zareagowałbym, gdybym użył gazu pieprzowego. Trzeba sobie kupić coś takiego – przydałoby się także na psy. Bezdomny to jakiś znajomy recepcjonistki. Nie chcę, żeby moje podatki szły na takich śmieci. Odradzam ten hotel. Pokój, który dostałem miał cienkie ściany. Włączony telewizor czy nawet chrapanie z innych pokojów bardzo przeszkadzały. Ciężko będzie wcześnie wstać nazajutrz. W dodatku długa droga przede mną.

Kategoria Polska / zachodniopomorskie, kraje / Polska, kraje / Niemcy, setki i więcej, za granicą, dojazd pociągiem, mikrowyprawa, terenowe, po dawnej linii kolejowej, rowery / Trek

Aby przygód nie było za mało

  111.69  05:00
Dzisiaj nieplanowany powrót po nieplanowanym noclegu. W nocy męczyła mnie bezsenność, więc niewyspany chciałem tylko dojechać do domu. W telefonie wybrałem najprostsze drogi i ruszyłem na północny-zachód. Z wiatrem w plecy, który szczęśliwie wiał w przeciwnym kierunku do wczorajszego.
Zapowiadała się zwyczajna wycieczka. Za mną grzało słońce, przede mną były płaskie, mało ciekawe drogi. Nic nie wskazywało na przygodę. Przed Wilkowyją, dla odmiany, zjechałem z pierwszego wzniesienia. Za wsią miałem wypadek. Trzymając jedną ręką kierownicę, wpadłem w dziurę, odruchowo zahamowałem i zrobiłem przewrót przez kierownicę. Rower ucierpiał najmniej, bo tylko jeden róg na kierownicy się wykręcił. Nogi, poza kilkoma zadrapaniami, wyszły bez szwanku. Ręce to inna historia. Nowo kupione rękawiczki są do wyrzucenia, bo porozdzierały się obie. Będę długo dochodził do siebie, a opalanie w tym roku muszę sobie darować. Szczęście, że niczego nie złamałem i nie będę musiał rezygnować z roweru.
Długo się zbierałem. Z zagryzionymi zębami oczyściłem rany, okleiłem je plastrami z zeszłorocznej majówki (to już trzecia taka majówka, w czasie której zrobiłem sobie krzywdę) i pojechałem dalej. Szukałem w pierwszej kolejności apteki. Zdecydowanie ciężko o otwartą w czasie święta. Nawet na spotkanej stacji benzynowej nie mieli podstawowych przyborów medycznych. Przez Kórnik nie było łatwo się przedostać. Aut więcej niż pieszych, a tych drugich było na prawdę dużo. W Poznaniu bez większych problemów. No, może poza jednym – znalezieniem najbliższej czynnej apteki. Wiedziałem, że najłatwiej będzie odnaleźć się na Starym Rynku, bo orientowałem się gdzie on jest. Poprosiłem w aptece o kilka rzeczy. Gdy doszło do plastrów, wskazałem te znajdujące się na moim ciele, a pani dyskretnie się uśmiechnęła. Cóż, chociaż jeden uśmiech w tym nieciekawym dniu.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Kalisz bez powrotu

  185.85  08:04
Kolejna wycieczka po Wielkopolsce, tym razem wzdłuż Prosny do Kalisza. Było zaledwie 14 °C w cieniu, w słońcu cieplej, jednak na niebie kłębiło się dużo chmur. Wiatr miał wiać z północnego-zachodu, jednak wiał z zachodu i czasami mocno przeszkadzał.
Pojechałem najpierw w kierunku Wrześni, aby potem dostać się do Nowej Wsi Królewskiej, która na mapie Demartu jest wyróżniona jako zawierająca zabytki. Wiatr wiał coraz silniejszy. Nawet myślałem o zmianie celu na Konin i okolice, ale jednak wolałem trzymać się planu. Ze wsi już prawie że po prostej – wzdłuż drogi wojewódzkiej do Kalisza. Ruch na szczęście był średni. Tylko jedna nieprzyjemna sytuacja, gdy smród na blachach SG nie miał wolnego przeciwnego pasa do wyprzedzenia i postanowił mnie otrąbić.
Tuż za Borzykowem trafiłem na granicę dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Po dziś dzień świadectwem istnienia granicy jest układ pól rolnych po obu jej stronach. W Imperium Rosyjskim były wąskie i długie, a w Królestwie Prus krótkie i szerokie.
Za Pyzdrami wjechałem do Puszczy Pyzdrskiej (zabawna nazwa, tyle w niej spółgłosek). Przeczytałem gdzieś, że była nazywana Bieszczadami Wielkopolski. Tereny zalesione zostały trochę nadgryzione przez ludzi. W poszukiwaniu dawnych rozmiarów puszczy natrafiłem na Archiwum Map Zachodniej Polski. Bardzo przydatny projekt.
Było płasko i nudno. Przed Kaliszem trafiłem na kilka pagórków. Po drodze widziałem kilka znaków kuszących zamkiem w Gołuchowie. Trzeba go będzie dodać do listy punktów obowiązkowych do zobaczenia. Ciekawa propozycja dla tamtych rejonów.
Zatrzymałem się tuż przed granicą Kalisza, aby po raz dziesiąty poprawić ustawienie siodła (a jednak sztyca potrafi amortyzować, tylko ustawienie siodła mnie nie odpowiada) i ostatecznie założyć bluzę. Nie wytrzymałem braku słońca powodującego zimno i gęsią skórkę. Słońce jeszcze kilka razy wyszło zza chmur, ale wiatr, który miałem w twarz za Kaliszem nie pozwalał odetchnąć. Samo miasto jest ładne, jednak trzeba mieć czas, aby wszystko zwiedzić i cierpliwość do jednokierunkowych ulic, których jest tam pełno.
Ostatnim punktem do zaliczenia na dzisiaj była Sobótka wraz pałacem von Stieglerów z XIX w. Pałac znajduje się w dużym parku i nie wiedziałem jak podjechać bliżej. Obok – w świetnym stanie – znajduje się wczesnogotycki kościół z XIII w., który bezczelnie uznałem za nowo wybudowany i nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia.
Wiedziałem już, że nie zdążę do Bronowa na przedostatni pociąg do Poznania. Ruszyłem więc do Taczanowa. Wiatr wieczorem zelżał, więc dlaczego miałem nie pojechać do stacji w Pleszewie? A jeśli już miałem jechać ostatnim pociągiem, to trzeba było zrobić zakupy. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Szkoda tylko, że z centrum miasta do stacji kolejowej pozostało mi 5 minut do odjazdu ostatniego pociągu. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem zamykające się szlabany obok stacji. Z radością zacząłem manipulować przy telefonie nagrywającym ślad. Z rozgoryczeniem patrzyłem, gdy skład pełen blachosmrodów przejechał w zamian za opóźniony pociąg powrotny.
Żadnego opóźnienia nie było. Zostałem sam z moim problemem. 100 km do domu, a przy sobie tylko lekka bluza. Było zimno, a zmrok wciąż nie zapadał. Dotarłbym do domu, nawet o tej drugiej w nocy, ale nie tak ubrany. Zacząłem szukać noclegu. Ups, majówka, wszędzie brak miejsc. O zgrozo! Hotel pozostał moją ostatnią nadzieją. Mierna opcja, choć cena relatywnie niska, a i rower mogłem do pokoju zabrać. Musiałem jeszcze raz przejechać się po mieście w poszukiwaniu bankomatu, aby w końcu spocząć. Byłem tak zmęczony, że padłem do łóżka, darując sobie wszelkie udogodnienia. Planowałem nazajutrz ciekawą wyprawę, a pozostał tylko powrót do domu. Nawet nie miałem planu jakie miejsca zobaczyć.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, mikrowyprawa, rowery / Trek

Zaniemyśl ponownie

  121.63  05:49
Miał być Wolsztyn, miało być miło i przyjemnie, ale nie wyszło, nie chciało mi się. Udało mi się przekonać siebie do wyjścia po południu. Przekonać na krótką przejażdżkę bez plecaka.
Wiatr dmuchał w twarz – cieplutki wiatr. Niespiesznie skierowałem się na Kórnik. Szybko zresztą się nie dało, bo z jakiegoś powodu na drogach było mnóstwo aut. Nie było wygodnie, ale co tam. „Opuszczę Poznań i będzie luźniej” – pomyślałem. Rzeczywiście dopiero za miastem zaczęło być spokojnie. Na autostradzie widziałem konwój tirów na tablicach brytyjskich wiozący sprzęt wojskowy i eskortowany przez Żandarmerię Wojskową. Jakieś buraki rozwaliły szyk, wjeżdżając między kolumnę pojazdów, przez co żandarmeria zdecydowała się zablokować także drugi pas autostrady. Dosyć nieudolnie, bo barany i tak próbowały wciskać się na trzeciego. Warszawa obchodzi polskie święto przy pomocy brytyjskiego sprzętu wojskowego?
Zrezygnowałem z Kórnika. Nie wiem dokładnie czemu. Nie miałem żadnego planu. Pomyślałem o dostaniu się do mostu kolejowego w Solcu trochę inną drogą niż ostatnio. Niestety tak się zmęczyłem, brnąc przez piaszczyste drogi, że gdzieś na południe od Zaniemyśla zawróciłem. W Zaniemyślu jednak przemyślałem sprawę. Nie chciałem marnego dwucyfrowego dystansu. Ruszyłem na Śrem.
Droga nie była łatwa, bo miałem pod południowo-zachodni wiatr. W Śremie natknąłem się na plac rynkowy. Nie sądziłem, że to miasto go ma. Do Mosiny pojechałem standardowo przez Rogaliński Park Krajobrazowy i został najgorszy powrót do domu. W Puszczykowie blachosmrodziarz zwolnił do 30 km/h, aby mnie... okrzyczeć, żebym pojechał ścieżką dla rowerów. Świetnie – metrowej szerokości brukowany chodnik o rozdzielonym ruchu dla pieszych i rowerów, nie biegnący dla kierunku, w którym się poruszałem. Po pół metra dla pieszego i rowerzysty – ruch dwukierunkowy. Weź się tam miń z pieszym, który sam ledwo się mieści. Czy tamten kierowca mnie obraził? Powinienem go pozwać do sądu? Nawet nie pamiętam na jakich rejestracjach jechał. Znów przydałaby się kamera.
Przez Luboń i dalej do centrum Poznania bez niespodzianek. W sumie nawet nie wiem kiedy pokonałem tamtą drogę. Chyba byłem zbyt wzburzony przez spotkanego ciołka. Dzień, choć mocno pochmurny, był bardzo ciepły. Wróciłem po zachodzie słońca, ale szczęśliwy, że wyszła setka. Najtrudniej jest zacząć, ale potem można zapomnieć o ograniczeniach. No, chyba że trzeba zdążyć na ostatni pociąg powrotny.

Kategoria kraje / Polska, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

W kierunku Ostrzeszowa

  176.58  07:10
Dzień zaczął się leniwie, bo zamiast wstać o piątej zrobiłem to 2 godziny później. Odbiło się to na przebiegu mojej dzisiejszej wyprawy i później tego żałowałem, bo bardzo chciałem przejechać ponad 200 km. Przeszkodziły mi w tym także rzadko kursujące pociągi oraz silny północno-zachodni wiatr.
Moje wyprawy od kilku miesięcy organizuję, jadąc z wiatrem do celu i wracając pociągiem. Dzisiaj miało wiać najpierw z północnego-zachodu, aby zmienić się w okolicach godzin południowych na wiatr z północny. Mój plan sprzed kilku miesięcy zamieniłem z przejazdu przez Śrem na przejazd przez Środę Wielkopolską. Z rana nagrzany słońcem licznik wskazywał temperaturę poniżej 10 °C. Założyłem bluzę, której już nie zdjąłem, bo przez cały dzień nie było zbyt ciepło.
Zauważyłem, że Poznań zaczął pozbywać się drzew. Znikają wzdłuż kolejnych ulic. Mam nadzieję, że ktoś przyjdzie po rozum do głowy. Chociaż nie wiem, czy ktoś w tym mieście myśli. Za rondem Rataje wpadłem na rozkopaną drogę dla pieszych i rowerów, i oczywiście brak jakiegokolwiek objazdu. Miejskie peryferie mają swój klimat, jednak w Poznaniu nie czuć tego tak bardzo jak na przykład w Krakowie. Pojechałem wzdłuż pustej sześcio czy tam ośmiopasmowej drogi, aby jakoś się wydostać z miasta. Jazda na południowy-wschód nigdy nie była dla mnie prosta, ale może kiedyś coś się zmieni. Na pewno już mnie w tym mieście nie będzie.
Dojechałem szybko do Środy Wielkopolskiej, potem skierowałem się do Solca. Jest tam kolejowy most kratownicowy. Przeczytałem o możliwości przejazdu rowerem po nim i stąd też znalazłem się na tamtej kładce. Rowerem to jednak zbyt odważnie powiedziane. Drewniana kładka wygląda, jakby któraś z rozklekotanych desek miała lada chwila odpaść. Sam most jednak robi wrażenie.
Do Jarocina dojechałem wzdłuż drogi krajowej, bo nie znalazłem innej możliwości na mojej mapie. Stara kostka brukowa nie była najwygodniejsza, ale to jedyne wyjście, gdy przy jezdni stoją zakazy wjazdu rowerem. W centrum miasta trwała impreza z udziałem wielu motocyklistów, więc nie czułem się bezpiecznie, gdy po raz kolejny mijał mnie kretyn ze zmodyfikowanym tłumikiem. Uznałem, że do Zdun najbezpieczniej będzie dostać się, trzymając się z dala od drogi krajowej.
Pogoda zaczęła grozić, zasłaniając niebo chmurami, gdy wyjeżdżałem z Jarocina. Zrobiło się chłodniej i temperatura 13–14 °C utrzymywała się do końca dnia. Za Koźminem Wielkopolskim trafiłem na drogi w tak strasznym stanie, że pobiły nawet te w Lubuskiem. Za Krotoszynem też ominąłem krajówkę, ale tym razem trafiłem na polne drogi, niektóre piaszczyste. W Zdunach pomyślałem jeszcze o pojechaniu na Dolny Śląsk do Cieszkowa, który jest zaznaczony na mapie jako zawierający zabytki. W tej wsi nie spodobał mi się zakaz wjazdu rowerem, obok którego był tylko chodnik i żadnej drogi, która chociaż przypominałaby drogę dla rowerów. Wolałem jednak brnąć między pieszymi niż martwić się, że jakiś bezmózg mnie przejedzie.
Wyjeżdżając z domu, nie sprawdziłem prognozy pogody dla rejonów innych niż Poznań. Okazało się, że zmienny wiatr nie był taki zmienny na południe od Poznania. Dlatego też do Ostrzeszowa dmuchało w plecy, choć prędkość wiatru trochę zmalała. Przynajmniej na niebie się przejaśniło. Pomyślałem, że nie warto zjeżdżać z drogi wojewódzkiej, bo kończył mi się czas. Miałem taki piękny plan, by pojechać aż do Kępna. Gdybym nie zaspał, byłoby zdecydowanie inaczej.
W Odolanowie podjąłem decyzję o zmianie celu podróży. Miałem 40 minut i 26 km na dojazd do Ostrzeszowa na ostatni pociąg. Nie brzmiało to optymistycznie. Skręciłem na Ostrów Wielkopolski oddalony o połowę wspomnianego dystansu i znalazłem się na dworcu na ponad pół godziny przed pociągiem. Byłbym jeszcze szybciej, ale wiatr spowolnił mnie drastycznie. Może innym razem znajdę więcej szczęścia do południowych peryferii Wielkopolski. Może nawet zabiorę ze sobą namiot.

Kategoria setki i więcej, Polska / dolnośląskie, Polska / wielkopolskie, kraje / Polska, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Pakość

  130.99  05:29
Wiatr zmienił kierunek, a po drodze do Inowrocławia czekało na mnie kilka gmin, dlatego pozostało tylko ruszyć na wschód. No, może północny-wschód. Wyruszyłem nieco za późno, ponieważ było chłodniej niż wczoraj. Jechałem cały czas w bluzie.
Najpierw skierowałem się na Kostrzyn, bo w jego okolicy źle pociągnąłem kreskę na ściennej mapie. Nie bardzo chciałem jechać drogą krajową, choć jazda 50 km/h za tirem była ciekawym doświadczeniem. Zjechałem na boczne drogi i nimi dotarłem do Glinki Duchownej, gdzie źle skręciłem i wylądowałem w Iwnie. Potem mniejszymi drogami wzdłuż drogi ekspresowej dojechałem do Łubowa, a dalej miałem po prostej do Gniezna. Prosta w sumie nie była, bo oczywiście postawili zakaz wjazdu rowerem tuż przed węzłem drogowym Gniezno Południe. Na szczęście są drogi serwisowe i lokalne, więc z wiatrem w plecy szybko znalazłem się w mieście. Chwilę się pokręciłem i ruszyłem dalej. Po raz kolejny miałem nadzieję zdążyć na wcześniejszy pociąg powrotny.
Wjechałem do lasów. Akurat wiatr zaczął się zmieniać na północno-zachodni, więc jedna przeszkoda z głowy. Po pewnym czasie trafiłem na asfaltową dróżkę, która prowadzi do osady leśnej Sarnówko. Minąłem grób żołnierza napoleońskiego narodowości francuskiej, zauważyłem też Amerykę nieopodal, ale nie była mi po drodze, toteż jechałem dalej, trafiając wciąż na asfaltowe drogi leśne. Zdecydowanie przydałaby mi się kamera, bo nie dość, że kretyni wjeżdżają do lasu blachosmrodami, to jeszcze jadą całą szerokością i tak wąskiej drogi. Ludzie potrafią być tacy kompromitujący.
Droga za lasem była mało ciekawa. Płasko, bez widoków. Jedną jedynie górę zobaczyłem, ale zastanawia mnie, czy ją usypują, czy może rozbierają. W pobliżu znajduje się kopalnia odkrywkowa, więc może jednak góra rośnie.
Do Inowrocławia miałem już z wiatrem, a ponieważ wiało 30 km/h, to z taką też prędkością się poruszałem. Na dworcu w Inowrocławiu znalazłem się na kwadrans przed odjazdem pociągu. Tym razem opaliłem nogi.

Kategoria Polska / kujawsko-pomorskie, kraje / Polska, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Sława, ale tylko na chwilę

  185.31  08:33
Tuż przed godziną 9 wysiadłem na stacji w Lesznie. Temperatura jeszcze wyższa niż rankiem, na niebie słońce i brak chmur, wiatr nieznaczny. Idealnie.
Plan wycieczki opracowałem kilka miesięcy temu z pomocą map Google i dzisiaj zdziwiłem się, gdy kierując się do Wschowy, wjechałem na ruchliwą drogę krajową. Niestety nie miałem alternatywy. Dopiero po kilku kilometrach zjechałem na boczną drogę, aby choć chwilę odpocząć od tego zła. Wschowa jest bardzo ładnym miasteczkiem. Niektóre zabytki zostały zrewitalizowane, a wieża kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika jest tak monumentalna, że aż byłem zachwycony.
Drogi lokalne w województwie lubuskim są straszne. Nie wiem jak ja to wytrzymam, gdy będę się zapuszczał wgłąb. Może przyjdzie mi poruszać się drogami krajowymi? Cieszyłem się z każdej leśnej drogi. Jeszcze te zapachy świeżo ściętych drzew sosnowych. Muszę wrócić do Puszczy Noteckiej.
Nie tylko rowerzyści poczuli wiosnę. Robactwo wylazło tak licznie, że strząsałem je garściami. Winą jest także ciepła zima. Nie jeździ się przyjemnie, gdy setka robaków atakuje z każdej strony. Dobrze przynajmniej, że jusznica deszczowa jeszcze nie atakuje. Może powinienem zawczasu odwiedzić Zielonkę? Tam w lecie te robaki polowały chmarami.
Dotarłem do Sławy, małego miasteczka w Lubuskiem. W zeszłym roku spędzałem tam imprezę integracyjną, z której dobrze wspominam żeglowanie po jeziorze. Koniecznie odwiedziłem park pełen drzew porośniętych bluszczem. Z miasta wyjechałem po drodze dla pieszych i rowerów. Nie musiałem, ale była wygodniejsza od ulicy. Gdy tylko przekroczyłem granicę województwa, droga stała się drogą. Zupełnie jakbym przejechał z Polski do Niemiec.
Natknąłem się na swojej drodze na iście prywatną miejscowość. Minąłem tysiące tabliczek ostrzegających o terenie prywatnym. Właściciele krzątali się, przygotowując wszystko na przyjazd pierwszych gości. Ciekawe gdzie w tym roku będziemy się integrować.
Stuknęło kilka gmin i nie tylko. Podejrzewałem amortyzator widelca i sztycę podsiodłową za hałasowanie. Muszę moje podejrzenia zrewidować, ponieważ stukanie objawiło się zarówno podczas stania na pedałach, jak i jazdy bez trzymania kierownicy. Ja znów zgłupiałem, a stukanie się nasiliło, i nic nie wróży szybkiego rozwikłania zagadki, która nurtuje mnie od kilku już lat. Może znowu jakaś miska się poluzowała? Muszę kupić narzędzia i nauczyć się rozkręcać większe części w rowerze. Wizyta w serwisie może bowiem odciąć mnie od roweru na kilka dni, bo sezonowi rowerzyści na pewno zdążyli już zaatakować wszystkie punkty serwisowe.
Dotarłem do miejsca, w którym miałem zakończyć wycieczkę i wrócić pociągiem do domu. 100 kilometrów mnie nie satysfakcjonowało, dlatego wybrałem opcję powrotu do domu rowerem. Na mapie przed wycieczką wypatrzyłem Racot oznaczony jako miejscowość z zabytkami, więc w jego kierunku się udałem. Zmienny wiatr akurat wiał z południowego-zachodu, więc mogłem przyspieszyć. Przynajmniej dopóki nie pojawiły się zakazy wjazdu rowerem i coś, co nazwali drogami dla pieszych i rowerów. W Poznaniu dużo rowerzystów. Do domu dotarłem, gdy słońce prawie zniknęło za horyzontem. Pierwsza opalenizna już jest.

Kategoria Polska / lubuskie, kraje / Polska, Polska / dolnośląskie, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, Wielkopolski Park Narodowy, terenowe, rowery / Trek

Do Rawicza i prawie 250 km

  168.81  07:56
Zaczął się leniwy poniedziałek. Po dwóch tygodniach deszczu przeplatanego wymówkami udało mi się wybrać na rower. Pogoda podpowiedziała, abym zaliczył kilka gmin na południu. Przy 4 °C, chłodnym wietrze z północy i lekkim śniegu ruszyłem do Rawicza.
Po mieście przemknąłem leniwie. Nieliczni ludzie spacerowali tu i ówdzie, młodzieniaszki z pistoletami na wodę polowali na białogłowy, jedynie aut niezmienna liczba na drogach. Nic szczególnego. Do Puszczykowa dojechałem znanymi drogami, potem trochę pobłądziłem, musiałem objechać rozkopaną drogę w Mosinie (znaki objazdu zniknęły za pierwszym zakrętem), a do Śremu dojechałem przez Manieczki. Już wtedy zaczynałem odczuwać zmieniający się wiatr z północnego na północno-wschodni. Mierzyłem się z tą przeciwnością aż do Pogorzeli.
Poniedziałek wielkanocny jest dniem wolnym od pracy i niełatwo było spotkać czynny sklep. Pozostały mi stacje benzynowe. Zatrzymałem się w sumie na dwóch. Nie marnowałem czasu, ponieważ pociąg odjeżdżał z Rawicza tuż przed godziną 18. Może gdybym wyszedł wcześniej, nie byłoby takiego spinania się.
Za Pogorzelą wiatr przestał złośliwie przeszkadzać. Nawet słońce wyszło zza chmur. Tę radość psuła jedynie świadomość o tym, że nie zdążę na wcześniejszy pociąg. Na kolejny trzeba czekać ponad 2 godziny, więc już niespiesznie przemęczyłem się z bocznym wiatrem do Miejskiej Górki, potem przecierpiałem kawałek drogi krajowej i dotarłem do Rawicza. Zrobiłem rozjazd w kierunku dworca, dowiedziałem się, że kasa jest nieczynna, a na pociąg poczekam 40 minut. Pomyślałem, żeby spędzić ten czas, objeżdżając uliczki miasta.
40 minut to dużo, prawda? Mógłbym na przykład dojechać do następnej stacji. Tylko którą wybrać? Pojechać do Żmigrodu z wiatrem? Daleko. A jeżeli nie zdążę przed pociągiem? To ostatni dzisiaj. Musiałbym wracać taki kawał. A może na północ? Pod wiatr. Miałbym jednak jakąś przewagę nad pociągiem. Ruszyłem na północ. Wiatr nie był taki straszny, ale powyżej 21 km/h ciężko się było rozpędzić.
W połowie drogi przyszły wątpliwości. A jeśli nie zdążę? Ten wiatr mocno mnie opóźnia. Trzeba było kręcić się po Rawiczu. Nie zdołam nawet zrobić rozjazdu. O której ten pociąg? Mogłem przynajmniej to sprawdzić. Dojechałem do Bojanowa. Pociągu nie ma, pojechał 3 minuty temu. Opadam z sił, wyciągam resztki jedzenia i patrzę na przedostatni tego dnia pociąg. Jechał do Wrocławia. Tylko co robią ci pozostali ludzie? Pociąg do Leszna dopiero za 2 godziny. Opóźnienie. Tak się ucieszyłem. Jeszcze w drodze marzyłem o tym, aby się spóźnił. Szczęściarz ze mnie. W przeciwnym wypadku dodatkowe 100 km. Nie przy takim zmęczeniu, a i jutro do pracy.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, Wielkopolski Park Narodowy, rowery / Trek

Margonin i dłuższy powrót

  195.88  10:08
Dzisiaj postanowiłem pojechać do Margonina. Nie wyrysowałem żadnego planu. Po prostu pomyślałem, że dobrze będzie zajechać w kilka miejsc i przebyć odcinek, który omyłkowo zaznaczyłem na ściennej mapie jako przebyty. Wycieczka miała być pętlą, ale tylko z początku.
Po godz. 10 było nawet ciepło. Aż 4 °C w słońcu. Wiało ze wschodu, ale nie jakoś mocno. Rękawice wiosenne zmieniłem na zimowe po kilku kilometrach jazdy w kierunku puszczy Zielonka. Po wjechaniu do lasu od razu zero stopni, ale duża ilość piachu rozgrzewała mnie do samego końca. W Niedźwiedzinach napotkałem zagrodę z osłem, baranem i jeszcze kilkoma zwierzakami. Zupełnie jak w Duninie pod Legnicą. Szkoda, że zgraja była zajęta jedzeniem. W międzyczasie minąłem jegomościa na spacerze z psem, choć nie wiem, czy spacer jest właściwym określeniem. Ów jegomość jechał autem. Dla wyjaśnienia dodam, że pies biegł przed pojazdem.
W terenie jechało się ślamazarnie. Na asfalcie mogłem odpocząć, przynajmniej dopóki wiatr nie zaczął wiać poza zabudowaniami. Przynajmniej temperatura podskoczyła. W Skokach przykra niespodzianka. Wzdłuż nowego asfaltu zrobili zakaz wjazdu rowerem i obok wąskie drogi dla rowerów. Dobrze, że z asfaltu. Szkoda, że dowalili progi zwalniające. Bliżej centrum asfalt zamienił się na standardową kostkę brukową i niebezpiecznie blisko umieszczone dojazdy do posesji. Na znaku drogowym Skoki „chwalą się”, że są miastem prorowerowym. Kpina.
Znów wjechałem w teren. Miałem to szczęście, że od puszczy (choć z przerwami) jechałem Cysterskim Szlakiem Rowerowym. Później szlak przepadł. Jest to szlak typu pętli, dlatego spróbuję go kiedyś przejechać w całości. Kilku miejsc leżących przy nim jeszcze nie widziałem.
Chyba nie potrafię uczyć się na błędach. Powoli robiłem się głodny, a w plecaku nie miałem niczego do jedzenia (poza wodą). Gdy w końcu spotkałem sklep, to okazało się, że nie mam przy sobie gotówki, a do płatności kartą brakowało mi dużo. Głodny, zrobiłem zakupy dopiero w Margoninie. Pełen energii – albo raczej z pełnym brzuchem – szarpnąłem się na dodatkową gminę i ruszyłem do Szamocina. Stamtąd zaś do Chodzieży. Miałem jechać z wiatrem, ale ten najwidoczniej ucichł. Już jadąc do Margonina, widziałem farmę wiatrową, na której naliczyłem tylko 5 aktywnych wiatraków. Podobno to największa farma w Polsce, więc mnie dziwiło, że jest tak mało aktywna.
Miałem dziwnie dość tej wyprawy. Chciałem już wrócić do domu, zjeść kolację, odpocząć i pójść normalnie spać. Dojechałem do dworca kolejowego w Chodzieży, dowiedziałem się, że mam ponad godzinę do pociągu i, wahając się chwilę, ruszyłem do Budzynia. Zaczął zapadać zmierzch, ja opadałem z sił, a w oddali widziałem toczący się pociąg – mój pociąg. W Budzyniu zaczęła się wyczerpywać bateria w telefonie do nagrywania tras. Zawróciłem do dworca kolejowego i rzuciłem okiem na rozkład jazdy, na którym do pociągu miałem prawie 2 godziny. Znów było mi szkoda czasu, a i temperatura spadła poniżej zera, stąd też nie było mi na rękę tak tam stać. Niestety najkrótszą drogą do Rogoźna okazała się droga krajowa, ale pojechałem nią. Nie była to zła decyzja. Poza kilkoma niebezpiecznymi odcinkami zaprojektowanymi przez baranów, droga była wygodna, pobocze szerokie.
Zrobiło się jeszcze chłodniej i temperatura wynosiła od -3 °C do -1 °C. Przestawałem czuć dłonie, gdy wpadłem na pomysł założenia drugiej kurtki. Była ona błogosławieństwem, bo nie dość, że zrobiło mi się ciepło w tors, to odzyskałem sprawność w rękach (ręce trzymałem w rękawach). O dziwo na stopy nie narzekałem, mimo że założyłem lekkie adidasy.
Tuż przed Rogoźnem trafiłem oczywiście na szczyt inteligencji miejscowych inżynierów – szatański zakaz wjazdu rowerem i droga dla rowerów po lewej stronie za głębokim rowem, bez możliwości wjazdu na nią. Jak tu legalnie się przedostać? Wjeżdżając do rowu, niszczysz zieleń, jadąc prosto, łamiesz zakaz. Barany.
Zrobiłem rozjazd, bo akurat miałem 20 minut do pociągu i pomyślałem, aby poszukać czegoś na kolację. Na stację wróciłem na 4 minuty przed przyjazdem pociągu. Już go widziałem, gdy przypomniałem sobie, że nie mam gotówki. Co zrobić? Biedociągi nie obsługują kart płatniczych, w pobliżu brak bankomatu, narażać się na mandat też nie chciałem, a był to ostatni pociąg. Nie wsiadłem, spojrzałem na mapę i ruszyłem na południe. W domu znalazłem się po północy.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Puszcza Zielonka, setki i więcej, terenowe, Polska / wielkopolskie, rowery / Trek

Piła II

  133.02  05:43
Nawiązując tytułem do jakiegoś filmu, postanowiłem odwiedzić Piłę po raz kolejny. Chcę odrobinę poprawić mapę przebytych dróg, aby nie tworzyły one odcinków, tylko złudnie wyglądające pętle. Wygląda to wtedy ładniej na mapie.
Było ciepło, czasem nawet ponad 15 °C. Wybrałem północ, jak zwykle z uwagi na wiatr. Po ciężkim wstępie, w którym próbowałem w miarę prosto wydostać się z Poznania, zaczęła się ta wygodniejsza część. Wpakowałem się do zachodniego klina zieleni, ale już teraz trzeba się trzymać od takich miejsc z daleka. Sezonowcy poczuli ciepło i wyciągnęli swoje hałaśliwe rowery. Spotkałem też kilku kolarzy, ale w przeciwieństwie do wczorajszego wypadu, dzisiaj nie wszyscy byli burakami, a jeden nawet pomachał mi jako pierwszy.
Do Szamotuł dojechałem bez przygód, w mieście zjadłem obiad i skierowałem się na Obrzycko. Niestety znów wjechałem na tamtą ohydnie dziurawą drogę. Nie ma alternatywy, bo mostów na Warcie ze świecą szukać.
Trasy nie planowałem tak dokładnie. Po prostu spojrzałem na mapę i wiedziałem, które miejsca chcę zaliczyć. Znalazłem między innymi drogę leśną z Zielonejgóry, która była „skrótem” asfaltowej wojewódzkiej. Na mapie wgranej do telefonu niestety nie miałem żadnych danych o tamtej części Puszczy Noteckiej, więc ruszyłem w ciemno. Przejechałem kilka dróg o różnym podłożu, aż w końcu trafiłem na tę, którą widziałem na mojej mapie ściennej. Zrobiłem dokumentację fotograficzną i puszcza się skończyła. Potem znów było nudne pedałowanie przed siebie. Asfalt na szczęście był równy, w słuchawkach wciąż brzmiały angielskie konwersacje, tylko aut strasznie dużo. Po co oni wszyscy tak jeżdżą?
W Czarnkowie ostatecznie skręciłem na Trzciankę. Myślałem o skróceniu dzisiejszego dystansu przez Ujście, aby zdążyć na wcześniejszy pociąg powrotny, jednak jechało się tak dobrze, że nie mogłem tego zrobić. W dodatku jak mógłbym zaniechać zaliczenia dodatkowej gminy? Po drodze widziałem słońce chylące się nad horyzontem i byłem pewien, że nie zdołam dotrzeć na wcześniejszy pociąg. Niespiesznie kręciłem zgodnie z pierwotnym planem – w kierunku drogi krajowej nr 11. Zmodyfikowałem jednak swój plan, jadąc do Ujścia zamiast do Piły. Pobocze było szerokie, ale wolałem jak najszybciej uciec z tamtej zatłoczonej szosy. Wymyśliłem, żeby dojechać do pociągu spokojną drogą, którą wypatrzyłem na mapie. Była tak spokojna, że włączyłem swoją latarkę na maksymalny poziom jasności i jechałem jak autem ze światłami drogowymi. Światła odbijały się od znaków kilkaset metrów przede mną. Było tak cicho i pusto. Ciekawe dokąd mógłbym pojechać, aby być z dala od ludzi przez dłużej niż podczas przejazdu tamtą drogą.
Także od tej strony Piły nie było znaku. Najwyżej oznaczenie dzielnicy/osiedla Piła-Kalina. W centrum dotarłem przypadkiem do mostu, przed którym ostatnio mnie otrąbiono (baran nie znał przepisów, więc nie wiem, czym chciał się popisać). Pomyślałem, aby przejechać się drogą dla pieszych i rowerów wzdłuż rzeki Gwdy. Droga dla rowerów urwała się bezczelnie, więc wróciłem na ulice, dojechałem do deptaka, który pełni rolę rynku i skończyłem wycieczkę pod dworcem. Pociąg znów był przepełniony.

Kategoria kraje / Polska, po zmroku i nocne, Puszcza Notecka, setki i więcej, Polska / wielkopolskie, dojazd pociągiem, rowery / Trek

Kategorie

Archiwum

Moje rowery